Alpsten Ellen - Caryca - H

539 Pages • 173,777 Words • PDF • 3.4 MB
Uploaded at 2021-09-24 18:19

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


ELLEN A L P S T E N

Z języka niemieckiego przełożyła: Daria Kuczyńska-Szymala

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA

N

ie żyje. Mój ukochany mąż, potężny car Wszechrusi, umarł, i to

w najbardziej odpowiednim momencie.

W jego sypialni na górnych piętrach Pałacu Zimowego czas jakby

się na chwilę zatrzymał. Płomienie świec w wysokich lichtarzach migo­ tały nerwowo, wypełniając pokój przygaszoną, niespokojną poświatą. Światełka tańczyły w wysokich lustrach na ścianach, ich miękki blask sprawiał, że cienie w kątach wirowały, a utkane na flamandzkich gobe­ linach postaci budziły się do życia. Na zewnątrz, za drzwiami, słysza­ łam te same głosy, które szeptały i mamrotały przez cały wieczór i całą noc. Mieszały się z wyciem zimnego lutowego wiatru, który gniewnie kołatał zamkniętymi okiennicami. Wszystko było tak samo, j a k przez ostatnie dni. T o , że nic się nie zmieniło, wydawało się niewiarygodne. Przypomniałam sobie dzień, gdy Piotr po wielkiej bitwie pod Połtawą odznaczał starego wojaka, który stracił w walce nogę. Gdy stałam wtedy obok Piotra, szukając odpowiednich słów, aby wyrazić swe współczucie i uznanie, żołnierz zaprotestował. - Tutaj w środku, pani - powiedział, stukając się palcem wskazu­ jącym w czoło. - Tutaj w środku wciąż m a m tę nogę. To wszystko, co się liczy. Czułam teraz dokładnie to samo. W m y m umyśle, w m y m ciele, w mojej duszy Piotr wciąż przy mnie był. Lecz nic dziwnego, że ogarnę­ ło nas niedowierzanie i brak zrozumienia! Przecież przed chwilą zgasła najsilniejsza wola, której Rosja kiedykolwiek była poddana.

Zakłopotani doktorzy Blumentrost, Paulsen i Horn stali w mil­ czeniu przy łożu Piotra. W skrytości ducha uważałam, że cara mogło uratować lekarstwo za pięć kopiejek. Lecz oni tylko wpatrywali się bła­ galnie w jego zwłoki. Czyżby mieli nadzieję usłyszeć kolejny oddech? Już ja wam zapłacę, jeśli on rzeczywiście nie żyje, szarlatani - po­ myślałam. Jednocześnie starałam się zachować pełen godności wyraz twarzy. Czułam, że obserwuje mnie zarówno Teofan Prokopowicz, jak i Aleksander Mienszykow. Prokopowicz zamieniał marzenia Piotra w słowa, nadając im kształt i trwałość. Piotr i Rosja wiele mu zawdzię­ czali. Natomiast w przypadku Mienszykowa było dokładnie odwrot­ nie. Ten najbogatszy i najpotężniejszy człowiek rosyjskiego imperium wszystko zawdzięczał Piotrowi. Mienszykow odchrząknął. Spojrzałam na niego. On i Prokopowicz wpatrywali się w dłonie Piotra. Powędrowałam wzrokiem za ich spojrzeniem. Zastygłe dłonie martwego cara, które nagle stały się tak bezsilne, wciąż zaciśnięte były na kartce papieru. Paulsen zamknął mu oczy i skrzyżował ręce na piersi. Nie potrafił jed­ nak wyciągnąć papieru z uścisku skostniałych palców. Pióro wypadło Piotrowi z dłoni podczas ostatniej, śmiertelnej chwili słabości, a na miękkim prześcieradle dostrzegłam plamki czarnego atramentu. Gdy Piotr na kilka minut przed śmiercią ostatkiem sił zażądał pió­ ra, atramentu i papieru, moje serce z lęku niemal przestało bić. Nie, on nie zapomniał. Chciał pociągnąć mnie ze sobą w ciemność, w śmierć i w zapomnienie. W tym momencie w całym ciele poczułam chłód. Zmroziło mi krew w żyłach, które stały się niczym gałęzie drzew w bał­ tyckim lesie zimą: zamarznięte i pokryte szronem. Lecz widok jego dłoni! Wystawione na nasze spojrzenia, wydawa­ ły się tak bezradne. Dłonie o wiele za delikatne w porównaniu z jego potężnym ciałem. Dłonie, które przedwcześnie stały się zbyt słabe, by mógł uczynić wszystko to, czego jeszcze pragnął dokonać. Wzruszyłam się, widząc je tak bezsilnymi, a z mego serca ulotniły się lęk i gniew, które towarzyszyły mi przez ostatnie miesiące. Wytężyłam resztki po­ zostającej we mnie miłości i pragnęłam zapomnieć, że te same dłonie

jeszcze dwa tygodnie temu zanurzył w moich włosach i okręcił sobie gęsty lok wokół palca. Powąchał go potem i uśmiechnął się do mnie. - Moja biedna Katarzyno, wciąż jesteś taka piękna! Lecz jak bę­ dziesz wyglądać w klasztorze bez swoich włosów? I do tego panujące tam zimno! Ciebie też dopadnie, choć jesteś silna jak koń. Ta biedacz­ ka Eudokia wciąż do mnie pisze i błaga o dodatkowe futro! Jak dobrze, że ty przynajmniej nie umiesz pisać! A potem roześmiał się, zarzucając głowę mocno do tyłu i kazał po­ dać więcej wódki. Eudokia, nieszczęsna kobieta, która poślubiła go jako młoda dziewczyna! Widziałam ją tylko jeden raz. Od niemal trzydziestu lat mieszkała w klasztorze. W jej oczach płonęło szaleństwo. Miała ogolo­ ną głowę, a chłód i brud sprawiły, że jej czaszkę pokrywały guzy i kro­ sty. Jedynym towarzystwem była dla niej garbata karlica. Piotr kazał tej nieszczęsnej istocie, która służy jego żonie w klasztornej celi, obciąć język, żeby na nieustanne skargi Eudokii mogła odpowiadać jedynie bełkotem. Piotr uważał, że wystarczy, żebym zobaczyła ją tylko jeden raz, aby napędzić mi stracha do końca życia. Zsunęłam się z krzesła stojącego przy łożu Piotra i opadłam na kolana. Trzech lekarzy natychmiast wycofało się w półcień komnaty. Ni­ czym przegonione z pola wrony. Ptaki, których Piotr w ostatnich la­ tach swego życia obawiał się najbardziej. Gdy ujęłam jego dłoń, poczułam, że jest miękka i chłodna. Potrzy­ małam ją przez chwilę i uniosłam do ust. Pachniała znajomo. Tyto­ niem, atramentem, skórą, a także delikatnym zapachem perfum, które kiedyś kazał dla siebie zrobić w Grasse. To jeszcze nie była dłoń zmar­ łego. Palce z łatwością oderwały się od kartki papieru. Leżała teraz na prześcieradle, okrywającym jego pozbawione życia ciało. Sięgnęłam po nią spokojnym i zdecydowanym ruchem. Ważne było, by pokazać wszystkim, że tylko mnie przysługuje ten gest, co­ kolwiek zostało tam napisane. Mnie, jego żonie i matce jego dzieci. Rodziłam dwanaście razy.

Papier zaszeleścił mi w palcach. Piotr ostatkiem sił skreślił kilka słów, żeby załatwić sprawę, którą chciał uregulować w ostatnim przy­ pływie swej potężnej woli. Nie po raz pierwszy wstydziłam się, że nie potrafię czytać. Podniosłam się i podałam ostatnią wolę mego małżonka Teofanowi Prokopowiczowi. Przynajmniej Mienszykow wiedział równie mało jak ja! Od chwili, gdy Piotr zgarnął nas pod swoje skrzydła, byliśmy niczym dwoje dzieci, które kłócą się o miłość i uwagę ojca. Batiuszki cara, jak nazywał go jego lud - naszego ojczulka cara. Natomiast Pro­ kopowicz odgrywał swą rolę na zupełnie innej scenie niż my. Zawsze się go obawiałam. Był człowiekiem obeznanym z niebieskimi i ziemskimi królestwami, o wielkiej wiedzy i ostrym dowcipie. Po co jednemu czło­ wiekowi trzy tysiące ksiąg? A tyle właśnie ksiąg - o czym zapewniała mnie moja zaufana Daria - trzyma w swojej bibliotece! Czy wszystkie je przeczytał? Skąd miał więc czas na inne obowiązki? Biorąc ode mnie ostatnią wiadomość od Piotra, lekko pochylił gło­ wę. Wyglądało to na wyraz szacunku, choć przecież musiał wiedzieć, jaki los wyznaczył mi Piotr w ostatnich tygodniach swego życia. Z pewnością domyślał się, co tak pilnego chciał przekazać car! Czy to nie on przed dwoma laty pomógł Piotrowi spisać jego niebywałe postanowienie? Teofan Prokopowicz ujął wtedy w słowa przysługują­ ce Piotrowi prawo do samodzielnego stanowienia o każdym zwyczaju i każdej ustawie. A przecież obaj tak głęboko wierzyli w moc boskiej woli i przeznaczenie łączące lud z jego władcą! Czyż Piotr nie powta­ rzał wciąż, że wolałby zostawić swe imperium godnemu obcemu, niż własnemu, lecz niegodnemu dziecku, jakim zdawał mu się Aleksy, jego syn i dziedzic tronu. Aleksy i jego oczy o rozmytym, przesłoniętym gęstymi rzęsami spojrzeniu. Oczy jego matki, Eudokii, pod jej wysokim, wypukłym czo­ łem. Z jaką nieśmiałością i niepewnością zerkał na mnie podczas na­ szego pierwszego spotkania. Nie mógł wtedy nawet usiąść, ponieważ Mienszykow tak okrutnie potraktował go rózgą, że plecy i siedzenie miał pokaleczone i zaognione. Dopiero gdy było j u ż o wiele za późno, Aleksy zrozumiał, że nadchodząca śmierć zmienia człowieka. Przynosi

słabeuszowi godność i spokój, których w swym życiu nigdy nie zaznał. A silni ludzie w jej obliczu stają się kłębkiem nerwów. W celi Aleksego jego niepewność musiała ustąpić przerażeniu, a w końcu niepojętemu zrozumieniu. Nie byłeś krwią z mojej krwi, ciałem z mego ciała, Aleksy. Więc mogłam mimo wszystko spokojnie spać. Jak to mówił mój ojciec, opierając się na swej prostej, chłopskiej znajomości ludzkich dusz? Łzy innych ludzi to tylko woda. Natomiast Piotr nie przespał już ani jednej nocy bez koszmaru, który przygniatał mu pierś. Kaci i oprawcy Aleksego przysięgali, że jego dusza uleciała z ust w postaci wrony. Od tej pory Piotr całe swe wielkie imperium wezwał do polowania na te czarne ptaki. Chłopi łowili je dla nagród, zabijali, oskubywali i piekli. Nic to carowi nie pomogło. Ptak wciąż przelatywał przez ściany i zaryglowane drzwi jego sypialni, przy­ bywał każdej nocy i swymi hebanowymi skrzydłami tłumił światło jego snów. W chłodnym cieniu jego sylwetki krew na rękach Piotra miała już nigdy nie wyschnąć. Z pozornym spokojem popatrzyłam na Teofana Prokopowicza. Jednak pod lekko zasznurowanym gorsetem moje serce biło moc­ no i nierówno. Byle tylko teraz nie zemdleć. Poruszyłam palcami stóp w sztywnych od pokrywających je haftów i szlachetnych kamieni pan­ toflach. Teraz muszę być silna. Jestem carycą. Cokolwiek miałoby się teraz zdarzyć, jestem pierwszą koronowaną imperatorową Rosji. Na­ ciągnęłam mocniej futro ze srebrnych soboli na ramiona i wyprosto­ wałam się. Mimo to pod jedwabną materią poczułam na ramionach gęsią skórkę. Prokopowicz delikatnie się uśmiechnął. Oczywiście, tego starego lisa nie potrafiłam zwieść. Znał się na tajemnicach ludzkiego serca. Na wszystkich. A przede wszystkim na moich. Ruchem głowy dałam mu znak, aby odczytał nagryzmolone sło­ wa. Po raz drugi skłonił głowę i popatrzył na ostatnie słowa mego męża. A potem zaczął je czytać: - Wszystko przekażcie... Umilkł, po­ patrzył na nas i powtórzył: - Przekażcie...

Mienszykow zerwał się z miejsca, zupełnie jakby go ktoś smagnął batem, jak w starych dobrych czasach. - Komu? - zapytał, podchodząc do Prokopowicza. - No mówcie, Teofanie Prokopowiczu, komu? Ja zostałam na miejscu, choć odczuwane napięcie niemal pozba­ wiło mnie tchu. Czułam, jakby futro, którym się otuliłam, parzyło mi skórę. Teofan wzruszył ramionami. - Car nie dokończył zdania. To wszystko. - Wydaje mi się, czy też na jego pokrytej zmarszczkami twarzy po raz drugi pojawił się uśmiech? Spojrzał na mnie przelotnie, a potem spuścił wzrok. Natychmiast powróciłam do życia. Nic nie zostało przesądzone! Myśli kotłowały mi się w głowie. Piotr nie żyje, lecz to wcale nie ozna­ cza, że jestem bezpieczna! Wręcz przeciwnie. - To wszystko? To ma być wszystko? - powtórzył Mienszykow, wyrywając szacownemu arcybiskupowi Pskowa papier z dłoni. - To niemożliwe! - wymamrotał, wpatrując się bezradnie w nakreślone na nim litery. Prokopowicz spokojnie odebrał mu kartkę. - Przecież nie potra­ fisz czytać, Aleksandrze Danilowiczu. I tyle ci z tego przyszło, że za­ wsze miałeś coś innego do roboty, niż nauczyć się liter. Mienszykow j u ż miał mu ostro odpowiedzieć, lecz ja natychmiast przerwałam nabrzmiewający między nimi spór. Naprawdę mieliśmy teraz ważniejsze sprawy do załatwienia. Liczyła się każda chwila! M u ­ siałam działać szybko, przecież nie chciałam podzielić losu Eudokii, jechać saniami na Syberię albo jeszcze gorzej, unosić się na Newie twa­ rzą do dołu pośród ciężkiej kry. - Teofanie, czy chcesz przez to powiedzieć, że car umarł, nie wy­ znaczając swego następcy? Nie określając, kto jest dziedzicem rosyj­ skiego imperium? - upewniłam się. Prokopowicz skinął powoli głową i popatrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Oczy nabiegły mu krwią po długim czuwaniu przy łożu swego pana. Jak wszyscy popi nosił długie, nieupudrowane włosy. Poprzetykane siwymi pasmami, gładko spływały mu na ramio-

na. Tego dnia miał na sobie skromny, ciemny ubiór prostego duchow­ nego. Nic nie zdradzało licznych zaszczytów i urzędów, jakimi obda­ rzył go Piotr. Nic poza wiszącym mu na piersi ciężkim, wysadzanym klejnotami złotym krzyżem w kształcie medalionu, panagią. Był stary. Jak mogłam tak łatwo o tym zapomnieć? Już przed dwudziestu laty, kiedy był jeszcze arcybiskupem Nowogrodu, wydawał mi się strasznie stary. Mimo to musiałam mieć na niego oko. Prokopowicz był j e d n y m z tych ludzi, którzy potrafiliby służyć jeszcze wielu carom! Bez niego mogłabym szybko zostać zapomniana. Skłonił się i wyciągnął w moją stronę dłoń z kartką. Wzięłam ją od niego i wsunęłam do kieszeni ukrytej pośród fałd mej sukni. Teofan wyprostował się. - Caryco - powiedział zmęczonym nagle głosem. - Składam ten dokument w wasze ręce. Zabrakło mi tchu w piersiach, gdy zatytułował mnie w ten sposób. Czy to znaczy, że podjął już decyzję? Mienszykow uniósł głowę i uważ­ nie nam się przyglądał. - Teofanie... - umilkłam. Jakich słów użyć, by najlepiej wyrazić to, co chcę powiedzieć? - Idź do domu, Teofanie. Jest bardzo wcześ­ nie, a człowiek w twoim wieku potrzebuje snu. Każę cię zawołać. Ale pamiętaj, że oprócz naszej trójki w tym pokoju nikt nie zna ostatnich słów cara. Zrozumiał. - Caryco, winien ci jestem podziw i oddanie. Jesteś matką Wszechrusi, żywym duchem naszego cara. Rosja była niczym nieociosany kamień, któremu dłuto cara nadało formę i tchnęło w nie­ go życie! - Gdyby tak za każde dobrze dobrane słowo dostawał sztukę złota! Lecz jego akurat bogactwo nie interesowało. Czego więc chciał? Trwałości,

Katarzyno Aleksiejewna,

trwałości.

Miałam wrażenie,

że

to Piotr szepcze mi do ucha ochrypłym od picia głosem. Trwałość była jedyną rzeczą, która zawsze się dla niego liczyła. Musiała też być klu­ czem do lojalności Prokopowicza Mądrego. Dokonał wyboru i ukło­ nił się jeszcze niżej niż poprzednio. Gdy z powrotem się wyprostował, nasze spojrzenia spotkały się. To, co mieliśmy sobie do powiedzenia, nie wymagało słów. Dwadzieścia lat wspólnego życia i wspólnej walki połączyło nas bezgłośnie i nierozerwalnie.

- My również nie zapomnimy o wyświadczonych przez was wiel­ kich przysługach, Teofanie. I m a m y nadzieję, że dalej będziecie nam je świadczyć. - Celowo zastosowałam władczą formę wypowiedzi. Po raz kolejny pochylił głowę, milczący i dumny. - Nadamy wam Order Świętego Andrzeja. I podarujemy majątek pod Kijowem z tysiącem, nie, z dwoma tysiącami dusz. - Zaczęłam pośpiesznie zastanawiać się, komu będę musiała te dobra najpierw odebrać. Na pewno znajdzie się jakieś rozwiązanie. - Jestem zaszczycony, caryco - odparł Teofan. Stał teraz i czekał. Skinęłam na służącego, który milczący i nieruchomy niczym posąg stał przy drzwiach. Był jedyną osobą poza nami trojgiem i medykami, jaką wpuszczono do sypialni cara. - Każ zaprząc powóz Teofana Prokopowicza. I pomóż mu zejść na dół. Nikogo do niego nie dopuszczaj, słyszysz? Służący pośpiesznie przytaknął. Jego długie rzęsy rzucały cień na zaróżowione policzki. Był piękny. J e g o twarz wywołała nagle bolesne w s p o m n i e n i e twarzy innego mężczyzny. T w a r z y m a r t w e ­ go mężczyzny. Twarzy, na którą musiałam patrzeć przez wiele dni i nocy t a m , obok m e g o łóżka, gdzie Piotr kazał postawić j e g o głowę. Unosiła się w ciężkim, szklanym naczyniu w y p e ł n i o n y m alkoholem, niczym j a b ł k o zalane na zimę w ó d k ą . Jego szeroko otwarte oczy pa­ trzyły na mnie ze smutkiem. Miękkie za życia wargi skurczyły się p o ­ zbawione krwi. W śmiertelnym grymasie odsłaniały zęby i dziąsła. Gdy w odruchu przerażenia kazałam pokojowej wynieść to naczynie, Piotr ponownie postraszył mnie klasztorem i batami. Tak więc przez wiele tygodni stało obok mego łoża, którego Piotr nie chciał j u ż ze mną dzielić. Przegoniłam wspomnienie i powtórzyłam dobitnie: - Odpowia­ dasz za to głową, chłopcze. Nikomu nie wolno z nim rozmawiać! Teofan roześmiał się cicho na te słowa. - Bez obaw, caryco. Jeśli Prokopowicz nie chce z nikim rozma­ wiać, to z nikim nie rozmawia. Chodź, chłopcze, podaj ramię staremu człowiekowi! Dał chłopcu znać, a ten z ukłonem otworzył przed nim drzwi.

Na korytarzu dostrzegłam blade, wystraszone twarze. Panowie i służba siedzieli tam niczym króliki w pułapce i popatrzyli na mnie z lękiem. Moje pojawienie się wywołało wśród nich poruszenie. Madame de la Tour, chuda francuska guwernantka moich córek, przy­ tulała do siebie moją małą Natalię. Nie byłam zadowolona, że ją tam widzę. W korytarzu było zbyt zimno, a j u ż wczoraj po południu zaczęła kasłać. Obok guwernantki stały też Elżbieta i Anna. Próbowały złapać mój wzrok, lecz ja celowo unikałam ich spojrzeń. Były przecież takie młode! Jak miałyby to zrozumieć? Ani one, ani ja, ani ci wszyscy ludzie na korytarzu, nikt z nas nie wiedział, czy to ja jestem tą osobą, której powinni się bać. Szukałam w tłumie kilku twarzy. Brakowało zwolenników wnuka Piotra, książąt Dołgorukich, oraz samego małego Piotra Aleksiejewicza. Gdzie oni się podziewali? Gdzie knuli teraz swoje plany zagarnię­ cia tronu? Powinnam aresztować ich jak najszybciej! Za moimi plecami Teofan Prokopowicz i młody służący opuścili sypialnię Piotra. Zasłoniłam swym ciałem widok na carskie łoże. Bogu niech będą dzięki za moje obfite kształty! Zerknęłam na oddalających się mężczyzn. Jasne, wąsko skrojone jedwabne spodnie opinały się na umięśnionych nogach i tyłku służą­ cego. Czy prawdą jest plotka, że Prokopowiczowi podobają się młodzi mężczyźni? Cóż, w takim razie dobrze wybrałam mu towarzysza. Każ­ demu to, co czyni go szczęśliwym. Mienszykow roześmiał się. - Wspaniale pozbyłaś się tego starego głupca! Odwróciłam się do niego i rzekłam ostrzejszym niż zamierzałam tonem: - On nie jest głupcem. To my jesteśmy głupcami. M a m nadzie­ ję, że dotrzyma słowa. Mienszykow popatrzył na mnie zdezorientowany. - Jakie słowo ci dał? - Widzisz! To ty jesteś tu głupcem! Słyszysz tylko te słowa, które padają! A przecież powiedziane zostało o wiele więcej! - odpowiedzia­ łam. Jednym krokiem zbliżyłam się do niego i chwyciłam za kołnierz koszuli wyłożony na wąsko wyciętą kamizelkę. Przy okazji ściągnęłam

mocniej wstążki, aż na chwilę zabrakło mu powietrza. Przestraszył się i szybko uniósł ręce do góry, aż zafurkotały ciężkie koronki jego szero­ kich mankietów. Syknęłam ostro prosto w jego twarz. - Mienszykow, nie mamy teraz czasu na takie bzdury. Oboje siedzimy w tej samej łodzi i niech Bóg zlituje się nad tobą za każdą sekundę, którą teraz tracisz! Ciężko dyszał w moim mocnym uścisku, lecz nie miał śmiałości się z niego wyrwać. - Wiesz, kogo nie dostrzegłam na korytarzu, Aleksandrze Daniłowiczu? Zgadnij! Z bólem zauważyłam brak małego Piotra Aleksiejewicza Romanowa, a także jego przemiłych doradców! Nie ma po nich śla­ du! A może domyślasz się, dlaczego prawowitego dziedzica Cesarstwa Rosyjskiego nie ma przy łożu śmierci jego dziadka, czyli w miejscu, w którym powinien się znajdować? Mienszykow delikatnie pokręcił głową. Ten wielki i silny mężczy­ zna zwisał niczym kukiełka z moich dłoni i ponownie przełknął ślinę. Pot wystąpił mu na czoło. - Dlatego, że jest teraz wśród żołnierzy w cesarskich koszarach! Dlatego, że wkrótce posadzą go sobie na ramionach, wiwatując na j e g o cześć! Dlatego, że czekają na chwilę, w której ogłoszona zostanie śmierć Piotra Wielkiego! A co wtedy stanie się z nami? Co stanie się, gdy przypomni sobie, kto stracił jego ojca? Przecież na pewno wie, czyje nazwisko j a k o pierwsze widniało na wyroku skazującym Alekse­ go, choć był to tylko krzyżyk, bo przecież nie umiesz pisać! Mienszy­ kow! Na miłość boską, musimy działać! Według nich Syberia byłaby dla nas zbyt dobra! Książę Dołgoruki najchętniej rozrzuci nasze pro­ chy na wietrze! Puściłam go, a on zatoczył się do tyłu. Wciąż wydawał się oszo­ łomiony, gdy swymi silnymi, opierścienionymi dłońmi przecierał so­ bie oczy. Jednak gdy je z powrotem otworzył, jasność jego spojrzenia zdumiała mnie. Skłonił się i powiedział: - Tak j a k mówicie, Katarzyno Aleksiejewna, czekają na chwilę, w której dowiedzą się o zgonie cara. Lecz nikt poza nami nie wie, że Piotr nie żyje. Nikt poza nami i Teofanem Prokopowiczem! 14

Zanim zdążyłam go powstrzymać, stał j u ż przy drzwiach wiodą­ cych na korytarz i wołał do siebie żołnierza stojącego na straży pod pokojami Piotra. - Teofan Prokopowicz przed chwilą stąd wyszedł. Widziałeś to? - zapytał go cichym głosem. Żołnierz gorliwie przytaknął. Wymiana zdań z Mienszykowem mogła zdecydować o jego przyszłości. - Dobrze - kontynuował Aleksander Daniłowicz. - W e ź dwudzie­ stu ludzi. Podążajcie za jego powozem, a gdy dotrze do domu, otoczcie go! Ma się tamtędy nie przecisnąć nawet mysz! Młody człowiek ponownie skinął głową, lecz zaraz potem jakby się zawahał. - A co ze służącym, który mu towarzyszy? Czy mamy go... ? - uczynił jednoznaczny gest, przesuwając ustawioną poziomo dłonią po gardle. Mienszykow potrząsnął głową. - Nie, niech dotrzyma staremu towarzystwa. - Wymienili porozumiewawczy uśmiech. Mienszykow klepnął oficera w ramię i powiedział: - Jak dobrze się spiszesz, na pewno nie będziesz stratny! Żołnierz rozpromienił się. - Jak się nazywasz? - zapytał jeszcze Mienszykow. - Orłów, mój książę! - odparł młody człowiek, głęboko się kła­ niając. Mienszykow jeszcze raz skinął do niego zachęcająco głową, a po­ tem zamknął drzwi. Podobało mi się jego zachowanie. Znów był tym odważnym, zde­ cydowanym mężczyzną, który odwrócił bieg wielu bitew, który tak czę­ sto ratował głowę z najgorszych tarapatów. Jak też odpowiadał Piotr, gdy ktoś zwracał mu uwagę na podejrzane interesy Aleksandra Daniłowicza? „Mienszykow to Mienszykow, bez względu na to, co robi!" I to zamykało sprawę. Udało mi się podzielić z nim swoim lękiem. Lecz to był dopiero pierwszy krok. On miał rację. Nikt poza nami nie wie o tym, że car nie żyje! Ta wiedza zapewniała nam kilka godzin przewagi, tajemnica da-

wala nam tak bardzo potrzebny czas. Czas aż do ołowianego poranka, który rozciągnie się nad miastem Piotra. Odezwałam

się

więc do

niego

nieco

łagodniejszym

tonem.

- Chodź. Pójdziemy tam obok, do małej biblioteki - lekko popchnę­ łam go do przodu. Niepewnym krokiem podszedł do krzesła, na którym od dwóch dni i nocy czuwał przy łożu Piotra. Haftowany surdut z zielonego bro­ katu rzucił niedbale na oparcie. Wystarczyłaby jedna z wplecionych w materię srebrnych nici, by wyżywić chłopską rodzinę przez dwa lata. Laska z gałką z kości słoniowej oparta była o stojący obok stolik. Wziął i surdut, i laskę i skierował się do ukrytych w boazerii drzwi, które pro­ wadziły do małej biblioteki Piotra. Zwróciłam się do medyków. - Blumentrost! Życzę sobie, żebyście nie opuszczali tego pomieszczenia, dopóki na to nie pozwolę, rozu­ miesz? - Ale... - próbował zaprotestować. - Naszą cesarską wolą jest, by wieść o zgonie Jego Majestatu jesz­ cze się nie rozniosła. Ani słowa! Albo nigdy więcej nie będziesz mógł pracować w Rosji, żeby było jasne! Dobrze powiedziane. Taki ton zaakceptowałby nawet Piotr. - Jak sobie życzycie, caryco. - Blumentrost umilkł i ukłonił się. - Dobrze. Zostaniesz później wynagrodzony. To dotyczy także twoich kolegów. Mienszykow uchylił już ukryte w boazerii wąskie drzwi prowadzą­ ce do sąsiedniego pokoju i czekał na mnie. Zachwiał się. Czyżby pił podczas czuwania? Czy też to zmęczenie sprawiło, że nogi się pod nim ugięły? A może strach? Weszłam przed nim do małego, ciemnego pomieszczenia, sekretnego królestwa Piotra. Ogień w kominku wygasł, a drewno na ścianach od­ dawało jego przyjemne ciepło. Podłogę wyłożono miękkimi dywanami, które przywieźliśmy z naszej wyprawy wojennej do Persji. Proste krze­ sła, stojące przed biurkiem, kominkiem i regałami, zrobił sam Piotr. Czasami jeszcze o północy słyszałam dochodzące z jego komnat odgło-

sy heblowania i uderzenia młotkiem. Stolarka i ciesielka pomagały mu przegonić jego demony i lęki. Zdarzało się, że znużony Piotr zasypiał przy warsztacie. Mienszykow zarzucał go sobie wtedy na ramiona i za­ nosił do łóżka. Jeśli tam na niego nie czekałam, używał jako poduszki brzucha młodego szambelana. Z wysokich okien biblioteki zwisały gęsto tkane zasłony, które jako młody człowiek kupił w Niderlandach jeszcze przed wybuchem wojny północnej. Regały zapełnione były książkami: opisami podróży, morskich rejsów, bitew na lądzie i morzu, a także dziełami religijnymi. Każde z tych dzieł przeglądał wciąż na nowo. To był świat, w którym nie mogłam mu towarzyszyć. Wciąż otwarte książki leżały na jego biur­ ku, w stosach w kątach pokoju, a także obok kominka. Niektóre były drukowane i oprawione w grubą świńską skórę, karty innych zosta­ ły dawno temu zapisane ręcznie w klasztorach, a potem wielokrotnie skopiowane. Gzyms kominka był pusty, poza wiernym modelem „Natalii", potężnej fregaty Piotra. Nad nią wisiał obraz przedstawiający nasze­ go syna Piotra Piotrowicza. Namalowano go zaledwie kilka miesięcy przed jego nagłą śmiercią. Śmiercią, która rozdarła serce jego ojca i moje. Tak wiele bólu, tak wiele okrutnie zniszczonych nadziei. Byłam wtedy bliska postradania zmysłów. W tamtym momencie wydawało się, że wszystko poszło na marne. Przez długi czas nie wchodziłam do tego pokoju, gdyż jego wizeru­ nek wydawał się zbyt prawdziwy. Zupełnie jakby mój syn chciał rzucić do mnie małą skórzaną piłkę, którą trzymał w dłoni. Jego jasne loki opadały na białą koronkową koszulę, a między uśmiechniętymi war­ gami połyskiwał rząd ząbków przypominających perełki. Oddałabym życie, żeby mieć go tu i teraz przy sobie i móc ogłosić go carem Rosji. Był małym chłopcem, to prawda. Lecz był synem z mo­ jej i z twojej krwi, Piotrze. Dynastia. Czy nie tego pragnie każdy władca i czy nie tego pragnęliśmy także my? Teraz zostały nam już tylko córki. I niekochany, budzący lęk wnuk. Wspomnienie młodego księcia naszło mnie z taką siłą, że aż za­ brakło mi tchu. Piotr Aleksiejewicz, którego jako noworodka Piotr

wziął w ramiona tuż po porodzie, odwracając się od jego matki. Biedna Szarlota. Zawsze przypominała szlachetnego, płochliwego konia. I ni­ czym konia ojciec z wesołego Brunszwiku sprzedał ją na rosyjski dwór. Rzucił ją Aleksemu na pożarcie, niczym zabawkę do rozpędzenia jego złych humorów, która już wkrótce rozpadła się w jego dłoniach. Na początku jej pobytu w Sankt Petersburgu Szarlota nieustannie miała oczy opuchnięte od płaczu. Tłumaczyłam to sobie jej tęsknotą za do­ mem. Wkrótce potem pod warstwą zielonych i granatowych sińców z trudem można było rozpoznać jej twarz. Aleksy prał delikatną nie­ miecką księżniczkę na kwaśne jabłko. Gdy po urodzeniu córki odkryła, że znów jest w błogosławionym stanie, ze strachu zalała mi łzami całą spódnicę. Lęk przed własnym życiem pozbawiał ją tchu. I gdzie jest teraz jej mały synek? W pałacu książąt Dołgorukich? W koszarach? Tutaj, za drzwiami? Miał zaledwie dwanaście lat, lecz ja bałam się go bardziej niż diabła. Chłopca, któremu Piotr nawet nie przyznał tytułu carewicza! Jeśli Dołgorucy z młodym Piotrem zdobędą władzę, praw­ dopodobnie będzie to ostatnia noc mego życia. Mienszykow ponownie otworzył drzwi do pokoju zmarłego i za­ mówił przez Blumentrosta karafkę ciężkiego wina, nie, uznał po chwili zastanowienia, dwie karafki, jak właśnie powiedział. Służący bezszelestnie wślizgnął się do biblioteki. Przyniósł dwie butelki i tacę z kilkoma kielichami z weneckiego szklą. Byliśmy sami, Aleksander Danilowicz Mienszykow i ja. Wyciągnął swe wciąż ładnie ukształtowane nogi przed siebie i mocno oparł się o fotel. Wyglądało to tak, jakby delikatny mebel miał złamać się pod nim. Wypił kilka łyków, w milczeniu, zatopiony we własnych myślach. A potem wysunął kolorowy kielich w stronę ognia i zaczął obracać go w dłoni w tę i z powrotem. Płomienie oświetliły kolorowe szlify, aż wino rozbłysło. Puchar wyglądał jak wypełniony krwią. Usiadłam naprzeciwko niego i ostrożnie napiłam się z kielicha. Dziś wieczorem nie będzie pijackich zabaw. Zdawało mi się, że niemal dostrzegam, jak gorące wino spływa z gardła Mienszykowa. Niby dla

żartu uniósł kielich w moją stronę. Siedziałam jak zamurowana, czu­ łam, jakby i ze mnie uszło życie. Lecz tak właśnie było i to właśnie mogło mnie uratować! - Zdrowie carycy Katarzyny Aleksiejewny. Warto było wtedy o cie­ bie zagrać, moja pani! Twoje zdrowie, moja wielka przegrana! Twoje zdrowie, moja najwyższa wygrana! Gwałtownie odchylił głowę do tyłu, aż zsunęła mu się peruka i głośno się roześmiał. Jego śmiech zabrzmiał niczym wycie naszych zimowych wilków: wysokie i drwiące. Bez wątpienia upił się j u ż pod­ czas ostatnich godzin czuwania przy łożu Piotra. Musiałam ze spokojem przyjmować jego bezczelność. Piotr kazał­ by go obić kijami. Mienszykow cierpi niczym pies, to wszystko - powiedziałam so­ bie. Przecież jego pan właśnie umarł. Co miał zapisane w gwiazdach? Był nieobliczalny w chwilach cierpienia. Tak bardzo go teraz potrzebo­ wałam. Jego, Tajnej Rady i wojska. Patrzyłam więc na niego w milczeniu, aż przestał się śmiać. Z za­ czerwienioną twarzą pod rozczochraną, wciąż jasną czupryną, upił ko­ lejny łyk i popatrzył na mnie znad krawędzi kielicha, jak mi się wyda­ wało, niepewnie. - A ty, Mienszykow? - zapytałam w końcu. Potrząsnął głową, popatrzył przez chwilę na ścianę, nagle zamach­ nął się i rzucił kielichem o grubą boazerię z ciemnego drewna. Szkło rozprysło się, a wino spłynęło ciężkie i czerwone na podłogę. A potem powiedział: - Masz rację. Praczka jako caryca, sprzedawca paszteci­ ków jako najbogatszy i najpotężniejszy człowiek imperium! - Za cara! - przypomniałam mu delikatnie. Popatrzył na mnie posępnym wzrokiem i powoli powtórzył: Oczywiście. Za cara! Nie podobał mi się sposób, w jaki patrzył na ogień. Szybko się jed­ nak pozbierał. - Cóż za wyjątkowy czas! Cóż za wyjątkowe życie, moja pani! Może je wyjaśnić tylko boska opatrzność! Skinęłam głową, lecz pomyślałam sobie: wyjątkowe? Tak, tak się mówi na dworach Europy. Ta myśl j u ż teraz rozbawia posłów i se-

kretarzy. Tylko Piotr zawsze uważał za zwyczajne to, co odpowiadało j e g o woli. Całkowicie zwyczajny awans chłopki na carycę Rosji. Na myśl o tym, co może nadejść, poczułam gwałtowny napływ krwi do członków. Czułam się tak, jakby tysiące mrówek przebiegło mymi ży­ łami. Ja, kuchenna dziewka. Ja, pokojówka. Ja, jeniec wojenny. Ja, praczka. Ja, obozowa dziwka. Ja, gruba pijaczka, która za mocno się maluje. Ja, cudzołożnica! Lecz przecież jeszcze do niedawna mnie słuchał. A teraz nie może już mówić! Wszystko, co odtąd zostanie powiedziane, zależy ode mnie. Mogę być wolna. Największe pragnienie wszystkich chłopów, wszyst­ kich dusz: wolja - całkowita, dzika, wielka wolność. Dla mnie na wy­ ciągnięcie ręki, a mimo to tak boleśnie odległa. Nie, nie zapomniałam, skąd pochodzę. Ja, caryca? Mienszykow wciąż wpatrywał się w ścianę. Trzymał teraz w dłoni nowy kielich, który znów napełniony był aż po brzegi. Nagle wyślizgnął mu się z dłoni, a jego podbródek opadł na pierś. Wino zostawiło wielką, czerwoną plamę na jego białej koronkowej koszuli i błękitnej kami­ zelce. Zasnął. Mogłam mu pozwolić na tych kilka minut odpoczynku, zanim przybędzie Tołstoj. Potem będziemy musieli działać. Potem trzeba go będzie zanieść do jego pałacu, odeśpi kaca. Order Świętego Andrzeja już ma, a poza tym posiada też więcej dusz i tytułów, niż m o ­ głabym mu podarować. Nie było niczego, co mogłabym mu obiecać. Lecz on zostanie sam z siebie. Mc nie wiąże mocniej niż stary, dobry lęk o przetrwanie, Katarzyno, jak by Piotr szeptał mi do ucha. Cóż więc, jakoś pójdzie. Już myślę j a k caryca. Podeszłam do okna, które wychodziło na dziedziniec Pałacu Zi­ mowego. Drobne ikonki, przyszyte wzdłuż całego rąbka mej sukni, po­ brzękiwały cicho przy każdym moim kroku. Gdy kiedyś w Berlinie mała księżniczka Wilhelmina Pruska ujrzała, jak się ubieram, roześmiała się głośno: - Rosyjska caryca wygląda j a k narzeczona grajka! Tak, lecz mój mąż mnie kochał, Wilhelmino. Rozśmieszałam go, a on wtulał swój nos we wszystkie zakamarki mego ciała.

Z okna odsunęłam grubą materię, która miała chronić pałac przed zimnem nocy Sankt Petersburga. Naszego miasta, Piotrze, pamiętasz? Nasze marzenie! Noc, aksamitna i czarna, która już na zawsze obję­ ła cię swymi ramionami, otuliła ciemnością także wody Newy i New­ ski Prospekt, nazwany na cześć Aleksandra Newskiego. Miasto, które wbiłeś w bagienny grunt swoją potężną i niezłomną wolą, skazując na niewymowne cierpienie swoich poddanych, i szlachtę, i chłopów. Po­ wstało na cierpieniu, skargach i śmierci przymusowych robotników, którzy leżą pogrzebani w namule. Lecz kto pamięta o nich w obliczu takich wspaniałości? Jeśli Rosja cierpi na nadmiar czegokolwiek, to właśnie ludzkiego życia. Poranek będzie najpierw blady i chłodny, lecz potem żarzącym blaskiem obleje jasne, równe ściany pałaców. To ty zatrzymałeś tu to światło, Piotrze. Co teraz z nim będzie? Pomóż mi! W oknach wysokich domów, których równe fasady wtedy, przed dwudziestu laty, przedstawiały nieznany dotąd widok, paliły się świe­ ce. Migotały niecierpliwie, trwożnie i niepokojąco. Obserwowałam, j a k ich blask, niczym niesionych ręką ducha, niespokojnie przesuwa się przez komnaty i korytarze. Na zewnątrz, na dziedzińcu stal wartownik pochylony nad bag­ netem. Jego ramiona drgnęły, zauważyłam to w migoczącym świetle pochodni. Jeźdźcy wsiadali na konie, by popędzić przez bramę. Czy Blumentrost posłuchał mojego rozkazu? A może śpieszyli w świat, by oznajmić to, co niewiarygodne? Czy galopowali do Dołgorukich? Ro­ syjski olbrzym padł. Nie żyje. W końcu stał się ludzki. Trzeba działać. Pośpieszyłam od okna do drzwi, które prowadziły z małej biblioteki na korytarz. Tu zebrało się niewielu ludzi, tak j a k miałam nadzieję. Żoł­ nierz, który swobodnie opierał się o boazerię, zerwał się na baczność, gdy tylko mnie zauważył. - Zawołaj mi tutaj hrabiego Piotra Andriejewicza Tołstoja. A tak­ że hrabiego Apraksina, barona Ostermanna i Pawła Jagużyńskiego. I pośpiesz się, car chce ich widzieć! Starałam się, żeby mój głos brzmiał pogodnie i żeby moje ostat­ nie słowa było dobrze słychać w całym długim korytarzu. Patrzyłam

na oddalającego się żołnierza z pozorną radością w oczach. Gdy tylko ludzie na korytarzu podnieśli się z ukłonu, natychmiast nachylili ku sobie głowy. Dopiero gdy zamknęłam za sobą drzwi, me nieszczęście znów mnie dopadło. Bałam się. Tak, Piotr umarł w odpowiednim momencie. Lecz co teraz będzie? Wolja czy też wygnanie albo śmierć? Już od dawna, od bardzo dawna, nie czułam prawdziwego strachu, który teraz sobie uświadomiłam. Tego prawdziwego, gryzącego uczu­ cia, które ściska żołądek w węzeł, wypływa zimnym i gorzkim potem, spowalnia bicie serca i otwiera jelita. Nie, nie czułam go od... Dość! Teraz nie mogę rozmyślać o tych sprawach, jeśli chcę zachować wolną głowę! W mym niewyszkolonym umyśle potrafię robić tylko jed­ ną rzecz naraz. Usłyszałam za sobą ciche mamrotanie. Mienszykow mówił i jed­ nocześnie płakał przez sen. Dobrze było być z nim teraz samą i mieć go na oku. Wypuszczę go z tego pokoju dopiero wtedy, gdy decyzja zostanie podjęta. Żeby tylko Tołstoj i Rada szybko nadeszli! On słu­ chał mnie, a jego słuchało wojsko. Gdzie jest Piotr Aleksiejewicz, mały książę bez tytułu, lecz z wszelkimi prawami do tronu, który chce mi odebrać? Przygryzłam paznokieć. Ciemne miasto, które oddychało za oknami w niespokojnej, prze­ rywanej koszmarami drzemce, nie mogło udzielić mi rady. Usiadłam w szerokim fotelu przed kominkiem i wysunęłam stopy ze sztywnych, haftowanych pantofli. Teraz mogłam już tylko czekać. Ciepło powoli przesuwało się w górę moich członków aż do głowy. Luty zawsze był j e d n y m z najzimniejszych miesięcy w Sankt Petersburgu. Powinnam kazać przynieść sobie grzane wino i obwarzanka, to pozwoliłoby mi nie zasnąć i wprowadziło w stan lekkiego, szybko mijającego rauszu. Jeśli czegokolwiek nie potrafiłam znieść, to zimna. A przecież tak czę­ sto razem marzliśmy, w polu. Tylko w nocy mogłam zadbać o to, żeby nie było mu zimno. Mienszykow zaczął powoli prostować swoje długie członki. Chrapał jeszcze z otwartymi ustami, lecz już wkrótce będzie się musiał obudzić.

Zamknęłam oczy. I wtedy napłynęły łzy. Nareszcie. Nie fałszywe, lecz prawdziwe łzy głębokiej rozpaczy i smutku, pomimo całej ulgi. Przede mną jeszcze długi poranek i długie tygodnie. Na ten czas będę potrzebować wielu łez, gdyż lud i dwór oczekują rozpaczającej carycy, z potarganymi włosami, łamiącym się głosem i opuchniętymi oczami. Mój smutek i moja miłość dawały mi prawo, żeby uczynić coś niesły­ chanego. Nawet Dołgorucy nie będą się mogli sprzeciwić. Mogę więc równie dobrze zacząć płakać teraz. Tyle łez nad moim cudownym ży­ ciem. Płacz więc, chłopska dziewko, pokojówko, ladacznico, płacz, ca­ ryco Wszechrusi! Tej jednej nocy nikt cię nie usłyszy.

ROZDZIAŁ 1.

M

oje życie rozpoczęło się od przestępstwa. Z tym że za po­ czątek mego życia nie uważam momentu narodzin. Kto do­ kładnie pamięta swoje najwcześniejsze lata? O życiu chło­

pa pańszczyźnianego, czyli duszy, lepiej nie wiedzieć nic! Nasz żywot, niemieckich dusz w rosyjskim majątku cerkiewnym, byl tak nędzny, że aż trudno go opisać. Życie nasze, Nemców, było ciężkie i usłane kamie­ niami niczym ziemia na pylistej drodze w mojej wiosce. Gdzie znaj­

dowała się ta biedna mała mieścina, w której dorastałam? Nie wiem. Zagubiła się gdzieś w bezkresach Inflant, wioska i kraj, których j u ż nie ma. Czy tamte chaty jeszcze stoją? Nie interesuje mnie, co stało się z tymi nielicznymi ubogimi izbami czy samą drogą. Ojczyznę odnala­ złam we własnym sercu. Wtedy jednak, gdy byłam młoda, mój świat kończył się na gra­ nicy ostatniej izby. Naszą małą wspólnotę i nasz świat określaliśmy tym samym słowem co Rosjanie, mir. Kręta, ubita droga prowadząca przez nasz mir podtrzymywała nasz świat niczym pas luźnego sarafanu*. Lato zmieniało ją w obłoki kłębiącego się czerwonego kurzu, który wgryzał się w skórę bosych stóp, oślepiał nas i wywoływał kaszel. Wiosną i jesienią, po odwilży i pierwszym dużym deszczu, brodziliśmy po niej po kolana w błocie z naszej izby na pola i do rzeki. Zimą nato­ miast, wracając do domu, przy każdym kroku aż po uda zapadaliśmy się w śniegu albo ślizgaliśmy się po gładkim niczym lustro lodzie. *

Sarafan - rosyjski kobiecy strój ludowy, rodzaj długiej sukni z wysoką talią, bez ręka­ w ó w albo z wszytymi rękawami z tkaniny bieliźnianej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Od czasu do czasu przez wioskę przetacza! się załadowany wóz, do którego zaprzężone były konie z długimi grzywami i ciężkimi ko­ pytami. Zostawiał towary w klasztorze i odbierał inne, przeznaczone na targ. Poza tym niewiele się działo. Ubłocone kury i prosiaki biegały po drodze. Bawiły się na niej brudne dzieci z potarganymi, skołtunio­ nymi i zawszonymi czuprynami, dopóki były zbyt małe, żeby pomagać w polu albo siedzieć przy klasztornych wrzecionach i krosnach. Po­ waga naszego życia jako dusz dopadała nas już we wczesnych latach. Koniuszki palców mieliśmy stwardniałe od pracy i nawet nie chciało nam się odganiać much siedzących w kącikach oczu. W niskich i zadymionych izbach przebywaliśmy tylko wtedy, gdy jedliśmy albo spaliśmy. Dom wiązał się więc z nielicznymi w na­ szym życiu chwilami odpoczynku. Chaty stały bezładnie porozrzuca­ ne w pewnym oddaleniu od drogi, a za każdą znajdował się ogródek warzywny i studnia. Nasz mir wyglądał dokładnie tak samo, jak wiele innych małych wiosek w Inflantach i sąsiednich bałtyckich krainach. Tam, w owym trójkącie pomiędzy dużymi państwami należącymi do papieża, a także do Niemców. Lecz wkrótce na tych terenach zaczęli razem mieszkać Polacy, Łotysze, Rosjanie i Niemcy, których łączyły mniej lub bardziej przyjazne relacje. Przynajmniej wtedy. Pewnego kwietniowego dnia, tuż przed przełomem stuleci - we­ dług kalendarza wprowadzonego przez cara Piotra musiał to być rok 1699 - biegłam w dół drogą razem z moją młodszą siostrą Krystyną. Za ostatnią, płaską i przycupniętą izbą z drewna, gliny i słomy droga ciągnęła się wzdłuż pól w kierunku rzeki. Tego dnia wiatr delikatnie gładził naszą skórę, a powietrze pachniało słodko największym cudem bałtyckich krain. Ottiepiel. Kto nigdy nie przeżył wielkiej odwilży, ten nie potrafił zrozumieć naszych serc. Nasze dusze odpoczywały przez zimę, były niczym płytki oddech niedźwiedzia, który aż do wiosny zu­ żywa zapasy tłuszczu zgromadzone pod futrem. Długa pora roku i jej ołowiane światło niczym derka przykrywały naszego ducha. Mir za­ padał się w bezsilną i tępą ciemność, którą wypełniały opary wódki i kwasu. Żywiliśmy się chlebem bez zakwasu, słoniną, która tworzyła wielkie oka tłuszczu w zupie fasolowej, kaszą ze skwarkami, ciastem

jaglanym i kwaśną kapustą, którą jesienią w wielkich ilościach drob­ no kroiliśmy, soliliśmy i udeptywaliśmy. Jedliśmy ją potem każdego dnia. Dawała nam siłę, żeby przetrwać ziąb, w którym ślina zamarza w gardle, zanim człowiek zdąży ją wypluć. Właśnie wtedy, gdy śnieg, mróz i szron stawały się dla nas niemającą końca i trudną do zniesie­ nia rutyną, zaczynały niepostrzeżenie zanikać. Każdej długiej i ciemnej zimy nie wierzyliśmy już, że ottiepiel kolejny raz się powtórzy. Przera­ żał nas dopiero potężny trzask pękających na Dźwinie lodowych kier. Uwolniona woda tryskała dziko i niosła kry z wielkim pędem w dół rze­ ki. Miażdżyła wszystko, co stanęło na jej drodze, a nawet najmniejsze strumyki występowały z brzegów. Późną wiosną pojawiały się pierwsze pąki, silne, łuskowate ryby w Dźwinie i zioła wszelkiego rodzaju. Na­ stępowały krótkie, gorączkowe i szalone letnie miesiące. Nagle nasz ubogi krajobraz stawał się pełen życia, liście na drzewach były grube i soczyste. Motyle tańczyły, zataczając się w powietrzu, a rozświergotane ptaki śpiewały całą jasną noc. Nasza kraina była wtedy jak odu­ rzona od nagłego nadmiaru urodzaju i życia. Rozpoczynały się długie dni i krótkie noce. Tego roku miałam obchodzić swoje szesnaste urodziny, a Krystyna była ode mnie dwa lata młodsza. Tańczyła przede mną w kurzu, obra­ cała się wokół własnej osi, klaskając w dłonie. - Oddychaj, Marto! Od­ dychaj! Wąchaj! - Uniosła swój mały nosek w górę. - Życie zaczyna się na nowo! Roześmiałam się i spróbowałam złapać ją, mimo że dźwigałam pra­ nie, lecz zręcznie mi się wywinęła. Miałyśmy uprać ubrania nad rzeką. Jeszcze podczas poprzedniej pełni musiałyśmy rąbać lód w dzieży za izbąl Tak trudno było skrobać i jednocześnie odkładać na bok kawałki lodu. Poza tym ręce aż siniały nam od mrozu, a pod skórą tworzyły się paskudne guzy, które potem bardzo bolały i trudno się goiły. Tego dnia przyjęłyśmy więc na siebie z wielką ochotą obowiązek prania. Kto prał, nie musiał iść na pole. W tajemnicy postanowiłyśmy, że po skończeniu pracy wykąpiemy się, żeby ładnie wyglądać na wiosennym targu pod koniec tygodnia.

Krystyna nie dźwigała prania, ponieważ to ona była córką żony mojego ojca. Mnie urodziła mu jakaś dziewczyna z sąsiedniej wioski w dziewięć miesięcy po wiosennych tańcach. Wtedy był j u ż zaręczony z Elżbietą Rabe. Nie mógł więc być wbrew wszelkim obyczajom zmu­ szony do poślubienia mojej matki. Mnisi opowiedzieli się przeciw­ ko rodzinie mojej matki i stanęli po stronie mego ojca. To oni mieli ostatnie słowo w sprawach małżeństw zawieranych w naszym mirze i woleli, żeby ojciec ożenił się z dziewczyną z ich majątku! Moja matka umarła przy porodzie, a Elżbieta Rabe przysposobiła mnie. Co mogła zrobić innego? Rodzina mojej matki stanęła na progu izby i wręczyła ojcu węzełek z noworodkiem. Gdyby mnie nie chciał, z pewnością po­ rzuciliby mnie na skraju lasu. Nie mogę powiedzieć, żeby Elżbieta Rabe traktowała mnie na­ prawdę źle. Musiałam ciężko pracować, podobnie j a k wszyscy inni. Nigdy mnie nie biła, choć gdy była nie w humorze, ciągnęła mnie za włosy albo mocno szczypała w ramię i syczała: - Jesteś zła krew! Kto wie, skąd naprawdę jesteś? Popatrz na siebie. Twoje włosy są czar­ ne jak skrzydła kruka! Znałam twoją matkę, latała za każdym chłopa­ kiem! I z każdym się kładła! Wszyscy wiedzą, że trzeba wielu mężczyzn na takie zielone oczy! Uważaj, żebyś nie skończyła tak samo! Jeśli mój ojciec był wtedy obok nas, nic nie mówił, tylko wychodził z izby. Wyglądał wtedy na bardzo smutnego, jeszcze bardziej niż zwy­ kle. Jego plecy zgarbiły się od pracy na klasztornych polach, na promie przez Dźwinę czy przy mnisich krosnach. Smutny i bezzębny uśmiech pojawiał się na jego twarzy tylko po kilku kubkach kwasu. Wódka, na którą pozwalał sobie w święta, wywoływała odrobinę przygaszonego światła w jego zapadniętych oczach. Krystyna tanecznym krokiem podbiegła do mnie, ujęła mnie pod ra­ mię i obróciła naokoło. Gdy stanęłyśmy, obie odwróciłyśmy twarze w stronę słońca. - Jeden, dwa, trzy, kto dłużej wytrzyma, patrząc w słońce! - roze­ śmiała się. - Potem w tych plamkach pod powiekami można dostrzec człowieka, za którego wyjdzie się za mąż!

Poczułam jej ciepłe ciało przy sobie i objęłam wolną ręką jej ra­ miona. Zamknęłyśmy oczy. Poranne słońce mocno j u ż grzało. Oby j u ­ tro na święcie też była taka pogoda! Uwolniłam się od Krystyny, całując ją w policzek. - Chodź, bieg­ nijmy! Im szybciej skończymy pranie, tym szybciej będziemy się mo­ gły wykąpać! Chcę umyć włosy, a potem położyć się na ciepłych kamie­ niach na brzegu, żeby wyschnąć! Skinęła głową, chwyciła mnie za rękę i razem pobiegłyśmy wzdłuż pól. Ziemia należała do mnichów z rosyjskiego klasztoru, a my widzia­ łyśmy pracujących na niej chłopów. Trzeba było wykorzystać krótki okres urodzaju, mój ojciec i bracia często pracowali cały dzień i pół jasnej nocy, by poza polami klasztornymi obrobić także naszą własną, lichą ziemię przed izbą. Och, nie, nie kochaliśmy ziemi, która nas ży­ wiła. Była dla nas surową i okrutną panią. Sześć dni tygodnia należało się klasztorowi, siódmy należał do nas. Dla chłopów pańszczyźnianych Bóg nie przewidział dnia odpoczynku. Teraz, wiosną, zasiewano tylko część pól na letnie zbiory. Na dru­ giej części sadziliśmy latem buraki i kapustę, które można było zbierać nawet zimą z zamarzniętej ziemi. Ostatnia, trzecia część pól, odpoczy­ wała aż do następnego roku. Mężczyźni pracowali w pośpiechu. Czas, w którym mogliśmy zatroszczyć się o zapasy na resztę roku, był bardzo krótki. Kilka przegapionych lub zmarnowanych dni mogło oznaczać głód. W sierpniu mój ojciec i bracia przebywali na polach co najmniej przez osiemnaście godzin, ponieważ trzeba było wtedy zwieźć zbiory i rozpocząć wysiew oziminy. Pomiędzy chłopami widziałyśmy wędrujących tu i tam mnichów w ich długich, ciemnych szatach. Pozornie zatopieni byli w rozmowie, lecz tak naprawdę pilnowali swojej własności. Wydawało mi się, że do­ strzegam ojca i braci. Mocno pochylali się nad ziemią. - Jak myślisz, co taki mnich ma pod sutanną? - zapytała mnie Krystyna z bezczelnym błyskiem w oku. Roześmiałam się, wzruszając ramionami. - Niewiele, inaczej by­ łoby chyba widać, prawda? - Prawda! Zwłaszcza na twój widok! - odparła.

Jej uwaga wydala mi się dziwna. Pomyślałam o Elżbiecie Rabe i jej przytykach wobec mojej matki. - Co masz na myśli? - zapytałam więc ostrożnie. Trudno mi było uwierzyć, że Krystyna mogła chcieć mnie obrazić. I rzeczywiście: - Marto! I ty niby jesteś ode mnie star­ sza? - zawołała, a potem odrzuciła głowę do tyłu. Rozwiązała warkocz i potrząsnęła swoimi długimi jasnymi włosami. - Nie mów, że tego nie widzisz. Och, na dorocznym targu wszyscy będą chcieli tańczyć z tobą! A na mnie nikt nie zwróci uwagi! - Popa­ trzyła na mnie ze smutną miną. - Bzdury! Wyglądasz jak anioł! - Pogładziłam ją po głowie. - Tyl­ ko że patrząc na twoje ręce, to taki anioł, który jak najszybciej powi­ nien się wykąpać. Chodźmy już! Odnalazłyśmy na rzece zeszłoroczną płyciznę do prania. Wąska dróżka prowadziła tam przez gęste, cierniste krzewy, przez co z drogi prawie nie było nas widać. Schodząc w dół na brzeg, ostrożnie stawiałyśmy krok za krokiem. Krystyna odwinęła ze szmatki kawałek cennego mydła, który schowała do kieszeni tuniki. Zanurzyła deskę do prania w czystą wodę i ostrożnie natarła mydłem jej ostre żebra, aż wszystkie pokryły się śliską warstwą. Wyrabianie mydła to była ciężka praca, po której bolały wszystkie członki, a Elżbieta Rabe szczególnie lubiła zlecać ją mnie. Gotowanie mydła było wspólną czynnością kobiet z miru, która odbywała się po jesiennym uboju w klasztorze lub wiosną przy wykorzystaniu zbiera­ nych przez zimę popiołów. Godzinami gotowałyśmy żrący ług z desz­ czówki, popiołów, zgromadzonego tłuszczu wieprzowego i wołowego oraz końskich kości. Wkrótce powstawała z tego szara, gęsta i kleista ciecz, a na jej powierzchni tworzyły się wielkie, gorące bąble, które pękały z głośnym trzaskiem, rozpryskując się. Maź bardzo powoli, go­ dzina po godzinie, stawała się coraz gęstsza, a my musiałyśmy ją cały czas mieszać, aż wydawało nam się, że ramiona zaraz nam odpadną. W końcu, pod wieczór całego dnia gotowania, przelewałyśmy gotową masę do drewnianej formy. Po dodaniu soli otrzymywało się twarde kawałki mydła. Jednak sól była dla nas zbyt cenna, potrzebowały-

śmy jej dla zwierząt i do przechowywania mięsa oraz ziół przez zimę. Mydła używałyśmy więc w formie kleistej brei, którą dodawałyśmy do wody. Rozwinęłam tobołek i wyjęłam brudne ubrania. Były to dobre lniane koszule i spodnie mężczyzn oraz sarafany i płócienne tuniki, które my, kobiety, zakładałyśmy w świąteczne dni. Były uszyte z o wiele delikatniejszej tkaniny niż nasze codzienne ubrania, a ich stójki, wycię­ cia rękawów i brzegi zdobiłyśmy kolorowym haftem. Związałam włosy w luźny węzeł i tak ułożyłam moją wypłowiałą chustkę na głowie, żeby chroniła mnie przed prażącym słońcem. A potem ściągnęłam wstąż­ ki, które wszyte były w szwy moich rękawów. Dzięki nim można było regulować długość rękawów w zależności od pogody i okoliczności. W ten sposób obie ręce miałam wolne i mogłam zacząć pranie. Perkal, z którego uszyty byl mój sarafan, był j u ż bardzo przetarty, a rękawy wydymały się od niezliczonych fałdek. Zabrałyśmy się do pracy. Prałyśmy pośpiesznie, perspektywa ką­ pieli sprawiła, że szybko moczyłyśmy ubrania w wodzie, mocno szoro­ wałyśmy, tłukłyśmy nimi o płaskie kamienie, wyżymałyśmy, a potem rozwieszałyśmy do wyschnięcia na nisko zwieszających się ze skarpy gałęziach. - Szybciej! - zawołała nagle Krystyna, gdy starannie wygładzałam ostatnią koszulę. Rozwiązała prosty węzeł swojego paska, zdjęła przez głowę zwykłą tunikę i zsunęła spódnicę. Stanęła golusieńka w wiosen­ nym słońcu i pobiegła do wody. Patrzyłam na nią przez chwilę, dziwiąc się, j a k bardzo się różnimy. Przeklęta Elżbieta Rabe. Pewnego dnia zapłaci za oczernianie mo­ jej matki! Włosy Krystyny były jasne i miękkie, a jej skóra miała ciepły, złocisty odcień. Jej ciało było wysokie i szczupłe, miała wąskie biodra i drobne, przypominające pąki piersi. A mimo to j u ż mogła rodzić dzie­ ci. W zeszłym roku przybiegła do mnie, gdy zaczęła jej płynąć krew. A ja... Cóż, Elżbieta miała rację! Moje włosy były czarne i grube, a moja skóra połyskiwała matowo niczym glinoziem. Nikt w naszej wsi nie miał takiej skóry, a ja bardzo się jej wstydziłam. Moje biodra już teraz były szerokie, a piersi duże i twarde. Krystyna pluskała się w płytkim

przybrzeżnym nurcie. - Chodź! No chodź już! - zawołała, zanim po­ nownie zanurzyła się w wodzie. Wstała i pobiegła dalej po płytkiej wodzie, aż dotarła do głębiny i tam rzuciła się głową w dół w fale. Nie ociągałam się, tylko zdjęłam szybko ubranie, rozwiązałam włosy i pobiegłam za nią. Nie pamiętam już, j a k długo pluskałyśmy się, zanurzałyśmy w wodę i wbrew zaka­ zom z przyjemnością szorowałyśmy nasze ciała kosztownym mydłem. Otwierałyśmy oczy pod wodą, łapałyśmy rękami wodne ślimaki i ła­ małyśmy ostre trzciny na brzegu, żeby upolować węgorza. Woda była bardzo zimna, a gdy tylko się z niej wynurzałyśmy, naszą skórę natych­ miast pokrywała gęsia skórka. Co za odmiana po długiej zimie, podczas której chodziliśmy do łaź­ ni, czyli bani, tylko w niedzielne wieczory. Elżbieta Rabe bardzo dbała o czystość i poza nami tak naprawdę nikt inny w naszym mirze nie cho­ dził do bani tak często. W małym, wyłożonym drewnem pomieszczeniu było bardzo duszno. Siedzieliśmy na długich ławach wokół pieca z gorą­ cymi kamieniami, na których rozpryskiwano wodę świerkowymi gałąz­ kami, aż para unosiła się z sykiem gęstymi kłębami, niemal pozbawiając nas tchu. Potem zakładaliśmy świeże płócienne ubrania. Przez pozosta­ łe dni tygodnia nie kąpaliśmy się. Pewien przejezdny kupiec opowiadał nam kiedyś, że łaźnie pochodzą z północy, ze Szwecji i Finlandii. Ludzie tam korzystają z nich ponoć o wiele częściej niż my! Nie mogliśmy w to jednak uwierzyć, przecież tyle kąpieli nie mogło nikomu służyć. Czas spędzony w wodzie upłynął o wiele szybciej, niż myślałyśmy. Gdy usłyszałyśmy konie na drodze w górze, było j u ż późne popołu­ dnie. To ja pierwsza usłyszałam tych ludzi, ponieważ akurat stałam na brzegu, wyciskając wodę z włosów. - Hej, wy, dziewczęta! - za­ wołali do nas po rosyjsku. W domu rzadko używaliśmy tego języka. Wyprostowałam się, by popatrzeć w górę na drogę. Dostrzegłam kilku jeźdźców oraz przykryty jasną plandeką wóz, na którym siedział męż­ czyzna, trzymając w dłoniach lejce obu koni. Odniosłam wrażenie, że pomimo sporej odległości wpatruje się we mnie i bardzo żałowałam, że nie m a m na sobie długiej koszuli. Szybko dałam Krystynie znak, żeby została w wodzie.

- Kto to jest? - zapytała cicho, unosząc się tu i tam w płytkim nurcie. - Pst! Nie wiem. Nie ruszaj się! - nakazałam jej. Ku memu przerażeniu ujrzałam, że mężczyzna zsiada z kozła cięż­ kiego wozu. Powiedział coś do trzech jeźdźców, którzy mu towarzyszyli, a ja zauważyłam, że są uzbrojeni. Nieznajomy zaczął schodzić dróżką na brzeg. Szybko pobiegłam do krzaka, na którym wisiała moja uprana koszula. Choć była wilgotna, natychmiast ją założyłam. Ledwo udało mi naciągnąć ją na uda, a mężczyzna z kozła już przede mną stał. Był w wieku mojego ojca, lecz z pewnością nie zaznał w swym ży­ ciu tyle ciężkiej pracy co on! Miał na sobie długą szatę w rosyjskim stylu z szerokim kołnierzem z ciemnego futra. Spod spodu wystawały spodnie z miękkiej skóry i bogato haftowany pas. Wysokie buty całe opryskane były błotem. Popatrzyłam na jego twarz. Podbródek miał porośnięty gęstą, ciemną brodą, a plaski kapelusz na głowie rzucał cień na jego oblicze. M i m o to dostrzegłam jego oczy, które z ciekawoś­ cią szybko się po mnie prześlizgnęły. Elżbieta Rabe zbiłaby mnie na kwaśne jabłko, gdyby widziała, j a k stoję tu przed obcym mężczyzną na wpół naga. Zsunął z dłoni rękawiczki. Na krótkich, grubych palcach miał mnóstwo pierścieni z kolorowymi kamieniami. Tylu pierścieni nie widziałam nawet na zarządzie klasztoru! - Szukam drogi do klasztoru. Pobłądziliśmy. Możesz nam po­ móc? Mówił twardym, chropawym niemieckim, jak zwykle Rosjanie, wypowiadając słowa spokojnym i zimnym głosem. Zauważyłam, że ma jeszcze wszystkie zęby. Sposób, w jaki patrzył na moje piersi, sprawił, że poczułam zakłopotanie. Co gorsza, włosy zaczęły mi się wysuwać z warkocza, który w pośpiechu zaplotłam. Gdy po nie sięgnęłam, tu­ nika zsunęła mi się z ramion, a koszula przykleila do wilgotnej skóry. Zdawałam sobie sprawę, że moje piersi prześwitują przez płótno. Rów­ nie dobrze mogłam tam stać zupełnie nago. Mężczyzna szybko oblizał sobie wargi. W tym momencie przypominał mi węża, którego widziałam z moim bratem Fiodorem zeszłego lata w zaroślach przy naszym wa­ rzywniku. Był długi i jasnozielony, niemal przezroczysty, aż widać było

pod skórą jego ciemne wnętrzności. Powoli zbliżał się do nas, groź­ nie się wijąc. Fiodor, choć był młodszy ode mnie, stanowczym gestem przesunął mnie za siebie. Wąż zbliżał się z wahaniem, wysuwając język. Wyglądał na jadowitego. Na śmiertelnie jadowitego. Mój brat schylił się gwałtownie i podniósł ciężki kamień. W momencie, gdy wąż skoczył do przodu z otwartą szczęką, jednym uderzeniem roztrzaskał mu łeb. Przypomniałam sobie, j a k nerwy długiego, martwego już ciała drgnęły i wąż zwinął się po raz ostatni. Mężczyzna zrobił krok w moją stronę i usłyszałam, jak Krystyna woła z wody: - Marta, uważaj! Odwrócił głowę w kierunku, z którego doszedł jej głos, a ja wy­ korzystałam ten moment, żeby schylić się i podnieść pokryty mchem kamień z brzegu rzeki. Choć pochodziłam z małej wioski i byłam dziewicą, doskonale wiedziałam, czego chciał. W końcu trzymaliśmy za domem kury i koguty, napatrzyłam się też dosyć na krowy i byki w klasztornej oborze. Poza tym w izbach, w których spaliśmy na pła­ skich piecach całymi rodzinami, ciało przy ciele, trudno było nie znać ludzkich tajemnic! - Klasztor jest dalej przy tej drodze. Wkrótce tam dotrzesz, jeśli tylko zaraz wyruszysz! - udzieliłam krótkiej odpowiedzi. Mój głos jed­ nak drżał, co mnie zezłościło. Nie powiedział nic, tylko podszedł jeszcze krok bliżej. Cofnęłam się i syknęłam: - Trzymaj się ode mnie z daleka! - Uśmiechnął się tylko, zbliżając się jeszcze bardziej. - Jeśli się zbliżysz, na Boga, roztrzaskam ci czaszkę! Wsiadaj na kozła i jedź do tych przeklętych mnichów! - po­ wiedziałam głośnym i stanowczym tonem. Groźnie kołysałam kamie­ niem. Kątem oka zauważyłam, że jego trzej towarzysze zsiadają z koni. Rozciągnęli członki, jak po długiej jeździe, i przywiązali wodze koni do zwisających gałęzi. Nie potrafiłybyśmy się obronić przed czterema męż­ czyznami. Zaczęłam się bać. Pierwszy z nich zbliżył się do dróżki. Nieznajomy cały czas na mnie patrzył. Usłyszałam, jak Krystyna zaczyna cicho płakać w wodzie. To wywołało moją wściekłość, a gniew dodał mi sił i odwagi. Jeszcze raz mu rozkazałam: - Odjedź stąd, ty ruski!

Zrobił jeszcze jeden krok w moją stronę, lecz potem zawahał się i gestem dłoni powstrzymał swoich towarzyszy. Nagle roześmiał się. Miał dziąsła czerwone od tytoniu. - Na Boga, rozbawiasz mnie, dziew­ czyno. Jeszcze się zobaczymy, a wtedy będziesz o wiele milsza. Obie­ cuję ci to! Wyciągnął dłoń w moją stronę tak, jakby chciał dotknąć moich włosów. Krystyna krzyknęła. Splunęłam mu pod nogi. Jego twarz przybrała twardy, groźny wygląd. - Poczekaj - zagroził. - Marta, tak? Tak cię nazwała ta mała w wodzie? Tak masz na imię? Zagryzłam wargi i nie odpowiedziałam. Odwrócił się i bez słowa ruszył przez zarośla w górę do swoich ludzi. Dopiero gdy cmoknięciem popędził konie zaprzężone do wozu, pozwoliłam, by kamień wyślizgnął mi się z palców. Kolana ugięły się pode mną i opadłam na szary piasek. Drżałam na całym ciele. Turkot kół na kamienistej drodze i suchy stukot podków powoli się oddalały. Krystyna wybiegła z wody i objęła mnie ramieniem. Łzy leciały jej z oczu, a smarki z nosa, i przez chwilę mocno się do siebie przytulały­ śmy. Potem popatrzyła na mnie i wygładziła mi włosy. - Mój Boże, j e ­ steś taka odważna, Marto. Ja nigdy bym się na to nie odważyła! Grozić mu takim małym, śmiesznym kamykiem. Popatrzyłam na leżący obok mnie kamień. Rzeczywiście wydawał się bardzo mały i bardzo śmieszny. - Myślisz, że powinnyśmy się obawiać czegoś z jego strony? szepnęła potem. Przełknęłam ślinę. Pytał o klasztor, do którego nale­ żałyśmy. Należały do niego nasza izba, nasza ziemia, koszula na moim ciele, a także my same. Było oczywiste, że mój ojciec do końca swoich dni nie odrobi należnej daniny, obroku. Nie chciałam o tym myśleć. - Bzdura. Nigdy więcej nie zobaczymy tego tluściocha! M a m na­ dzieję, że spadnie z kozła i skręci sobie kark - spróbowałam się roze­ śmiać. Krystyna popatrzyła na mnie z powagą, a potem skinęła głową. Nie wyglądała jednak na przekonaną. Chmura zasłoniła słońce. Pierwszy, delikatny granat zmierzchu przyćmił światło dnia. Poczułam chłód w wilgotnej koszuli, która j u ż

zdążyła się ubrudzić. Co za kłopot, będę musiała uprać ją jeszcze raz jutro przed świętem! Wstałam i otrzepałam sobie ze stóp piach i drobne kamyczki. - Chodź, idziemy do domu. Nie chcę biegać po ciemku. Krystyna posłuchała. W milczeniu i pośpiechu założyłyśmy nasze stare ubrania i zebrałyśmy mokre pranie. Będziemy musiały powiesić je w domu nad piecem, żeby wyschło przed wieczorem. Elżbieta Rabe będzie na mnie zła. Bez słów wiedziałyśmy, że nikomu nie opowiemy o tym zdarzeniu. Może miałyśmy nadzieję, że dzięki temu stanie się ono nierzeczywiste. Lecz ja j u ż wtedy przeczuwałam, że spotkanie nad rzeką będzie miało swoje konsekwencje. Dziś wiem, że nic w życiu nie dzieje się bez przy­ czyny. Rankiem przed świętem jeszcze padało. Nasze stopy tonęły w miękkim, ciepłym błocie w drodze na łąkę. Każdy krok wywoływał ciche chlupnięcie. Trzymaliśmy swoje sandały i chodaki z łyka i drewna w dło­ niach, żeby nie pobrudzić ich j u ż w drodze na święto. Elżbieta Rabe szła razem ze mną, Krystyną i małą Anną, która nie umiała jeszcze dobrze chodzić, na znajdującą się pod klasztorem łąkę. Anna nie mo­ gła za nami nadążyć, chwyciłam ją za rękę i pociągnęłam za sobą. Po deszczowym poranku nastało słoneczne popołudnie, a szerokie niebo przybrało barwę błękitu. Kobiety, które przygotowały obok łąki miej­ sce do tańców, rozwiesiły właśnie między wysokimi brzozami powro­ zy, na których mogły się huśtać dzieci. Same stanęły razem w długich, kolorowych sukniach, śpiewając pieśni i klaszcząc w dłonie. Na łące panował barwny chaos. Przed pierwszym namiotem, któ­ ry dostrzegłam, przywiązano do pala niedźwiedzia. Jego futro było brudne i zmierzwione, a gdy otwierał pysk, widać było spiłowane na tępo zęby. Pazury też miał obcięte niemal przy skórze. Do trzymanych w niewoli zwierząt lepiej się nie zbliżać. Drzemała w nich dzika, nie­ obliczalna natura i żadne łańcuchy nie mogły jej okiełznać. Zdarzało się, że trzymający je w niewoli wędrowni handlarze zamarzali zimą na skraju drogi. Niedźwiedzie wyrywały wtedy łańcuchy z rąk zmarłych,

a głód pędził je do najbliższych chat i dworów. Z tego powodu razem z Anną w odpowiedniej odległości obeszłyśmy misia, który próbował ostrzyć swoje pazury o pal. Z ciekawością uchyliłyśmy zasłonę do pokrytego kolorowymi ła­ tami namiotu, żeby zajrzeć do jego wnętrza. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Anna głęboko zaczerpnęła powietrza i cofnęła się przerażona. Pośrodku namiotu uwiązana była przerażająca istota. Nie można jej było nazwać człowiekiem! Stworzenie miało dwie głowy, czworo ramion i dwie nogi. Musiało nas usłyszeć, ponieważ jedna gło­ wa zwróciła się w naszą stronę, podczas gdy druga bezwładnie zwisała na bok. Z obwisłych ust tej głowy ciekła ślina, natomiast na twarzy drugiej, smutnej i wykrzywionej, która na nas patrzyła, pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Jedna z rąk poruszyła się, palce wyprostowały się w naszym kierunku. Szybko je policzyłam. Było ich sześć. Przełknę­ łam ślinę i cofnęłam się o krok. To było takie makabryczne, lecz nie potrafiłam odwrócić wzroku. W tym momencie tuż obok nas odezwał się jakiś głos. - Aha, mło­ de panie już są ciekawe mojego Namiotu Dziwów? Przestraszyłyśmy się obie i o mało nie wpadłyśmy do środka na­ miotu. Przed nami stał jakiś mężczyzna. Tuż obok niego przykucnął karzeł, a za nim stała niezgrabna dziewczyna w długiej sukni z połysku­ jących zielonych i niebieskich łat przypominających rybie łuski. Była mniej więcej w moim wieku. W pasie przepasana była liną, a na włosy zarzuciła podartą rybacką sieć. Była mocno umalowana, jej twarz wy­ glądała, jakby zanurzyła ją w mące! Na policzkach miała wymalowane dwa jaskrawoczerwone kółka, a brwi i oczy podkreśliła węglem. Pierw­ szy raz w życiu widziałam umalowaną kobietę. Mężczyzna poklepał się po grubym brzuchu, a potem się przed­ stawił. - Jestem mistrz Lampert. Przywiozłem do waszej wioski dziwy z całego świata! - Dał karłowi kuksańca w bok, na co ten zareagował, robiąc fikołka. Dzwonki i wytarte monety przyszyte do jego kurtki za­ brzęczały przy tym wesoło. - Nikt inny nie ma karłów, syren i prze­ rażających stworów! Przyjdźcie dziś wieczór na moje przedstawienie, moje panie! Będą zawody w celowaniu zepsutymi owocami w mojego

dziwoląga! - przechwalał się dalej mistrz Lampert, wskazując palcem na nieszczęsną istotę pośrodku namiotu. Jeszcze raz popatrzyłam na nią z lękiem. Zwiesiła obie głowy w dół, a cztery ramiona dyndały bez­ radnie. „Syrena", czy jak ją tam nazwał, uśmiechnęła się do mnie, uka­ zując przy okazji czarne dziury między zębami. Boże, ależ byłam zadowolona, gdy w tym momencie Elżbieta Rabe chwyciła mnie za ramię i wściekła wyciągnęła nas obie z namiotu! - Po co mitrężysz czas z tymi włóczykijami! A może jesteś taka jak oni? Chodź, oglądamy razem z Krystyną połykaczy ognia! - ofuknęła mnie. M i m o wszystko wcisnęła mi w dłoń kilka oblanych miodem orze­ chów. Jak udało jej się ukryć pieniądze przed ojcem? Bez wątpienia miałyśmy dziś wielkie święto. Jej kolejnych słów j u ż nie zrozumiałam, ponieważ drogą wydepta­ ną między namiotami i straganami zbliżała się do nas kolorowa grupa muzykantów, a hałas bębnów, fletów i dzwonków łaskawie zagłuszył łajania Elżbiety. Cieszyłam się z tego i dałam część orzechów Annie, która uwiesiła się na mojej ręce. Znalazłyśmy Krystynę przy straga­ nach połykaczy ognia, kuglarzy i magika. Ten wyciągał właśnie jed­ nemu z chłopów czerwoną piłkę z jego brudnego ucha. Tłum śmiał się i klaskał jak oszalały. Kolejni mężczyźni przepychali się do przodu, żeby magik i im wyczarował piłkę z ucha. Krystyna przyciągnęła mnie do siebie i wskazała na jednego z po­ łykaczy ognia. - Widziałaś te mięśnie? To pewnie od tego ognia, który łyka - zachichotała. Wpatrywała się w młodego mężczyznę z pochodnią i w krótkim fartuchu na biodrach. Westchnęłam w duchu. Powinniśmy zacząć uważać na Krystynę i poprosić mnichów, żeby znaleźli jej męża pośród chłopów w naszej wiosce. W przeciwnym razie może się zdarzyć, że będziemy musieli zostawić zawiniątko na skraju lasu! Przeszłam kilka kroków dalej. Stal tam kuglarz z długą białą bro­ dą. Jego skóra była wyprawiona słońcem, a na środku czoła miał wy­ malowaną cynobrową farbą kropkę. Z uszu zwisały mu kolczyki, a na plecy spływały zaplecione w warkocz białe włosy. Nie potrafiłam okre-

ślić jego wieku. Nagle naszła mnie myśl, że musiał w swoim życiu już wiele widzieć. A ja już na zawsze zostanę w mojej wiosce, w moim mirzel Właśnie gestem nakazał ciżbie ciszę i dobrał do trzech kul jeszcze czwartą i piątą. Jego kompan przyglądał mu się spokojnie, polerując kolejne kule z błyszczącego drewna. Starzec wyjaśnił łamaną niemczy­ zną: - Dwie kule są dla dzieci! Trzy kule są dla głupców! Cztery kule - nieźle! A pięć kul - dla mistrza! Stukał się przy tym dumnie pięścią w chudą pierś. Otaczający go gapie zaczęli zachęcająco i przyjaźnie poklaskiwać. Krystyna przysunę­ ła się do mnie i obie przyłączyłyśmy się do aplauzu. Towarzysz kugla­ rza popatrzył na mnie i mrugnął do mnie okiem. Anna wsunęła swoją drobną rączkę w moją dłoń, a Elżbieta Rabe stała tuż obok. Kule wy­ latywały w powietrze, tak wysoko i szybko, że nasze oczy nie potrafiły ich w locie rozróżnić. Promienie słońca odbijały się od połyskującego drewna, a stary kuglarz, cały czas rzucając kulami, kazał sobie podać szóstą i siódmą. Ludzie wpatrywali się w niego z otwartymi ustami. Znów minęli nas kolorowi muzykanci ze swoją wrzawą, a my poszły­ śmy dalej obok uzdrowiciela. Przed jego kramem stała kolejka ludzi z wszelakimi bolączkami. Usłyszałam za plecami oburzone gulgotanie mężczyzny, któremu wyrwano niewłaściwy ząb. Pociągnęła nas dalej radość publiczności zgromadzonej przed straganem lalkarza. Przed­ stawienie j u ż się rozpoczęło, a my usiadłyśmy obok innych widzów na trawie. Nawet nie płacąc, można było co nieco zobaczyć! Na scenie do­ strzegłam marionetkę w okrągłej, błyszczącej czapeczce i z wyszytym rosyjskim godłem, dwugłowym orłem. To musiał być młody rosyjski car! Wyglądało na to, że akcja toczy się w jakiejś twierdzy. Lalka przed­ stawiająca cara stała przed prostym żołnierzem, który, wyrażając się grubiańsko, nie pozwolił jej przejść dalej. Mężczyzna obok mnie śmiał się do łez. Pochyliłam się w jego stro­ nę i zapytałam szeptem: - O co chodzi? Czy to car? Skinął głową i odpowiedział równie przyciszonym głosem. - Tak. Car Piotr chciał dwa lata temu podczas swoich podróży zwiedzić twier­ dzę w Rydze, ale Szwedzi mu na to nie pozwolili! Prosty żołnierz prze­ pędził z murów cara Wszechrusi! Król Szwecji - tu wskazał na kolejną

marionetkę, która siedziała na krześle - uważa, że nic się nie stało, ale car wciąż pieni się z wściekłości! Roześmiał się jeszcze raz i ponownie skupił swoją uwagę na przed­ stawieniu. Car właśnie przeżywał atak wściekłości i z zapałem deptał swoją koronę. Śmiałam się głośno wraz z innymi i karmiłam Annę słodkimi orzechami. W tym momencie padł na mnie cień. Jakiś głos powiedział po rosyjsku: - To ta dziewczyna. Spojrzałam w górę. To był mężczyzna znad rzeki. Stał tam wraz ze swymi trzema towarzyszami oraz grupą mni­ chów. Dziś wyglądał jeszcze dostojniej, pośród całej zgrai wieśniaków, chłopów pańszczyźnianych, nicponi i próżniaków odzianych w prosty, zgrzebny len. Jego długi płaszcz skrojony był z ciemnozielonego aksa­ mitu, a mocno zaciśnięty pas bogato haftowany. Sponad niego zwisał potężny brzuch. M i m o ciepłego wiosennego słońca szeroki kołnierz płaszcza wykończony był futrem. Elżbieta Rabe natychmiast zerwała się na równe nogi i podciągnęła mnie do góry. Wysunęła się odrobinę przede mnie. Jeden z mnichów wskazał na mnie i zapytał: - Elżbieto Rabe, czy to twoja córka? Elżbieta potrząsnęła głową i odpowiedziała z bolesną szczerością. - Nie, ojcze. - Nazywała mnicha ojcem, tak zwracaliśmy się do wszyst­ kich, którzy mieli nad nami władzę. - To jest Marta, córka mojego męża. Ja ją wychowuję. Czemu pytacie? - Mocno złapała mnie za nad­ garstek. - Czy coś zbroiła? Rosjanin pogładził się po brodzie i uśmiechnął się do mnie. Nie wi­ działam jego oczu, ponieważ jego duży, płaski kapelusz z otokiem z bobrzego futra skrywał je w cieniu. Pozostali milczeli. Mnich, który wcześ­ niej mówił, podszedł bliżej i ujął mnie za podbródek. Cuchnął obrzydliwie marynowaną cebulą i zbyt długo noszoną bielizną. Zmarszczyłam nos. Czy te klechy nie mogą się myć albo przynajmniej zmieniać bielizny? Mnich zmierzył mnie bezczelnym wzrokiem i odsunął rękę. - Nie - odpowiedział w końcu. - Nic nie zbroiła. Zwrócił się do Elżbiety. - Idźcie do domu. Wczesnym wieczorem przyjdziemy do waszej izby.

Krystyna zaczęła marudzić. - Przecież wieczorem mają być tańce! Mnisi nic nie odpowiedzieli, tylko przypatrywali się uważnie El­ żbiecie Rabe. Wzruszyła ramionami z twarzą pozbawioną jakiegokol­ wiek wyrazu. Apatia była starą bronią chłopów, którą stosowali wobec samowoli panów. To był jedyny, milczący i pozbawiony przemocy spo­ sób oporu. Polecenia i rozkazy naszych właścicieli często rozbijały się o tę całkowitą duchową pustkę, w którą uciekaliśmy. Potęga i decyzje naszych panów zawsze wydawały nam się obce i wrogie, a jednak mu­ sieliśmy je cierpliwie znosić, choć nieustannie wkraczały w święte dla nas obszary: rodziny i pracy. Cóż jednak mogła Elżbieta uczynić innego, jak udawać, że jest nie­ spełna rozumu. Przecież byliśmy własnością klasztoru i mnichów. Ich życzenie było dla nas rozkazem. Tak więc poszliśmy do domu. Krystyna marudziła, przeskakując z nogi na nogę. Nie miała jednak odwagi spojrzeć mi w oczy. Elżbieta miała zaciętą ze złości twarz, a po drodze kilka razy głośno splunę­ ła. Ona też cieszyła się na tańce. Nie wiedziałam, jak opowiedzieć jej o tym, co wydarzyło się nad rzeką. Gdy zaczęłam, powiedziała tylko: - Zamknij dziób. Głupia gęś! Wiedziałam, że ktoś taki jak ty może tyl­ ko sprowadzić kłopoty! Anna popłakiwała cichutko i choć do d o m u mieliśmy niedaleko, zdołała przewrócić się trzy razy. Poczułam niemal ulgę, gdy w końcu pod wieczór zapukano do drzwi naszej chaty. Przez cale popołudnie panował tam przygaszony nastrój. Dro­ ga przed izbą była pusta. Wszyscy z naszego miru, którzy tylko mo­ gli chodzić, uczestniczyli w święcie. Ojciec kilka razy zapytał głupio, co się wydarzyło. Jakby spodziewał się, że rozgniewana Elżbieta mu odpowie. Dowiedział się tylko, że mnisi chcą przyjść mnie zobaczyć. W końcu wstał z westchnieniem z pieca i nalał sobie kwasu do płaskiej miski. Gorzki kwas z ciemnego chleba stanowił pociechę dla wszyst­ kich, którzy nie mogli na co dzień pozwolić sobie na wódkę. Kwas nie był tak mocny, ale po kilku miskach oszałamiał tak samo. Wszyscy we

wsi pili kwas, bo wieczorami po pracy życie dla kogoś nie na rauszu byłoby nie do zniesienia. Potem podszedł do ławy w czerwonym, czyli dobrym i czystym kącie chaty i niechętnie otarł z kurzu ikonę świę­ tego Mikołaja. Została namalowana tanimi, mineralnymi farbami na płaskiej desce z surowego drewna. Na ramy j u ż nie było nas stać. Po­ tem przyjrzał się prostemu drewnianemu krzyżowi, który wisiał obok, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu wzruszył tylko ramiona­ mi i zostawił je tam, gdzie wisiały. Mnisi nie zapędzali nas, Nemców, w niedzielę do cerkwi, tak jak innych poddanych. Nie należeliśmy do rosyjskiej cerkwi. Choć byliśmy ochrzczeni w obrządku katolickim, nie przejmowaliśmy się zbytnio słowami papieża. Wiara była dla nas je­ dynie zlepkiem próśb, zaklęć i nieustannym kreśleniem znaku krzyża trzema palcami. My, chłopi pańszczyźniani, mieliśmy nadzieję, że to wystarczy, by zapewnić sobie w niebie miejsce pośród wolno urodzonych. Ojciec popatrzył na mnie i poklepał miejsce na ławie obok siebie. Wstałam z klepiska i usiadłam przy nim. Zaskoczył mnie, uśmiechając się. - Co tam przeskrobałaś, Marto, co? Mnie możesz przecież powie­ dzieć. Wzruszyłam ramionami. - Nic. Ten obcy Rosjanin, który mieszka u mnichów, zaczepiał mnie dwa dni temu nad rzeką. Więc postraszy­ łam go, że rozłupię mu czaszkę. Ojciec roześmiał się, a potem zakasłał. Od dawna chorował od dymu, który stale unosił się z pieca stojącego w naszej chacie. To był jedyny sposób, żeby biedni mogli ogrzać swoją izbę, choć wielu od tego umierało. - I dobrze - powiedział, gdy udało mu się złapać oddech. Milczeliśmy, dopóki nie przyszli. Tylko Elżbieta Rabe kilka razy westchnęła głośno, mierząc mnie chłodnym i uważnym spojrzeniem. Po krótkim pukaniu mnisi sami otworzyli sobie drzwi. Gdy wchodzili, twarz mojego ojca przybrała wyraz pustki, niemal całkowitej głupoty. Jego dusza opuściła go, a on przemienił się w tępego chłopa. Podniósł

się, przeżegnał się po rosyjsku trzema palcami i z powrotem opadł na ławę. Wraz z mnichami do naszej izby wszedł też Rosjanin znad rze­ ki. Z obrzydzeniem rozejrzał się po małym pomieszczeniu, w którego czterech ścianach toczyło się nasze nędzne życie. Pomiędzy belkami tkwił mech, który wcześniej wygotowaliśmy. W świeżym mchu chętnie gnieździły się karaluchy, a gotowanie je zabijało. Jego wzrok padł na skromny stos ubrań i derek, które trzymaliśmy na klepisku obok pieca. W kącie obok dzieży z wodą stały nasze proste drewniane miski. Obok znajdowała się druga dzieża, do której się wypróżnialiśmy. Jej zawar­ tość wylewaliśmy potem na drogę. Wygiął usta z ironią i, jak mi się wydawało, obrzydzeniem. Czubkiem buta przesunął odrobinę słomy na klepisku z prawa na lewo, żeby wytrzeć sobie ubrudzone obcasy. Z miejsca znienawidziłam go za tę wyniosłość. W końcu to był mój ro­ dzinny dom. Pierwszy z mnichów zabrał glos i pozdrowił mego ojca, nazywając go bratem. Ojciec odpowiedział, mamrocząc: - Witajcie, ojcze. Mnich skłonił się przed naszą ikoną i przeżegnał się. Mogli j u ż teraz przejść do rzeczy. - Dobry wieczór. Widzę, że utrzymujesz ikonę w czystości. To do­ brze! Ojciec uśmiechnął się głupio, nic nie mówiąc. Krystyna jednak rzuciła znane chłopskie powiedzenie: - Phi! Ikony! Jak nie do modli­ twy, to przydają się do przykrywania dzieży. Dzieży na nieczystości! Anna zachichotała, a ja z wdzięcznością popatrzyłam na Krystynę. Czułam, że jest tak samo zła, j a k ja. Mnich wyprostował się i j u ż bez ogródek zwrócił się do mego ojca. - Moryc, od kilku dni m a m y w klasz­ torze gościa. To Wasyl Grigoriewicz Pietrow. Jest kupcem z Wałku. Wasyl ma duży dom i potrzebuje służącej. Jest tak łaskaw, że pomyślał przy tym o twojej rodzinie. Litości! Niemal udławiłam się ze złości. Wasyl uważnie mi się przy tym przyglądał. Gdy mnich skończył mówić, w izbie zapanowała na chwilę cisza. Potem Elżbieta zerwała się i chwyciła Krystynę za ramię, popchnęła córkę do przodu i skłoniła się lekko przed Wasylem. Zanim

zaczęła mówić, oblizała wargi. W moich oczach wyglądała jak jaszczur­ ka, która właśnie połknęła muchę. - Rozumiem, panie. Jak dom jest duży, to potrzebna jest pomoc. Mówię ci, panie, że nikt nie pracuje tak szybko i nie jest tak zręczny jak moja Krystyna! Przyjrzyjcie się jej, panie, czy nie jest jak anioł? Te włosy - niecierpliwie szarpnęła Krystynę za warkocz, żeby jej jasne loki opadły na ramiona - delikatna skóra i piękne zęby! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ona naprawdę siłą rozchy­ liła zaciśniętą szczękę mojej młodszej siostry, żeby pokazać jej zęby. To było odrażające. Jak na targu bydła na wiosnę! Potwory! Krysty­ na znieruchomiała. Nawet mnisi wysoko unieśli brwi. Ojciec odwrócił twarz do ściany. Wasyl popatrzył na Krystynę i zatrzymał wzrok na jej nadgarstku. Żyłki połyskiwały niebiesko pod jasną skórą. Skrzywił się i potrząsnął głową. - Nie, ta jest dla mnie za słaba. Umrze po jednej zimie, od razu widać. A ja nie mogę sobie pozwolić na żywienie bezużytecznej gęby. - Uszczypnął ją w szczupłe biodro. - Do rodzenia dzieci też się nie nadaje. - Z pewnością, z pewnością - pośpieszyli z potwierdzeniem mni­ si, wymieniając spojrzenia. Ten, który pierwszy odezwał się do mojego ojca, pogładził się po splątanej brodzie. Wasyl kontynuował. - Nie, chcę tamtą! Jest silna i zdrowa jak koń. - Wskazał na mnie. Zrobiło mi się niedobrze. Elżbieta wtrąciła się swoim piskliwym głosem. - Nie, to zła krew. A do tego jest głupia i leniwa! - Nie zamierzała się łatwo poddać. - Zamknij się - powiedział Wasyl i sięgnął do skórzanej sakiewki, którą miał przytroczoną do pasa. Dopiero teraz zauważyłam, że znów ubrany jest jak do podróży. Jego wysokie buty były obwiązane wokół łydek i miał na sobie swój prosty, ciemny płaszcz ze skóry. Oprócz sa­ kwy nosił u pasa miecz i pistolet. Długa podróż z wozem pełnym towa­ rów była niebezpieczna. Wyciągnął z sakiewki kilka monet i podał je mnichom. Elżbieta po raz kolejny wysunęła się do przodu i powiedziała: - A my? Przecież stracimy ręce do pracy, jeśli ona odejdzie...

Wysunęła otwartą dłoń. Poszukałam wzroku mego ojca. On jed­ nak wciąż miał odwróconą ze wstydu twarz. Wasyl zawahał się. Jeden z mnichów skinął głową, więc podał Elżbiecie srebrną monetę. Ona przygryzła ją zębami i zadowolona schowała. Więcej najwyraźniej nie byłam dla niej warta. Wiedźma! Wasyl zwrócił się do mnie. - Spakuj się, dziewczyno. Mój wóz czeka j u ż na zewnątrz. Wyru­ szamy natychmiast. Zawahałam się, lecz Elżbieta popędziła mnie lekkim kuksańcem. Nie miałam wiele do pakowania. Wciąż byłam ubrana w tę lepszą płócienną tunikę z haftowanym w kwiaty kołnierzykiem nałożoną na czysty sarafan. Zniszczyłabym je podczas podróży! Przecież do Wałku jedzie się trzy dni. Zaczęłam rozwiązywać pasek. Mnisi odwrócili się, lecz Wasyl bezwstydnie mierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. M u ­ siałam więc na jego oczach zdjąć ubranie i założyć zwykłą codzienną koszulę z długimi rękawami, a na to starą tunikę. Czułam jego wzrok na każdym kawałku mego ciała, a policzki płonęły mi ze wstydu. Zwią­ załam warkocz w węzeł i mocno nasunęłam chustę na czoło. Obieca­ łam sobie, że ten stary cap nie będzie miał ze mną łatwo. -

Jestem gotowa - powiedziałam potem. Zanim doszłam do

drzwi, nagle tuż obok mnie znalazł się mój ojciec. Po raz pierwszy, od­ kąd pamiętam, wziął mnie w ramiona. - Uważaj na siebie, moje dziecko. Twoja matka była dobrą ko­ bietą. Spotkamy się na tamtym świecie, jeśli taka będzie wola Boga - szepnął mi do ucha. - A Bóg ma w ogóle jakąś wolę? - syknęłam, by powstrzymać łzy. Wasyl mocno złapał mnie za nadgarstek. Anna zrozumiała nagle, że wyjeżdżam, i zaczęła płakać. Elżbieta Rabe wymierzyła jej siarczysty policzek, który wywołał jeszcze większy płacz. Jeden z mnichów pobłogosławił mnie znakiem krzyża. Ofuknę­ łam go. A potem byłam j u ż na zewnątrz i siedziałam na koźle obok Wasyla. Jego trzej towarzysze nawet nie zsiedli z koni i ledwo na mnie zerknęli. Musieli wiedzieć, że interes zostanie szybko ubity. Byłam chora z upokorzenia.

Niemal całą drogę do Wałku przepłakałam obok Wasyla, a on nie ode­ zwał się do mnie ani słowem. Od czasu do czasu cmokał na konie, po­ pędzając je do szybkiego kłusa drogą położoną pośród pól, na których lśniły j u ż suche skiby. Pośród równin jego towarzysze jechali z przodu i po bokach, tak że z daleka przypominaliśmy klucz dzikich gęsi na niebie. W lesie jednak osłaniali wóz ciałami swych koni, by odstraszyć wilki i rabusiów. Nie miałam odwagi, żeby się rozglądać. Znałam tyl­ ko nasz mir, nasza wioska to był cały mój świat. W gospodzie, w któ­ rej nocowaliśmy, dostałam swój własny pokój, w którym Wasyl mnie zamknął. Łóżko posłane słomą było o wiele wygodniejsze niż twardy piec, na którym spałam w domu! Jeden z jego towarzyszy dostał po­ lecenie, żeby spać na moim progu. Dwaj pozostali strzegli wozu. Bał się, że mu ucieknę. Lecz ja nie miałam pojęcia, dokąd miałabym uciec. Z powrotem przecież nie mogłam. Elżbieta Rabe zabiłaby mnie włas­ nymi rękoma. Jednak ku mojemu zdumieniu tej nocy nawet mnie nie tknął. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Wałk. Już z daleka miasto wydawało się takie wielkie i tak pełne ruchu! A ile do­ mów się w nim znajdowało! Nie potrafiłam zliczyć kominów. To były niskie, rozciągnięte chaty z drewna, o wiele większe niż nasze izby. Ile rodzin mieszkało w takim domu? Wydawało się, że budynki stoją niedbale porozrzucane, za to wyglądały na solidne i obszerne. Dźwina sunęła szerokim nurtem między nimi, mijając soczyste łąki i zadbane pola warzywne. Domy tuż nad rzeką stały na palach, by na wiosnę nie zalewała ich woda. Niemal każdy z nich posiadał dziedziniec i ogród. Walk wyglądał tak bogato! Gdy przejechaliśmy przez miejską bramę, aż wytrzeszczyłam oczy. Jak tak wielu ludzi mogło poruszać się na tak małej przestrzeni? Ni­ gdy nie widziałam takiego tłumu, jaki roił się na ulicach. W mieście panował ruch jak w mrowiskach, z których jesienią wykurzaliśmy mrówki, żeby z radością obserwować, jak oszalałe rozbiegają się we wszystkie strony. Tłum przelewał się wzdłuż murów, przez bramę, uli­ cami, wokół naszego wozu i nas. Byli tam chłopi z drobiem w klatkach,

które zarzucili sobie na plecy. Eleganccy państwo z Wałku, w szatach z guzikami i butach z błyszczącej skóry, którzy starali się omijać błoto i śmieci na ulicach. Proste kobiety w chustkach na głowach i ramio­ nach, spieszące do domu, z rękoma pełnymi dóbr nabytych na targu, a także czeladnicy, którzy z twarzami czerwonymi od krzyku zachwa­ lali na ulicach kiełbasy i pieczywo. Żebracy i próżniacy, którzy zręcznie poruszali się w tłumie, zwędzając tu jabłko, tam wypchaną sakiewkę. Osłomuły ryczały, popędzane batami przez poganiaczy, a psy tłoczyły się wokół resztek wyrzucanych przed domy. To było jeszcze lepsze niż Namiot Dziwów mistrza Lamperta! Choć Wasyl na wszystkie moje py­ tania odpowiadał krótko i mrukliwie, dowiedziałam się, że w tłumie są Polacy z Południa. Nosili wąskie spodnie do kolan, a na łydkach pończochy, buty z metalowymi klamrami i wąskie kurtki w ciemnych barwach, sięgające im niemal do kolan. Poza tym Tatarzy ze Wschodu, na ich widok dreszcz przerażenia przebiegał mi po plecach! Nie mia­ łam odwagi dokładnie im się przyjrzeć, bojąc się, że ich w ten sposób urażę. Wyglądali tak dziko z tymi swoimi skośnymi oczami, wysokimi kośćmi policzkowymi i surowo wygarbowanymi skórami, które owijali sobie wokół łydek. Wszyscy nosili przy boku broń. Poza tym widziałam wysokich, jasnowłosych szwedzkich żołnierzy, należących do małego garnizonu po drugiej stronie miasta. Niektórzy uśmiechali się i mru­ gali do mnie okiem, żeby zaraz potem zwrócić swoją uwagę na jedną z młodych niemieckich mieszczek, które u boku matek przechodziły od sklepu do sklepu. Wpatrywałam się w nie, wytrzeszczając szeroko oczy. Jak te dziew­ czyny porządnie wyglądały! Ich czyste włosy skrywały sztywne, bufia­ ste czepki, a w taliach były tak nieprzyzwoicie ściśnięte, że ich piersi wyraźnie się uwypuklały. Ich suknie miały długie i wąskie rękawy z gu­ ziczkami na nadgarstkach, a spódnice powabnie się kołysały. Musia­ ły nosić pod spodem sztywne halki! Omal nie wykręciłam sobie szyi. W ich oczach z pewnością wyglądałam j a k dzikuska! Dałabym wszyst­ ko, żeby być jedną z nich: wolną i bezpieczną. Kilku rosyjskich popów przeszło szybko przez ulicę tuż przed naszym wozem, rzucając Wasy­ lowi kilka słów. Widziałam też innych Rosjan z ich długimi, splątany-

mi brodami, na których widać było jeszcze ślady zjedzonej w południe zupy, oraz długimi szatami o szerokich kołnierzach. To było kilka mie­ sięcy przed tym, jak car kazał im wszystkim poobcinać brody. Ogolona twarz była wtedy dla Rosjanina obrazą Boga! Sam Pan na wszystkich ikonach nosi brodę, a przecież mamy go we wszystkim naśladować. Już wtedy poszeptywano, że car postradał rozum. Inni uważali, że nie jest prawdziwym carem, tylko podrzutkiem obcej krwi. Caryca Nata­ lia Naryszkina, jego matka, miała ponoć urodzić córkę. Jeszcze tej sa­ mej nocy dziewczynka została zamieniona na chłopca z niemieckiego przedmieścia Moskwy! A więc fałszywy car, pozostający pod wpływem cudzoziemskiej dziwki, którą wziął sobie z niemieckiej osady. A prze­ cież ożenił się z taką dobrą kobietą, Rosjanką ze starego rodu, która urodziła mu do tego zdrowego następcę tronu! Rosjanie, którzy przecinali naszą drogę, kłaniali się z szacunkiem i pozdrawiali Wasyla. Potem patrzyli na mnie i bezczelnie się uśmie­ chali. Za ich plecami pokazywałam im język. Za to odór miasta! Niemal straciłam węch od tych wszystkich oparów unoszących się na ulicach. Nasza wioska była bardzo mała i zapach potu, wydzielin, brudnej wody, bydła, które chodziło luzem, wiader z naszymi odchodami, które opróżnialiśmy na drodze, szybko ulatniał się pośród szerokich równin. Tu jednak niemal z każdego kąta dochodził jakiś inny cuchnący zapach, który w spiekocie dnia stawał się nie do zniesienia. Zapach tłumu na ulicy otaczał nas niczym ciepła chmura. Zmarszczyłam nos, najwyraźniej tu, w Wałku, nie panował obyczaj cotygodniowej wizyty w łaźni. Ulicami z ubitej ziemi i drobnych kamieni spływały ścieki, a świnie, psy i szczury grzebały w zepsutych resztkach jedzenia. Ku memu przerażeniu okazało się, że ludzie opróż­ niają swoje nocniki prosto z okien, wylewając ich zawartość na głowy i ubrania przechodniów. Z tych samych okien rozchodził się zapach grochówki, marynowanych ziół, pasztetu z ryby i kapusty, pieczonego drobiu, świeżego chleba oraz dziesiątki innych aromatów, których ja, biedna, wiejska dziewczyna, nie potrafiłam rozpoznać. Wasyl po raz ostatni cmoknął na konie i ściągnął lejce, a one skręci­ ły na jakiś dziedziniec, głośno stukając kopytami. Byliśmy na miejscu.

Jego dom był większy niż wszystkie, które dotąd widziałam. Stal nieopodal rzeki na palach, pod którymi trzymano świnie i kury. Chle­ wiki i kurniki były czyste, a unoszący się na dziedzińcu zapach zwierząt był ciepły i świeży. Prawą i lewą stronę dziedzińca otaczały podłużne budynki. Były to wozownia i stajnia. Ziemię znajdującą się między do­ m e m a szerokim brzegiem rzeki przeznaczono na olbrzymi warzyw­ nik. Wasyl rzucił lejce jakiemuś młodemu parobkowi i pomógł mi zejść z kozła. Przy okazji pogładził dłonią moją pierś, a mnie przeszedł dreszcz. Uśmiechnął się tylko i kazał iść za grubą kobietą o kaczkowatym cho­ dzie, która właśnie wyszła z domu. Zmierzyła mnie surowym wzrokiem od stóp do głów. Jej ciemne włosy przeplatały pasma siwizny, a oczy były lekko wypukłe. Twarz ko­ biety przypominała mi grube żaby, które jako dzieci nadmuchiwaliśmy za pomocą źdźbeł trawy, aż pękały. Miała podwójny podbródek ozdo­ biony brodawką, z której wyrastały trzy włoski. Ta niewątpliwa brzy­ dota nie szkodziła wcale roztaczanej przez nią aurze spokoju i powagi. Była ubrana tak jak ja, a na potężnym brzuchu miała zawiązany duży fartuch, ubrudzony świeżą krwią i małymi piórkami. - Kto to, panie? - zapytała Wasyla po rosyjsku, biorąc się pod boki. Zachowywała się tak, jakby mnie tam nie było. - To nowa służąca, Zofio - zauważyłam, że unika jej wzroku. - Ma na imię Marta. - Marta i jak dalej? Wzruszył ramionami. - Nie wiem. Przecież to nieważne. Zofia niepodzielnie rządziła w gospodarstwie Wasyla. Pilnowała, żeby wszystko miało tam swoje miejsce. Na początku bałam się, że zabłą­ dzę w wielkim domu i trzymałam się miejsc, w których wykonywałam przydzieloną mi pracę. Cieszyłam się, mogąc zostać w kuchni, gdzie kury, gęsi i prosięta biegały między nogami, a wielki, rozgrzany piec zmieniał letni upał w żar nie do wytrzymania. Jednak gdy za sprawą obowiązków zaczęłam orientować się w za­ możności Wasyla, stale chodziłam z wytrzeszczonymi oczami. Spiżar-

nie musiały być dobrze zaopatrzone, ponieważ Wasyl miał wielu gości, którzy często zostawali na kilka dni i trzeba było o nich zadbać. Solili­ śmy ryby, gromadziliśmy grzyby i korzenie, zalewaliśmy warzywa, owo­ ce i bałtyckie śledzie alkoholem i octem, zanurzaliśmy mięso w solance. Małe ogórki pływały w wysokich naczyniach, a świeże mleko odstawia­ liśmy do skwaszenia, chyba że Zofia kazała ubić śmietankę na słone masło albo zrobić twaróg. Poza tym odkładaliśmy do skrzyń i worków skwarki, mąkę, czerwoną i białą cebulę, ziemniaki, orzechy, jabłka, su­ szone gruszki, dynie, białą rzodkiew, kapustę, buraki, soczewicę, groch i fasolę, wąską i zieloną o słodkim zapachu i grubą białą, którą Elżbieta Rabe rozgotowywała na papkę. Z sufitu zwisały suszone zioła, był na­ wet szafran, który Zofia trzymała w zamykanej skrzyneczce. Pochodził z kraju zwanego Indiami i naprawdę był na wagę złota. Obok ziół wi­ siały całe szynki, z których unosił się cudowny, lekko słonawy zapach. W wysokich butelkach w najciemniejszych kątach trzymano rozmaite oleje i różne rodzaje octów, które Wasyl sprowadzał z dalekich stron. Obok stały małe przykryte miseczki, w których trzymano zagęszczone pasty do zup i sosów. O, tak! Wasyl umiał sobie dogodzić. Na początku pobytu w jego domu, gdy tylko Zofia na chwilę się odwróciła, natych­ miast wsuwałam palec do jakiegoś garnka! Nie miałam pojęcia, że na świecie istnieją takie pyszności. Wcześniej od czasu do czasu poma­ gałam podczas świąt w klasztornej kuchni, lecz czym był chudy mnisi wikt w porównaniu z tym rajem! Poza tym dom trzeba było utrzymać w czystości. Trzepaliśmy futra i dywany, wymienialiśmy słomę na pod­ łodze ganku, żeby nie zgniła, a pozłacane ramy ikon wiszących na wy­ łożonych boazerią ścianach miały delikatnie błyszczeć. Deski podłóg regularnie woskowaliśmy na kolanach, dzięki czemu nabierały barwy miodu i nim też pachniały. Najbardziej jednak zdumiewała mnie sy­ pialnia Wasyla, choć zawsze czułam się niezręcznie, gdy w niej rano sprzątałam i trzepałam pościel. Nie potrafiłam się powstrzymać, by nie pogładzić ręką prześcieradła na wielkim drewnianym łożu i nie unieść wykrochmalonego i pachnącego ziołami materiału do nosa. W naszej izbie spaliśmy wszyscy, całą rodziną, ciasno stłoczeni na piecu. Zakopy­ waliśmy się w ciepłą słomę, niewiele różniąc się od macior w klasztor­

nym chlewie. Nie wiedziałam, że ludzie mogą spać w miękkiej pościeli. Nawet mnisi w klasztorze wypoczywali na skromnych pryczach! Wasyl był w d o w c e m i nie miał żadnych ślubnych dzieci. Jednak jedna ze służących, jasnowłosa, wesoła Rosjanka o bujnych kształtach imie­ niem Olga była w ciąży. Po kilku dniach zrozumiałam, że ta biedna dziewczyna nie ma męża. Wasyl nie postarał się też, żeby ją zaręczyć, j a k wymaga tego obyczaj. Zofia była dla mnie dość miła, więc gdy pew­ nego popołudnia siedziałyśmy razem, krojąc drobno kapustę do piero­ gów, odważyłam się zapytać: - Czyje jest dziecko Olgi? Zofia odchrząknęła i potężnym uderzeniem noża rozpołowila ka­ puściany głąb, trzymając ręce z dala od siebie. Czubek języka wystawał jej spomiędzy warg. - Pana - odpowiedziała. Jej twarz nie zdradzała żadnych uczuć. - Pana? - Wytrzeszczyłam oczy, nie mogąc zrozumieć. Takie rze­ czy zdarzały się tylko w Biblii. - Co za głupia gęś! - zbeształa mnie. - Pana Wasyla oczywiście. Przecież jest mężczyzną. A Praskają nie może go cały czas pilnować. - Zmierzyła mnie wzrokiem, a potem położyła mi dłoń na piersiach. - Uważaj na siebie, Marto. Jesteś ciepła j a k zwierzę. Jeśli przyda­ rzy ci się z Wasylem to samo, co Oldze, żaden porządny człowiek nie będzie cię już chciał. A jeśli Praskają zobaczy, że Wasyl wodzi za tobą oczami... Poczułam, j a k krew napływa mi do policzków, a twarz przybie­ ra purpurową barwę. Przypomniały mi się obraźliwe słowa Elżbiety Rabe. Zofia zrobiła znaczącą pauzę, cały czas ugniatając mi piersi. - ...nie będzie ci j u ż tak wesoło! - Zachichotała, pokazując wszystkie swoje mocne, zdrowe zęby, a włoski na brodawce zdobiącej jej podbródek drżały w takt jej śmiechu. - Kto to jest Praskają? - zapytałam ostrożnie, mieszając dłonią liście kapusty zanurzone w dzieży z wodą. Zofia po raz kolejny odchrząknęła. - Praskają to żmija. Śmiertel­ nie jadowita. Zaczynała tutaj jako służąca, a Wasyl kompletnie stracił

dla niej głowę. Pije więcej od niego i opowiada gorsze dowcipy niż żoł­ nierze! Chłop w spódnicy! Wie, że on chętnie zagląda do cudzych łóżek i pozwala na to, dopóki żadna z nich jej nie zagraża. Olga nie stanowi niebezpieczeństwa, ona to wie. Jest na to zbyt ociężała, zbyt głupia. Ale ty... - zamilkła, gdyż w tym momencie do środka wszedł stajenny Gri­ gorij. Poprosił o miskę warzywnej zupy, którą dostawaliśmy w kuchni w południe. Zofia odparła szorstko: - Służące i koty jedzą, kiedy im się podo­ ba, a parobkowie i psy żrą, j a k im dają! - Wstała jednak i nalała mu sporą porcję z kotła. Patrzyłam, j a k Grigorij z apetytem siorbie zupę. To był miły chłopak, ale chorował na dziwną chorobę. Miał nagłe ata­ ki, podczas których drgał, wykręcał się, rzucał na ziemię i wierzgał, a z ust toczyła mu się piana. Te ataki pogorszyły się po tym, jak W a ­ syl pewnego dnia mocno go pobił. Grigorij nie uważał, wprowadzając konie do stajni. Ulubiony rumak Wasyla skaleczył się o zardzewiały hak i wkrótce potem zdechł. Wściekły Wasyl wybatożyl Grigorija i od tej pory jego ataki tak się pogorszyły, że musieliśmy go podczas nich związywać, żeby sam się nie poranił. Zofia na początku uważała, że to Bóg zsyła na niego te cierpienia, ale teraz nie byliśmy j u ż tego tacy pewni. Grigorij siedział przy nas przygarbiony na stołku i po każdej łyż­ ce zupy zerkał na mnie nieśmiało. Zofia zauważyła to, odchrząknęła i posłała mnie do kurnika po jajka do pierogów. Sama zabrała się za przesiewanie grubo mielonej mąki i ważenie soli. Ja musiałam jeszcze pokroić białą cebulę i jak zwykle omal nie wypłakałam sobie przy tym oczu. Zofia miała rację, ostrzegając mnie. Gdy Praskają wróciła z odwiedzin u swoich rodziców, znienawidziła mnie od pierwszej chwili. Przydzie­ lała mi najcięższe prace, za które odpowiadała przed Wasylem. Musia­ łam dźwigać wiadra z węglem i wodą, czyścić piece z popiołów, pędzić świnie na łąkę. Przy każdej okazji policzkowała mnie, wbijała mi pa­ znokcie w skórę albo mocno szczypała. Raz omal nie poparzyłam całe­ go ramienia, gdy popchnęła mnie celowo, j a k niosłam jej gorącą wodę

do kąpieli. Kazała mi też nosić włosy wciśnięte pod brzydki czepek i strofowała mnie, jeśli tylko uniosłam wzrok w obecności Wasyla. Gdy zapadał zmierzch, odprowadzała mnie do izby dla służących i zamy­ kała za mną drzwi. Klucz trzymała w kieszeni. Gdy pierwsze, gorzkie poczucie uwięzienia minęło, byłam jej niemal wdzięczna. Zapewniała mi najlepszą ochronę przed Wasylem. Poza niechęcią Praskai i tym, że Wasyl przy każdej nadarzającej się okazji łapał mnie za tyłek albo niczym jurny kundel przyciskał się do mnie i obmacywał mi piersi, moje życie w domu kupca nie było szcze­ gólnie trudne. Każdego dnia działo się tam coś nowego i przedziwnego. Co chwila napotykałam rzeczy, o których istnieniu nie miałam pojęcia, na przykład w składzie nad rzeką, w którym sprzątałam. Mogłam tam do woli podziwiać towary Wasyla. Wasyl handlował wszystkim, co dawało zarobek: szorstkim lnem z Rosji i delikatną błyszczącą materią z dalekich krajów, których nazw nie potrafiłam zapamiętać. Materiał ten, który Olga nazwała jedwa­ biem, mienił się wszystkimi barwami tęczy, od ciemnej purpury aż po czystą biel, a na nim często wyhaftowane były baśniowe zwierzęta lub cudowne wzory. Olga twierdziła też, że nici, z których utkany jest ten materiał, nie wyrabia się z roślin, takich jak nasz perkal czy len, ani z sierści zwierząt, jak wełna. Nie, Olga mówiła, że pochodzą od tłu­ stych gąsienic, które przez cały boży dzień tylko zwisają z drzew, jedzą i się nimi owijają! Zastanawiałam się, dlaczego uważa mnie za idiotkę. Sama chciałabym być taką gąsienicą! Półki uginały się pod ciężarem dóbr, a Wasyl osobiście pilnował towarów, które każdego dnia ładowano lub rozładowywano. Były to beczki z woskiem i miodem, węzełki z grudkami soli, worki z cukrem i mąką, pudełeczka z pianką morską, słoje z wołowym łojem, suro­ we i wygarbowane skóry, bele lnu i małe woreczki z dziwnym białym proszkiem, który oszałamiał i poprawiał humor. Od razu domyślałam się, kiedy Wasyl go wąchał. Nie przestawał się wtedy śmiać, łapał za wszystkie spódnice wokół, a na drugi dzień Praskają ledwo mogła cho­ dzić, tak ją w nocy wymęczył.

Drugi skład Wasyl trzymał cały czas zamknięty. Tylko dzięki Zo­ fii wiedziałam, jakie skarby skrywają się w jego ciemnym i chłodnym wnętrzu: najdelikatniejsze futra z soboli i norek, beczki z wódką i cięż­ kie pojemniki z lodem, w którym chłodził się kawior. Wasyl ryzykował głowę, posiadając ten tajny skład. Handel tymi towarami przysługiwał wyłącznie carowi! Choć wtedy nie mieszkaliśmy na terenie Carstwa Rosyjskiego, to i tak ludzie cara mogli za ten skład obciąć mu nos, wbić na pal albo łamać kołem. Jeśli chodzi o dobra i przychody cara, nie ma żartów. Lecz to właśnie ten zakazany handel zapewniał Wasylowi wygod­ ne życie. Jego klienci odzwierciedlali barwną mieszankę mieszkańców Wałku. My, dziewki służebne, pchałyśmy się do drzwi i okien, żeby popatrzeć na wozy i gości na dziedzińcu. Przywozili wieści z całego świata, które zawsze w końcu jakoś trafiały do nas do kuchni. Najbar­ dziej niesamowita wiadomość głosiła, że car wyjechał z Rosji i podró­ żuje po Europie pod nazwiskiem Piotr Michajłow. Ponoć żyje tam tak samo skromnie jak my i uczy się, j a k budować łodzie. Śmialiśmy się serdecznie z tej opowieści. Jak można było myśleć, że ktoś zdrowy na umyśle zamieniłby życie w bogactwie na taką żałosną egzystencję? Z podziwem mówiono natomiast o dziecku, które dwa lata temu obję­ ło szwedzki tron, czyli o Karolu XII. Ponoć od rana do nocy maszeruje z oddziałami i j u ż dziś wykazuje się wielką mądrością. Jego kraj stoi za nim murem, a wszyscy tam są wielcy jak drzewa, silni j a k niedźwiedzie i potrafią zrobić dziesięć kroków, zanim my zrobimy jeden. Północny kraj ubóstwiał tego młodego chłopaka, to był prawdziwy król! Chętnie przysłuchiwałam się tym opowieściom, lecz przecież mia­ łam swoje własne życie, w którym jakoś musiałam sobie radzić. Praco­ wałam tak ciężko, że nawet nie miałam czasu tęsknić za rodziną. Już po kilku miesiącach w domu Wasyla miałam wrażenie, że ich twarze rozmywają się w mojej pamięci. To było gorące i suche lato, podczas którego żar słońca palił ziarna na polach. Jak im się tam wiedzie? Wszyscy martwili się o zboża, które usychały. Dzięki Bogu chłopi mogli w czasie nieurodzaju zdać się na zapasy swoich pomieszczyków. Dbali oni o to, by ich dusze przeżyły, a klasz-

torne piwnice były wypełnione po brzegi, uspokajałam sama siebie. Starałam się nie tracić czasu na zmartwienia, tylko wykorzystać go choćby na lepsze opanowanie rosyjskiego. Nigdy jednak nie pozbyłam się wyraźnego niemieckiego akcentu, który dla pozostałych mieszkań­ ców domu stanowił niewyczerpane źródło drwin. Olga urodziła swoje dziecko, malutkiego chłopczyka, choć nie nadano mu imienia i nie ochrzczono go. Utopił się po dwóch tygodniach, gdy Praskają kąpała go w rzece. Podejrzewałam, że świadomie pozwoliła, by wyślizgnął jej się z rąk. Olga płakała przez trzy tygodnie. Lecz może tak było dla niej lepiej. Jeśli będzie miała szczęście, może mimo wszystko znajdzie się kiedyś dla niej jakiś porządny młody człowiek. Jednak cztery miesiące później, w czasie późnej, chłodnej i wietrznej jesieni, podczas której już tworzył się lód na rzece, znowu była w błogosławionym stanie. Gdy Wasyl wyjechał w tygodniową podróż, Praskają skorzystała z okazji i wybatożyła Olgę rózgą pod jakimś idiotycznym pretekstem. Następnego ranka biednej dziewczyny już nie było. Przez całą noc sły­ szałam, jak płacze pod derką, ale nie potrafiłam jej pocieszyć. Znaleź­ li ją dwa dni później, gdy rzeka wyrzuciła jej ciało na brzeg. Musiała wybić dziurę w lodzie, żeby utopić się w lodowatej wodzie. Nigdy nie zapomnę widoku jej nieruchomego ciała. We włosy miała wplątane j a ­ kieś zielsko, a ryby i szczury wodne odgryzły jej powieki. Jej wielkie, ciemne oczy były więc szeroko otwarte i wpatrywały się z przerażeniem w nicość. Ciało było opuchnięte od wody i sine od mrozu. Drobne dło­ nie miała mocno skrzyżowane na piersiach jak do modlitwy. Ponieważ zabiła się z własnej woli, jej ciało zostało wrzucone bez błogosławień­ stwa rosyjskiej cerkwi do glinianki za murami miasta, tam, gdzie zwie­ rzęta wygrzebują zwłoki i żywią się nimi. Tydzień później Wasyl odebrał Praskai klucz do mojej izby i prze­ pędził ją. Co się z nią potem stało, nie m a m pojęcia. Teraz w nocy przychodził do mnie. Nie usłyszałam, jak otwierają się drzwi do mojej izby. Od śmierci Olgi spałam w niej sama. Obudził mnie dopiero szelest słomy pod stopami

Wasyla. Gdy otworzyłam oczy, j u ż się nade mną pochylał i od razu się na mnie rzucił. Krzyknęłam. On wysapał: - Krzycz sobie, Marto, i tak nikt ci nie pomoże! M i m o wszystko zatkał mi dłonią usta. Zacisnęłam zęby na jego tłustych palcach, za co on tak mocno uderzył mnie w twarz, że aż uj­ rzałam przed oczami tańczące gwiazdy. - Ty dziwko! Już dawno chciałem to zrobić! Jeszcze tam nad rze­ ką! Teraz cię nauczę! Siedział na moich udach i potężnym ramieniem przyciskał mi ręce nad głową do posłania. Drugą ręką zerwał ze mnie nocną koszulę. Moje piersi zabłysły w świetle księżyca. Westchnął, przesunął po nich dłonią i uszczypnął palcami brodawki. Zaczęłam płakać i wierzgać, więc ude­ rzył mnie jeszcze raz, ale już nie tak mocno. - Przestań płakać, prze­ cież tego chcesz! Na Boga, jesteś piękna jak diabli! Twoja matka wy­ wloką musiała objadać się mleczem, że masz takie zielone oczy! A jaka się zrobiłaś tłuściutka! Kazałem dobrze cię karmić. W końcu nie mam ochoty poobijać się o twoje kości! Uznałam, że lepiej milczeć, bo przypomniał mi się biedny stajen­ ny. Nie chciałam, żeby mnie też tak strasznie pobił. Wasyl miał na so­ bie tylko spodnie i cienką koszulę, którą teraz z siebie zdarł. Brzuch miał jeszcze większy, niż myślałam. Najwyraźniej poczuł, że mój opór słabnie i wybuchnął sprośnym śmiechem. - Tak, moja piękna, już rozumiesz, że nie ma sensu się bronić! Chociaż podobają mi się takie dzikie kotki j a k ty. Praskają była j u ż sta­ ra i nudna! Zadrżałam na całym ciele, gdy zaczął rozpinać spodnie. Oczywi­ ście widziałam j u ż wcześniej nagich mężczyzn, choćby podczas kąpieli w rzece, czy ojca, kiedy kładł się obok Elżbiety Rabe. Członek Wasyla byl mały i zwiotczały. Wyglądał niemal j a k mały kwaśny ogórek, któ­ ry Zofia wkrajała do zupy razem z ozorkami albo owijała pasztetem. Wasyl wziął go do ręki i przesuwał nią w górę i w dół. Wciąż leżał mały i czerwony w jego dłoni, przypominając członek ulicznego kundla. Ob­ serwowałam go zimnym wzrokiem. Gdy zauważył moje spojrzenie, za­ czął przeklinać.

- Rzuciłaś na mnie urok! - krzyknął i popchnął mnie do tyłu. Ale poczekaj, już ja znam sposoby, żeby... - Sapał i dyszał, gdy położył swojego członka na moich piersiach i zaczął przesuwać nim w prawo i w lewo. Szeptał przy tym słowa, których nie rozumiałam. Być może modlił się do wszystkich rosyjskich świętych, żeby mu w końcu stanął! Lecz to się nie stało, a ja poczułam niemal ulgę. Może pójdzie sobie i zostawi mnie na zawsze w spokoju. Lecz myliłam się. Przesunął się wyżej i dłonią otworzył mi usta. Poczułam mdłości. Chyba nie chce, żebym... Tak, właśnie tego chce! Wsunął swojego wiotkiego członka do moich ust i poklepał mnie po ramieniu. - Liż go! Ssij go, mój kotku, tylko powoli i mocno, tak jak lubię. - Myślałam, że zwymiotuję. Syknął jeszcze groźniej: - Jeśli mnie ugry­ ziesz, zatłukę cię na śmierć! Nie wątpiłam w jego słowa, więc zaczęłam nieśmiało lizać i ssać to coś w moich ustach. Wasyl nade mną jęknął. Niemal ulżyło mi, gdy poczułam językiem, że twardnieje. - Hm... Dobrze. Dalej, moja mała wiedźmo, dalej - wystękał. Czułam się tak nieszczęśliwa, że wolałabym umrzeć. W tym mo­ mencie wycofał się i rozkazał ochrypłym głosem: - Odwróć się, szyb­ ko! Nie od razu zrozumiałam, czego chce, więc chwycił mnie brutalnie za biodra i przewrócił niczym cielę w oborze. Wsunął szybko dwa palce między moje uda i pomacał mnie w środku. Roześmiał się zadowolony. - Jesteś dziewicą! Kto by pomyślał? A przecież wszystkie chłopaki ga­ pią się na ciebie jak na sukę z cieczką! Z zadowoleniem gniótł moje ciało. Potem poczułam, jak wsuwa się między moje uda. Jęknął cicho z radości, rozsunął mi uda jeszcze bardziej i gwałtownie we mnie wszedł. Krzyknęłam. Pchnął jeszcze raz, a ja zaczęłam płakać z bólu. A on był we mnie, wpychał się i wpychał, ściskając rękami moje ciało. Mój Boże, czy Olga musiała to wciąż na nowo znosić? Może to wcale nie Praskają była powodem jej samobój­ stwa! Nagle przestał. Poczułam, jak opada na moje plecy, ciężko dy­ sząc. Poczułam wilgoć między nogami. Przed paroma miesiącami Olga szepnęła mi do ucha, że to niebezpieczna chwila.

Wydostałam się jakoś spod ciężkiego cielska Wasyla. Chrząk­ nął tylko i pozwolił mi wstać. Pokuśtykałam do kąta izby, gdzie stała miska z wodą. Sięgnęłam po szmatkę, którą rano obmywałam sobie twarz, i zanurzyłam ją w zimnej wodzie. Ostrożnie umyłam sobie kro­ cze i uda. Szmatka zaczerwieniła się od krwi. Wasyl cicho pochrapy­ wał. Nagle przypomniał mi się inny sekret, który zdradziła mi Olga. Otworzyłam drzwi i po omacku przeszłam przez ciemny korytarz do kuchni. Na półce obok paleniska, w którym tlił się niewielki żar, zna­ lazłam pojemnik ze zwykłym octem. Zanurzyłam w nim palce i wsunę­ łam je sobie do środka. Paliło niczym ogień. Olga zapewniała, że dzięki temu nie zachodzi się w ciążę. Lecz czy ją to uchroniło? Ta myśl nie nastrajała mnie zbyt wesoło. Opłukałam palce i nogi czystą wodą. Z mojej izby dochodziło głośne chrapanie Wasyla. Z całą pewnoś­ cią nie zamierzałam tam wrócić! Położyłam się na ciepłej podłodze obok paleniska, zwinęłam niczym niemowlę i cicho szlochając, zasnę­ łam. Ocet chyba pomógł. W każdym kolejnym miesiącu krwawiłam, dzię­ kując za to Bogu. Po tamtej pierwszej strasznej nocy Zofia zobaczyła moją opuchniętą od razów Wasyla twarz i przytuliła mnie. Potem za­ brała mnie do izby, w której wciąż stała kadź do kąpieli Praskai. Kazała mi do niej wejść i polewała mnie wiadrami gorącej wody. Dała mi też pachnące kamforą mydło. Znosiłam to wszystko obojętnie i w milcze­ niu. Głaskała mnie po włosach i całowała moją twarz. - Biedactwo. To minie. Następnym razem nie będzie już tak źle. Nie wiedziałam, czy m a m to uważać za pocieszenie. Wasyl często do mnie przychodził. Nie czułam już bólu i powoli docie­ rało do mnie, że są rzeczy, które sprawiają, że głośniej jęczy i szybciej kończy. Nauczyłam się więc sprawiać przyjemność mężczyźnie, choć czułam przy tym obrzydzenie. Podarował mi suknię w stylu niemie­ ckim, której nawet nie tknęłam, i wiele pudełeczek z klejącymi się słodkościami, pochodzącymi z dalekich stron na południe od Morza Czarnego. Wrzucałam je do ognia kuchennego pieca. Płomienie topiły

je na bryłki, a ja z rozszerzonymi nozdrzami wdychałam z zadowole­ niem gorzki, czarny dym. Nocami często śniła mi się Olga i jej rozpaczliwy szloch ostatniej nocy przed śmiercią. Gdy w dzień miałam wolną chwilę, spacerowałam nad rzeką, dokładnie w tym miejscu, gdzie znaleziono jej opuchnięte i udręczone ciało. Czy pamięć mnie myliła, czy też jej twarz po śmierci wyrażała ulgę i głęboki spokój? Tam, gdzie była, nic złego nie mogło jej już spotkać. Życie zdecydowało jednak o moim losie szybciej, niż się spodziewa­ łam. To stało się pewnego jasnego, lutowego poranka w drugim roku mojego pobytu w domu Wasyla. Powietrze było świeże i przejrzyste, a błękitny lód na rzece lśnił w promieniach słońca. Przy każdym od­ dechu wokół moich ust tworzył się obłoczek pary. Owinęłam się dwie­ ma derkami, mimo że miałam na sobie wełnianą suknię i baranicę, żeby przejść przez dziedziniec do stajni. Chciałam zanieść Grigorijowi miseczkę świeżego czaju. Miska wkrótce zaczęła parzyć mnie w dłoń, więc śpieszyłam się, żeby dotrzeć do stajni. Biedny chłopak musiał tam nocować. Miał pilnować, żeby poidła koni Wasyla nie zamarzły. Żeby zwalczyć senność, trzymał w ręku worek z kawałkami metalu. Gdy głęboko zasypiał, mięśnie rozluźniały się, woreczek wysuwał się z jego dłoni i z brzękiem uderzał o podłogę, a on się wtedy budził. Sięgał po leżącą obok drewnianą pałkę i rozbijał cienką warstwę lodu, która przez tę chwilę nieuwagi j u ż zdążyła utworzyć się na wodzie. Napraw­ dę nie zazdrościłam mu tego zajęcia. W listopadzie odmroził sobie dwa palce u stóp i był wycieńczony z braku snu. Już przy wrotach stajni usłyszałam jakiś dziwny hałas, jakby świ­ stanie witki w powietrzu. Zbliżyłam się ostrożnie i zawołałam: - Grigorij, jesteś tam? Nie otrzymałam odpowiedzi, lecz niemal przewróciłam się do tyłu, gdy Wasyl gwałtownie otworzył wrota. Miał na sobie tylko mocno zawiązane spodnie i wysokie buty. Jego tors byl nagi i mimo mrozu cały zlany potem. W ręku trzymał swój długi podróżny bat ze srebrną gałką.

- Czego chcesz? - ofuknął mnie. Właśnie miałam krwawienie, więc, dzięki Bogu, tej nocy zostawił mnie w spokoju. Poza tym od dwóch dni piekielnie bolał go zepsuty ząb. Miał czerwony i spuchnięty policzek. Widziałam, że ze złości niemal wyłazi ze skóry. W pierwszej chwili nie umiałam odpowiedzieć, więc w końcu tylko bezradnym ge­ stem wysunęłam do przodu dłoń z miską czaju. - Przyniosłam czaj dla Grigorija, przecież jest tak zimno... - Prze­ rażenie nie pozwoliło mi dokończyć zdania. Udało mi się zajrzeć przez ramię Wasyla do wnętrza stajni. Ujrzałam tam Grigorija. Wyciągnięte w górę ramiona miał przywiązane do pala, a o wiele za cienką na zimę koszulę zdartą aż do pasa. Wisiał tam tak, jakby był nieprzytomny. Skóra zwisała mu z pleców pasami. - Och, mój Boże! - szepnęłam. Miska wysunęła mi się z palców, a herbata opryskała buty Wasyla. - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytałam go, wytrącona z równowagi. Wasyl wciągnął powietrze nosem i kopnął glinianą miskę, aż prze­ leciała na drugi koniec dziedzińca i rozbiła się na ciężkich kamieniach. - To próżniak! Bezużyteczny leń! Za co dostaje mój chleb? Zasnął! A teraz poidła są skute lodem i moje konie nie mają jak pić! To będzie dla niego nauczka! - Zasnął? I dlatego wychłostałeś go niemal na śmierć? Przecież to tylko dziecko! - Już sam fakt, że gruby, potężny Wasyl leżał na mnie nago niemal każdej nocy, sprawiał, że zwracałam się do niego zupełnie innym tonem. Mimo to w takie dni jak ten i ja musiałam zachować ostrożność. - To darmozjad i tyle! - krzyknął znowu. Odwrócił się do mnie plecami, wszedł z powrotem do stajni i zamierzył się do kolejnego uderzenia. Grigorij jęknął zrozpaczony, gdy bat znów przeciął jego zakrwawione plecy. Wasyl roześmiał się, wziął kolejny zamach, lecz w tym momencie nic nie mogło mnie powstrzymać! On chciał zabić tego chłopaka! Chwyciłam Wasyla za ramię i wykorzystując jego za­ skoczenie, wyrwałam mu pejcz z ręki. - Natychmiast przestań, bydlaku! - zrugałam go. - Przecież go zabijesz!

Twarz Wasyla poczerwieniała z gniewu. Popchnął mnie mocno do tyłu, tak że potknęłam się i przewróciłam na belę słomy. Bat wysunął mi się z dłoni. Wasyl chwycił go i uderzył mnie dwa czy trzy razy. Za­ wyłam z bólu. - Proszę! Podoba ci się ten obdartus? Zaglądał ci j u ż pod spód­ nicę? A może coś więcej? - Uderzył mnie jeszcze raz. - Poczekaj do wieczora. Dam ci taką nauczkę, że popamiętasz! - Potem splunął pod moje nogi, otarł sobie pot z czoła i wyszedł ze stajni. Przerażona własną odwagą drżałam na całym ciele. Wściekle smagnięcia batem rozdarły mi ubranie, a po ramieniu spływała mi cie­ pła strużka krwi. Lecz nie miałam czasu, żeby się sobą zająć. Grigorij wciąż jęczał z bólu. Zauważyłam, że na ustach zbiera mu się piana. Będzie miał atak! Szybko rozsupłałam jego więzy, a on upadł na zie­ mię. Ledwo jego pokryte ranami plecy dotknęły słomy, zawył z bólu. Obok słupa, do którego był przywiązany, wciąż wisiała koszula Wasyla. Chwyciłam ją i podłożyłam Grigorijowi pod głowę. I wtedy przyszedł napad. Wytrzeszczył oczy, a na j e g o twarzy pojawił się nieludzki grymas. Jego ręce i nogi drgały i rzucały się na wszystkie strony. Charczał jakieś niezrozumiałe słowa, a z ust wypły­ wała mu krew. Musiał ugryźć się w język. Naprawdę wyglądał j a k opę­ tany przez diabła! W pierwszej chwili cofnęłam się i zrobiłam nad nim znak krzyża. Potem ogarnęła mnie litość, która wyparła strach. Co mogłam zrobić? Przypomniałam sobie, j a k uspokajałam moje młod­ sze rodzeństwo, gdy płakało z wściekłości i rzucało się na wszystkie strony. Zebrałam się więc na odwagę, zapomniałam o krwi, która spły­ wała mi po ramieniu i mocno objęłam d w o m a rękoami j e g o drgającą i toczącą pianę z ust głowę. Wydawało mi się, że j e g o oczy na chwilę mnie rozpoznały. Potem j e d n a k znów zapadły w tajemniczą nicość, w której nie m o g ł a m mu towarzyszyć, i wywróciły się białkami do góry. Przycisnęłam j e g o głowę do piersi i kołysałam go tu i tam, tu i tam. Poczułam, że i mnie łzy płyną z oczu. Jego ciało wciąż się mio­ tało, lecz powoli tkwiący w nim diabeł uspokajał się i w końcu, po długim, długim czasie, leżał bez ruchu w moich ramionach. Jego ży-

cie było w rękach Boga. Nie puściłam go, tylko czekałam cierpliwie, czując jego zimny i urywany oddech między piersiami. W ten sposób zasnęłam. Gdy się obudziłam, Grigorij już nie żył. Przez cały dzień czułam strach, nic tylko wielki strach. Lęk ściskał mnie niczym żelazna pięść, gniótł moje wnętrzności, sprawiał, że mocno się pociłam i miałam miękkie kolana. Nigdy wcześniej i nigdy potem tak bardzo się nie bałam. Co Wasyl zamierzał zrobić? Znałam go j u ż trochę i wiedziałam, do czego zdolny jest w gniewie. Nie widziałam go przez cały dzień. W at­ mosferze przygnębienia płakałyśmy w kuchni nad Grigorijem. Zofia kilka razy uważnie mi się przyjrzała. Akurat tego wieczoru mnie przy­ padło zadanie pilnowania ognia w kuchni przez całą noc! Zimą nie po­ zwalaliśmy, żeby wygasł, a żar węgla czynił to wielkie pomieszczenie najcieplejszym miejscem w całym domu. Oznaczało to jednak, że nie mogłam zamknąć się w izbie dla służby. Byłam bezbronna. Zofia szepnęła mi pod wieczór, zanim poszła spać: - Bądź ostroż­ na. Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego rozgniewanego. Skinęłam tylko głową, ponieważ głos ze strachu uwiązł mi w gar­ dle. To mógł być ostatni wieczór mojego życia! Jak otępiała wyszorowałam palenisko w ciemnej kuchni popiołem i szorstką szczotką. W końcu, gdy było już czysto, a mnie oczy zamy­ kały się ze zmęczenia, zwinęłam się na derce rozłożonej na podłodze przy palenisku. Nie mogłam zasnąć. Przed moimi oczami migały w szalonym pę­ dzie różne obrazy: Olga, jej nabrzmiały brzuch z bękartem Wasyla. Nieruchome, drobne ciałko jej synka. Ciało Olgi z oczami pozbawio­ nymi powiek. Grigorij, przede wszystkim Grigorij, i koszmarny widok jego umęczonego, martwego ciała. Nie chciałam umierać! Nie teraz i nie w taki sposób! Nagle usłyszałam szybkie, zbliżające się kroki Wasyla. Porwał mnie gwałtownie z mego posłania i zanim zdążyłam zareagować, przy­ cisnął mnie do ściany.

- Teraz, moje dziewczę, zapłacisz za swoją bezczelność! - syknął. Był tuż obok mnie, czułam, że jego oddech cuchnie wódką. Bez wątpie­ nia pił przez cały dzień i był całkowicie nieobliczalny. - Popatrz, co dla ciebie mam! Będziesz miauczeć, kotku, jak należy! Uniósł rękę i pomachał mi przed oczami pejczem z wieloma rze­ mieniami. Na każdym z nich był węzeł. Ze strachu krew zamarła mi w żyłach. Takimi pejczami chłostano złodziei na śmierć. Jedno uderze­ nie kroiło skórę na plecach w pasy. - Tak - roześmiał się szkaradnie, widząc strach w moich oczach. - Po tym już nikt nie będzie cię chciał! Wiesz, co regentka Zofia robiła z krnąbrną służbą? Chłostała ich, nacierała wódką i podpalała. Pluję na cara Piotra i wciąż jestem jej wiernym poddanym. A z ciebie będzie piękna pochodnia, Marto! Tylko najpierw jeszcze raz się tobą nacieszę, a potem możesz spłonąć żywym ogniem! Pociągnął mnie do wielkiego kuchennego stołu i przygniótł do ciężkiego drewnianego blatu. Jego usta zadrżały ze śmiechu tuż przy moich, gdy zaczęłam się rozpaczliwie bronić. Nagle pociągnął mnie mocno do góry za włosy i syknął ze złością: - No, i jak to jest oddawać się samej śmierci? Będę twoim ostatnim wspomnieniem! Po mnie nikt j u ż nie będzie cię miał! Nie umiem dokładnie wyjaśnić, co się potem wydarzyło. Jego sło­ wa wzbudziły we mnie siłę i zdecydowanie, jakich się po sobie nie spo­ dziewałam. Wasyl nie trzymał moich rąk, ponieważ jedną dłoń wsunął mi między nogi, a drugą próbował unieść swoją nocną koszulę. Nie spodziewał się z mojej strony oporu. Sięgnęłam rękami za głowę, ma­ cając w ciemnościach. Znałam ten stół, dokładnie tu, gdzie leżałam, Zofia tłukła po południu zioła. Użyła do tego najcięższego mosiężne­ go moździerza, ponieważ o tej porze roku, pod grubą warstwą śniegu, zioła były zmarznięte na kość i nie chciały oddać swego aromatu. Sięg­ nęłam palcami najdalej jak się dało do tyłu, gdy Wasyl podciągał moje biodra w górę. Potem całym ciężarem ciała rzucił się na mnie i zmusił zębami do otwarcia ust. W tym momencie poczułam w dłoniach chłód moździerza. Wiedziałam, że jest ciężki, więc mocno go pociągnęłam. Przerażona poczułam, że Wasyl chce mnie obrócić. Musiałam działać

szybko, to mogła być jedna jedyna okazja! Uniosłam więc moździerz i z całej siły uderzyłam go nim w głowę. Jego twarz nagle straciła wyraz. Krew wypłynęła mu z ust i uszu, a jego czaszka rozpadła się na moich oczach na dwie połowy. Lecz mnie to nie wystarczyło. Musiałam mieć pewność! Uderzyłam go więc jesz­ cze raz i kolejny. Niekończące się upokorzenia, które musiałam znosić, wywołały bezsensowną agresję wobec jego ciała. Był potworem i nie zasłużył, by trafić na tamten świat z ludzką twarzą. Jego ciało osunęło się i upadł do tyłu. Leżał tam bez ruchu. Uklęk­ nęłam obok i z całej siły uderzyłam ostatni raz. Moździerz wypadł mi z dłoni. Opuściły mnie wszystkie siły i bez czucia padłam na ziemię obok niego.

ROZDZIAŁ 2.

O

budziłam się, gdy ktoś przetarł mi twarz wilgotną szmatką. Otworzywszy oczy, ujrzałam pochyloną nade mną Zofię. Przyglądała mi się z zatroskaną miną. Dla ochrony przed

zimnem zarzuciła sobie koc na długą, białą koszulę nocną. Włosy miała zaplecione w warkocze. Na stole obok niej stała nocna lampka, mocno skręcony postronek z lnu zanurzony w starym świńskim smal­

cu. Ta prosta świeca tkwiła w drewnianym uchwycie, który przyniosła ze sobą ze swojej izby, i dymiła, rzucając przyciemnione światło. Po­ czułam jednocześnie inny, obrzydliwie słodki zapach. Zapach śmierci i krwi. Zupełnie jak w dniu uboju. Zofia potrząsnęła mną. - Marto! Dziecko! Obudź się! Co tu się stało? Mój Boże, jak do tego doszło? Czy to ty zrobiłaś? Usiadłam. Głowa koszmarnie mnie bolała. A potem zobaczyłam ciało Wasyla. Jego twarz zamieniła się w krwawą miazgę. Czy to moje dzieło? Potarłam sobie czoło i westchnęłam. Zofia potrząsnęła mną ko­ lejny raz i powtórzyła pytanie: - Marto, co się tu stało? - On chciał mnie zabić, Zofio. Chciał wychłostać mnie niemal na śmierć, natrzeć alkoholem i potem podpalić - powiedziałam, jak­ by chcąc się usprawiedliwić. Patrzyłam na nią bezradnie i zaczęłam drżeć i szlochać. Dopiero teraz dotarło do mnie, co tak naprawdę się stało. Zofia zacisnęła usta i przyjrzała się zwłokom Wasyla. Potem wstała i ku mojemu zdumieniu z całej siły kopnęła pozbawione twa­ rzy ciało. - I dobrze mu tak, temu psu! Powinno się go porąbać na drobne kawałki, zemleć i rzucić na pożarcie jego własnym lochom!

Gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc i od razu dostałam czkawki. Zofia odwróciła się w moją stronę. Miała poważną i zamyślo­ ną minę. Najwyraźniej wybiegła myślami do przodu. - I co my teraz z tobą zrobimy? I j a k to wszystko wyjaśnimy? Naj­ pierw wezmą cię na tortury, a potem skażą... Przecież to bunt najgor­ szego rodzaju! Wiesz, jaka za to grozi kara! Skinęłam głową i znów zaczęłam płakać. Buntem był każdy akt nieposłuszeństwa

chłopa

skierowany

przeciwko j e g o pomieszczy-

kowi. Oczywiście wiedziałam, co za to grozi. Łamanie kołem albo w moim przypadku m o g ł o to być zakopanie w ziemi aż po szyję, tak bym umierała powoli z głodu i pragnienia. Tylko w lżejszych przy­ padkach kobiety, które popełniły przestępstwo, skazywano na nie­ wolniczą pracę w przędzalniach do końca życia. Stukałam zębami, a ręce i nogi dygotały mi j a k szalone. Nie byłam w stanie tego opa­ nować. - Chodź - powiedziała zdecydowanym tonem Zofia po chwili mil­ czenia. Podciągnęła mnie do góry i rożkiem swojego starego koca wy­ tarła mi łzy i smarki z twarzy. - Musimy działać szybko. Zaraz będzie świtać - oznajmiła. Wyszłam za nią posłusznie z kuchni, starając się nie wdepnąć w krew Wasyla, która rozlała się po prawie całej podłodze. Wciąż nie potrafiłam powstrzymać łez. Zofia szła przede mną korytarzem, koły­ sząc się na boki. Ze świecą w dłoni wyglądała w ciemnościach niczym błędny ognik naszych białych nocy. Zdumiało mnie, gdy zaczęła wspi­ nać się po schodach do gabinetu Wasyla. Drzwi były otwarte. Byłam w tym pomieszczeniu tylko raz albo dwa. Wasyl przyjmował tu swoich gości i ubijał interesy. Na szerokim biurku z ciemnego drewna stała pusta butelka ze szli­ fowanego szkła, w której Wasyl zwykle trzymał wódkę. Zofia podniosła ją, powąchała szyjkę i prychnęła z pogardą. Musiał ją opróżnić, żeby dodać sobie odwagi do okrucieństw, które planował tej nocy. Obok pustej karafki leżał woreczek z tajemniczym białym proszkiem. Był do połowy opróżniony. Ku m e m u zdumieniu Zofia oblizała sobie palec, zanurzyła go w proszku i mocno wciągnęła do nosa.

Potem jednym, zamaszystym ruchem zrzuciła to, co stało na bla­ cie, aż papiery i rachunki Wasyla zawirowały w powietrzu. Wzięła jego książki i rzuciła je przez pokój, aż oprawione w świńską skórę tomy porozpadały się, a pojedyncze strony powypadały i pogięły się. Kurz, który się na nich zgromadził, zatańczył w powietrzu, sprawiając, że kichnęłam. Zofia zaczęła wyciągać ciężkie szuflady z biurka i wyrzucać ich zawartość na podłogę. Stosiny piór, liczydła, monety, noże, kała­ marze, skórzane sakiewki, lekarstwa, przetyczki do fajek i mnóstwo dokumentów utworzyły chaotyczny stos pod moimi stopami. W końcu Zofia na wpół zerwała zasłonę z okna i mocnym kopniakiem przewró­ ciła stojące przy biurku krzesło. Byłam tak zaskoczona jej zachowaniem, że zapomniałam o łzach. - Co ty robisz? - zapytałam, w zdumieniu patrząc na otaczający nas bałagan. Wzruszyła ramionami. - Jak inaczej mi uwierzą, że byli tu włamy­ wacze? Przypomnij mi potem, żeby wybić z zewnątrz szybę kamieniem! - Włamywacze? - Tak, ci, którzy zamordowali naszego pana! Co za tragedia! Wydawało mi się, że jej spojrzenie jest spokojne i wesołe, a małe, głęboko osadzone oczy chytrze błysnęły. Dopiero teraz zrozumiałam. A ona powtórzyła: - Lecz co zrobimy z tobą, Marto? Musisz stąd znik­ nąć, i to jeszcze przed świtem! Zaschło mi w gardle i poczułam lęk. Co ona zamierza? Teraz nie była tą Zofią, którą znałam. - Lecz dokąd mam pójść? Zofio, przecież ja nie m a m nikogo! - zaczęłam lamentować. Wzruszyła ramionami i mocniej otuliła się kocem. - Mogę ci po­ móc tylko w jeden sposób... Sięgnęła dłonią za jakieś książki i wyciągnęła stamtąd mały kluczyk. Z jego pomocą otworzyła szkatułę, która wciąż stała na biurku Wasyla. - Skąd wiedziałaś...? - zaczęłam zdumiona. - Ten dom nie ma przede mną żadnych tajemnic, Marto. - Wy­ ciągnęła ze szkatułki garść monet i przeliczyła je. - Masz jakąś inną suknię niż te łachy, które wkładasz do pracy? - zapytała potem.

- Nie. To znaczy tak! Wasyl podarował mi jedną. Ale ma niemie­ cki krój. - To nie szkodzi. Wprost przeciwnie, to nawet lepiej. Teraz uważ­ nie mnie posłuchaj... - Ujęła moją dłoń i wcisnęła do niej monety. - Spakujesz teraz węzełek ze swoimi rzeczami. Niech nie zostanie po tobie żaden ślad! W Wałku nikt nie zwróci uwagi na to, czy gdzieś jest jedna służąca mniej czy więcej. O świcie odjeżdżają spod miejskiej bra­ my furmanki w kierunku Marienburga. Masz wsiąść na jedną z nich, rozumiesz? Masz jechać do Marienburga i nigdzie indziej! To wystar­ czająco daleko, a miasto jest na tyle duże, że będziesz mogła się ukryć. Dopiero wtedy podniosę alarm. Masz dość pieniędzy na podróż i prze­ życie kilku tygodni. Potem będziesz musiała jakoś o siebie zadbać. Tyl­ ko pamiętaj, Marto. Nie chcę cię tu nigdy więcej widzieć. Czy to jasne? Rozumiesz mnie? - upewniła się. - Do Marienburga? - powtórzyłam oszołomiona. Cała odwaga mnie opuściła. Przecież to wielkie miasto było odległe o wiele wiorst. To był zupełnie inny świat. - Nikt nie wpadnie na to, że mogłaś się tam udać - powtórzyła pewnym głosem. - A ty? Co będzie z tobą? - odważyłam się zapytać. Czułam w dłoni chłód monet. Nigdy nie widziałam tylu pieniędzy naraz. Zo­ fia uśmiechnęła się lekko. Zauważyła moje zdumienie. Słaby płomień świecy migotał w przeciągu otwartych drzwi, rzucając ciemne cienie na jej okrągłą twarz. Była dla mnie zupełnie obcą osobą, choć w tym momencie właśnie ratowała mi życie. - Dla mnie też wystarczy. Gdy wszystko minie, kupię sobie mały domek na wsi z polem i ogrodem. Niedaleko mojej siostry. Umrę oto­ czona szacunkiem i miłością. Niczego więcej nie pragnę - wyjaśniła. Zrozumiałam. Jej pragnienie, żeby pozbyć się mnie z domu, nie było całkiem bezinteresowne. Cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Skinęłam więc tylko głową. Słowa nie były potrzebne. Nasze drogi rozchodziły się. Wciąż żyłam, a to przecież liczy się najbardziej. Nie dla mnie przędzalnie, nie dla mnie łamanie kołem, nie dla mnie śmierć w mękach za zabójstwo! Tylko życie i pełna niepewności wolność!

Zofia wzięła mnie za łokieć i poprowadziła po schodach w dół do mojej izby obok kuchni. W jej ręku wciąż migotała nocna lamp­ ka. Miękki blask płomienia rzucał na ścianę niezwykle długie cienie naszych postaci. Niektóre deski skrzypiały pod naszymi stopami, lecz w domu wciąż panowała cisza. Przyglądała mi się, gdy się pakowałam. Wiele tego nie było: suk­ nia do pracy, porządny sarafan, wełniana tunika, ciepła koszula, którą miałam na sobie, woreczek z klejącymi się słodkościami, który Wasyl dał mi dwa dni temu. Do tego wrzuciłam jeszcze grzebień o szerokich zębach, który należał do Olgi. Nie spodziewałam się, że tak trudno bę­ dzie założyć niemiecką suknię. Zofia wcisnęła ją jakoś na mnie i moc­ no zasznurowała gorset. Wszyte w niego druty mocno wbijały mi się w talię. Ledwo mogłam oddychać. Pod suknię założyłam parę ciepłych spodni, które należały do Grigorija. Na to wszystko założyłam z powro­ tem ciepłą koszulę i grube baranie futro, tułup, który też był prezentem od Wasyla. Na stopy naciągnęłam dwie pary grubych wełnianych skar­ pet. Dzięki temu pasowały na mnie buty dla służących, które stały przy drzwiach. Włosy upięłam w węzeł i mocno zawiązałam chustkę pod brodą. Zofia przyjrzała mi się z zadowoleniem. - Wyglądasz teraz tak niepozornie! Nikt nie zwróci na ciebie uwa­ gi w tym stroju i właśnie o to chodzi! Tylko trzymaj spuszczony wzrok, dziewczyno. Drugich takich oczu jak twoje nie ma w całym Wałku - upomniała mnie. Skinęłam w milczeniu, ale zapomniałam spuścić wzrok. Zofia z nie­ chęcią pokręciła głową. Bez słowa ruszyłyśmy do drzwi. Tam podała mi parę trochę za dużych butów z grubej skóry i koc z ciepłej wełny. - Będzie zimno, przyda ci się! - powiedziała, a potem złapała mnie za ramiona. - Ta noc na zawsze pozostanie naszą tajemnicą, Marto. Jeśli kiedykolwiek opowiesz, co się wydarzyło, diabeł zabierze cię do siebie do piekła, odetnie ci uszy, nos, ręce i będzie cię piec na żywym ogniu! Ponownie skinęłam głową, nie wiedząc, j a k zareagować na tę straszliwą przysięgę. Zdecydowanie Zofii wzbudzało we mnie lęk i chciałam jak najszybciej odejść. Ona jednak najpierw pocałowała

mnie w czoło, a dopiero potem odryglowała ciężkie drzwi. Zimny po­ wiew wiatru sprawił, że mimo wysokich butów i baranicy zadrżałam i cofnęłam się w głąb korytarza. Zofia jednak zdecydowanym gestem wypchnęła mnie przez próg w panujące na zewnątrz ciemności. - Furmanki stoją przy bramie! Do Marienburga! - powtórzyła głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Idź już! Żegnaj i uważaj na siebie! I nie diabła się lękaj, tylko ludzi! A potem zamknęła za mną drzwi domu Wasyla już na zawsze. Stałam w ciemnościach pozostawiona sama ze swoim własnym życiem Na zakrytym chmurami niebie nie widać było żadnych gwiazd. Led­ wo dostrzegałam przypominające cienie zarysy muru i stajni, w której rano umarł Grigorij. To naprawdę stało się tego ranka? A wydawało się, jakby upłynęły całe wieki! Ostrożnie zeszłam po pokrytych lodem drewnianych schodach prowadzących na dziedziniec. Znów zaczęło padać, gdy odsunęłam ciężki żelazny rygiel przy bramie i wyszłam na ulicę. Grube płatki padały mi na twarz i zwisały z rzęs. Łzy zamarzały mi na policzkach. Przestałam płakać, bo w ten sposób tylko traciłam siły. Świeży śnieg szybko zasypywał moje ślady. Jakby nigdy mnie tam nie było. Gdy w końcu dotarłam do miejskiej bramy, palce zesztywniały mi i zsiniały z zimna. Ledwo mogłam poruszać ustami. Wsunęłam ręce głęboko w kieszenie tułupu, lecz to nie pomagało. Przypomniały mi się odmarznięte palce stóp Grigorija, więc zaczęłam energicznie ruszać moimi w ciężkich butach. Przy murach panował już ożywiony ruch. Ciężkie, zaprzężone do wozów konie parskały i grzebały kopytami w brudnych zaspach. Po­ chodnie migotały na lodowatym wietrze, a pokrywająca je smoła sy­ czała pod gęsto padającymi płatkami śniegu. Mężczyźni wrzucali bele i toboły na furmanki. Wykrzykiwali jakieś polecenia i pocili się mimo siarczystego mrozu. Dostrzegłam szwedzkich żołnierzy, którzy stali spokojnie, opiera­ jąc się o broń i obserwując tę bieganinę. Marzli w swoich mundurach

i ogrzewali sobie dłonie przy ogniskach. Kilka tygodni temu August Sas wypowiedział Szwecji wojnę, a na granicy między Kurlandią i Inflan­ tami już dochodziło do starć. Książę elektor raz po raz próbował zająć Rygę. Wkrótce zaatakuje Inflanty. Wiedzieliśmy, że tylko z nazwy jest królem Polski, a tak naprawdę jest jedynie marionetką w rękach cara. Lecz miał swoją armię, zawarł sojusz z Chrystianem z Danii i wspierał go rosyjski car. Przez ostatnie tygodnie atmosfera w Wałku pełna była niepokoju i oczekiwania. Przy murze obok furmanek kilka starszych kobiet sprzedawało naszą gorącą, gorzką herbatę, czaj, którą podgrzewały w zniszczonych i poczerniałych od sadzy kociołkach nad żarzącymi się węglami. Zaj­ rzałam do jednego z kociołków. Czarne grube liście herbaty wirowały na powierzchni wrzątku. Czaj trzeba było siorbać przez zęby, żeby je odcedzić. Do tego babcie piekły na płytkich zniszczonych patelniach ciepłe placki, dodając do nich odrobinę peklowanego mięsa i kwaszo­ nej kapusty. Widząc jedzenie, nagle poczułam taki głód, że niemal nie zemdlałam, więc kupiłam odrobinę strawy. W końcu potrzebowałam teraz wszystkich sił! Gdy wyjęłam z torby jedną z monet, popatrzy­ ły na mnie zdumione. Nie wyglądałam na taką, która nosi przy sobie tyle pieniędzy. To był błąd, że wcześniej nie odliczyłam pieniędzy przy świetle pochodni. Jednak bałam się, że ktoś wyrwie mi je z dłoni. Krę­ ciło się tu mnóstwo próżniaków i nicponi, którzy w ciemności i zamę­ cie tylko czekali na jakąś sposobność. Chciwie żułam i ssałam delikatne mięso i poprosiłam o dolewkę herbaty. - Nie tak łakomie, dziewczyno! - powiedziała starsza kobieta, która nalewała herbatę. - Zostaw trochę namiętności dla swojego uko­ chanego, póki jesteś jeszcze młoda! - zachichotała, odsłaniając czar­ ne, bezzębne dziąsła i uderzając się w zapadniętą pierś. Nie słuchałam jej. Mój umysł był całkowicie zwrócony ku przyszłości. Całe moje ciało było napięte do granic możliwości ze strachu i oczekiwania. Pierwsze furmanki gotowe były do odjazdu, a woźnice wsiadali na kozły. Żołnierze po raz ostatni sprawdzali każdy wóz. Wojna była bli­ sko. Każdego woźnicę pytali skąd i dokąd, zaglądali pod plandeki, żeby obejrzeć towar. Wiedzieli, że i tutaj nie są tak naprawdę mile widzia-

ni. Naszym bohaterem był baron Jan Patkul, który walczył o wolność bałtyckich krajów. I z pewnością nie był j e d y n y m bałtyckim panem, któremu nie odpowiadało panowanie Szwedów. Wkrótce jednak przez Augusta Sasa i Rosjanie staną się wrogami naszego kraju. To mogło oznaczać tylko koniec naszych marzeń o wolności i niezależności, to wiedziałam nawet ja, bez Patkula. Zostaniemy starci na proch między dwiema potęgami. Niech Bóg nas przed tym broni! Konie potrząsały głowami pod ciężkim j a r z m e m i niecierpliwie gryzły wędzidła. Woźnice głośno wykrzykiwali nazwy miejscowości, do których się udawali. - Parnawa! - Dorpat! - Marienburg! Odwróciłam głowę. To byl mój wóz! Zarzuciłam tobołek na ra­ mię i oddałam pustą miskę staruszce. Gdy j u ż miałam ruszyć w stronę furmanki jadącej do Marienburga, jakiś inny głos wykrzyknął nazwę mojej wsi. To chyba sen. Przecież ta osada jest za mała, żeby stanowić cel podróży! Lecz jednak. Nie myliłam się. Po raz kolejny usłyszałam nazwę swojej wioski. Pewnie jedzie do klasztoru, tak jak kiedyś Wasyl. Nic mnie tu nie trzymało, mogłam jechać do domu! Nie wiem, czego się w tamtym momencie spodziewałam. Po prostu chciałam do domu! Czas spędzony w domu Wasyla sprawił, że złagodniało nawet gorzkie wspomnienie o Elżbiecie Rabe. Pośpieszyłam do furmanki i zapytałam woźnicę: - Ile kosztuje po­ dróż do klasztoru? Uśmiechnął się i odpowiedział: - Jeśli podarujesz mi buziaka i jedną noc, możesz jechać za darmo, moja piękna! Najwyraźniej nie wyglądałam tak niepozornie, jak mówiła Zofia! Ponagliłam go: - No mów, stary! Wzruszył ramionami. - Jeśli wciśniesz się między beczki i tam rozłożysz swój koc, to będzie kosztować jedną diengę. Pół kopiejki! Nie miałam jednak wyboru. Odwróciłam się w stro­ nę jednej z pochodni i przeliczyłam monety, które trzymałam w dłoni. Były ciepłe, tak mocno je ściskałam. Znalazłam diengę i podałam ją

woźnicy. Uśmiechnął się wesoło, przygryzł ją j e d n y m ze swoich trzech żółtych zębów, które jeszcze mu zostały, i wsadził ją do wiszącego mu na piersi woreczka. Domyśliłam się, że nie spodziewał się żadnych po­ dróżnych. - Wsiadaj! - powiedział krótko i wyciągnął do mnie swoją mocną, stwardniałą od trzymania lejców dłoń, żeby mi pomóc. Posłuchałam go, weszłam na kozła, a potem wczołgałam się na tyl wozu pod plandekę. W tym momencie jeszcze raz usłyszałam naglący głos, wołający: - Marienburg! Nie, nie dla mnie! Nie, Zofio, nie! Ten wóz jedzie do domu! Czułam taką ulgę i radość, że aż miałam ochotę śpiewać. Ułożyłam swoje grube futro pod plecami na beczkach i tobołach, które tam stały. Miejsca było dosyć, żebym mogła rozprostować nogi. Byłam jedynym podróżnym poza kilkoma klatkami z kurami i kozą. To mi odpowiadało. Konie ruszyły, a ja uniosłam plandekę z woskowanego lnu, żeby się rozejrzeć. Wałk, miejskie mury, pochodnie i szwedzcy żołnierze znikali, jak miałam nadzieję, z mojego życia już na zawsze. Rozpływali się we mgle zimowego poranka i wkrótce zniknęli mi z oczu za ścianą padającego śniegu. Krajobraz przybrał postać jednobarwnej przestrze­ ni pod ciężkim, szarym niebem. Jedyną odmianą dla oczu były wioski, równie ubogie jak moja, w których malutkie, ciemne izby odcinały się od tła zasypanej śniegiem równiny. Tego dnia słońce tylko przez kilka godzin stało na niebie, przypominając blady, miedziany krąg. Dojechaliśmy do mojej wsi wieczorem następnego dnia. Izby stały ciche niczym cienie w świetle księżyca pośród ośnieżonych pól. Ich ciemne krawędzie otaczały je niczym srebrne ramy. Gdy mijaliśmy klasztor, mi­ mowolnie skuliłam się między beczkami. Mnisi zadawaliby tylko głupie pytania, gdyby mnie tu zobaczyli. Później na pewno znajdę jakieś wytłu­ maczenie. Izby zdawały się zapadać pod ciężarem śniegu na strzechach, a z gałęzi drzew na skraju drogi zwisały długie sople. Woźnica twierdził, że już dawno nie było tak mroźnej zimy. Ludziom smarki zamieniały się w nosie w lód, wartownicy pilnujący granicy zamarzali na saniach, a jeden chłop, który prowadził krowę na sznurku, zamarzł w pół kroku.

Ja jednak już czułam ciepło pieca w naszej chacie i rozcierałam sobie dłonie. Jeśli Bóg pozwoli, za kilka godzin będę spać z moją rodziną, tak jak kiedyś. Czy będą świeżo upieczone placki? I gęsta owsianka? Hm... Chętnie zanurzę swój placek w misce z kwasem. Wtedy szybciej uderza do głowy! Czy jeszcze nie śpią? Która to może być godzina? O tej porze roku tak trudno to ocenić. Nie potrafiłam na niczym skupić myśli. Kilka chwil później woźnica odchylił ciężką chustę, która chroniła mnie w głębi wozu przed chłodem. - Jesteśmy na miejscu. Gdzie cię wysadzić? - zapytał ponuro. Liczył na to, że będę wesołą i rozmowną towarzyszką podróży. Wspięłam się na kozła obok niego i wskazałam na miejsce, w którym droga się rozwidlała. Dokładnie obok stała nasza izba\ - Tam! T a m jest mój dom! Zatrzymaj się tam, to mi wystarczy! - powiedziałam radosna jak dziecko. Woźnica splunął. - Nędzna okolica! Cieszę się, że jutro w południe stąd wyjeżdżam. Jeśli zmienisz zdanie, wiesz, gdzie mnie znaleźć! Zamiast odpowiedzieć, ściągnęłam z wozu swój tobołek. Zeskaku­ jąc z kozła, niemal się przewróciłam. Droga pokryta była lodem i gład­ ka niczym lustro. Nawet kopyta koni ślizgały się niepewnie, a podkowy zastukały głucho o gładką powierzchnię, gdy wóz znów ruszył. Ostroż­ nie się ślizgając, poszłam do naszej izby. Cały swój skromny dobytek trzymałam przyciśnięty do piersi. Z niskiego komina unosił się dym. To dobrze! Poczekałam chwilę, żeby uspokoić gwałtowny oddech. Serce wali­ ło mi w piersiach. Kto by pomyślał, że powrót do domu może być taki trudny? Co miałam im powiedzieć? Jak im wyjaśnić? Ach, czy to takie ważne? Gdy uniosłam ramię, żeby zastukać do drzwi, niemal poczułam słodki ciężar A n n y w moich objęciach. Będzie skakać wokół mnie j a k szczeniak! Jestem w domu! W końcu jestem w domu! Zastukałam do drzwi. Przez chwilę nic się nie działo. Zastukałam jeszcze raz, tym razem głośniej. Gdy ojciec chrapie, w izbie trudno usłyszeć cokolwiek innego! Może już wszyscy przytulają się do sie­ bie na piecu, żeby było cieplej podczas snu. Zastukałam po raz trzeci. W końcu usłyszałam, że ktoś człapie z głębi izby.

- Kto tam? - zapytał po rosyjsku jakiś zrzędliwy głos. Nie rozpoznałam go od razu, ale to musiał być ojciec! Może jest przeziębiony? - To ja, Marta! Otwórz, jest zimno! Załomotałam pięścią w nieheblowane drewno drzwi. - Marta? - powtórzył głos z niedowierzaniem. - Tak, tak. To ja! - płakałam i śmiałam się jednocześnie. - Otwórz, ojcze! Drzwi uchyliły się, a ja ujrzałam jego twarz. Skrzywioną, zaspaną, a przede wszystkim obcą. Mężczyzna, który otworzył drzwi do naszej izby, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Miał na sobie długą, po­ plamioną koszulę nocną z ciepłej wełny, którą już wielokrotnie latano. Głowę owinął sobie filcowym szalem. Jego stopy kryły się w grubych, zrobionych na drutach skarpetach. Twarz w kilku miejscach mial po­ krytą ropiejącymi odmrożeniami. Mimowolnie cofnęłam się o krok. - Kim jesteś? - zapytał w końcu. - To ja się zastanawiam, kim ty jesteś? - odpowiedziałam pyta­ niem na pytanie. - To chata mojej rodziny! Moryca Skowrońskiego, Elżbiety Rabe i ich dzieci. Co ty tu robisz? Wzruszył ramionami, podrapał się po głowie i puścił bąka, uno­ sząc przy tym jedną stopę. - Moryc jak? Nigdy nie słyszałem tego na­ zwiska... - powiedział, patrząc wprost na mnie. - Ale przecież to nasz dom! To nasza izba). - powtórzyłam. Rzucił mi smutne spojrzenie i pokręcił głową. - Och, dziewczyno. Oni tu już nie mieszkają. Ale wchodź do środka, strasznie wieje! - Ot­ worzył szerzej drzwi, wykonał zapraszający gest i pociągnął mnie w głąb chaty. Oszołomiona zauważyłam, że na piecu śpi kobieta z dwójką dzieci. Niewiasta uniosła głowę z potarganymi od snu włosami i burk­ nęła coś niechętnie o zimnym wietrze, który wpuściłam do wnętrza. Rozejrzałam się wokół. Nie, nie mylę się, to jest nasza chata! To jest piec, który zbudował mój ojciec. To jest nasz czerwony kącik z niskim stolikiem, zydlami i ławą. Stoją nawet nasze dwie dzieże i czarny od sadzy kociołek, w którym Elżbieta Rabe gotowała wieczorną strawę. Usiadłam na niskiej drewnianej ławie. To tu wiele miesięcy temu sie-

działam z ojcem, kiedy przyszedł Wasyl. Na ścianie wciąż wisiała ikona świętego Mikołaja, choć mały drewniany krzyż zniknął. Widać jednak było jego przypominający cień zarys na ścianie. Zsunęłam baranicę i postawiłam buty przy drzwiach. Śnieg, który przykleił się do pode­ szew, roztopił się, tworząc kałużę na wyłożonym słomą klepisku. Mężczyzna poczłapał do paleniska i nalał nam obojgu po misce czaju. Zalał garść gorzkich liści gorącą wodą ze zniszczonego kocioł­ ka i delikatnie zakołysał trzymaną w rękach miską. Do tego wydzielił oszczędnie dwa kawałki małego placka. W izbie najwyraźniej nie było niczego, co moglibyśmy na nie nałożyć. Nagle dotarło do mnie, że ci ludzie są bardzo biedni. Może brzmi to dziwnie w moich ustach, bo przecież w całym swoim życiu nie widziałam na oczy ani rubla, ani ta­ lara. Lecz choć nasze pożywienie było skromne, to przecież nigdy nie cierpieliśmy głodu! Milczeliśmy przez chwilę, a ja ze złością żułam kawałek placka. Gospodarz głośno i z przyjemnością siorbał czaj ze swojej miski. - Co się tutaj stało? - zapytałam, popijając herbatę. Napój był tak gorący, że poparzyłam sobie usta. Przez chwilę moje wargi i dziąsła pozbawione były czucia. Mężczyzna tylko pokręcił głową. - Och, dziewczyno, gdybym to ja wiedział! - Popatrzył na mnie ze współczuciem i zaczął mówić dalej. - Niezbadane są wyroki natury i naszego Pana! Ostatnie lato było tak upalne, że zboże zapalało się na polach! Chłopi padali od udaru niczym muchy. Niemiłosiernie cuchnęło śmiercią, a ich ciała płynęły w dół rze­ ki... A potem, jesienią, n i e b y ł o oczywiście żadnych plonów. I przyszedł głód. Ale jaki głód! Ludzie zjadali psy i robaki! Niektórzy ponoć nawet wycinali mięso ze zwłok! A teraz ta zima... Co z nami będzie? - A co z klasztorem? Przecież obowiązkiem pomieszczyków jest nam pomagać? - przerwałam mu. Nie mogłam uwierzyć w to, co mó­ wił. Roześmiał się krótko. - Klasztor? Mnisi zaryglowali bramę i drzwi, bo sami mieli za mało zapasów! Bały się te świńskie psy! Ci z chłopów, którzy mieli jeszcze siłę, uciekali z całym dobytkiem. Diabeł j e d e n wie dokąd. Może na wostok, na wschód, tam, gdzie mnisi ich kupili i skąd

ich przesiedlili? Nie wiem, co się stało z twoją rodziną. Ta izba była pusta, gdy tu przybyliśmy. Ale był piec i meble. Niczego nie brakowało. Tyle że nazwisko twojej rodziny nic mi nie mówi. Rzucił mi krótkie spojrzenie, a ja zauważyłam, że nie umknął mu żaden szczegół mojego dziwnego ubioru. Spod ciepłej koszuli wysta­ wała mi niemiecka suknia. - Ale, ale... Czy ty jesteś Niemką? Twoja suknia... Jest nieprzyzwo­ icie ściśnięta w pasie. Wszystko widać! Chyba nie chodzisz tak po uli­ cy... Cudzoziemskie dziwki! Chyba że... - najwyraźniej przyszło mu do głowy coś innego. - A może jesteś Rosjanką? Jesteś jedną z nas? Sły­ szałem, że car zakazał j u ż teraz nawet naszych ubiorów! Chce zmusić nas wszystkich, żebyśmy ubierali się jak na Zachodzie, a z czego mie­ libyśmy za to zapłacić, co? Nie dość, że biega po Moskwie z nożycami, obcinając bojarom brody! To obraza boska! - splunął. - Piotr z bożej łaski! To podrzutek zrodzony przez cudzoziemską dziwkę! Potrząsnęłam głową. - Nie, dostałam tę suknię w prezencie. Oczy­ wiście, że nie jestem Rosjanką. Ja i moja rodzina to Niemcy, ale jestem stąd, z Inflant! - wypowiedziałam te słowa z dumą. Roześmiał się znowu, tym razem drwiąco. - Mnisi twierdzą, że jak batiuszka car skończy ze Szwedami, nie będzie tu już żadnych ob­ cych! Udałam, że nie słyszałam, co mówi. Moja miska z czajem była pusta, więc uznałam, że pora się zastanowić, co dalej. Moja rodzina odeszła! Ojciec i bracia być może umarli na udar, harując na twardej i suchej ziemi. Ich wzdęte ciała leżały na polu albo płynęły twarzami w dół rzeką, stanowiąc łup dla ryb i szczurów. I ci mnisi, którzy nie grzebali nikogo, bo bali się napaści. Ogarnęła mnie straszliwa wście­ kłość. Czy to ta sama wspólnota, ten sam mir, który tańczył i śmiał się na wiosennym święcie? Ile czasu upłynęło od tamtej pory? Jakby całe życie. Ta myśl mnie przygnębiła. Nie bój się diabła, tylko ludzi. Zofia zawsze powtarzała tę ludową mądrość. Reszta mojego miru uciekła? Przeniosła się? Ale dokąd? W każdym razie gdzieś daleko, a przyszłość nie mogła przynieść im nic dobrego! Uświadomienie sobie tego jeszcze bardziej mnie przygnębiło. Byłam sama na tym świecie!

Mężczyzna wciąż siorbał swój czaj. - Jeśli chcesz, możesz u nas przenocować. Jutro zastanowisz się, gdzie się zatrzymasz. A może... - uśmiechnął się lubieżnie. - Dawno nie widziałem takich różowych policzków i pięknych piersi! Możesz zostać u nas! Mrugnął w stronę pieca, na którym spała jego rodzina. Poczułam mdłości. Czy wszyscy mężczyźni są tacy sami? Zamarłam. Chyba wy­ glądałam bardzo bezradnie, ponieważ dodał: - Przepraszam, dziecko, nie to miałem na myśli. Możesz przespać się na ławie i przykryć się swoim tułupem. Piękna baranica! - dotknął miękkiej skóry i futra. Nie mamy dla ciebie żadnej derki. Lecz jutro musisz odejść! Naprawdę nie damy rady nikogo wyżywić. Zdecydowałam, że przyjmę jego ofertę noclegu. Spałam pod tułu­ pem w czerwonym kącie mojego byłego domu. Tej nocy miałam szalo­ ne i niespokojne sny. Widziałam Annę i Krystynę, jak wloką się gdzieś, spalone słońcem i wygłodzone. Opuchnięte ciało mego ojca na polu. A także pozbawione twarzy zwłoki Wasyla. Co ja uczyniłam? Nie czu­ łam jednak skruchy. Raczej rozpacz z powodu mojego beznadziejnego położenia. Rankiem gospodarz powiedział, że płakałam przez sen i w o ­ łałam jakieś imiona. O świcie opuściłam izbę niemal bez pożegnania, wypiwszy tyl­ ko jeszcze jedną miskę czaju. Nie chciałam uszczuplać ich nad wyraz skromnych zapasów, bo poza odrobiną mąki i workiem pęczaku nie zauważyłam niczego innego do jedzenia. Dzięki Bogu zaraz potem do­ strzegłam na drodze furmankę, którą mogłam dostać się z powrotem do Wałku. Nie odpowiadałam na ciekawskie pytania woźnicy i bez sło­ wa skargi zapłaciłam mu drugą diengę. Całe dwa dni drogi do Wałku przespałam, częstując się odrobiną zapasów woźnicy: serwatką z bu­ kłaka z koziej skóry, ciepłym plackiem z kaszy i peklowanym mięsem. Noc po drodze spędziliśmy w gospodzie, która przypominała raczej chlew. Nie byłam w stanie zasnąć między tymi wszystkimi cuchnący­ mi ciałami w ciepłej oborze. Wyszłam na zewnątrz do ogniska kurie­ ra pocztowego i długo wpatrywałam się w gwiazdy na nocnym niebie. Myśl o mojej rodzinie i jej losie napawała mnie takim smutkiem, że nie potrafiłabym zasnąć. Lecz może są gdzieś tam i wpatrują się w to samo

gwiaździste niebo. Przybywszy do Wałku, bez trudności przesiadłam się na wóz zmierzający do Marienburga. Zostało mi j u ż tylko kilka ko­ piejek. Zofia nie doceniła moich potrzeb. Furmanka dotarła do murów Marienburga późnym popołudniem. Było już ciemno, wokół pochodni unosił się kwaśny zapach smoły i przez cały czas ani na chwilę nie przestało padać. W Marienburgu wszystko wyglą­ dało tak jak w Wałku, tylko było o wiele większe. Pomimo zapadającego zmroku ludzie śpieszyli uliczkami, zręcznie wymijając furmanki i ko­ nie, a przy okazji depcząc żebrakom po palcach. Gdy opryskiwało ich błoto i śnieg spod kół, przeklinali i wygrażali pięściami. Zauważyłam, że na ulicach jest bardzo wielu żołnierzy. To musiały być legendarne siły szwedzkiego króla! Dla mnie wyglądali jak jakaś obca rasa. Wszyscy byli bardzo przystojni. Wysocy, jasnowłosi i dumni wojacy w niebie­ skich mundurach i długich, ciepłych opończach na ramionach. Furmanka zatrzymała się przed kabakiem, z którego właśnie wy­ rzucano jakiegoś pijaka. Nad drzwiami wisiał pozłacany liść koniczy­ ny. W kabaku nie podaje się jedzenia, tylko wódkę. Mężczyźni w środ­ ku wychylali szklankę za szklanką, żeby j a k najszybciej się upić. Nasz woźnica cmoknął i rzucił lejce chłopcu, który czekał przy wejściu do kabaku. Potem zszedł z kozła, rozciągnął nogi odziane w spodnie z su­ rowego płótna i wytarł drewniane chodaki o śnieg. Zsunął skórzany kaptur obszyty króliczym futrem na kark i odwrócił się w naszą stronę. - Jesteśmy na miejscu! Wszyscy zsiadać! - burknął. Najwyraźniej był zadowolony z powrotu i nie mógł się doczekać wizyty w kabaku. Moi współpasażerowie z ostatnich dni, para młodych ludzi, zsiedli z wozu przede mną. Widziałam, z jaką miłością on się o nią troszczy. Dziewczyna była w stanie błogosławionym, i to tuż przed porodem. Ubrana w szeroki sarafan, tułup i wielkie buty poruszała się bardzo niezgrabnie. Mnie żaden mężczyzna nigdy nie traktował w taki sposób, pominąwszy nieporadne przejawy sympatii ze strony Grigorija. Potem ten młody mężczyzna podał swą silną dłoń także mnie, a ja zebrałam spódnicę, żeby zeskoczyć na ulicę. Młodzi popatrzyli na mnie przyjaź­ nie i rzucili nieśmiało słowa pożegnania.

Było mi smutno, lecz czego mogłam się spodziewać. Że wezmą mnie ze sobą do domu? Bieda rodzi najdziwniejsze nadzieje i najgłęb­ sze rozczarowania. Widziałam jeszcze, jak on zarzuca sobie na ramio­ na oba tobołki, a potem troskliwie obejmuje ją ramieniem. Szedł skra­ j e m drogi, żeby osłonić ją przed tłoczącą się ciżbą. Wkrótce straciłam ich w tłumie z oczu. Samotność rzuciła się na mnie niczym głodny wilk na bezbronnego wędrowca w zimowym lesie. Chwyciła mnie za gar­ dło i potrząsnęła mną, a ja szybko połknęłam łzy. Trzymając tobołek mocno przyciśnięty do piersi, rozejrzałam się wokół. W którą stronę powinnam się udać? Wtedy spostrzegłam, że woźnica wciąż stoi przy koniach i mierzy mnie wzrokiem. Grzebał sobie drzazgą w zębach, od czasu do czasu przyglądając się temu, co udało mu się spomiędzy nich wydobyć. Chłopiec przed kabakiem wciąż sprawdzał ciężkie kopyta koni, szukając drobnych kamyków i ostrych drzazg. - Nie wiesz dokąd iść, tak? - zapytał woźnica, rzucając drzazgę na śnieg. A potem sięgnął do woreczka przypiętego do pasa i wyjął szczyp­ tę tytoniu do żucia. Wsunął go sobie pod górną wargę i zaczął ssać. Przyglądał mi się w milczeniu, czekając na odpowiedź. Po chwili struga czerwonej od tytoniu śliny trafiła na śnieg. Poczułam obrzydzenie i potrząsnęłam głową. - Nie. Potrzebuję dachu nad głową, a potem pracy! Umiem ciężko pracować i... - doda­ łam pośpiesznie. Lecz woźnica machnął lekceważąco ręką. - Masz pieniądze? - dopytywał się dalej. Wzruszyłam ramionami, starając się zachować spokój. - Trochę, akurat na kilka dni. - Już miałam wsunąć dłoń do sakiewki, żeby po­ kazać mu monety. - Zostaw to. - Wyglądało na to, że nad czymś się zastanawia. - Hm... Chodź tutaj! - Wyciągnął do mnie rękę. Z wahaniem pode­ szłam dwa kroki w jego stronę. Uniósł mój podbródek. Jego dłoń cuch­ nęła skórą lejców i tytoniem i była aż sztywna od brudu. Potem zsunął moją chustkę i dotknął kosmyka moich włosów. Przyjrzał mi się uważ­ nie, a potem uszczypnął mnie w policzek i zaśmiał się. - Jak wsiadałaś, nawet nie zauważyłem, jaka jesteś ładna! Nie po­ winnaś tak nisko opuszczać głowy, wiesz? Potrafisz wzbudzić pożąda-

nie w mężczyźnie. Jeśli chcesz, możemy jeszcze raz negocjować cenę za przejazd! - uśmiechnął się, ukazując ciemne pniaki zamiast zębów. Dziąsła miał czerwone i zgniłe od tytoniu. Poczułam, że się czerwienię i mimowolnie się od niego odsunę­ łam. Podniosłam swój tobołek i chciałam odejść. - Czekaj - powiedział, chwytając mnie za ramię. - Gdzie są twoi rodzice? - zapytał. Wzruszyłam ramionami. - Albo daleko, albo nie żyją, nie wiem. - Udało mi się powiedzieć to opanowanym tonem. - Potrafisz czytać albo pisać? - zapytał woźnica. W odpowiedzi tylko pokręciłam głową. Ku mojemu zdziwieniu ta odpowiedź jakby go zadowoliła. - M a m coś dla ciebie. Chodź ze mną. - Kazał chłopcu sprzed ka­ baku pilnować wozu i przygotować dla niego butelkę wódki. A potem zagłębiliśmy się w kręte uliczki miasta. Mocno trzymał mnie za nad­ garstek, lecz nie czynił tego z troski. Wyglądało raczej na to, że nie chce, żebym mu uciekła! Nie wiem nawet, jak długo przebijaliśmy się szybkim krokiem przez gęsty śnieg i tłum, lecz wydawało mi się, że trwa to całą wieczność. Nagle woźnica zatrzymał się przed niewielkimi drzwiami, nad którymi paliła się świeca w czerwonym szkle. Zastukał do drzwi, odczekał chwilę i otworzył je. Popchnął mnie przodem do ciasnego, zatęchłego korytarza i sam wszedł do środka. Drzwi staran­ nie za sobą zamknął. Klepnął mnie w tyłek i wskazał na wąskie, prowadzące do góry schody. Wzdrygnęłam się na tę grubiańską poufałość. Jakaś kobieta roześmiała się piskliwym głosem. Słychać było, że wypiła za dużo wód­ ki. - No, dalej, wchodź na górę! - Znowu mnie popchnął, więc za­ częłam ostrożnie wchodzić po schodach. Nie miałam innego wyjścia, ponieważ drzwi na zewnątrz starannie zasłonił swoimi plecami. We­ wnątrz było ciepło, więc wchodząc po schodach, rozwiązałam tułup i pas. Woźnica ciężkim krokiem wspinał się za mną. Ta sama kobieta zaśmiała się ponownie wysokim i przeraźliwym głosem, lecz tym razem jej śmiech przeszedł w pisk. Usłyszałam dziw-

ny dźwięk, jakby ktoś dłonią uderzył nagie ciało. Weszłam na ostatni stopień. Woźnica zawołał w głąb korytarza: - Natalia? Jesteś tu, ma­ teczko? Jego matka? Czyżby zabrał mnie do swojego domu? Byłam coraz bardziej zdumiona. Nagle otworzyło się wszystkich czworo drzwi na korytarzu. Z każdych wysunęła się dziewczęca głowa. Wszystkie były tak umalowane, jak tamta dziewczyna w Namiocie Dziwów mistrza Lamperta. Jedna z nich miała rozpuszczone i potargane włosy, jej na­ gie piersi połyskiwały w półmroku, a uda odziane były w brudne, się­ gające kolan koronkowe kalesony. - O, nowa! - powiedziała, oblizując sobie lubieżnie usta. Obok jej głowy w drzwiach pojawiła się głowa szwedzkiego żołnierza, który wybełkotał: - Gdzie? Mogę ją wypróbować? Jego towarzyszka klepnęła go w ramię, a on roześmiał się. - M a m cię j u ż dosyć, ty mała, tłusta kurwo! - Kobieta znów się roześmiała. Tym samym przenikliwym śmiechem, który słyszałam wcześniej. Kurwo? On naprawdę tak powiedział? A więc to dom rozwiązłych kobiet! Usłyszałam o nich j u ż w Wałku od Olgi. Mówiła o tym tylko szeptem, ale kto by pomyślał, że istnieją naprawdę! Znalazłam się w środku burdelu i nie bardzo miałam jak się stąd wydostać! Pozostałe dziewczęta przyglądały mi się nie bez sympatii. Rozma­ wiały jednak ze sobą, jakby mnie tam nie było. Jedna z nich ściągnęła mi nawet chustkę z głowy. - Ma piękne włosy - powiedziała. - A jak figura? - zapytała z zaciekawieniem jakaś inna. - Pod tą grubą baranicą i koszulą nic nie widać. Natalia się tym zajmie! I wszyscy się roześmieli, nawet woźnica, lecz umilkli, gdy na kory­ tarzu pojawiła się krocząca kaczym chodem Natalia. Wyglądała prze­ rażająco. Jej ciało było ogromne. W porównaniu z nią gruba Zofia była kobietą o przeciętnej budowie! Suknia o barwie płomienistej czerwieni i niemieckim kroju była mocno zasznurowana na jej wielkim brzuchu. Nad górną wargą miała delikatne ciemne włoski. Natomiast jej głowa

pod śmiesznym, nastroszonym koronkowym czepkiem wydawała się łysa, ponieważ koło uszu nie wystawały żadne włosy. Miała szeroką twarz i bladą cerę. Do tego niemal białe rzęsy i brwi, co pozbawiało jej twarz jakiegokolwiek wyrazu. Cofnęłam się o krok, lecz woźnica moc­ no chwycił mnie za ramię. Zabolało, więc spróbowałam się uwolnić. - Natalio! Mateczko! Tak dawno się nie widzieliśmy... - Ukłonił się przed nią dla żartu, a ona wymierzyła mu lekki policzek. - Owszem, dawno. Ale nie myśl sobie, że zapomniałam o twoich długach, ty draniu! A potem roześmiała się i na chwilę przycisnęła go do swego obfite­ go biustu. Woźnica pocałował ją w oba pokryte grubą warstwą cynobru policzki. - Co cię dziś do nas sprowadza, Michale? Przyszedłeś spłacić dłu­ gi? - zapytała, przesuwając po mnie ciekawe i taksujące spojrzenie. To, co zobaczyła, najwyraźniej jej się spodobało. - Lepiej, o wiele lepiej! - roześmiał się. - M a m świeżutkie mięsko dla mateczki Natalii! To ta dziewczyna. Przyjechała na moim wozie z Wałku. Chodź tutaj! Jak ją zobaczyłem, od razu pomyślałem o tobie i twoim szacownym przybytku. Nie ma rodziców i szuka pracy. Wszyscy na korytarzu roześmieli się, a woźnica popchnął mnie pod świecę wiszącą na ścianie. Natalia z zadowoleniem skinęła głową. - Pracy? Pracy dla takiej ładnej dziewczyny będziemy mieć mnóstwo! Cóż za udana zdobycz! Oczy jak u kotki! Twoja matka chyba piła ab­ synt, że są takie zielone! I jakie piękne, pełne usta. Niejednemu się spodoba! Woźnica uśmiechnął się zadowolony. - Od razu wiedziałem! - Wprowadź ją tutaj. Będę mogła lepiej się przyjrzeć - poleciła Natalia, otwierając jakieś drzwi po prawej. Żadna siła nie zmusi mnie, żeby tam wejść - postanowiłam i od­ wróciłam się. - Chcę stąd iść - powiedziałam zduszonym głosem, się­ gając po swój tobołek, który woźnica ściskał pod pachą. - Iść stąd? Nie ma mowy! - odparł ostro i wepchnął mnie przez drzwi do pokoju. W środku na podłodze leżał wypchany słomą mate­ rac, a obok stało kilka krzeseł i stół z wieloramiennym świecznikiem.

Wydawało mi się, że dostrzegłam w rogu przemykającego szczura. Cuchnęło tam stęchlizną. Natalia, sapiąc, zapaliła świece i niewielki pokój wypełniło delikatne światło. - Zdejmij jej ten płaszcz! - rzuciła Natalia do woźnicy. Chciałam się bronić, lecz on był silniejszy i bez ceregieli ściągnął ze mnie tułup. - Nie! Zostaw mnie! Oddaj mi mój tobołek! Chcę stąd iść! - krzy­ czałam. Dziewczęta stojące w drzwiach zachichotały. - Tobołek! Słyszałyście to? - Chce stąd iść! - zaskrzeczały drwiąco niczym sroki na drzewie, klaszcząc z uciechy w dłonie. - Pójdziesz, kiedy ja tak powiem! - stwierdziła chłodnym tonem Natalia. - Trzymaj mocno tę dziką kotkę! - poleciła Michałowi. Chwy­ cił mnie za ramiona i wykręcił je do tyłu. Dyszałam z bólu, nie mogąc się ruszyć. Natalia siłą otworzyła mi usta. - Hm... Masz jeszcze wszystkie zęby! I do tego białe... - Potem po­ gładziła mnie po twarzy i szyi. W końcu zdjęła mi chustkę i rozpuściła warkocz. Zanurzyła dłoń w moich włosach i z satysfakcją skinęła głową. - Przyniesie nam niezły dochód! Będę mogła ją zlicytować między Szwedami. Jest wyjątkowa! Michał roześmiał się, a ja poczułam przez suknię, że przyciska się do mnie od tyłu. - Wyjątkowa? I to jak! Piersi j a k u mleczarki! - po­ łożył swoją brudną rękę na mojej piersi. Krzyknęłam, a wszyscy po­ nownie głośno się roześmiali. Dziewczyna, która wcześniej zajmowała się Szwedem, wciąż stała bezwstydnie półnaga w drzwiach. Ramie­ niem objęła ciemnowłosą i mocno umalowaną Tatarkę i powiedziała: - Lepiej zacznij się przyzwyczajać, moja piękna! To nie miejsce dla wytwornych dam! Natalia wciąż mi się przyglądała. Bez żenady obmacała moje pier­ si, łono i pośladki. W końcu popatrzyła na mnie surowo. - Ile masz lat? - Prawie siedemnaście - odpowiedziałam zrozpaczona. Czy to kara za to, co uczyniłam Wasylowi? Czy skończę w burdelu? Czy Bóg nie zna litości?

- Hm... - moja odpowiedź jakby ją zadowalała. - Jesteś jeszcze dziewicą, laleczko? Spuściłam wzrok i zawstydzona pokręciłam głową. Dziewczęta znowu się roześmiały. - Patrzcie, patrzcie... Wygląda na to, że niezła mąciwoda z tego zadartego noska! - odezwała się znowu półnaga dziewczyna. - Kto to był? Stajenny na słomie czy woźnica? A może przejezdny żołnierz? - I znów wszyscy wybuchli gromkim śmiechem. Nagle Natalia wymierzyła mi policzek. - Głupia gęś! Nietknięta byłabyś warta majątek! Ale coś na to zaradzimy. Ze wszystkim można sobie poradzić. Mężczyźni są przecież tacy łatwowierni. Zwróciła się do Michała. - Co za nią chcesz? Jeśli chcesz, zapo­ mnę o twoich długach. Dziś wieczorem przyjdą nowi grenadierzy, bę­ dzie okazja, żeby ją wprowadzić. Tatarka zachichotała i powiedziała: - Albo żeby wprowadzić w nią grenadierów! - Dziewczyny zaczęły śmiać się jak szalone z tego obrzydliwego żartu. Najchętniej wydrapałabym im oczy. Michał roześmiał się i jeszcze mocniej wykręcił mi ręce. Jęknęłam. - Zapomnisz o moich długach? Ha, chyba żartujesz. Myślisz, że nie wiem, ile wart jest ten goląbeczek? Chcę oprócz tego jeszcze dzie­ sięć rubli... - zawahał się na chwilę, a Natalia aż zachłysnęła się, sły­ sząc tę j a k dla mnie zupełnie niepojętą kwotę. To więcej niż większość ludzi zarabia przez rok! A potem dodał: - I chcę być pierwszym, który ją weźmie w tym domu. I to tutaj! - wskazał na materac. Natalia nie była zachwycona, lecz dziewczęta zaczęły klaskać i śmiać się. - Przecież sobie na to zasłużył! - Możemy popatrzeć! Prosimy, Natalio! Ta wzruszyła w końcu ramionami i burknęła: - Dobrze więc, ale od razu. I na naszych oczach, żebyś mi znowu nie zwiał! Przy okazji zobaczę, czy się do czegoś nadaje. Moi chłopcy lubią dziewczęta, które ładnie miauczą w łóżku! Tylko nie bądź zbyt brutalny, chcę, żeby była dziś wieczorem w formie. Żadnych siniaków, bo osobiście spiorę cię na kwaśnie jabłko! - dodała.

- Nie! - krzyknęłam, próbując wyrwać się z jego uścisku. - Zo­ staw mnie, ty obleśna świnio! - Zaczęłam wierzgać, lecz on ze śmie­ chem popchnął mnie na zawszony materac ze zgniłą słomą. Muszę się stąd wydostać, natychmiast, inaczej będę stracona! Kątem oka widziałam, że Natalia obojętnie się nam przygląda. Posadziła swój szeroki tyłek na krześle tuż obok nas i westchnęła. Potem zaczęła grzebać w woreczku, który nosiła na szyi, i wyjęła z niego kilka monet. Zaczęła je po cichu przeliczać. Dziewczęta przy drzwiach szeptały i chichotały. Teraz albo nigdy! Spróbowałam wy­ rwać się z uścisku Michała, gwałtowanie się odwracając, i udało mi się uwolnić j e d n ą rękę. Podbiłam nią nadgarstek Natalii. Krzyknęła, a monety wysokim łukiem przeleciały w powietrzu i z brzękiem roz­ sypały się po podłodze pokoju i korytarza. Zaskoczony Michał puścił mnie, a dziewczęta niczym sępy natychmiast rzuciły się na pienią­ dze. Michał, przeklinając i rozdając kopniaki, próbował je rozpędzić. Natalia zaczęła przeraźliwie krzyczeć i rozdzielać dziewczęta, ciągnąc je do tyłu za włosy. Wykorzystałam chwilę zamieszania i w y p a d ł a m przez otwarte drzwi na korytarz, a potem zbiegłam po schodach i wy­ biegłam z d o m u . Na zewnątrz śnieg padał jeszcze gęściejszy. Biegłam i biegłam, nie obie­ rając żadnego kierunku i nie mając żadnego celu. Łzy spływały mi po policzkach, a z przerażenia i wyczerpania brakowało mi tchu. W końcu zaczęłam iść z wielkim trudem, gdyż przy każdym kroku zapadałam się niemal po kolana w śniegu. Brzeg mojej sukni byl brudny i całkowicie przemoczony. Podeszwy starych butów zaczęły przeciekać, a skarpety nasiąkły wilgocią. Zmęczona i zdyszana oparłam się o najbliższą ścianę i przetarłam rękami twarz. Łzy i smarki przykleiły mi się do wnętrza dłoni. Zadrżałam z zimna i dopiero wtedy uświadomiłam sobie ogrom mojego nieszczęścia. W burdelu zostawiłam swój płaszcz, rękawiczki i tobołek! Szybko sięgnęłam do paska. Sakiewki z pieniędzmi też nie było! Musiała w zamieszaniu zsunąć mi się w domu uciech. Co mam teraz zrobić? Byłam zgubiona. Bez płaszcza, rękawiczek i pieniędzy nie mogłam przetrwać tej nocy.

Usiadłam na progu domu, przed którym się zatrzymałam, i scho­ wałam twarz w ramionach. Byłam zbyt zmęczona, żeby się dalej nad sobą użalać. Tak, przyznaję. Pogodziłam się z losem i czekałam na szybką, łaskawą śmierć. W tym zimnie nie powinno to trwać dłużej niż kilka godzin! Ulice były puste, nie licząc kilkorga ludzi, którzy śpieszyli za swo­ imi sprawami. Obok mnie przemaszerował oddział szwedzkich żołnie­ rzy. Przesunęłam się w cień bramy, żeby nie dosięgło mnie światło ich latarni. Porządni mieszkańcy Marienburga siedzieli teraz przy wieczor­ nej strawie. Na ulicach przebywali już tylko złodzieje, żebracy i nicpo­ nie. Zaburczalo mi w brzuchu. Kiedy to jadłam po raz ostatni? Trochę czaju i odrobina zimnej kaszy z miodem dziś rano, i to wszystko. Siedziałam tam więc i z każdą mijającą chwilą żegnałam się ze swo­ im życiem. Po to więc w bólach urodziła mnie moja matka, której nawet nie znałam. Po to oddała za mnie swoje życie. Żyłam w czasach, które nie znały litości dla młodych dziewcząt, zupełnie samych na tym świe­ cie. Lecz ja nie byłam taka jak inne dziewczęta. Zabiłam człowieka. I by­ łam przekonana, że wszystko to mogło być tylko karą za mój uczynek. Teraz miałam umrzeć. Najpierw straciłam czucie w dłoniach i stopach. Potem nie mogłam ruszyć rękami, takie zrobiły się ciężkie. Znów zaburczało mi w brzuchu. Prędzej umrę z zimna czy z głodu? Wszystko jedno, byle nikt mi nie przeszkodził. I żeby to się stało szybko! Ulica była ciemna i cicha. Wszystkie drzwi i okna niewysokich do­ m ó w z dziedzińcami były zaryglowane. Tylko z drewnianego kościoła naprzeciwko domu, pod którym siedziałam, dochodziły głosy nucące religijną pieśń. Zamknęłam oczy. Z taką jak ja Bóg z pewnością nie chce już mieć nic do czynienia. Od zimna i wilgoci dreszcze wstrząsa­ ły całym moim ciałem. Czy to zbliżająca się śmierć? Głosy w kościele przybrały na sile, a może słyszę j u ż anielskie chóry w niebie? Otworzyłam oczy. Drzwi do kościoła były teraz otwarte i na ośnie­ żoną ulicę padało z nich ciepłe światło. To był niewielki budynek po­ kryty szaroniebieskim łupkiem. W niskich, szerokich oknach płonęły świece, proste i jasne na tle przesyconej wilgocią ciemności i wirują­ cych płatków śniegu. Nabożeństwo właśnie się skończyło. W drzwiach

kościoła pojawiało się coraz więcej dobrze ubranych mężczyzn i ko­ biet. Wsunęłam się jeszcze głębiej w cień. Nie powinni mnie tu zoba­ czyć! Z kościoła wyszedł jeszcze jeden mężczyzna. Był wysoki, a pod czarnym płaszczem dostrzegłam sutannę. Musiał to być pastor jednej z luterańskich parafii Inflant. Stał na progu kościoła i podawał dłoń kolejnym członkom swojej wspólnoty. Dla każdego miał jakieś miłe słowo. Wielu chciało z nim porozmawiać. M i m o osłabienia i panujących ciemności widziałam, że cały czas ciepło się uśmiecha i z każdym przyjaźnie rozmawia. Wszyscy wyszli już z kościoła i stali jeszcze w małych grupkach na ulicy, zanim zaczęli się powoli rozchodzić. Podciągnęłam kolana. W żadnym razie nie powinni mnie tu zobaczyć! Dostrzegali mnie jed­ nak, mijając. Szerokie spódnice muskały mnie w przelocie, lecz ich właścicielki odsuwały je pośpiesznie i z odrazą. Buty mężczyzn skrzy­ piały na śniegu tuż obok mnie, lecz oni nie zwracali na mnie uwagi. I nic się nie działo. W końcu pastor stał sam na progu swojego kościoła. Mogłam dostrzec za nim wnętrze budynku. Po obu stronach przej­ ścia stały proste drewniane ławy. Podłogę kościoła wyłożono jasnymi deskami, które przykryto świeżą słomą dla zatrzymania ciepła. Po pra­ wej i lewej stronie ołtarza stały wysokie metalowe dzbany z drzewkami świętej Barbary. Ktoś zadał sobie trud, by ozdobić dom boży nawet w mroźnym lutym. Nad ołtarzem wisiał prosty obraz przedstawiający Trójcę Świętą. Sądząc po ciepłej poświacie na płótnie, na trójnożnych paleniskach żarzył się węgiel. Ten kościół tak bardzo różnił się od przy­ tłaczająco ciemnych i wysokich przestrzeni rosyjskich cerkwi! W nich człowiek czul przede wszystkim strach przed tymi wszystkimi patrzą­ cymi z góry ikonami oraz duszący zapach kadzidła. Pastor popatrzył na ulicę w prawo i w lewo, a potem się odwrócił. Zamierzał z powrotem wejść do środka. Wypełnił swój obowiązek na dziś i wydawał się zadowolony. Miłe ciepło promieniujące z kościoła sprawiło, że poruszyłam się i chyba też cichutko westchnęłam.

Pastor natychmiast się zatrzymał. - Jest tam kto? - rzucił nieufnie w ciemność po rosyjsku. Starałam się nie ruszać. Lecz nie potrafiłam powstrzymać kaszlu. Domyśliłam się, że pastor nasłuchuje w ciemnościach i śnieżnej za­ dymce. Zszedł trzy, cztery stopnie w dół na ulicę i podszedł prosto do progu domu, na którym siedziałam. Skuliłam się. Delikatnie dotknął mojego ramienia. Zamarłam. - Hej, dziewczyno! Przecież zamarzniesz! - zwrócił się do mnie po niemiecku. Nie poruszyłam się. Potrząsnął mną. - No już, popatrz na mnie! - Coś w jego głosie sprawiło, że posłu­ chałam i uniosłam głowę. Dotknął palcem mojego policzka, a potem sięgnął po nadgarstek i dotknął mojej skóry. - Dziecko, jesteś na wpół martwa! No dalej, wstawaj natych­ miast! Zanim zdążyłam się sprzeciwić, j e d n y m ruchem postawił mnie na nogi. - Chodź ze mną! - powiedział. Wziął mnie pod ramię, a ja sztyw­ na i nieporadna pokuśtykałam z nim po śniegu do wnętrza kościoła. Suknia wydawała mi się nieznośnie ciężka od brudu i wilgoci. Pastor przeprowadził mnie obok małego podwyższenia dla chóru i ławek dla parafian do pomieszczenia obok ołtarza. Zdjął mi z ramion płaszcz i obejrzał mnie ze zmarszczonym czołem od stóp do głów. - Jesteś cała przemoczona! Zaziębisz się na śmierć! - zrugał mnie i bez ceregieli zaczął rozsznurowywać mi gorset. Byłam zbyt osłabiona, żeby się bronić. Zsunął mi suknię z ramion i zaczął masować mój tu­ łów swymi dużymi, ciepłymi dłońmi. Robił to tak, jakbym była z drew­ na i nawet nie rzucał okiem na moje piersi, które starałam się zakryć dłońmi. - Nie bądź głuptasem! - powiedział tylko i otulił mnie swoim płaszczem. Był z ciężkiego i szorstkiego materiału, lecz grzał mnie tak, jakbym znowu znalazła się w łonie matki. - Zdejmij teraz spódnicę. I buty też. Musisz zdjąć wszystkie mokre rzeczy! - polecił, po czym zawahał się przez chwilę. - A rozumiesz mnie w ogóle? Mówisz po nie­ miecku? A może jesteś Rosjanką?

Skinęłam tylko głową i to wystarczyło jako odpowiedź. Zostawił mnie na moment samą i wrócił z miseczką pełną gorącego, parującego napoju. - Proszę, wypij to. Tylko nie poparz sobie języka! Wypiłam kilka łyków z miski i jakby nowe życie wstąpiło w moje ciało. Jeszcze nigdy nie piłam niczego tak pysznego. Napój byl słodki i ciepły. - Co to jest? - zapytałam słabym głosem, unosząc miskę. Twarz płonęła mi ogniem. To pewnie od żaru z paleniska w rogu i wypitego napoju. - Grzane wino - odparł krótko, przyglądając mi się. - Jak się na­ zywasz? - zapytał. - Marta - głos miałam ochrypnięty, a mówienie sprawiało mi ból. Przełknęłam ślinę i poczułam ukłucie w piersiach. - A jak dalej? - Nie wiem - odparłam wymijająco. Skinął głową. - Nie musisz mi mówić. Ja nazywam się Ernst Gliick. Skąd j e ­ steś? - Z Wałku - odpowiedziałam ostrożnie. - Moi rodzice nie żyją. Szukam pracy. - Pracy? Jakiej pracy? Chyba uczciwej? - zapytał, unosząc brwi. - I nie chcesz podać swojego nazwiska? To kto cię zatrudni? A może jesteś złodziejką albo jeszcze gorzej? A może jeszcze gorzej. Jego słowa kilkakrotnie rozbrzmiały echem w mojej głowie. Jego miła twarz rozmyła się przed moimi oczami, a miska z winem wysunęła mi się spomiędzy palców. Kałuża o barwie głębokiej czerwieni rozlała się na drewnianej podłodze i skórze leżą­ cej przed paleniskiem. Wyglądała jak krew w kuchni Wasyla. Zanim zdołałam przeprosić za swą niezręczność, wszystko wokół mnie zaczęło wirować. Próbowałam złapać dłońmi oparcie krzesła, na którym sie­ działam, lecz trafiałam w pustkę. Dobry pastor skoczył na nogi, żeby mi pomóc. Zimne dreszcze wstrząsały mym ciałem i mocno stukałam zę­ bami. Nie byłam w stanie siedzieć prosto, opuściły mnie wszystkie siły. Ostatnie, co pamiętam, to ramiona Ernsta Gliicka, które mnie złapały.

Powiedzieli mi później, że dwa tygodnie leżałam ciężko chora. Myśleli, że umrę i że chcę umrzeć. Lecz w południe pewnego marcowego dnia otworzyłam oczy i odzyskałam pełną świadomość. Ujrzałam jasnowło­ są kobietę, która zaplotła swoje gęste włosy w gruby warkocz na ple­ cach. Miała brązowe oczy i drobne zmarszczki. Czysty biały kołnierzyk zdobił jej niebieską, ściągniętą w talii suknię. Siedziała pochylona nad jakąś księgą i od czasu do czasu zaznaczała w niej coś piórem. Wyglą­ dało na to, że coś liczy. Obok niej stała mała dziewczynka o poważnym wyrazie twarzy. Wyglądała jak młodsza kopia tej kobiety, a mnie przy­ pominała Annę. Dziecko zauważyło, że się obudziłam i szturchnęło kobietę. - Mamo, obudziła się! - szepnęła dziewczynka. Kobieta uniosła wzrok, pochyliła się nade mną i zapytała: - Sły­ szysz mnie? - Ledwo dostrzegalnie skinęłam głową. Kobieta wstała, wyszła z pokoju i wróciła z talerzem w ręku. Znad gęstej zupy unosiła się para. Zanurzyła w niej łyżkę i poleciła dziewczynce: - Posadź ją, Ulryko! Musi teraz coś zjeść, bo inaczej naprawdę nam umrze. Dziewczynka posłuchała i wsunęła mi jeszcze dwie poduszki pod plecy. A potem Karolina Gliick, żona pastora, wróciła mi życie w posta­ ci zupy z czarnej rzepy z grubymi, soczystymi kawałkami ryby. Uśmie­ chała się przy tym. - Dziewczyno, skoro coś takiego przeżyłaś, to j u ż los cię więcej nie skrzywdzi. Potem każdego dnia nie mogłam się nadziwić, jak dobrzy są pastorostwo Gliick. Wojna stała u ich drzwi, a może nawet już wkroczyła do kraju w postaci Augusta Sasa. To naprawdę nie były czasy, w których przyjmowało się do domu przybłędy! Gdy tylko lepiej się poczułam i byłam w stanie się ruszać, starałam się okazać swoją wdzięczność. Wykonywałam wszelkie prace, zanim Karolina Gliick zdążyła mnie poprosić. Poza siłą mych rąk nie mogłam zaoferować im nic innego. Miałam wrażenie, że jestem niczym roślina, którą ciepły letni wiatr pę­ dzi po bałtyckich bezkresach, zanim zapuści swe korzenie w pewnym, żyznym miejscu. Cerowałam więc skarpety Ernsta Gliicka i jego dwóch synów, Johannesa i Fryderyka, i przenicowywałam wieczorami kołnie-

rzyki ich koszul przed ogniem płonącym w kuchennym piecu. Po jedze­ niu szorowałam palenisko i garnki piaskiem i popiołem, aż błyszczały. Sprzątałam kościół po nabożeństwach, zamiatałam wielki kominek, polerowałam nieliczne kościelne srebra, zbierałam uschnięte gałązki z wazonów i paliłam nimi w szkandelach do ogrzewania łóżek na ple­ banii. Chodziłam z Karoliną Gliick na targ i ostrzej niż ona targowałam się o dobrą cenę za kawałek mięsa na niedzielny obiad. W niedziel­ ne popołudnia stałam na zimnej ulicy przed kościołem i nalewałam krupnik, grochówkę albo potrawkę z marchewki i skórki słoniny do misek potrzebujących. W Marienburgu było ich wtedy więcej niż trze­ ba, a każdej niedzieli przychodzili coraz liczniej. Nosiłam za Karoliną Gliick latarnię i torbę z jałmużną, gdy odwiedzała starych i chorych członków wspólnoty. Poza tym godzinami bawiłam się cierpliwie i z ra­ dością z małą Ulryką, najmłodszym dzieckiem państwa Gliicków. M i m o wszystko nie wiedziałam, czego m a m się spodziewać, gdy pewnego dnia Karolina zawołała mnie do siebie do pokoju. Byłam j u ż całkiem zdrowa. Czy zamierzała mnie odesłać? Może mogłabym cho­ ciaż poprosić o referencje, a może zna jakiś dom, w którym potrzebują służącej? Otworzyłam niskie, pomalowane na szaroniebiesko drzwi prowa­ dzące do jej pokoju i dygnęłam. Miałam na sobie jedną z jej starych sukien, którą mi podarowała. Była w niebieskie i szare paski, zapinana wysoko pod szyją. W mię­ dzyczasie polubiłam ten styl ubierania się i wolałabym nie nosić j u ż sarafanu, tuniki i chustki. Lecz chłód i bieda nie pozostawiały mi żad­ nego wyboru. Włosy miałam zaplecione w warkocz na plecach, a ręce szybko wytarłam w zawiązany w pasie fartuch. Gdy weszłam do środka, Karolina oderwała wzrok od pracy. - Marta! Chodź, usiądź tutaj! - Uśmiechnęła się do mnie przyjaź­ nie i klepnęła miejsce obok siebie na sofie. To był wielki mebel, na któ­ rym często siadywała, sprawdzając domowy budżet. Nieśmiało usiad­ łam obok niej na samym brzegu sofy, trzymając spuszczony wzrok. W kominku obok mnie ciepło płonął ogień, a iskry od czasu do czasu sypały się na odlaną w żelazie osłonę. Był już co prawda kwie-

cień, lecz tego roku zima nie chciała ustąpić, a kosz obok kominka był pełen polan. Karolina zdecydowanym gestem zatrzasnęła trzymaną w rękach księgę z rachunkami. Na jej białych kartach zapisywała sumę za sumą, dopisywała uwagi na marginesach, wykreślała różne pozycje i dodawa­ ła inne. Dzięki temu mogła rozpaczać nad hojnością swego męża albo przejrzeć sztuczki oszukującej ich kucharki. Często obserwowałam ją przy tym zajęciu, choć oczywiście nie potrafiłam odczytać jej zapisków. Dla mnie te czarne znaki na papierze wyglądały niczym mysie bobki. Uważnie włożyła zaostrzone pióro w uchwyt ze skóry i metalu tuż obok małego kałamarza, który stał na stole obok niej. - Właśnie podsumowałam moje wydatki za ostatni miesiąc. Za­ wsze mnóstwo z tym pracy. Ernst w swym miłosierdziu wobec bied­ nych i potrzebujących wydaje więcej, niż ja jestem w stanie odłożyć! Dzięki Bogu, że dostajemy tyle datków, inaczej musiałabym chyba za­ stawić plebanię! - Roześmiała się, ukazując duże, zdrowe zęby. Zwró­ ciła się do mnie, ujęła moją dłoń i uważnie mi się przyjrzała. Jej skóra była ciepła i przyjemna w dotyku. - Jak się teraz czujesz, Marto? Czy całkiem już wyzdrowiałaś? - zapytała, patrząc na mnie przyjaźnie. Skinęłam głową, lecz oczy wciąż trzymałam spuszczone. Westchnęła cicho i wstała. Podeszła do kominka, odsunęła osłonę i poszperała pogrzebaczem między polana­ mi. Zdawało się, że namyśla się, co dalej powiedzieć. Z pewnością nie było jej łatwo odsyłać mnie w drogę, nawet jeśli byłam już zupełnie zdrowa. - Ile to już czasu jesteś u nas? - zapytała. - Ponad osiem tygodni - odpowiedziałam cicho. - Już tak długo! - wydawała się zaskoczona. - A co teraz zamie­ rzasz? - zapytała i usiadła na małym fotelu naprzeciwko mnie. Mogły­ śmy teraz patrzeć sobie prosto w oczy. - Nie wiem. Muszę poszukać pracy, żeby się utrzymać. Ale jestem robotna, potrafię ciężko pracować i... Machnęła ręką. - Wiem, Marto. Nikogo tutaj nie znasz, prawda? Nie masz żadnych krewnych w tym mieście?

Pokręciłam głową. Znowu się zamyśliła. - To nie są czasy, w któ­ rych można młodą dziewczynę zostawić samą sobie. Jesteś dobrą słu­ żącą. Chciałabyś u nas zostać? Jej pytanie było tak bezpośrednie, że zaskoczona wyprostowa­ łam się, podnosząc wzrok. Karolina zaśmiała się: - Zawsze powin­ naś trzymać się tak prosto, Marto. Nie ma powodu, żebyś przemykała przez życie ze spuszczoną głową. Nie ma nic bardziej uroczego niż dziewczyna z odpowiednią postawą. - Też się roześmiałam, a Ka­ rolina powtórzyła swoje pytanie j u ż w mniej bezpośredni i bardziej przyjazny sposób. - A więc, czy chciałabyś nająć się u nas j a k o słu­ żąca? Zajmowałabyś się Ulryką i dbała o czystość w domu i kuchni. Gotować nie musisz, mamy j u ż kogoś od tego. Możesz za to zajmować się zakupami. Zauważyłam na targu, że masz do tego dryg i potrafisz twardo się targować. To jak, co o tym myślisz? Otrzymasz zakwatero­ wanie, wyżywienie i niewielką pensję. Dużo tego nie będzie, ale bę­ dziesz mogła nią dowolnie dysponować albo odkładać na posag. Gdy zechcesz odejść, wystawię ci referencje i zadbam o to, żebyś dostała dobrą posadę. Możesz się u mnie wiele nauczyć. - Popatrzyła na mnie pytająco. Ze zdumienia i radości przez chwilę nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Potem wstałam tylko, uklękłam przed Karoliną, wzię­ łam obie jej silne dłonie i ucałowałam je. Przestraszyła się i szybko wyrwała z moich rąk swoje palce. - Jesteś bardziej rosyjska niż myśla­ łam! - zaśmiała się potem. - Czy to znaczy: tak? Przyda mi się twoja pomoc. Wyglądasz na dobrą dziewczynę. Energicznie pokiwałam głową, aż załopotał mój warkocz. - Tak, tak, tak! Oczywiście, że chcę zostać! - roześmiałam się, nie dowierza­ jąc. Karolina przez chwilę uważnie mi się przyglądała. - Dobrze. W takim razie wyszykujemy służbówkę obok kuchni. T a m będziesz miała ciepło. Tylko Marto, dwie rzeczy. - Jej twarz przy­ brała poważny wyraz. - Tak? - zapytałam zaskoczona. - Nie ścierpię w moim domu rozpusty ani kłamstw. Zerwałam się z miejsca.

- Tu nie chodzi o ciebie, to generalna zasada - uspokoiła mnie. - Myślę jednak, że w twoim życiu było trochę spraw, o których nie chcesz mówić. Masz do tego prawo. Bóg na szczęście oszczędził mi grzechu ciekawości, za co dziękuję mu każdego dnia! Każde serce ma swoje tajemnice. Tylko jeśli będziesz mi coś opowiadać, to ma to być prawda, rozumiesz? - Patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Czułam, że w tej kwestii nie ma żartów. W milczeniu skinęłam głową. - A jeśli chodzi o rozpustę... Cóż, nie jestem ślepa. Chłopcy na targu aż wykręcają sobie szyje, tak się za tobą oglądają. To nie twoja wina, Marto. Widzę, że jesteś skromna i nieśmiała. M i m o wszystko... - Przechyliła się do przodu i dotknęła moich piersi, które udało mi się wcisnąć w trochę za wąską suknię. - To musisz trzymać w zamknięciu. Nie życzę sobie ciężarnych niezamężnych dziewcząt pod moim dachem. Poza tym mój Ernst też jest tylko mężczyzną. Rozumiesz mnie? Policzki płonęły mi żywym ogniem. M i m o to byłam jej wdzięczna za te słowa i ponownie skinęłam głową. Przysięgłam sobie, że udowod­ nię, że jestem godna jej zaufania. Karolina Gliick objęła mnie i uścisnęła krótko. - Cieszę się, że chcesz zostać. Może nauczysz Johannesa i Fryderyka odrobiny porząd­ ku. A Ulryka, ta moja mala księżniczka, bardzo cię lubi. - Roześmiała się. - Idź już, Marto. Czeka nas mnóstwo pracy, żeby cię urządzić. Wi­ tamy w rodzinie Gliicków! Sięgnęła z powrotem po księgę z rachunkami. - Jeszcze mi to tro­ chę zajmie. Powiadom kuchnię w sprawie kolacji: pasztet rybny, kro­ jona marchew i placki. Do tego tylko woda i herbata. Skinęłam głową, wykonałam nieporadne dygnięcie i pośpieszy­ łam na zewnątrz. Na korytarzu uklękłam na zimnej kamiennej posadzce. Plebania była pierwszym domem zbudowanym z kamienia, w jakim kiedykolwiek przebywałam. Na pobielonej wapnem ścianie wisiał prosty drewniany krzyż, a ja wymamrotałam przed nim Ojcze nasz po niemiecku. Przez

ostatnie tygodnie wciąż słyszałam tę modlitwę w luterańskim kościele i już prawie umiałam ją na pamięć. Mój Bóg sprzedał mnie Wasylowi. Bóg Gliicków uratował mnie i wrócił mi życie. I jego zamierzałam teraz słuchać. Życie w domu Gliicków było wesołe, choć miałam mnóstwo roboty. Jedność rodziny wypełniała ich dom radością i ciepłem. Bardzo szyb­ ko pokochałam Ulrykę z całego serca. Przypominała mi Annę, choć była bardzo rozpieszczona. Synów, Fryderyka i Johannesa, prawie nie widywałam. Byli starsi ode mnie, a Ernst Gliick codziennie uczył ich razem z innymi mieszczańskimi synami wspólnoty w skromnym, nieogrzewanym pomieszczeniu na piętrze plebanii rozmaitych przedmio­ tów, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Jak to możliwe, żeby jeden człowiek wiedział tak dużo jak on? Gdy sprzątałam w jego gabinecie, zdumiewała mnie ilość pism, jakie na­ kreślił, i ilość ksiąg zapełniających jego półki. To wszystko musiało być warte majątek! T o , j a k Karolinie udawało się oszczędzić jakiekolwiek pieniądze i wyżywić rodzinę, stanowiło dla mnie zagadkę. Do tego pa­ stor niemal codziennie otrzymywał listy i depesze od innych uczonych, którzy tak jak on oddawali się rozmyślaniom nad życiem. Ucząc innych, korzystał oczywiście z Biblii, lecz oni znali także nazwy wszystkich krajów znanego nam świata! Ja nie potrafiłabym nawet przeliterować nazwy swojej ojczyzny! Znali historię i wszyscy nie najgorzej mówili, czytali i pisali w różnych j ę z y k a c h , po niemie­ cku, szwedzku, rosyjsku, grecku i łacinie. Czułam się taka głupia, gdy układałam rysiki i tabliczki na ich stolikach. Litery na papierze i łupkowych tabliczkach miały dla mnie tyle s a m o sensu, co ziarna sezamu w r z u c o n e w niedzielny wieczór do ciasta na chleb. A do tego Ernst Gliick uczył ich o liczbach i ciele człowieka. Potrafili nawet w żartach obliczyć, ile w o d y mieści się w u ż y w a n y m przeze mnie wiadrze! Najbardziej jednak zdumiewał mnie wizerunek człowieka, który Ernst Gliick powiesił na ścianie szkolnej pracowni. Jego skóra była przezroczysta i widać było plątaninę arterii i żył, j a k cierpliwie wyjaś-

nił mi pastor, gdy j u ż posprzątałam izbę. Widać też było serce i mózg. Obraz ten stworzył mistrz z Italii, kraju na południu Europy. Zadałam wtedy następujące pytanie: - A gdzie w takim razie tkwi moja dusza, pastorze Gliick? Popatrzył na mnie z namysłem. - Sam często się nad tym zasta­ nawiam, Marto. Myślę, że Bóg nie chce, żebyśmy wiedzieli, gdzie w na­ szym ciele skrywa się dusza. Ona należy do niego, nam ją tylko poży­ cza. Musimy ostrożnie się z nią obchodzić. Jest czymś nienazywalnym, co czyni nas ludźmi i stanowi najwyższe dobro. Jeśli ktoś twierdzi ina­ czej... - Wyższe nawet od prawdy? - wtrąciłam, uważnie mu się przyglą­ dając. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. - Trudno powiedzieć. Prawda nie zawsze cię uratuje. Natomiast jeśli zaprzedasz swą duszę lub ją okaleczysz, będziesz zgubiona. Czło­ wieka, który zaprzedał swą duszę, można od razu rozpoznać. - Potem roześmiał się. - Chyba lepiej milczeć niż kłamać. To właściwe wyjście z takiej sytuacji. Mój pierwszy rok u Gliicków minął jak z bicza strzelił. Jadłam z nimi przy stole i przysłuchiwałam się, gdy Ernst Gliick w blasku świecy czy­ tał rodzinie po wieczerzy fragmenty Biblii. Potem sprzątałam ze stołu i napełniałam miedziane szkandele węglami, by członkowie rodziny mogli położyć się do ciepłych łóżek. Latem car Rosji, Piotr I, wypowiedział Szwedom wojnę. Ponoć powołał się na wydarzenia w Rydze sprzed kilku lat, kiedy to pro­ sty szwedzki żołnierz nie wpuścił go do twierdzy. Utrzymywał także, że Rosjanie pragną rzekomo uwolnić spod szwedzkiego panowania „rdzennie rosyjskie" kraje i prowincje. W naszych uszach słowa te brzmiały niczym czysta drwina. Przecież chodziło o nas, o wolne bał­ tyckie prowincje! Takiego stwierdzenia nie można było oprzeć ani na naszej historii, ani religii, ani mowie! Nie cieszyliśmy się więc w na­ szym kraju pokojem, choć nie uczestniczyliśmy bezpośrednio w w o j ­ nie. Prysło stare marzenie Jana Patkula i wielu innych bałtyckich szlachciców.

Szwedzi wkroczyli do Danii, więc wystraszony młody król Fryde­ ryk wycofał się z sojuszu z Piotrem. - Krew nie woda - skomentował pastor. Jednocześnie Augustowi Sasowi nie udało się przejąć Rygi. Za­ równo Piotr, jak i August liczyli na poparcie inflanckiej szlachty. Skąd im to przyszło do głowy? Z drugiej strony armia Piotra liczyła ponoć dziesiątki tysięcy dobrze wyszkolonych żołnierzy, była więc o wiele liczniejsza od szwedzkiej. Tego lata nasze życie niewiele się jednak zmieniło. Zbiory były udane, a jesienią wszystkie piwnice wypełniły się zapasami. Handel toczył się jak zwykle, a wędrowni kramarze, grajkowie, furmanki i czeladnicy prze­ mieszczali się z miasta do miasta. To było najważniejsze. Lecz opowieści, które przywozili z drogi i z bałtyckich bezkresów, stawały się coraz groź­ niejsze i były potem przekazywane w Marienburgu z ust do ust. Miałam tylko nadzieję, że moja własna rodzina żyje gdzieś bezpiecznie i w dostat­ ku. Anna skończyła już siedem lat. Moi bracia, jeśli wciąż żyją, są już męż­ czyznami. Ja kończyłam w tym roku osiemnaście lat, byłam więc dorosłą kobietą. Od życia nie mogłam spodziewać się niczego więcej niż to, co da­ wali mi Gliickowie. Lecz byłam z tego z całego serca zadowolona. Pod koniec października, tuż przed wielkimi jesiennymi burzami, le­ gendarny szwedzki król-dziecko przepłynął Zatokę Ryską i wylądował w Parnawie. Zeskoczył z łodzi w fale, by jako pierwszy postawić stopę na bałtyckiej ziemi. Pod koniec listopada jego wojska dotarły do obleganej przez Rosjan twierdzy morskiej w Narwie. Karol doskonale przemyślał moment swojego przybycia. Rosyjska armia licząca niemal czterdzie­ ści tysięcy żołnierzy stała pod twierdzą już od miesiąca, a ludzie byli wykończeni marszem i oblężeniem. Kończyły im się zapasy jedzenia i amunicji. Splądrowano już wszystkie okoliczne dwory, a chłopi w o ­ leli ukryć się w lesie z resztką zwierząt, niż sprzedać je Rosjanom. Na dodatek nie nadchodziły spodziewane posiłki i dostawy z Nowogrodu. Rosyjscy generałowie kłócili się, a morale pozbawionych sojuszników oddziałów było bardzo niskie. A jeszcze odlane z kiepskiego metalu armaty wybuchały im prosto w twarz.

Tego listopadowego dnia Karol miał do dyspozycji dziewięć tysię­ cy żołnierzy. Jednak znad morza nadciągnęła mgła, a potem wszyst­ ko przesłoniła śnieżna zawierucha. Uderzenie na rosyjską potęgę było druzgocące. Ponoć car uszedł z tego z życiem tylko dlatego, że akurat znajdował się w Nowogrodzie, organizując świeży zaciąg i dostawy. Rosjanie niczym oszalałe bydło biegli prosto na szwedzkie bagnety. Niemal wszyscy, którzy przeżyli, zostali wzięci do niewoli. Karol mu­ siał jednak potem zwolnić rosyjskich oficerów, ponieważ nie byłby w stanie wyżywić takiej liczby jeńców przez nadchodzącą zimę. Szwe­ dzi wybili monetę przedstawiającą rozpaczającego Piotra w śnieżnej zadymce. Miał zsuniętą koronę, a pod spodem widniał napis: Siedział pośród śniegu

i gorzko zapłakał.

Dziękowaliśmy Bogu, bo myśleliśmy, że to oznacza koniec wojny. W przededniu bitwy pod Narwą jedliśmy kolację przy stole. Jesienią nasza dieta była już skromniejsza. Na rynku dochodziło między ko­ bietami do ostrych potyczek słownych, a nawet rękoczynów z powodu jagnięcego udźca czy worka mąki. Co wieczór jedliśmy pasztet rybny, słoninę i czerwoną cebulę, a piliśmy czystą wodę. Byliśmy syci, lecz czuliśmy wyraźną różnicę w porównaniu z ostatnim, beztroskim la­ tem. Gęsta listopadowa mgła skrywała ulice i przesiąkała przez wilgot­ ne ściany plebanii, wlewając się w nasze serca. Ernst Gliick złożył dłonie, a my pochyliliśmy głowy do modlitwy. Prosił o pokój i wolność dla Inflant i innych bałtyckich krain. Modlił się też za obie armie i zdrowie obu władców. Gdy skończył, Karolina zaczę­ ła kroić pasztet, a my po kolei podawaliśmy cynowe talerze. Najpierw jej mąż, który zawsze dostawał największy kawałek, potem synowie, Ul­ ryka, ja, a na końcu gospodyni nakładała sobie. Fryderyk nalewał wodę z wielkiego dzbana. W milczeniu zaczynaliśmy jeść, posługując się no­ żami i drewnianymi łyżkami. Nie słychać było nic oprócz zgrzytania sztućców na talerzach i wycia wiatru na pustych ulicach Marienburga. Nagle Ulryka zapytała swoim czystym, dziecięcym głosikiem: - Czy to prawda, że car jest olbrzymem o dwóch głowach i że na kola­ cję pożera małe dzieci?

Roześmialiśmy się wszyscy, a Fryderyk powiedział: - Tak, szcze­ gólnie małe dziewczynki z jasnymi warkoczami. Najchętniej córki pa­ stora, delikatne i młodziutkie! Ulryka wydęła usta w podkówkę. Wyglądało na to, że zaraz się rozpłacze. Wszyscy zamilkli w oczekiwaniu, żeby usłyszeć odpowiedź Ernsta Gliicka. Ja również byłam ciekawa. Tak wiele słyszało się o legendarnym carze Rosji! Wyglądało na to, że ze wszystkich sił pragnie całkowicie odmienić imperium. Wciąż pamiętałam gniew, jaki zapanował w Wał­ ku, gdy mieszkający tam Rosjanie musieli zgolić brody. Oczywiście tu­ taj, w kraju, który nie należał do Rosji, wciąż nosili brody i tradycyjne ubiory, lecz wewnątrz granic cesarstwa z ludźmi cara nie było żartów! Piotr kazał powiesić na wszystkich murach miejskich w Rosji lalki ubrane w niemieckie stroje, których krój mieli naśladować krawcy pod groźbą surowych kar. Na nic zdały się wszelkie skargi i zapewnienia o biedzie i podeszłym wieku. Rosyjski klimat także nie zachęca do głę­ boko wyciętych ubrań, lecz Piotr nie ustąpił. - Gdyby car nie prowadził w naszym kraju wojny, można by go bezgranicznie podziwiać! - stwierdził w końcu pastor. - A czemuż to? - zapytał zdumiony Johannes. - Przecież wyjaśniałem to już podczas lekcji! Johannes przewrócił oczami. Był pięknym młodzieńcem o niebie­ skich oczach i miękkich brązowych włosach. Do tego był wysoki, miał szerokie ramiona i długie nogi. Ostatnio dziewczęta z miasta bardzo pilnie uczęszczały na nabożeństwa. - Johannes! - matka natychmiast go upomniała. - Przecież to prawda! - zaczął się bronić. - W końcu car to nasz wróg! Chce nas połknąć razem z kośćmi i skórą! I czym wtedy staną się wolne bałtyckie kraje? Niczym innym j a k wspomnieniem! Historią, którą będzie się opowiadać dzieciom przed snem j a k bajeczkę! Bo co Rosjanin chwyci, tego j u ż nigdy nie odda! Być może trafimy w niewolę na setki lat! I te brednie, że niby od dawna należymy do Rosji! Niech lepiej siedzi w tej swojej Moskwie! Czego szuka tutaj, na zachodzie? Czego Rosja od nas chce?

Ulryka aż dostała czkawki, tak zdumiał ją namiętny wybuch star­ szego brata. Ernst Gliick zastanowił się przez chwilę, zanim odpowiedział sy­ nowi. - Owszem, po części masz rację, w tej wojnie jesteśmy jedynie bezradnym zastawem. Obaj, zarówno Piotr, jak i Karol, nie mają żad­ nego prawa do naszej ziemi. Lecz Piotr musi dotrzeć na Zachód! Ina­ czej jego imperium długo nie przetrwa! Dla swoich okrętów potrzebuje portu, który przez cały rok nie zamarza, a tego Archangielsk nie gwa­ rantuje. A A z o w nad Morzem Czarnym w każdej chwili znów odebrać mu mogą Turcy. Poza tym nie jest pierwszym w swojej rodzinie, który zwraca się na Zachód. Nadszedł czas rosyjskiej niedźwiedzicy! - Nie jest pierwszym w swojej rodzinie, który interesuje się Za­ chodem i Europą? - zapytałam. - Już jego nieżyjąca matka, Natalia Naryszkina, dorastała w domu Artamona Matwiejewa, a wiecie przecież, jak szanuję tego uczonego za jego postępowe poglądy. Fryderyk i Johannes zgodnie pokiwali głowami. - Poza tym przypomnijcie sobie jego przyrodnią siostrę Zofię! - dodał pastor. - Tę arogancką babę? - rzucił Fryderyk. Jego matka posłała mu zimne spojrzenie i zapytała: - Czemu arogancką? Bo wywalczyła sobie jako kobieta prawo do wykształcenia i życia poza tieremem? Była do­ brą władczynią, gdy sprawowała rządy za młodego cara Piotra! - upo­ mniała go. - Co to jest tierem? - przerwałam po raz kolejny. Na moje pytanie odpowiedziała Karolina. - Wydzielona część domu, w której żyją szlachetnie urodzone i zamożne Rosjanki. Nie po­ kazują się gościom ani obcym, ani żadnemu mężczyźnie, który nie na­ leży do rodziny. Lecz Zofia przekonała swojego ojca, starego cara Alek­ sego, żeby zapewnił jej, tak jak jej braciom, prawdziwe wykształcenie. A ponieważ po śmierci ojca Piotr był jeszcze dzieckiem, posadziła go co prawda wraz z jego słabym na umyśle przyrodnim bratem Iwanem na tronie, lecz tak naprawdę rządziła właśnie ona! Słyszałam, że czę­ sto podejmowała mądre i dalekowzroczne decyzje. W porównaniu z jej

wiedzą, Piotr nawet nie potrafi porządnie pisać. Tylko że ona nie jest mężczyzną i to jest jej wada. Aż zabrakło mi tchu. Kobieta, która rządziła! Wywalczyła sobie prawo do takiego życia, jakiego pragnęła! To było coś niesłychanego. Gdybyśmy wszystkie tak mogły. - A co się z nią potem stało? - dopytywałam się. Chciałam do­ wiedzieć się więcej o tej kobiecie, carskiej córce i regentce rosyjskiego imperium. - Żyje jeszcze? Ernst Gliick roześmiał się. - Siedzi zamknięta i wygolona na łyso w klasztorze i przeklina własny los! Jak to kobieta, nie była wystarcza­ jąco przewidująca. Gdy zmarł jej brat Fiodor, rządziła wraz ze swoim kochankiem, Wasylem Golicynem. Wyjątkowy człowiek! - Męska dziwka i tyle! - przerwał mu niegrzecznie Johannes. - Johannesie, nie przerywaj mi, gdy mówię. A poza tym chciał­ bym, żebyś w końcu zaczął dostrzegać różne odcienie prawdy i umiał dobrze się zastanowić, zanim wypowiesz swoje przemądrzałe poglądy! Po co właściwie tyle cię uczyłem? - skarcił go ojciec. Johannes hardo odsunął krzesło, wstał i bez słowa wyszedł z izby. Zatrzasnął za sobą drzwi. Karolina westchnęła. Nikt nie zamierzał za nim pójść. Tylko Fry­ deryk zaczął nagle bardzo drobno kroić grzyby z pasztetu na swoim talerzu. Potem pastorowa powiedziała spokojnym tonem: - A więc książę Golicyn. - W ten sposób naprowadziła męża na wątek przerwa­ nej opowieści. Ernst Gliick posiał jej pełne wdzięczności spojrzenie i podjął swój wywód, jakby nic się nie wydarzyło. - Myślę, że bez gruntu, który przy­ gotował Wasyl Golicyn, Piotr nie wpadłby na te wszystkie pomysły, jak służba wojskowa i urzędnicza dla szlacheckich synów, podróż morska i budowa floty, pobyty w Holandii, Brandenburgii, Anglii i w Wiedniu. Ten człowiek jest opętany nieopanowaną ciekawością i trapi go wiecz­ ny niepokój! Nic dziwnego, że po tym, co tam ujrzał, chce zlikwidować tierem, kształcić młodzież i żeby Rosjanie ubierali się i czesali tak jak my! A przede wszystkim pragnie wolnego od lodu portu. Rosja ma się w końcu znaleźć na mapach świata, ma być prawdziwą potęgą! Mówię

wam, j u ż niedługo car Piotr będzie chciał ożenić swojego syna Alek­ sego z jakąś zagraniczną księżniczką, a to przecież rzecz na rosyjskim dworze niesłychana! - A czemu Zofia nie była wystarczająco dalekowzroczna? - zada­ łam kolejne pytanie. Chciałam, żeby wrócili do tematu tej niesamowi­ tej niewiasty. -

Cóż, mogła umocnić swoje rządy tylko poprzez odsunięcie

Piotra. Lecz ona akurat tego nigdy nie próbowała zrobić! Dlaczego? Tego nie wiem. Nie rozumiem, dlaczego taka przewidująca kobieta jak ona nie traktowała go poważnie. - Co więc z nim robiła przez te wszystkie lata? Gdzie mieszkał? - wtrąciłam. - Najpierw pozwoliła mu się bawić w Moskwie, przede wszystkim na przedmieściu zwanym Niemiecką Słobodą. Mieszkali tam ludzie z całej Europy. Rzemieślnicy, kupcy, artyści, uczeni, aptekarze i leka­ rze. To musiało być cudowne miejsce! Towarzysko odcięte od Moskwy, lecz pełne życia i wiedzy! Rosjanie nie ufali żadnym obcym. Pewien rosyjski pop powiedział mi niedawno, że niemiecką duszę też można by zbawić, gdyby tylko była rosyjska! Rosjanie rozróżniają trzy ludy: członków swojej świętej cerkwi, bisurmanów na Wschodzie i Niem­ ców na Zachodzie. Do tych ostatnich dwóch grup podchodzą z bezgra­ niczną nieufnością. Nie rozumieją więc zachwytu cara i podziwu dla wszystkiego, co zagraniczne i pochodzące z Zachodu. I kto to w ogóle słyszał, żeby car opuścił swoje państwo na ponad rok, żeby podróżo­ wać po Europie! - Czy to właśnie w niemieckiej dzielnicy car spotkał swoją uko­ chaną? Annę Mons? - przerwałam niecierpliwie. Ernst Gliick popatrzył na mnie i potrząsnął głową. - Typowa ko­ bieta. Interesują was tylko miłosne historie. I proszę, proszę, okazuje się, że słyszałaś o Annie Mons. Tak, tam właśnie ją poznał. Potem Zofia wygnała go do niewielkiej wioski z dala od Moskwy i kremlowskiego pałacu. Piotr zabrał jednak ze sobą swoich przyjaciół i zwolenni­ k ó w z niemieckiego przedmieścia i zbudował swoje maleńkie państwo w państwie! Kazał nawet odlewać armaty i stworzył konną armię. Za-

nim Zofia się zorientowała, miał j u ż po swojej stronie uzbrojonych lu­ dzi oraz pochodzącą ze starego rosyjskiego rodu żonę i następcę tronu, a nawet nie był jeszcze pełnoletni! - I co się z nią stało? - zapytałam pełna ciekawości. - To znaczy z carycą, żoną Piotra? - Eudokia Łopuchiną? Biedna kobieta. To samo, co z Zofią. W ze­ szłym roku Piotr kazał ją ogolić na łyso i zamknąć w klasztorze. Była dla niego za mało postępowa. Jest matką jego syna Aleksego, dwaj inni synowie umarli w kilka tygodni po porodzie. A teraz podgryzają ją szczury w klasztornej celi. Karolina pokręciła głową. - Co za szkoda, pogrzebać żywcem taką młodą kobietę! Powinien przecież odesłać ją do rodziny. To straszne! Rosyjska cerkiew może przecież pozwolić na rozwiązanie małżeństwa. I w ten sposób wrócili do tematu, który udane małżeństwo Glii­ cków tak często omawiało. Czy rozwiązywanie zawartych przed Bo­ giem małżeństw powinno być dozwolone, czy też nie? Karolina, Ulryka, kucharka i ja spędziłyśmy wiele godzin na przystra­ janiu kościoła na święto plonów. M i m o kiepskich czasów pod ołtarzem nagromadziłyśmy ziarno, kłosy, owoce, warzywa, a także pęki świeżo ściętych, pachnących gałązek, do których przywiązałyśmy kolorowe wstążki. W wysokich drewnianych świecznikach jasnym i strzelistym płomieniem paliły się świece, które same wieczorami utoczyłyśmy z pszczelego wosku. Zazwyczaj używaliśmy zwykłych, domowych świec zrobionych z mieszanki oczyszczonego tłuszczu świńskiego lub woło­ wego i odrobiny wosku. Lecz płomień nie był wtedy tak czysty, a przede wszystkim okropnie cuchnęło w pomieszczeniach, w których się paliły. Najlepszy tłuszcz na świece pochodził z głów wielorybów pływających wokół norweskich brzegów, lecz byl trudno dostępny i bardzo drogi. Ławki i deski podłogowe lśniły czystością, gdy wspólnota zaczę­ ła powoli zapełniać kościół. Pachniało darami dziękczynnymi i świeżą słomą, którą rozłożyłam na podłodze. Paleniska na trójnogach aż po brzegi wypełnione były żarzącymi się węglami. Zauważyłam, że pa­ rafianie założyli odświętne stroje. W przeciwieństwie do wystawnych

rosyjskich ubiorów zakładanych na największe cerkiewne święta, tu­ taj zauważało się wyjątkowość strojów wyłącznie po błysku materia­ łu i miękkości fałd sukien. Suknie kobiet miały ciemne, przygaszone barwy, lecz białe kołnierzyki były świeżo wykrochmalone i wdzięcz­ nie otaczały ich szyje. Na tyle strojności można sobie było w kościele pozwolić. Włosy miały porządnie uczesane w warkocze, ślimaki, loki i koki, a policzki zaróżowione od zimowego chłodu. Nie uszło mojej uwadze, że ich wzrok niby przypadkiem raz po raz pada na grupki mło­ dych mężczyzn. Stali oni razem, żartując sobie swobodnie i także zer­ kając na młode dziewczęta, siedzące grzecznie między ojcem, matką i rodzeństwem. Poczułam w tym momencie tę samą tęsknotę j a k wtedy, gdy pierwszego dnia w Wałku siedziałam na koźle obok Wasyla. Chcia­ łam być jedną z nich! Pochodzić z prawego łoża, a nie być dzikusem z sercem pełnym gorzkich tajemnic. Te dziewczęta wydawały się takie piękne i takie bezpieczne! Czuć było od nich sól do kąpieli i delikatną wodę zapachową, której mogły używać, nie naruszając dobrych oby­ czajów. Żaden mężczyzna nie mógł się do nich tak po prostu zbliżyć, kupić za pół rubla, a potem do woli wykorzystywać! Nie, musieli się starać, żeby móc o nie konkurować i długo czekać, żeby liczyć choćby na jedno spojrzenie, nie wspominając o liściku. To był świat boleśnie przede mną zamknięty. Dokładnie w momencie, gdy opanowały mnie te smutne myśli, poczułam na sobie wzrok Karoliny Gliick. Spojrzałam na nią, a ona uśmiechnęła się do mnie. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Ja też byłam członkiem rodziny! Siedziałam na ławce obok

Johannesa i Fryderyka. Ulryka wsunęła

swoją drobną rączkę w moją dłoń, a drugą kartkowała z poważną miną kościelny śpiewnik. Nawet ona potrafiła j u ż całkiem dobrze czytać. Ja w międzyczasie nauczyłam się większości pieśni na pamięć, żeby moja niewiedza nie rzucała się tak bardzo w oczy.

Johannes i Fryde­

ryk śmiali się i szeptali między sobą. Mieli lśniące buty, spodnie tak obcisłe, że widać było mięśnie ich nóg, a ich ciemne włosy były krótko

obcięte. Oni oczywiście także zerkali na schludne mieszczańskie córki. Tej wiosny Johannes mial sobie znaleźć miejsce w którymś z kantorów Marienburga. Wtedy będzie mógł pomyśleć o ubieganiu się o rękę j a ­ kiejś panny, a nawet o założeniu rodziny. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, myśl ta uczyniła mnie nieszczę­ śliwą. Johannes, który opuszcza dom i żeni się z dziewczyną, którą ko­ cha i szanuje! Uczucie to ogarnęło mnie z tym większą mocą, że w ogóle się go nie spodziewałam. Zerknęłam na niego nieśmiało z boku. Poczuł na sobie moje spojrzenie i odwrócił głowę w moją stronę. Pewnie chciał sobie jak zwykle zażartować. Lecz z jego ust nie padły żadne słowa. Nasze spojrzenia połączyły się. Twarze wokół nas jakby się rozpłynęły. Zapachy tytoniu, dymu, pachnącej wody, wosku, słomy, skóry i ludzi wokół nas zlały się w jedno. Rozpoczynający się śpiew dochodził do moich uszu jak z oddali. Moja wolna ręka leżała bezwładnie na ławce. Johannes niepostrzeżenie opuścił ramię, objął swoją dużą, ciepłą dło­ nią moją dłoń i uścisnął ją. Oddałam uścisk. Radość i ciepło wypełniły me serce niczym wody wezbranej Dźwiny. Dotarłam do celu i czułam, że do niego należę. Karolina Gliick ponownie uśmiechnęła się do mnie z drugiej stro­ ny kościoła. Nie widziała naszych dłoni. Spuściłam wzrok. Zwróciłam jednak uwagę na wysokiego, jasnowłosego mężczy­ znę, który siedział w rzędzie za mną. Miał zniszczoną twarz, niebieskie oczy i gęste wąsy, które zwisały po obu stronach ust. Wpatrywał się w moją twarz, a mnie krew uderzyła do głowy. Natychmiast zrozumia­ łam, że obserwował mnie i Johannesa. Ernst Gliick wyszedł z małego pomieszczenia, w którym przed rokiem rozcierał moje przemarznięte członki. Parafianie wstali i rozpoczęło się nabożeństwo. Całe nabożeń­ stwo przesiedzieliśmy, nie rozdzielając dłoni. Gdy wybrzmiała ostatnia pieśń i musieliśmy wstać do modlitwy, Johannes zabrał swoją dłoń. Poczułam, jakby zabrakło połowy mnie. W następnych tygodniach zaczęliśmy rozkoszować się każdym mo­ mentem spędzonym razem. Niewiele było takich chwil, nasze życia tak bardzo się od siebie różniły! On uczył się cały dzień z ojcem, a potem

wędrował od kantoru do kantoru w poszukiwaniu zatrudnienia. Sta­ rał się jednak przebywać na mieście wtedy, gdy i ja udawałam się na rynek. Szybkim krokiem swoich długich i kształtnych nóg wkraczał do kościoła, gdy tam sprzątałam, a potem mocno się przytulaliśmy, szep­ taliśmy do siebie, a nasze oddechy łączyły się w jeden obłoczek pary w zimnym pomieszczeniu. Nigdy nie rozmawialiśmy o wspólnej przy­ szłości. Lecz to mi nie przeszkadzało. W głębi serca miałam przecież pewność, na cóż mi więc słowa i przysięgi? Był mój. Pewnego wieczoru tuż przed Bożym Narodzeniem byliśmy w domu sami. Cały dzień niecierpliwie przechadzał się po izbach. Zaczaił się na mnie na schodach przed pokojem swojej matki. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, jego ramiona już mnie obejmowały. Trzymał mnie czule i mocno i zaczął obsypywać moją twarz i szyję krótkimi pocałunkami. - Marto! - wysapał. - Tak nie może dalej być! - Uniósł moją twarz i popatrzył mi w oczy. - Nie chcę widywać cię tylko ukradkiem i biegać za tobą niczym parszywy pies! Powinnaś należeć do mnie! Być moją żoną! Wiosną będę w stanie nas utrzymać... Położyłam dłoń na jego ustach i szepnęłam: - Nie wiesz, o czym mówisz, głuptasie! Twoi rodzice nigdy nie pozwolą nam się pobrać. - Poczułam, że łzy napływają mi do oczu. - Moi rodzice? Nie potrzebuję ich zgody! Potrafię decydować 0 swoim życiu i potrafię na nie zarobić. Na życie z tobą! Każdego dnia 1 każdej nocy - powiedział mi do ucha. Zaczęłam płakać, a on wciąż mnie całował. A potem przylgnął do mnie, a ja objęłam go ramionami. Czułam go przez sarafan i tunikę, które nosiłam w zimowych miesiącach. - Marto... - westchnął prosto w moje włosy. - Marto, chcę cię, jeszcze dziś w nocy! Jeszcze nigdy nie pragnąłem tak żadnej kobiety... Nie zamykaj dziś na noc drzwi. Muszę cię mieć! Przecież należymy do siebie. Więc możemy też... Musimy, to część miłości, takiej prawdziwej miłości! Skinęłam głową oszołomiona. Oderwał się ode mnie i powiedział: - Muszę już iść. Do wieczora!

Uniósł moją dłoń do swoich ust i pocałował ją. A potem już go nie było. Resztę prac wykonywałam tego dnia pośpiesznie. W ogóle nie sku­ piałam myśli na tym, co robię, gdy wyjmowałam kruche ciasta świą­ teczne z form. Co ja czynię? Naruszam żelazną zasadę mojej ukochanej gospodyni, która z taką serdecznością przyjęła mnie do swojej rodziny. Lecz nie potrafiłam poskromić swoich uczuć i pożądania, które czułam w środku i które całkowicie mnie opanowało. Po raz pierwszy w ży­ ciu czułam przerażającą moc namiętności, która porywa ze sobą każdą klarowną myśl, niczym nasza rzeka tamy i kry podczas odwilży. Przyszedł do mnie, gdy po wieczornej modlitwie już niemal zasnęłam po długim czasie niecierpliwego oczekiwania i wiercenia się to tu, to tam. Drzwi otworzyły się cicho i już po chwili leżałam w jego ramionach. Wszystko było zupełnie inaczej niż wtedy z Wasylem! Ciało Jo­ hannesa przywarło do mojego mocno i czule, a jego dłonie zręcznie zdjęły mi przez głowę koszulę. Zanim zdążyłam poczuć chłód, okrył nas swoim płaszczem z ciepłej, miękkiej wełny. Moje dłonie pożądliwie gładziły jego ciało i z niecierpliwości niemal zerwałam z niego koszulę. Słoma z mojego posłania trochę nas kłuła, lecz to mnie tylko rozśmie­ szyło, a on jeszcze mocniej mnie objął. Wydawało mi się, że moje ciało przez całe życie pragnęło, by poczuć jego ciężar. - Ale ty masz piękne piersi! A twoja skóra jest taka ciepła i mięk­ ka! - Jego usta powędrowały w dół po mojej szyi. Na całym ciele do­ stałam drobniutkiej gęsiej skórki. Roześmiał się cicho. Jego usta za­ mknęły się na jednej z moich brodawek, a drugą pierś pieścił dłonią. Ssał delikatną brodawkę i leciutko ją przygryzał, aż wyprężyłam się z rozkoszy. Było mi jednocześnie gorąco i zimno i poczułam, że cała moc mojego ciała gromadzi się w brzuchu i między udami. Chciałam czuć go bliżej siebie, jeszcze bliżej! Owinęłam więc jego biodra udami i przyciągnęłam do siebie. - Hej, hej, powoli! Ty też powinnaś mieć przyjemność! - uśmiech­ nął się do mnie i z powrotem przycisnął do materaca. Jego dłoń prze­ sunęła się po moim brzuchu między uda.

- Masz takie słodkie, złociste futerko, do końca życie będzie mi się podobać! - Jego palce głaskały moje włosy łonowe, podczas gdy dru­ gą dłonią wciąż pieścił moje piersi. Językiem badał moje ciało, szyję, pachy i brzuch. Obiema rękami chwycił moje biodra i podciągnął je do góry. Wydawało mi się, że rzucił mi krótkie, badawcze spojrzenie, lecz natychmiast o tym zapomniałam. - Nie ruszaj się teraz! - szepnął i szeroko rozsunął mi dłońmi uda. Co on zamierza? Wygięłam się w łuk, gdy wsunął język między moje uda. Ze zdumienia i wstydu chciałam się wyrwać z jego objęć! Lecz moje członki były tak ociężałe, że mogłam tylko oddać się rozkoszy. Przesuwał językiem po mojej sekretnej szczelinie w dół i w górę. A po­ tem znalazł to miejsce, którego szukał. Przycisnął dłońmi moje ręce do boków, a jego usta zaprzestały wędrówki. Johannes zaczął delikatnie ssać to miejsce i pieścić je językiem. Unosiłam się na fali rozkoszy wy­ żej i wyżej, aż opadłam bez sił na poduszkę. Moje mokre ciało lśniło w blasku księżyca. Przesunął się do góry i przycisnął wargi do moich ust, a ja łapczywie smakowałam swój własny zapach. Nie czekał już dłużej, tylko mocno się we mnie wsunął. Zawahał się przy tym jakby na chwilę, lecz potem wsuwał się i wysuwał z mo­ jego ciała, aż zadrżał i przestał. Ciężko dyszał, a ja objęłam ramieniem jego szyję. Drugą dłonią odsunęłam mu mokre włosy z czoła, wdycha­ jąc cierpki zapach świeżego męskiego potu. Dmuchnęłam mu delikat­ nie w twarz, a on uśmiechnął się z zamkniętymi oczami. I tak zasnęli­ śmy. Gdy o świcie wymykał się z mojej izby, miałam pogryzione wargi, a piersi aż bolały mnie od nadmiaru pieszczot. Podczas nabożeństwa następnego dnia modliłam się żarliwie, żebym mogła być szczęśliwa z Johannesem. Gdy podczas śpiewania podnio­ słam oczy, mój wzrok znów spoczął na tamtym wysokim, jasnowłosym mężczyźnie. Wpatrywał się we mnie cały czas i bez wątpienia zauważył moje nabrzmiałe miłością i poranione usta. Spuściłam wzrok, lecz on nadal przewiercał mnie swym spojrzeniem.

ROZDZIAŁ 3.

P

rzez kolejne dwa dni i dwie noce nie widziałam Johannesa. Usłyszałam tylko w kuchni, że rozmowa w kantorze nie przebie­

gła tak dobrze, jak spodziewał się Ernst Gliick.

Po południu drugiego dnia Karolina Gliick zawołała mnie do swojego pokoju. Umyłam ręce i pośpiesznie zaplotłam włosy. Czego ona może chcieć? Czy Johannes z nią rozmawiał? Czy chce przytulić mnie do serca jako swoją córkę? Serce podeszło mi do gardła, gdy naciskałam klamkę u drzwi. Spojrzała na mnie znad swojej robótki i uśmiechnęła się zapraszająco. - Wchodź, Marto! I zamknij szybko drzwi, jest tak zimno - zawołała. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w pokoju jest też Ernst Gliick. Obdarzył mnie życzliwym uśmiechem. Boże Narodzenie wypa­ dało za dwa dni. - Chciałabyś napić się grzanego wina z owocami? - zapytał. Za­ nim zdołałam odpowiedzieć, j u ż wlał napój do miseczki i podał mi ją. W tych wojennych czasach łyk grzanego wina w środku tygodnia to był niesłychany luksus. Najwyraźniej był jakiś powód do święto­ wania! -

Usiądź tu obok mnie, Marto. - Karolina Gliick pociągnęła

mnie na wysłużoną, wygodną sofę. Miseczka z grzańcem przyjemnie rozgrzewała mi dłoń. Przyglądałam się, jak pływające w niej kawałki jabłek i gruszek nasiąkają winem. Ernst Gliick, który opierał się o ko­ minek, odchrząknął i rzucił żonie pełne wyczekiwania spojrzenie. O co chodzi? Serce podskoczyło mi w piersi.

- Marto, wydarzyło się coś wspaniałego. Coś najwspanialszego, co może spotkać młodą dziewczynę bez rodziny i posagu! Nigdy nie śmia­ łam liczyć na to, że spotka cię takie szczęście! - stwierdziła Karolina Gliick i posłała mi ciepły uśmiech. Ernst Gliick skinął potwierdzająco głową. Patrzyłam to na jedno, to na drugie. - A co się stało? - zapytałam. Czemu w moim głosie zabrzmiała rezerwa? Czyż nie powinnam mieć nadziei na najszczęśliwszą przy­ szłość? Odpowiedział mi pastor. - Wiesz zapewne, że w naszej wspólno­ cie żyją luteranie z różnych krajów. Wszyscy przychodzą do naszego kościoła i są w nim mile widziani. Karolina roześmiała się, przerywając mu. - Ernście! Naprawdę nie możesz po prostu powiedzieć, o co chodzi? Ponownie wzięła sprawy w swoje ręce. - Do naszej wspólnoty na­ leży Johann Trubach. To szwedzki dragon. Oczywiście nie jest bogaty, ale ma małą izbę w garnizonie, żołd i jest dobrym parafianinem. To przyzwoity człowiek o dobrym sercu. A to jest to, co się naprawdę li­ czy. - I? - zapytałam cicho. Nagle poczułam zimno mimo ognia pło­ nącego w kominku i miseczki grzanego wina trzymanej w dłoniach. Owoce nasiąkły nim i ich ciężkie grudki opadły na dno naczynia. - I co to ma ze mną wspólnego? - Cóż, mnie samej trudno w to uwierzyć, lecz wczoraj po południu Johann przyszedł do Ernsta do kościoła - powiedziała Karolina, wciąż się do mnie uśmiechając. Pastor dokończył radosnym tonem: - Marto, Johann Trubach poprosił mnie o twoją rękę. Od wielu miesięcy widuje cię podczas nabożeństw i stracił dla ciebie głowę. Pomyślałam, że śnię. To musi być jakaś pomyłka! Przecież jestem przyrzeczona Johannesowi, mojemu Johannesowi! Inny mężczyzna nie może ubiegać się o moją rękę. Miałam nadzieję, że pastor mu od­ mówił. - Wyjaśniłem mu twoją sytuację. Wiesz, że nie masz rodziców ani posagu. A nawet nazwiska rodowego... - uśmiechnął się do mnie cie-

plo. - Odparł, że j e m u wystarczy to, że mieszkasz pod naszym dachem! Marto, mówiąc szczerze, przyjąłem jego ofertę w twoim imieniu. Lecz chciałbym i od ciebie usłyszeć, że się cieszysz. Nic lepszego nie mogło cię przecież spotkać! - dodał pośpiesznie. Karolina pokiwała głową na potwierdzenie. - Takie szczęście, moje dziecko, takie szczęście. - Objęła mnie ramieniem i mocno przy­ tuliła. - Ale... Ale przecież potrzebujecie mojej pomocy! - odważyłam się zaprotestować. Przyszedł mi do głowy tylko ten najprostszy i zupełnie niepoważny pretekst. Zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć: kocham waszego syna, a on kocha mnie. Karolina potrząsnęła głową. - Teraz już nie, Marto. Ernst zacznie uczyć także Ulrykę. Johannes wyjechał dziś rano, Enrst znalazł mu miejsce w kantorze w Parnawie. Musiał pojechać tam natychmiast. To wszystko stało się tak szybko, prosił przekazać ci serdeczne pozdrowie­ nia. Przyjedzie na Wielkanoc, musicie też nas wtedy z mężem odwie­ dzić. Fryderyk też wkrótce opuści dom... Johannes wyjechał? Nie pożegnawszy się ze mną? Przekazuje po­ zdrowienia? Przekazuje mi pozdrowienia po wspólnie spędzonej na­ miętnej nocy? I zobaczę go w Wielkanoc. W Wielkanoc! Jak przeżyję tyle czasu, w ogóle go nie widując? W oczach Karoliny dostrzegałam tylko ciepło i sympatię. Nie po­ wzięła najmniejszego podejrzenia. Ku swojej rozpaczy poczułam, że Izy zbierają mi się w oczach. - Wiem, że to wszystko stało się tak niespodziewanie. Pomyśle­ liśmy jednak, że Ernst mógłby udzielić w a m ślubu po Święcie Trzech Króli. A jutro będziesz mogła poznać Johanna bliżej, zaprosiliśmy go na kolację. Przekonasz się, że to miły człowiek. Oszołomiona skinęłam głową i wstałam. Karolina i Ernst Gliickowie przytulili mnie do siebie. Wydawało mi się, czy też wymienili między sobą szybkie spojrze­ nie, zanim wyszłam z pokoju? Natychmiast zawstydziłam się tej myśli. Czy mogłam okazać im nieposłuszeństwo? Odpowiedź, która nadeszła z głębi mego serca, była jednoznaczna: tak!

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Czekałam na odpowiedni moment, żeby uciec. Nie mogłam dłużej marnować czasu w domu Gliicków. Dwa razy wstawałam i zaczynałam pakować węzełek. Zaoszczędziłam prawie całą pensję, a pierwsze furmanki odjeżdżały z Marienburga w kierun­ ku Parnawy już o świcie. Gdyby zaszła taka potrzeba, byłam gotowa wyruszyć w drogę nawet na piechotę. Wszystko było mi obojętne, za­ równo zerwanie z rodziną Gliicków, jak i niebezpieczeństwa podróży w czasie wojny. Jedyne czego pragnęłam, to być przy Johannesie. Gdy wstałam po raz trzeci i zawiązywałam ubrania w węzeł z dużej i mocnej chusty, usłyszałam ciche stukanie do okna. Odwróciłam się. O okno znów uderzyły drobne kamyczki, nie przesłyszałam się. To mógł być tylko Johannes! Niemal potykałam się o własne nogi, tak śpieszyło mi się, żeby dotrzeć do okna. W całkowitych ciemnościach zimowej nocy dostrzegłam jedynie zarys postaci jeźdźca. Miał wysoko postawiony kołnierz i głęboko nasunięty kapelusz, który zasłaniał mu twarz. M i m o to ani przez chwilę nie miałam wątpliwości. Johannes przyjechał, żeby mnie ze sobą zabrać. Chwyciłam za uchwyt małego okna, lecz ołowiany zamek puścił dopiero, gdy bardzo mocno pociągnęłam. Johannes zeskoczył z konia i podszedł prosto pod moje okno. - Marta! - wyszeptał i objął mnie za szyję. - Muszę jechać, ale nie chciałem, żebyś myślała, że zostawię cię bez pożegnania! Zza chmury wychylił się księżyc, więc ujrzałam jego twarz: błę­ kitne oczy, zdrowe, białe zęby, piękne usta. Usta, których dotyk wciąż czułam na skórze. - Ale przecież zabierzesz mnie ze sobą do Parnawy, prawda? Właśnie się pakuję. W e z m ę tylko buty, a potem usiądę za tobą na ko­ niu. Będę się mocno ciebie trzymać. Pocałował mnie, a potem popatrzył ze smutkiem. - Nie, Marto, nie możesz ze mną jechać. Przynajmniej na razie. Daj mi czas, żebym urządził się w Parnawie, a potem przyjadę cię zabrać. Poczułam w ustach gorzki smak. W milczeniu pokręciłam głową. - Nie mogę inaczej! - upierał się i znów mnie pocałował. - Lecz nie potrafiłem odjechać bez pożegnania. Nie myśl sobie, że cię nie

kocham. M a m y wojnę i Szwedzi patrolują wszystkie drogi, nie mogę podróżować z młodą dziewczyną. Najbezpieczniejsza będziesz tutaj, u moich rodziców! - Johannesie, oni chcą mnie wydać za mąż! Szwedzki dragon po­ prosił o moją rękę. M a m wyjść za mąż! Ale przecież ja kocham ciebie! - Usłyszałam bezbrzeżną rozpacz we własnym głosie. A to niedobrze. Mężczyźni wyczuwają rozpacz kobiety, jak psy myśliwskie posokę. - Marto... - jego glos zabrzmiał gniewem. - Nie rozumiesz, że jest wojna? Karol miesiąc temu wylądował w Parnawie i nie zatrzyma się, dopóki nie pokona Rosjan i nie strąci Augusta z polskiego tronu! On nienawidzi saskiego elektora! - Przecież wojna wkrótce się skończy! - odważyłam się mu prze­ rwać. Poczułam w gardle ukłucie zimnego powietrza. - A czemuż to? - wydawał się szczerze zdumiony. - Po Narwie nie ma powodu, żeby ciągnąć walkę dalej, nawet twój ojciec tak mówi. Szwedzi dowiedli, że są lepszymi żołnierzami! Prze­ cież zadali Rosjanom druzgocącą klęskę... Tak mówi twój ojciec - mój głos zabrzmiał niepewnie, co mnie rozzłościło. - Mój ojciec? W takim razie się myli! Cóż znaczy dla Karola Nar­ wa poza dodatkowym piórem przy kapeluszu! Ten człowiek jest opęta­ ny walką! A Anglikom i Francuzom pasuje, że jest tu zajęty, bo wtedy nie miesza się w ich sprawy! Nie, on zatrzyma się dopiero wtedy, gdy zdobędzie Moskwę. Co miałam na to odpowiedzieć? Rozumiałam tylko tyle, że on chce mnie tu zostawić samą. Samą i wydaną za zwycięzcę spod Narwy. Za­ częłam płakać i uwiesiłam się na jego szyi. - Nie zostawiaj mnie tu samej! Przecież oni chcą mnie wydać za mąż! Tak nie może być, po tym wszystkim co zaszło między nami, po tym jak... Odsunął się ode mnie i oderwał moje ręce od swojej szyi. - Zro­ zum, musimy poczekać. A może... A może to nie jest najgorsze roz­ wiązanie. W końcu nie byłem pierwszym, który... Cóż, wiesz o co mi chodzi... Z którym ty... Nie dokończył zdania, ale słowa, które zdążył wypowiedzieć, wbiły mi się głęboko w serce.

- Co masz na myśli? - wyszeptałam zdumiona. Wzruszył ramionami. - Tak będzie się nam łatwiej widywać, gdy wrócę do domu. Ty będziesz szanowaną mężatką, a my dalej będziemy mieć swoje przyjemności... Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pocałował mnie, a ja po­ czułam ciepło między udami. Rozłościło mnie to. Nie! Odepchnęłam go i uderzyłam pięścią w ramię. - Ty łajdaku! Ty przeklęty kłamco! - krzyknęłam. Potem jednak znów zaczęłam płakać i błagać: - Zabierz mnie ze sobą, Johannesie! Coś zmieniło się w jego twarzy. Przemknął przez nią grymas znie­ cierpliwienia i jednocześnie wyraz ulgi. Od drzwi plebanii doszedł j a ­ kiś hałas. Obejrzał się szybko za siebie. - Muszę iść, Marto! Już dawno powinienem być w drodze. Wytrzymaj! Jeszcze się zobaczymy. Z tymi słowy odjechał uliczkami Marienburga, by przemierzając szerokie przestrzenie naszego kraju dotrzeć do Parnawy, do wielkiej wody. Zniknął z mojego życia. A ja nawet nie powiedziałam mu, jak bardzo go kocham, pomimo bólu i wstydu, które wywołały w m y m ser­ cu jego obraźliwe słowa. W tym samym momencie skrzypnęły drzwi plebanii i na śnieg wyszła gruba kucharka państwa Gliick. Uniosła nocną lampkę wysoko nad głowę i zawołała w stronę ciemności: - Kto tam? - Szybko wsunę­ łam głowę z powrotem do izby. Bez wątpienia mieliśmy wojnę. W izbie opadłam na zimną kamienną posadzkę i rozszlochałam się. Zaciskałam ręce na słomie i wiłam się niczym robak na półmisku. Wstałam dopie­ ro po kilku godzinach, ponieważ pomimo ciepłej koszuli z filcowanej wełny drżałam z zimna. Okno na ulicę wciąż było otwarte. Rozłoży­ łam tych kilka sztuk odzieży, które dostałam od Karoliny Gliick i które chciałam ze sobą zabrać. Potem złożyłam je z powrotem. Robiłam to tak długo, aż zasnęłam z wyczerpania. Zycie nagle straciło dla mnie jakikolwiek sens. Mdłości po raz pierwszy poczułam między Bożym Narodzeniem a No­ w y m Rokiem. Zwymiotowałam ukradkiem w kuchni. Początkowo my­ ślałam, że w dzień Bożego Narodzenia połakomiłam się na zbyt dużo

pierniczków Karoliny Gliick i wątróbek tuczonych gęsi. Lecz kilka dni później nie dostałam spodziewanego krwawienia. Przypomniałam so­ bie Olgę i nie miałam już żadnych wątpliwości. Nosiłam pod sercem dziecko Johannesa. Za każdym razem, gdy Johann Trubach przychodził do domu, by wrę­ czyć mi jako prezent słodkości lub kolorową włóczkę, miałam czerwo­ ne i zapuchnięte oczy. W wigilię Święta Trzech Króli powzięłam decy­ zję. Postanowiłam, że spróbuję uwolnić się od łączących mnie z nim zaręczyn. Przyszedł, żeby zabrać mnie na spacer po mieście. Cieszyło mnie, że gdy składa wizyty, nie ubiera się w mundur, lecz prosty ciemny sur­ dut, wysokie skórzane buty i czystą koszulę z zapiętą po szyję kamizel­ ką. Pod szyją wiązał świeżą chustkę. Przed zimnem chronił go gruby płaszcz z wielkim futrzanym kołnierzem. Przed jego przyjściem Ka­ rolina kazała mi trzymać ręce nad głową, żeby były delikatne i białe, i szczypała mnie w policzki, aż zaokrągliły się i zaróżowiły. Osobiście pomogła mi założyć tułup i zanim wyruszyłam na spacer, trzymając Johanna pod rękę, napomniała mnie: - Wracaj zaraz, czeka nas m n ó ­ stwo przygotowań do jutrzejszego dnia. Wciąż pamiętam widok ulic Marienburga tamtego popołudnia, gdyż wkrótce potem wojna jeszcze bardziej dała nam się we znaki i były to ostatnie chwile wesołej krzątaniny. Odór ścieków i ludzi unosił się niczym chmura w zimnym i czystym styczniowym powietrzu. Ulice były pokryte lodem, więc nic nie wsiąkało w ziemię, tylko barwiło pośniegowe błoto, po którym stąpaliśmy. Patrzyłam uważnie, gdzie sta­ wiam kroki, żeby jak najmniej ubrudzić pożyczone od Karoliny buty. Furmani popędzali zaprzężone do w o z ó w woły i muły głośnymi okrzy­ kami, cmokaniem i uderzeniami batów. Młodzi piekarczycy z czerwo­ nymi uszami pod wielkimi czapami oferowali świąteczne paszteciki, w których trafić można było na talizman szczęścia. Szczęścia potrzebo­ waliśmy wszyscy, więc kupiłam kilka pasztecików dla plebanii. Jakiś chłop stał na rogu, trzymając wysoko dwa króliki za uszy, żeby prze­ chodnie mogli im się przyjrzeć. Z pewnością złapał je w lesie, bo krew

wciąż ciekła im z uszu. Zamożni mieszczanie uchylali przed sobą ka­ peluszy, wstydząc się ciągnionego wózka z drewnem na opał. Kto nie mógł pójść do lasu, łamał gałęzie krzewów w mieście i pod miastem, żeby ogrzać swoje domostwo. Rzuciło mi się w oczy, jak wielu żebra­ ków przybyło do miasta wraz z wojną. Gnieździli się po kątach i kłócili o najlepsze miejsca z rozwiązłymi dziewczętami, które wystawiały na sprzedaż swą cnotę. Wzdłuż ulic i placów wędrowni handlarze rozsta­ wili swoje brudne i obdarte namioty, które składały się z kawałków na­ tłuszczonych bawełnianych plandek. Sprzedawca gorących kasztanów obracał je spalonymi na czarno opuszkami palców pośród żarzących się węgli, aż pękały. Johann kupił dla mnie garść kasztanów i przez chwilę odłamywaliśmy w milczeniu skorupki i delektowaliśmy się ich delikatnym, mączystym smakiem. Nagle Johann zapytał mnie bez ogródek: - Marto, dlaczego za­ wsze masz czerwone i zapłakane oczy, gdy się spotykamy? Nie cieszą cię nasze zaręczyny? Będę dla ciebie dobrym mężem, obiecuję ci to! - Sięgnął po moją dłoń, odzianą w grubą rękawiczkę. Nawet przez skó­ rę poczułam ciepło tego uścisku, świadczące o dobrych intencjach. Odpowiedziałam mu wprost: - Johannie, ja nie mogę za ciebie wyjść. Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem, lecz... Zatrzymał się i chwycił mnie za ramiona. - Chodzi o młodego syna pastora, tak? Widziałem was w kościele. To przystojny chłopak, choć trochę lekkomyślny. Zapomnij o nim, Marto, mówię ci. On ma swoje życie w Parnawie i wkrótce ożeni się z dziewczyną, która pomoże mu zrobić karierę. Wiem, że to niełatwe, ale zapomnij o nim! - Nie mogę! - niemal krzyknęłam, aż ludzie na ulicy zaczęli się za nami oglądać. Ściszyłam głos do szeptu. - Spodziewam się jego dzie­ cka, Johannie. Rozumiesz? Jego dziecka. Chyba nie chcesz ożenić się z kobietą, która nosi dziecko innego mężczyzny? Popatrzył na mnie spokojnie. Ku mojemu zdumieniu przyciąg­ nął mnie do siebie i mocno przytrzymał. Ludzie znów zaczęli się nam przyglądać, a jakiś grajek wyjął flet z sinych od zimna ust i uśmiechnął się. Johann wydawał się zachwycony. - To cudownie! - ścisnął dłońmi moje ramiona i lekko mną potrząsnął.

- Co takiego? - Byłam tak zdumiona, że nie wiedziałam, co po­ wiedzieć. - Marto, to tylko ułatwi mi wyznanie ci tego, co muszę ci powie­ dzieć przed jutrzejszym dniem. Milczałam, patrząc na niego wyczekująco. - Marto, ja nie mogę już mieć dzieci. Nie jestem nawet w stanie spełniać małżeńskich obowiązków. Koniec i już. Może to z powodu ran, a może przez długie i mroźne zimy w ryskiej twierdzy. Nie jestem w pełni mężczyzną. Lecz dla twojego dziecka będę dobrym ojcem, mogę ci to obiecać! Cóż mogłam odpowiedzieć? Następnego popołudnia poślubiłam Johanna Trubacha. Miałam na sobie jasnozieloną, wysoko pod szyją zapinaną suknię pożyczoną od Karoliny. Byłam teraz porządną kobie­ tą. Wieczorem zjedliśmy uroczystą kolację z winem i chlebem. Kuchar­ ka podała nadziewanego jabłkami indyka, a potem objadaliśmy się świątecznymi pasztecikami. W swoim znalazłam grosik na szczęście. Kolejne miesiące były długie i ciężkie. Czy tak ma wyglądać moje ży­ cie? Przez ten krótki okres, kiedy byliśmy razem, Johann był dobrym mężem. Mieliśmy małą izbę w garnizonie, tylko stół, dwie ławy i wą­ skie łóżko, w którym spaliśmy razem. W ścianę wbite były dwa haki, na których wieszaliśmy nasze ubrania. Johann oddawał mi prawie cały swój żołd, upijał się do nieprzytomności tylko w piątki i nigdy nie podniósł na mnie ręki. Po miesiącu znów wyruszył walczyć. Po rados­ nym czasie spędzonym u Gliicków czułam się samotna. Jednak rzadko odwiedzałam Karolinę, ponieważ wszystko na plebanii przypominało mi Johannesa. Próbowałam stworzyć sobie nowe życie. Jedyną przy­ jaciółką, jaką wówczas miałam, była moja sąsiadka Karin. Pamiętam pewien majowy wieczór, kiedy Johann już od miesięcy był poza do­ mem. Karin siedziała u mnie przy stole, a ja cerowałam koszule dla pewnych państwa z miasta. Na stole przed nami stały miski z kwasem. Obaj synowie Karin i jej mąż walczyli z Rosjanami, a jedyną pociechę w życiu przynosił jej tytoń. M i m o to było mi niedobrze, gdy wypluwa­ ła go z głośnym mlaśnięciem, nie trafiając czerwoną mieszaniną śliny

i tabaki do specjalnie w tym celu ustawionego garnka obok drzwi. Ja nigdy nie żułam taniego tytoniu, bo za bardzo zależało mi na moich białych i zdrowych zębach. Kobiety takie jak Karin zawsze miały inten­ sywnie czerwone od tytoniu dziąsła i zepsute zęby. Karin znowu splunęła, tym razem trafiając do garnka, a potem chwyciła moją dłoń. - Pozwól mi poczytać ci z ręki, moja czarodziejko. Przecież chcemy wiedzieć, jaką niespodziankę przygotował dla ciebie los. Nudny Johann to nie może być wszystko! - Zachichotała obleśnie i wykręciła moją dłoń spodem do góry. Wiedziałam, że długie linie we wnętrzu mojej dłoni gęsto się krzyżują. Karin zmarszczyła czoło i po­ chyliła się. Po chwili potrząsnęła głową i stwierdziła: - Dziecko, przy­ znaj się, ty chyba pożyczyłaś tę dłoń od kogoś innego? - Czemu? Co zobaczyłaś? Będę zawsze szczęśliwa? A moje dzie­ cko? Kim będzie? Karin milczała. - Widzę szczególną miłość. I wiele podróży. Jesteś zdrowa jak koń i to często będzie cię ratować. Będziesz miała inten­ sywne życie, inne niż to, które było ci przeznaczone z urodzenia. -

Podróże? Z Johannem? I szczególna miłość? Czy to miłość

szczęśliwa i spełniona? Zwinęła moją dłoń w pięść i po cichu policzyła drobne linie pod małym palcem. - Czy twoja miłość będzie spełniona? Widzę dwunastu potomków! Roześmiałam się zadowolona, lecz potem zamilkłam. Z tą miłoś­ cią mogło więc chodzić tylko o Johannesa, bo Johann nie mógł j u ż spłodzić dwunastki dzieci. Musiało mu wystarczyć, że pieści me cia­ ło swymi sękatymi dłońmi. Zamykałam wtedy oczy i przywoływałam wspomnienie Johannesa. Dzięki temu udawało mi się przeżywać roz­ kosz i uszczęśliwiać w ten sposób Johanna. Sama czułam się wówczas marnie. Gdzie jest Johannes? Dlaczego nie przyjeżdża mnie zabrać, tak jak obiecał? Z przekory i głupiego zakochania zapomniałam o jego ostatnich wstrętnych słowach i chciałam wierzyć, że pragnie po mnie przyjechać. Wyprostowałam się więc na krześle i przysunęłam bliżej do Karin. Oczywiście, że będę miała życie inne niż to przeznaczone mi z urodze-

nia. Czy jako nieślubna córka chłopa pańszczyźnianego mogłam mieć nadzieję, że zwróci na mnie uwagę syn pastora? Spędzę życie z Johannem, byłam tego pewna. - A dziecko, którego się spodziewam? Czy jest zdrowe? Czy to chłopiec, czy dziewczynka? - zapytałam ponownie. Karin jeszcze raz popatrzyła na moją dłoń. A potem spuściła wzrok tak, że nie potrafiłam odczytać wyrazu jej twarzy. - Tego nie widzę. Nie pytaj o takie głupstwa! - powiedziała tylko. Umilkłam zdumiona i z powrotem zabrałam się za cerowanie koszul. Dwa dni później spotkałam na rynku Karolinę Gliick. Pomimo wojny targ wciąż funkcjonował, choć oferta była o wiele skromniejsza i jedy­ nie chłopi sprzedawali plony swoich pól. Kupcy j u ż prawie nie przyjeż­ dżali do miasta, więc trzeba było zadowolić się owocami naszej ziemi. Obok Karoliny stała młoda, piękna kobieta, która trzymała jej koszyk i uważnie się rozglądała. Podeszłam do nich, przelotnie się jej przyglą­ dając. Jak na służącą była za dobrze ubrana, a poza tym miała dumną i wyprostowaną postawę. Najwyraźniej była to panna z dobrego domu. Jasne włosy miała schludnie zaplecione w koronę, a suknię w gołębim kolorze zdobił okrągły, wykrochmalony biały kołnierzyk. Na suknię za­ łożyła pelerynę z grubej niebieskiej wełny z szerokim kołnierzem, jej kolor podkreślał barwę oczu. W płatkach jej uszu lśniły dwie różowe perły. Karolina powitała mnie serdecznie, a potem przedstawiła nie­ znajomą. - Marto! Jak to miło, że przy okazji poznasz Aleksandrę. Przepro­ wadziła się do nas z Parnawy. Wyobraź sobie, że latem pobierają się z Johannesem! To wszystko stało się tak szybko. Johannes zaczął pra­ cować u jej ojca i raz-dwa zakochali się w sobie po uszy! M a m nadzieję, że wkrótce zostanę babcią - mówiąc to, poufałym gestem pogłaskała mój bardzo j u ż zaokrąglony brzuch. Dziewczyna o imieniu Aleksandra zaczerwieniła się i posłała mi spokojny, pewny siebie uśmiech. Pomyślałam sobie, że Johannes z pewnością nie tknął jej przed zaręczynami i nie tknie przed ślubem. Była na to zbyt wytworna. I z pewnością będzie jej pierwszym męż-

czyzną. Nie to, co służąca w domu jego rodziców. Czy ona wiedziała 0 mnie i Johannesie? Czy też byłam tylko jedną z wielu jego zdobyczy? Skinęła głową, a ja odwzajemniłam pozdrowienie. Nie byłam jednak w stanie pogratulować jej zaręczyn. Czułam się tak, jakby wbito mi sztylet prosto w serce. Dwa dni później straciłam dziecko. Cały dzień nosiłam do izby wiadra z wodą i węglem, bo naszła mnie szaleńcza ochota na gorącą kąpiel. A może to po spotkaniu na targu ogarnęło mnie obłąkańcze pragnie­ nie umycia się. Nagle, gdy wlewałam ostatnie wiadro parującej wody do dzieży, poczułam ostry ból w dole brzucha, a m o i m ciałem wstrząs­ nęła fala potężnych skurczów. Gdy udało mi się wyprostować, spód­ nicę miałam czerwoną od krwi, a przed oczami zrobiło mi się ciemno. Ból jednak bezlitośnie przywołał mnie z powrotem do rzeczywistości, ściskając mnie niczym olbrzymia pięść. Udało mi się wyczołgać z izby 1 zastukać do sąsiednich drzwi prowadzących do izby Karin. To jej za­ wdzięczam, że nie wykrwawiłam się na śmierć, roniąc dziecko Johan­ nesa. Wraz z dzieckiem umarło we mnie także wspomnienie j e g o ojca i miłość do niego. Popadłam w melancholię, a Karin przez tydzień poiła mnie łyżeczką wzmacniającym rosołem i kwasem. Straciłam wiele krwi. Czegóż więcej m o g ł a m oczekiwać od życia? Zadawałam sobie pytanie, j a k to się stało, że Karin wyczytała z mojej dłoni takie brednie? Król Szwecji kochał wojnę dla samej wojny. Jego oddziały zajęły naj­ pierw Inflanty, a w lipcu 1701 roku także Kurlandię. Potem jednak kar­ ta się odwróciła. Rosyjski generał Szeremietiew po raz pierwszy pobił Szwedów pod Errestfer w Inflantach. W lipcu kolejnego roku poko­ nał szwedzkiego generała Schlippenbacha pod Hummuli. Pod koniec lipca ostrzeżono mieszkańców garnizonu, że Rosjanie szykują się do zajęcia Marienburga. Dokąd miałam uciec? Wiedziałam, że na pleba­ nii zawsze przyjmą mnie z otwartymi ramionami. Obok ratusza byl to jedyny dom z kamienia w Marienburgu. Podczas szturmu Rosjan by­ łoby tam bezpieczniej niż we wzniesionym z drewna garnizonie. Lecz

perspektywa mieszkania pod j e d n y m dachem z narzeczoną Johannesa wcale mnie nie pociągała. Zostałam na miejscu. 25 sierpnia 1702 roku generał Borys Piotrowicz Szeremietiew, potomek jednego z najstarszych i najlepszych rosyjskich rodów, za­ jął Marienburg. To był dzień ognia i śmierci, strachu i ucieczki, dymu i krwi. Zabarykadowałam się w swojej izbie. Poza kobietami w różnym wieku i najmłodszymi dziećmi w garnizonie nie było żywej duszy. Wal­ ki toczyły się na wszystkich krańcach miasta. Kule armatnie grzmiały, uderzając w miejskie mury i miażdżąc przy okazji drewniane domy. Dym unosił się ponad wieloma dzielnicami Marienburga, a mieszkań­ cy robili, co mogli, by ugasić ogień, zanim spłonie całe miasto. Wrogie oddziały walczyły pod miastem i w mieście w ogłuszającym dudnieniu armat, odorze siarki, krwi i prochu, pośród kurzu i dymu. Już koło południa stało się jasne, że odziane w carską zieleń rosyjskie oddzia­ ły zdobyły przewagę. Szwedzki sztandar padł po południu, a kobiety wyszły na pole walki, żeby odszukać swoich mężczyzn. Karin straciła zarówno męża, jak i obu synów. Zrozpaczona zamknęła się w swojej izbie, a jej skargi słychać było w całym garnizonie, po którym włóczyli się już tylko starcy i kaleki. Przez kolejne dni nikt, kto był przy zdrowych zmysłach, nie wy­ chodził z domu. Rosjanie trzymali wziętych do niewoli Szwedów w staj­ niach i zagrodach. Ponoć żołnierze cara z przyjemnością palili budynki wraz z nieszczęsnymi jeńcami. Ograbiali mieszkańców Marienburga i wynosili z domostw wszystko, co się dało. W kościele Ernsta Gliicka ćwiczyli się w rzucaniu nożem do obrazu Trójcy Świętej wiszącego nad ołtarzem, przetopili świeczniki i kielich mszalny, skradli zapasy wina i świec, a nocami w swoim obozie urządzali ogniska, paląc kościelne ławy. Trzy dni po zdobyciu Marienburga ktoś zastukał do drzwi mojej izby. Zamarłam w bezruchu. Właśnie kroiłam marchewkę, żeby ugo­ tować na niej cienką zupę. Do jedzenia, poza warzywami, które rosły jeszcze w garnizonowym ogródku, miałam jedynie resztkę owsa. Mia­ stu groził głód, gdyż rosyjskie oddziały panoszyły się w Marienburgu niczym trójca z zarazy, ognia i zniszczenia. Bramy garnizonu stały ot-

worem dzień i noc przed całą miejscową i rosyjską hołotą, a połowa budynków i drewniany mur spłonęły lub zostały zburzone. Kto też może do mnie pukać? Było tuż przed godziną, po której obowiązywał zakaz wychodzenia z domów. Trudno było go złamać podczas naszych jasnych letnich nocy, kiedy to ciemności przybierały formę kilku go­ dzin spłowiałej szarości. Schowałam jedzenie i mocno chwyciłam nóż. Po cichu podeszłam do drzwi. - Kto tam? - zapytałam przytłumionym głosem. - Marta Trubach? - odpowiedziano mi pytaniem. - Tak. Kto tam? O co chodzi? - wyszeptałam. - Przynoszę wiadomość od Karoliny Gliick. Chodzi o Johanna... - odparł głos po drugiej stronie drzwi. Słysząc te słowa, zapomniałam o ostrożności, odsunęłam krzesło i stół, którymi zabarykadowałam drzwi i uchyliłam je. Nóż wciąż jed­ nak trzymałam w dłoni. Na zewnątrz na schodkach, które prowadziły do mojej izby, stała obszarpana postać, której twarz ginęła w półcie­ niu. Mimo wszystko rozpoznałam tego człowieka. Regularnie korzy­ stał z posiłków na plebanii, a ja sama często nalewałam mu do miski zupę czy gulasz. - Jaką wiadomość przesyłają Gliickowie? - zapytałam pośpiesz­ nie. Wciąż czułam się nieswojo. Mężczyzna przysunął się bliżej, a ja cofnęłam się mimowolnie, czując odór potu i szczyn. Dwa razy zerknął za siebie przez ramię. Po całym garnizonie włóczyli się rosyjscy żołda­ cy, którzy pozwalali sobie na okrutne żarty wobec posłańców takich jak on. Ze szczególnym upodobaniem odcinali im nosy i uszy albo wy­ palali nieszczęśnikom znaki na czole czy piersi niczym bydłu. Chodzi­ ły też słuchy o monetach przybijanych gwoździami do głów i biegach przez rózgi, do których przymuszano obywateli Marienburga. - Twój mąż żyje. Jest w Marienburgu. Lecz został ciężko ranny i Karolina Gliick jest zdania, że nie przeżyje tej nocy. Wciąż powtarza twoje imię. - Przekazując wiadomość, posłaniec niespokojnie przestępował z nogi na nogę. - Gdzie on jest? U Gliicków na plebanii? - zapytałam szybko, ściągając jednocześnie chustę z haka obok drzwi. Johann żyje, ale być

może przeżyje jeszcze tylko tę jedną noc! Nagle zawstydziłam się swo­ jego głupiego zadurzenia w Johannesie. Mój mąż zawsze okazywał mi dobroć i cierpliwość. Powinnam więc chociaż potrzymać go za rękę, gdy będzie umierał. Mężczyzna pokręcił głową. - Nie, plebania już od dwóch dni, od początku walk, jest przepełniona rannymi. T a m jest naprawdę strasz­ nie! Wszędzie wijące się ciała, bardziej martwe niż żywe. Żona pastora widziała Johanna Trubacha w szpitalu w ratuszu. Zastanowiłam się przez chwilę. Ratusz znajdował się po drugiej stronie miasta. To długa droga, tym bardziej niebezpieczna, gdy wszę­ dzie są rosyjscy żołnierze, którzy pomimo zakazu wydanego przez generała Szeremietiewa gwałcą każdą kobietę, czy to dziesięcioletnią dziewczynkę, czy bezzębną staruszkę. Posłaniec u moich drzwi zaczął odchodzić. - Muszę już iść. Jak na mój gust za dużo tu Rosjan. Chciałbym jeszcze trochę pożyć... Jeśli nie dotrzesz tam dziś wieczorem, on umrze. Jest zbyt słaby i stracił za dużo krwi, żeby przetrwać tę noc. Muszę j u ż iść - powiedział ponownie z naciskiem. A potem zniknął. Słyszałam jego kroki na schodach pro­ wadzących na garnizonowy dziedziniec. Nie wahałam się ani chwili. Jeśli teraz nie pobiegnę do Johanna, całe życie będę się czuła wobec niego winna! Miałam na sobie tylko długą lnianą spódnicę i tunikę bez rękawów, której dekolt podczas długich samotnych wieczorów pokryłam delikatnym kwiatowym haftem. Chciałam, żeby Johann ten ostatni raz widział mnie piękną i czystą. Związałam więc mój najlepszy pasek i szybko upięłam włosy w gruby węzeł. Potem osłoniłam głowę i ramiona wielką, ciemną chustą w kwiaty. Johann podarował mi ją tuż przed wyruszeniem w bój. Jeśli szybko pobiegnę z pochyloną gło­ wą i Bóg mnie ochroni, powinnam dotrzeć do ratusza, zanim Johann umrze. Byłam mu to winna. Ulice Marienburga były puste. Wciąż unosił się nad nimi zapach pro­ chu i śmierci, a temu ostremu odorowi towarzyszyły wódczane opary. Rosyjscy żołnierze świętowali swe zwycięstwo. Światło dnia ustępo­ wało właśnie bladej poświacie nocy. Biała noc była w tym momencie

niczym przekleństwo. Wszystko wokół mnie było piekielnie jasne, mo­ głam więc tylko przemykać od ściany do ściany, żeby nikt mnie nie zobaczył. Wszystkie ulice nosiły ślady walki i wystrzałów rosyjskich armat. Musiałam ostrożnie stawiać każdy krok, żeby nie upaść. Gdy tylko się dało, biegłam, najszybciej jak potrafiłam, schylona za dymią­ cymi gruzami, przez puste uliczki, żeby nadrobić stracony czas. Serce dudniło mi w piersiach, a ja kurczowo otulałam się chustą. Nie chcia­ łam nawet myśleć o tym, co stanie się ze mną, jeśli złapią mnie Rosja­ nie. W końcu poznałam okolice ratusza. Tam, za najbliższym rogiem, rozciąga się szeroki, brukowany plac przed potężnym kamiennym bu­ dynkiem, w którym teraz umiera Johann. Przytuliłam się do ściany jakiegoś domu, żeby się rozejrzeć. Wszę­ dzie wokół panowała cisza. Głęboko zaczerpnęłam powietrza, żeby przygotować się do biegu przez plac i w tym samym momencie gwał­ townie odciągnięto mnie do tyłu. - A kogo my tu mamy? Ku swemu przerażeniu ujrzałam trzy wykrzywione twarze rosyj­ skich żołdaków. Mieli brudne i obdarte mundury, braki w uzębieniu, a ten, który trzymał mnie za ramię, miał na oku podartą opaskę. Jego włosy kleiły się od krwi i brudu. Wszyscy trzej koszmarnie cuchnęli potem i innymi obrzydliwymi wydzielinami. - Puść mnie! Zabierz ode mnie swoje brudne łapska! Muszę iść do szpitala! - ofuknęłam go, próbując wyrwać się z uścisku. - Do szpitala? Jesteś siostrą czy markietanką, moja piękna? W ta­ kim razie m a m coś, o co możesz zadbać - roześmiał się obleśnie i przy­ cisnął moją dłoń do swojego krocza. Krzyknęłam z odrazą. - Muszę przyznać, że jesteś najładniejsza ze wszystkich dziewcząt, które dorwa­ łem w tej dziurze. A żadna z nich się nie skarżyła. - Wykonał jedno­ znaczny gest i znów się roześmiał. Przycisnął mnie plecami do surowej drewnianej ściany. Chusta zsunęła się ze mnie i kilka drzazg wbiło mi się w skórę ramion. Ponow­ nie krzyknęłam. - Cholera, trzymaj tę dziką kotkę, chcę ją mieć pierw­ szy. Ja pierwszy ją zobaczyłem - warknął, przyciskając moje zwinięte w pięści dłonie do ściany. Przysunął swoją wykrzywioną śmiechem

twarz do moich ust. Ugryzłam go w wargę najmocniej jak potrafiłam. Cofnął się i otarł krew z ust. - Do diabła! Ta wiedźma mnie ugryzła! Czekaj, zapłacisz mi za to! - Tak mocno uderzył mnie w twarz, że na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami. Brutalnie zdarł ze mnie spódnicę, a jeden z jego kamratów chwycił mnie od tyłu za biodra i wypchnął je do przodu. Spodnie żołnierza wisiały mu już u kolan, a on wsunął we mnie trzy palce. Zawyłam z bólu, a on tylko się roześmiał. Potem wsunął się we mnie jednym, gwałtownym ruchem. Ten, który trzymał mnie od tyłu, odchylił moją głowę i wsunął mi swój cuchnący język do gardła. Po­ czułam jego dłonie na pośladkach. Krzyczałam tak długo, aż straciłam głos. Zatraciłam się w bólu i wiedziałam, że to ostatnie chwile mojego życia. Umierałam tak, jak zapowiedziała to Elżbieta Rabe: zgubiona i zepsuta. Liczyłam tylko na to, że Bóg okaże mi swą łaskę i pozwoli szybko umrzeć. Moja dusza była j u ż gotowa, żeby opuścić me ciało. W tym momencie usłyszałam przez mgłę łez, krwi i bólu, jak trzeci łajdak woła: - Uwaga! Straż konna! Z tymi słowy zwiał tak szybko, jak pozwoliły mu na to jego kabłąkowate, tatarskie nogi. Dwaj pozostali krzyknęli, gdy żołnierz na koniu przeciągnął po nich pejczem. Mężczyzna zsunął się ze mnie i zostałam odepchnięta na bok. Widziałam, jak inny żołnierz dwukrotnie zdzielił pięścią mojego dręczyciela. Ten jęknął i opadł na kolana. Wcisnęłam się w jakiś kąt, żeby uniknąć ciężkich kopyt drobiących nogami i par­ skających koni. Żołnierz z pejczem podciągnął obu łajdaków do góry i z potężnym trzaskiem zderzył ich głowy. - Baczność przed marszałkiem polnym Borysem Piotrowiczem Szeremietiewem, łapserdaki! Wiecie, że za gwałt grozi chłosta i galery? Obaj mężczyźni zataczali się po potężnym ciosie, próbowali jed­ nak przybrać odpowiednią postawę przed wysoką postacią na koniu. Otarłam łzy i smarki z twarzy i odgarnęłam potargane włosy. W mięk­ kim świetle dostrzegałam tylko zarys jeźdźca, nie widziałam jednak jego twarzy. A więc to był generał Szeremietiew, legendarny rosyjski bohater wojenny!

Mój dręczyciel miał jeszcze czelność powiedzieć: - Każdy może podać się za Szeremietiewa. Ciekawe, co generał miałby robić w tych cuchnących zaułkach? Dawno j u ż siedzi w namiocie Mienszykowa i świętuje! Pośród żołnierzy zapadła na chwilę cisza. Wszyscy patrzyli na mężczyznę, który siedział wyprostowany w siodle. Miał na sobie błysz­ czący napierśnik i obszytą futrem opończę, sięgającą mu kolan i spiętą na piersi złotą broszą z czyimś wizerunkiem. Jego pierś opinała także jasnoniebieska szarfa. Miał obcisłe skórzane spodnie i buty sięgające za kolana. Jego głowa była goła, a twarz ogolona. Pozwolił swojemu niespokojnemu rumakowi okręcić się wokół, po czym powiedział do żołnierza trzymającego mojego napastnika: - Utnij mu język. Bierzcie też tego drugiego i tamtego, który zwiał j a k zając. Trzydzieści razów dziewięciorzemienną nahajką dobrze im zrobi. Adiutant nie zwlekał ani chwili. Sięgnął po sztylet, otworzył char­ czącemu nieszczęśnikowi szczękę, wyciągnął mu język z ust i odciął go j e d n y m ruchem. A potem rzucił mu go pod nogi. - Masz, jeśli przeżyjesz chłostę, będziesz go mógł sobie upiec na kolację na pamiątkę nieposłuszeństwa, jakie okazałeś generałowi! Gdybym to ja decydował, odcięlibyśmy ci też fiuta! Mężczyzna opadł na kolana i głośno zawył. Krew płynęła z jego ust, a we mnie ten widok wywołał głębokie zadowolenie. Teraz będzie wiedział, co to znaczy ból! Jeźdźcy wsiedli z powrotem na konie. Wte­ dy młody adiutant powiedział: - A dziewczyna? Nie możemy jej tu tak zostawić! Szeremietiew zawahał się. - Wstań, dziecko - rozkazał. Pozbiera­ łam jakoś swoje obolałe członki i podniosłam się chwiejnie. Krwawi­ łam i wstydliwie naciągnęłam krótką tunikę na biodra. - Do diabła, co za świnie! - stwierdził generał i ku m e m u nie­ pomiernemu zdziwieniu zsiadł z konia. Przestałam widzieć cokolwiek poza jego wysoką postacią, która szła ciemnym zaułkiem w moją stro­ nę. Odsunął mi włosy z twarzy. A potem objął moją głowę obiema rę­ kami i uniósł moją twarz w stronę białego nocnego nieba. Zaklął cicho i ściągnął swoją opończę. Jak we śnie poczułam, że owija mnie mięk-

ką, ciemnozieloną materią, a delikatne futro głaszcze mnie po twarzy. Podprowadził mnie do swojego konia. Potem sam na niego wsiadł i rozkazał adiutantowi: - Pomóżcie jej. Jest ranna i za słaba, żeby m o ­ gła sama wsiąść. A jeśli chodzi o tych trzech łajdaków, pięćdziesiąt ra­ zów dziewięciorzemienną nahajką. Dwadzieścia pięć w tyłek! Potem wciągnął mnie na konia i usadowił przed sobą w siodle. Poczułam na policzku szorstki materiał jego munduru. Znów zaczęłam płakać. Obaj moi dręczyciele błagali o litość, lecz adiutant tylko prze­ jechał po nich kolejny raz pejczem. Szeremietiew otulił mnie mocniej swoją opończą i powiedział: - Trzymaj się mocno, dziewczyno. W r a ­ camy do obozu. Wtedy straciłam przytomność. Bóg znów pozwolił mi dalej żyć. Ktoś delikatnie klepnął mnie w policzek i uniósł mi nogi, żeby krew napłynęła do głowy. Gdy otworzyłam oczy, ujrzałam przyjazną, zatro­ skaną twarz. Nie wiedziałam, kim jest ten młody człowiek, ani gdzie jestem. Wsunął mi rękę pod szyję i przetarł czoło pachnącą alkoholem chustką. - Pamiętasz, jak masz na imię? Jak się nazywasz? Pamiętasz, jak się tu znalazłaś? Powoli skinęłam głową. - Marta... - wymamrotałam. - Żołnie­ rze... Ale Johann jest przecież w szpitalu... - Mówiłam po niemiecku, a on patrzył na mnie, nic nie rozumiejąc. Nagle pamięć mi wróciła i po­ rwała mnie fala bólu. Młody mężczyzna ponownie otarł mi czoło. - Jesteś w namiocie marszałka polnego Szeremietiewa. Uratował cię w Marienburgu, gdy... Z trudem uniosłam dłoń. - W i e m - powiedziałam po rosyjsku. Naprawdę nie miałam ochoty, żeby przypomniano mi to straszne wydarzenie. Ostrożnie popatrzyłam w dół. Młody adiutant powiódł wzrokiem za moim spojrzeniem i zaczerwienił się aż po same uszy. Domyśliłam się, że to on zatamował krwotok i owinął w tymczasową spódnicę z derki. Wciąż miałam na sobie haftowaną tunikę, lecz była podarta na ramionach i plecach. Leżałam na łóżku polowym na opoń­ czy, w którą opatulił mnie Szeremietiew. Usiadłam i naciągnęłam ją

na ramiona. Miękkie futro przyjemnie gładziło moją poranioną skórę. Zakręciło mi się w głowie, lecz adiutant od razu mnie złapał. - Marszałek zaraz nadejdzie. Czy chcesz coś zjeść, żeby nabrać kolorów? Chciałby zobaczyć cię zdrową i silną! - powiedział. Było mi obojętne, jaką Rosjanin chce mnie widzieć, lecz umiera­ łam z głodu, więc skwapliwie przytaknęłam. Młody człowiek roześmiał się zadowolony i wybiegł z namiotu. Gdy uniósł płachtę z ciężkiego, woskowanego płótna, do namiotu wdarło się cieple wrześniowe słoń­ ce. Musiałam przespać całą noc i pół dnia! Kilka pyłków kurzu zawiro­ wało nade mną, a ja, niemal oślepiona, zacisnęłam powieki. Podparłam się na łokciach i rozejrzałam po wnętrzu namiotu. Na ziemi leżały grube i bogato zdobione dywany, nałożone krawędziami je­ den na drugi. Ten, kto tu mieszka, nie chodzi ani po ziemi, ani po trawie. Pochyliłam głowę. Wzory na dywanach przypominały mi towary w skła­ dzie Wasyla. W niektórych miejscach, tam, gdzie tkaczka położyła sobie dywan na kolanie, widać było wypukłości. Poza tym namiot urządzony był bardzo skromnie. W kącie stał długi rozkładany stół, na którym do­ strzegłam mnóstwo porozrzucanych map lądów i mórz. Przy stole stały trzy krzesła. Na jedno z nich niedbale zarzucono lśniącą futrzaną narzu­ tę. Obok łóżka polowego, na którym leżałam, stała ciężka komoda z że­ laznym zamkiem. Zasuwa była zasunięta, a kłódka zamknięta. Na pod­ łodze obok mojego łóżka stał stoliczek z resztkami jedzenia. Czy ktoś jadł tutaj, siedząc przy mnie, gdy spałam? Przechyliłam się przez brzeg leżanki i obwąchalam je niczym szczeniak. Potrawy pachniały świeżoś­ cią. W mosiężnym kubku zostało kilka łyków wina, a na drewnianym ta­ lerzu leżał kawałek białego chleba z kminkiem i resztki pieczonej kury. Choć mięso było zimne, czułam zapach chrupiącej, tłustej skórki. To było zbyt wiele dla mojego osłabionego, wygłodniałego ciała. Nie mo­ głam już dłużej czekać na młodego adiutanta. Ostatnio w Marienburgu zapasy prawie się skończyły, gdyż wszelką dostępną żywność dostarcza­ no do obozu Rosjan. Cały czas żywiłam się jedynie odrobiną warzyw, kleikiem owsianym i kwaśnym chlebem, a piłam wodę albo czaj. Łapczywie wypiłam więc wino do końca i zjadłam chleb, z roz­ koszą rozgryzając ziarenka kminku. Zębami rozrywałam miękkie, bia-

}e mięso pieczonej kury. Nie traciłam czasu na żucie, tylko wszystko jednocześnie wpychałam sobie do ust. Nic dziwnego, że niemal zakrztusiłam się na śmierć, gdy od strony wejścia do namiotu dobiegł do mnie czyjś śmiech. Uniosłam głowę. Wokół ust zebrały mi się okrusz­ ki, w ręku trzymałam pół kurzego udka, a twarz miałam czerwoną od kaszlu. Przede mną stał Borys Piotrowicz Szeremietiew, zdobywca Ma­ rienburga. Miał na sobie długi czarny płaszcz z wyhaftowanym białym lśniącym krzyżem. - Masz apetyt, dziewczyno! To dobry znak. - Wziął ze stołu z ma­ pami butelkę wina. Napełnił trzymany przeze mnie kubek aż po brzeg. - Proszę. To pomaga. I w tym, żeby wyzdrowieć, i w tym, żeby zapo­ mnieć. Możesz mi wierzyć. Przysunął sobie jedno z krzeseł do mojego łóżka i wyciągnął nogi. Nogawki jego spodni były wąskie i uszyte z niemal tak ciemnego ma­ teriału jak jego płaszcz. Sznurowane przez całą goleń buty lśniły mimo obozowego błota. Ukradkiem przypatrywałam się jego twarzy. Wydał mi się bardzo stary. Włosy na skroniach miał białe, a zniszczona, po­ marszczona twarz przypominała suchą, spękaną ziemię podczas na­ szych bałtyckich lat. Mial duży nos, zakrzywiony niczym u drapieżne­ go ptaka oraz pełne, wyrażające zdecydowanie usta. Uznałam, że ma przyjemny wygląd. Młody adiutant wrócił do namiotu z kurą, chlebem, marynowa­ nymi warzywami i piwem. Szeremietiew wziął kawałek kury z mojego talerza i jedliśmy w milczeniu. Od czasu do czasu spoglądaliśmy na siebie. Dopiero gdy zaspokoiłam głód, popatrzyłam wprost na niego. - Dlaczego mnie uratowaliście, marszałku Szeremietiewie? Popatrzył na mnie w milczeniu. A potem wzruszył ramionami. - Nie wiem. To prawda, że już setki czy tysiące razy widziałem, jak moi ludzie robią z dziewczętami to, co z tobą. Może to był ten jeden raz za dużo? A może spodobałaś mi się, choć byłaś zakrwawiona i blada j a k śmierć? Kto wie? To się dopiero okaże. Chciał pogładzić mnie po twarzy, lecz ja mimowolnie się uchy­ liłam. Roześmiał się krótkim i, j a k mi się zdawało, pełnym goryczy śmiechem. - Dziewczyno, nie bój się. Szeremietiew jeszcze nigdy nie

zmusił żadnej kobiety do czegoś, co by jej się nie podobało. Jak ty się w ogóle nazywasz? Zawstydziłam się swojego lęku. Gdyby nie on, byłabym już mar­ twa, a moje zhańbione i poszarpane ciało leżałoby w jakimś ciemnym zaułku. - Marta - szepnęłam i mocniej naciągnęłam na ramiona jego zieloną opończę. - Pośpij teraz, Marto. A potem zobaczymy, co dalej - powiedział przyjaznym tonem, zamierzając wstać. W tym momencie czyjaś ciężka dłoń przytrzymała go na krześle. Oboje nie zauważyliśmy, że do namiotu wszedł wysoki jasnowłosy mężczyzna. Promienie słońca, które wpadły za nim do środka, odbiły się od złotych, wysadzanych klejnotami pierścieni, które nosił na każ­ dym palcu. Adiutant wyprostował się do granic możliwości. Szeremie­ tiew drgnął i gwałtownie odwrócił się z ręką na sztylecie, lecz po chwili z powrotem opadł na krzesło. - Mienszykow! Czego jeszcze chcesz? Przecież wszystko j u ż omó­ wiliśmy - westchnął. Jasnowłosy mężczyzna roześmiał się i oparł drugą dłoń na ramie­ niu marszałka, wciskając go w krzesło. - Tak? To czemu wciąż kręcisz się po okolicy w tym przebraniu, Borysie Piotrowiczu? Wiesz przecież, jak mnie to irytuje! - Spojrzał z pogardą na czarny płaszcz z wielkim białym krzyżem, który lśnił w słabym świetle wnętrza namiotu. Szeremietiew roześmiał się tylko. - I właśnie dlatego go noszę, Aleksandrze Danilowiczu! Tylko po to, żeby pokazać ci, że są różnice, które będą istnieć zawsze, bez względu na carską laskę! Jednym ruchem uwolnił się z uścisku Mienszykowa, wstał i spo­ kojnie na niego popatrzył. Był o głowę niższy od gościa, lecz j e g o wy­ prostowana postać wręcz promieniowała godnością. Mienszykow za­ czerwienił się z wściekłości. Spluną! wprost pod nogi Szeremietiewa. Zerknęłam dyskretnie na adiutanta. Widać było wyraźnie, że nie wie, jak się zachować. Lecz Mienszykow znów się uśmiechnął i odpowie­ dział: - Phi! Daruję ci ten wybryk. Myślisz, że chciałbym należeć do takiego zakonu j a k maltański? Mięczaki z ośmioma przodkami szla­ chetnej krwi, która płynie w ich zwiotczałych żyłach! Tak naprawdę

nie gardzą ludźmi takimi jak ja, lecz się ich boją! Sam doszedłem do wszystkiego. Nie muszę wywieszać sobie krzyża na tyłku, żeby umieć znaleźć swoje jaja i fiuta, możesz mi wierzyć! Borys Piotrowicz tylko się na to roześmiał. - Zawsze rozbawia mnie to, Aleksandrze Daniłowiczu, jak łatwo cię obrazić. Musisz na­ uczyć się lepiej nad sobą panować. To pierwsza cecha książąt. Mienszykow mruknął coś niezrozumiałego na temat tej lekcji książęcego zachowania i trzepnąl Szeremietiewa lekko w głowę. Nie kontynuował sporu, powiedział tylko: - Daj mi lepiej coś do picia, za­ miast gadać głupoty. Mówiąc to, usiadł na krześle, na którym wcześniej siedział Sze­ remietiew. Pochylił się w stronę talerza z kurą, po czym popatrzył mi prosto w oczy. Ze zdumieniem, j a k mi się zdawało. - Szeremietiew! Dziewczyna w twoim namiocie! Na zepsutą duszę regentki Zofii, oby diabeł j u ż zawsze trzymał ją w swoich szponach! To się jeszcze nie zdarzyło. Czy wspomnienie twej starej i pomarszczonej małżonki ulotniło się wreszcie po dwóch latach kampanii? Mimowolnie mocniej otuliłam się opończą Szeremietiewa i skrzy­ żowałam ramiona. Sposób, w jaki Mienszykow zmierzył moją twarz i biust swymi niebieskimi oczami o szelmowskim błysku, wcale mi się nie podobał. Szeremietiew nie zareagował na bezczelność Mienszykowa, tylko zaczął przeglądać mapy. - Zostaw te mapy, te twoje i tak nadają się tylko na podpałkę, Bo­ rysie Piotrowiczu! Prześlę ci kilka z mojej biblioteki. Wiesz przecież, że m a m najlepsze mapy na świecie. - Zbytek łaski, Aleksandrze Daniłowiczu - odparł drwiąco mój wybawca. - Zastanawiam się tylko, po co ci te wszystkie mapy, skoro nie potrafisz czytać? Mienszykow skupił już jednak całą swoją uwagę na mnie. Skubnął opończę, którą mocno się opatuliłam. - Jak się nazywasz, dziewczyno? Skąd oni cię wzięli? Zdejmij opończę, żebym mógł cię zobaczyć. Wyda­ je mi się, że piękna z ciebie kobieta! Po tym, co przydarzyło mi się w Marienburgu, jego pycha i aro­ gancja wywołały we mnie zupełnie nowe odczucie. Postanowiłam, że

wolę być biedną dziewczyną, bez rodziny i środków do życia, lecz ża­ den mężczyzna nigdy j u ż nie będzie o mnie decydować. Popatrzyłam mu więc prosto w oczy i odparłam buńczucznie: - A kim ty jesteś, że tak sobie tu wchodzisz i gapisz się na mój biust? Przez chwilę w namiocie panowała kompletna cisza. Rzuciłam okiem na mojego dobroczyńcę i spostrzegłam, że uśmiecha się sponad map, które z wielkim zapałem studiował. Natomiast stojącemu za nim adiutantowi aż zaparło dech z przerażenia. Twarz miał tak czerwoną jak jabłka, które zbieraliśmy późnym latem. Mienszykow otworzył usta ze zdumienia. A potem odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Gdy j u ż trochę się uspokoił, otarł sobie łzę z kącika oka. - Nieźle! Ta niedomyta chłopska córka bez imienia pyta mnie, kim jestem! - Bardzo dokładnie się umyłam i m a m na imię Marta - odparłam spokojnie. Spojrzał na mnie i pochylił się do przodu. - A ja, Marto, jestem Aleksander Daniłowicz Mienszykow, tak j a k powiedział Szeremietiew. Jestem najpotężniejszym wśród potęż­ nych, zaraz za carem Piotrem, panem wszystkich Rosjan, a wkrótce też wszystkich Bałtów. Jestem jego oddanym przyjacielem i najwierniej­ szym pomocnikiem! - Który z największym oddaniem i wiernością napycha własną kabzę! - rzucił z tyłu Szeremietiew. Mienszykow udał, że nie słyszy. Pogładził mnie po włosach, owi­ nął sobie ich kosmyk wokół palca i powąchał go. - Hm... Ładnie pachniesz. Świeżo, tak jak lubię. I jaką masz długą szyję! I wyglądasz na taką, która dużo zniesie. Dokładnie tego potrzeba mi tu, w polu. Szeremietiew spojrzał zdumiony znad map. Chyba się przesłysza­ łam! Mienszykow dostrzegł nasze przerażenie i znów się roześmiał. Najwyraźniej ucieszył go efekt jego własnych słów. Wstał i klepnął mnie w pośladek. - Szeremietiew, przyślę później do twojego namiotu adiutanta z mapami. Przyprowadzi mi dziewczynę. Sama nie przeszłaby jednego

kroku wśród tej dzikiej bandy! Może spać z Darią w kącie. Jakoś to bę­ dzie, jeśli tylko nie zaczną się tłuc. Nie znoszę bójek między kobietami. Chyba że odbywają się w błocie pod gołym niebem - dodał, uśmiech­ nął się bezczelnie i wyszedł z namiotu. Tak mocno cisnął za sobą plan­ dekę, że ta kilka razy uderzyła o słup, na którym była zawieszona. Z trudem przełknęłam ślinę i ponownie spojrzałam na Szeremie­ tiewa. Popatrzył mi w oczy i wzruszył ramionami. Gdy się odezwał, w jego głosie słychać było smutek. - Przykro mi. Tak j a k powiedział, jest najpotężniejszym z potężnych. Tuż za naszym carem. Nic nie po­ radzę, skoro cię chce. Pośpij teraz trochę, a potem zorganizujemy ci jakieś ubranie, zanim będziesz musiała odejść. - A l e j a nie chcę! M a m dosyć tego, że niczym męska zabawka j e ­ stem przerzucana to tu, to tam! Jestem przecież człowiekiem! - mó­ wiąc to, dusiłam w sobie płacz. Mój głos powinien brzmieć tak mocno, jak mocne były moje odczucia. Szeremietiew popatrzył na mnie zdumiony. A potem powiedział: - Masz rację. Urodzić się kobietą, to kara sama w sobie. Cóż wy macie za życie! Prawdą jest też, Marto, że uroda ma swoją cenę. Lecz oznacza także władzę! Mienszykow zabierze cię do swojego namiotu. Czy wiesz, ile dziewcząt marzy o takiej okazji? Musisz nauczyć się, jak wykorzysty­ wać przypadki i szczęśliwy los. Powinnaś traktować swą urodę i atrak­ cyjność jako zestaw kart, którymi możesz przelicytować wyroki losu! Po tych słowach zamilkł, a potem się roześmiał. - Poza tym, jeśli Mienszykow okaże ci choćby najmniejsze zainteresowanie, Daria Arseniewa wydrapie mu oczy, a ciebie wybatoży. Możesz być pewna, że on zostawi cię w spokoju. - Kto to jest Daria Arseniewa? - zapytałam. - To niezbędny element każdej kampanii wojennej! Pochodząca ze starego rodu markietanka, a jednocześnie najlepsza przyjaciółka carówny Natalii, siostry Piotra. Muszę cię przed nią ostrzec, Marto. Zadbaj o to, żeby stała się twoją przyjaciółką, w przeciwnym razie po­ trzebować będziesz potężnych obrońców. Nie spuszcza Mienszykowa z oczu, a on wcześniej czy później się z nią ożeni. Choć każde z nich mogłoby znaleźć sobie bardziej chwalebną partię.

Nic nie odpowiedziałam, tylko w milczeniu skinęłam głową. Sze­ remietiew uśmiechnął się do mnie ostatni raz, a potem całą swoją uwagę skupił na mapach. Zapadłam w niespokojny sen. Śniłam jakieś koszmary, krzyczałam, kopałam i wiłam się na łóżku. Młody adiutant kilka razy musiał mnie przytrzymać. Gdy wieczorem przyszedł sekretarz Mienszykowa z obiecanymi mapami, miałam na sobie świeże, choć trochę przyciasne ubranie, i siedziałam czysta i umyta na polowym łóżku. Włosy miałam ucze­ sane z przedziałkiem i spięte w luźny węzeł. Skóra aż mnie piekła, tak mocno szorowałam ją podczas kąpieli. Chciałam zmyć z siebie wspo­ mnienie Marienburga i tamtych trzech łajdaków. Potem poczułam się jak nowo narodzona i wciąż prosiłam dziewczynę, która przynosiła mi gorącą wodę do dzieży, o kolejne porcje. Biedaczka biegała między kot­ łem na palenisku a moją dzieżą z tuzin razy. Zanim opuściłam namiot Szeremietiewa, odwróciłam się do słynnego zdobywcy Marienburga i powiedziałam spokojnym tonem: - Marszałku Szeremietiewie, nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie uczyniłeś. Zostaniesz za to wynagrodzony. Choć słowa te brzmiały dziwnie w ustach zhańbionej, biednej i obolałej dziewczyny, Szeremietiew skłonił się jednak i uśmiechnął. - Uczyniłem to z radością, Marto. Wdzięczność to w dzisiejszych cza­ sach rzadka cnota. Trzymaj się jej, a daleko zajdziesz. Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy. Wieczór był jasny. Gęste powietrze niczym klosz otulało położony w ot­ wartym polu obóz. Kwaśny odór czerwonki, potu, brudnej bielizny, gni­ jących ran, tłustego kapuśniaku i zimnych kłębów prochu wczepiał się w człowieka niczym pijawki ze stawów za naszą izbą. Wyglądało to tak, jakby obóz Rosjan rozciągał się aż do krańców równiny, sięgając tam, gdzie właśnie zaszło słońce. Żołnierze wylegiwali się w swoich brud­ nych, podartych mundurach pośród miękkiej trawy i gromadzili wokół obozowych ognisk, nad którymi wisiały ciężkie kotły. Wykrzykiwali do siebie słowa we wszystkich językach rosyjskiego imperium albo grali w kości, gdyż car zakazał wszelkich innych gier hazardowych, czyścili

broń, badali drobniejsze rany, wyjadali tłustą zupę za pomocą kawałka placka lub drewnianej łyżki i wypijali litry piwa i kwasu, których spore ilości przydzielano im wieczorem w owych dniach tuż po zwycięstwie. Przestraszyłam się, gdy ujrzałam wśród nich znajomą twarz. To była mateczka Natalia, której tamtej pamiętnej nocy popsułam ubicie inte­ resu z woźnicą! Przytyła jeszcze bardziej, lecz swoje dziewczęta nadal trzymała mocną ręką. Po szwedzkich grenadierach teraz udostępnia­ ła je rosyjskim żołnierzom za sporą część ich żołdu. Widziałam, j a k mała, bezczelna Tatarka dobija targu z jakimś żołnierzem. Straciła już wszystkie zęby, a na jej szyi wybrzuszały się ropne krosty. Brudna suknia wisiała jej na żebrach, a dekolt wypełniało jedynie powietrze. Pomimo gorzkich wspomnień z domu uciech w Marienburgu przez chwilę czułam dla tych dziewcząt współczucie. Przecież sama mogłam tak skończyć! Aż do śmierci miały prowadzić ten swój nędzny żywot. M i m o to celowo trzymałam spuszczoną głowę, kiedy je mijałam. W o ­ lałam oszczędzić sobie takiego spotkania. Obejrzałam się w kierunku miasta. Pola przed murami były cał­ kowicie stratowane i do szczętu ogołocone. Car musiał jakoś wyżywić tysiące swoich żołnierzy! Wokół miasta nie było już ani grana* ziarna do zmielenia, ani jednej sztuki bydła do zarżnięcia, ani jednej kury do oskubania i ani jednego drzewa, z którego byłoby można zebrać owoce. Marienburg wciąż jeszcze stał, lecz ponad murami unosiły się gęste kłęby dymu. Płonął garnizon, a płomienie lizały już otaczające go niskie drewniane domki, które przetrwały szturm. Ogień widać było w całym mieście. Pomimo zapadających ciemności - pora jasnych nocy właś­ nie się kończyła - z miejskiej bramy wciąż wylewała się rzeka ludzi obładowanych tobołami i węzełkami. Zamożni mieszkańcy opuszczali miasto wraz ze służbą, załadowawszy swój dobytek na ciągnięte przez woły i muły wozy. Ubodzy, kalecy i wyrzutki Marienburga kuśtykali za nimi, ściskając swój niewielki dobytek pod pachami. Czy gdzieś wśród tej ciżby byli państwo Gliickowie? Przecież ręce cara sięgają wszędzie, gdzież oni chcą się przed nim skryć? Skierowałam wzrok prosto przed siebie. *

Gran - j e d n o s t k a masy stosowana w

XVI-XVIII

wieku, odpowiednik 0,835 grama.

Sekretarz Mienszykowa bez słowa prowadził mnie przez obozo­ wisko pełne żołnierzy. Trzymałam się prosto i zachowywałam tak, j a k b y m nie słyszała żartów i gwizdów mężczyzn obozujących po pra­ wej i lewej stronie naszej drogi. Każdy krok wciąż sprawiał mi ból po tym, co stało się w nocy w Marienburgu. Czułam się tak, jakby roz­ szarpały mnie nasze bałtyckie zimowe wilki i miałam nadzieję, że moi dręczyciele umrą pod batem. Pięćdziesiąt razów dziewięciorzemienną nahajką, tego nikt nie przeżyje. Wiedziałam o tym równie dobrze jak Szeremietiew. W końcu dotarłam do namiotu Aleksandra Daniłowicza Mien­ szykowa. Dobrze zapamiętałam sobie słowa, którymi mnie pożegnał Szeremietiew. Nasiąknęłam nimi niczym gąbka, którą podczas kąpieli umyłam swoje ciało. Namiot Mienszykowa stał jasno oświetlony na tle bladej poświaty zmierzchu. Po prawej i lewej stronie wejścia wisiały pochodnie, z któ­ rych kapała smoła. Na warcie stało dwóch żołnierzy z ustawionymi na sztorc bagnetami. Obaj wyprostowali się na baczność, gdy ich mijali­ śmy. Mój przewodnik uniósł zasłonę, a ja przystanęłam zaskoczona. Jakaż panowała tam obfitość! Młody człowiek dał mi znak, że m a m tutaj poczekać, a sam zniknął w sąsiednim namiocie, połączonym przejściem z pomieszczeniem, w którym stałam. To tamtego wieczoru i w tamtym namiocie po raz pierwszy w życiu ujrzałam naprawdę pięk­ ne przedmioty. Oczywiście miałam skromne wymagania, dla mnie już Wasyl żył w raju pełnym bogactwa i obfitości. Lecz szybko się uczyłam. Pomimo mniej rzucającego się w oczy dobrobytu Gliickowie także wie­ dzieli, jak dobrze żyć, a komfort i ciepło ich domu sprawiły, że uwrażli­ wiłam się na przyjemności i urodę życia. Nigdy więcej nie chciałam j u ż być tak beznadziejnie biedna jak wtedy, gdy jako młoda dziewczyna mieszkałam ze swoją rodziną w Kreuzbergu. Wojna zatrzymała się u wejścia do namiotu Mienszykowa. Za­ miast prostych łóżek polowych stały tam łoża z ciemnego, błyszczą­ cego i bogato rzeźbionego drewna. Opierały się na pozłacanych zwie­ rzęcych głowach. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Zwierzęta te

miały mnóstwo włosów i sierści wokół głów. Ich paszcze były szeroko rozwarte i ukazywały ostre zęby. Łoża przykryte były miękkimi, haf­ towanymi narzutami i zarzucone bogato zdobionymi poduszkami ze złotymi chwastami i listewkami oraz lśniącymi, srebrzystymi futrami. Moje gołe i brudne po przejściu przez obóz stopy zapadały się w grube, miękkie dywany. Mienszykow, podobnie jak Szeremietiew, miał w na­ miocie biurko, lecz tutaj stały na nim obok wysokich i lśniących złotem świeczników karafki z ciętego szkła i mnóstwo misek z pachnącymi miodem ciastkami i świeżymi owocami. Przed miskami leżały mapy, o których wspominał Mienszykow. Niektóre były rozłożone, inne zło­ żone, zwinięte lub wciąż zapakowane w twardy papier. Podeszłam bli­ żej. W pokoju nauki Ernsta Gliicka widziałam już oczywiście mapy. Znałam przebieg Dźwiny i położenie niektórych miast. Gdy wybuchła wojna, pastor niczym głównodowodzący po każdej wieści o bitwie wbi­ jał szpilkę w miejsce danej wsi lub miasta. Na mapach Mienszykowa leżał złoty piórnik ze świeżo zaostrzonymi piórami. Kałamarz obok był otwarty. Uniosłam piórnik, obróciłam go w palcach i przytknęłam so­ bie do nosa. Świeży inkaust pachniał uczonością. Taki złoty piórnik wystarczyłby mojej rodzinie na przeżycie pięciu lat, a ojciec nie mu­ siałby nawet ruszyć palcem. Spokojnym gestem odłożyłam go z powro­ tem na blat biurka. W tym momencie poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Ostrożnie popatrzyłam w górę i napotkałam nieruchomy, uchwy­ cony farbą i olejem wzrok jakiegoś mężczyzny. Nad biurkiem Mien­ szykowa wisiał portret. Przestraszona cofnęłam się o krok. Wizerunki ludzkich twarzy znałam dotąd tylko z ikony świętego Mikołaja, która wisiała w naszej izbie i obrazu Świętej Trójcy z kościoła Ernsta Gliicka. Lecz w przypadku tego portretu nie chodziło o świętego, tylko o czło­ wieka z krwi i kości. Przeraziłam się, bo czyż nie była to obraza boska? Wyglądał tak prawdziwie. Przedstawiał ciemnowłosego mężczyznę o twarzy okrągłej, lecz wyrazistej. Jego promienne błękitne oczy pa­ trzyły przenikliwie wprost na mnie, jakby obserwował mnie od chwili, gdy weszłam do namiotu. Oczy w zdumiewający sposób kontrastowały z ciemnymi, łukowatymi brwiami. Były niemal czarne, podobnie jak

jego włosy i elegancki wąsik przycięty na niemiecką modlę. Nos mógł wydawać się odrobinę za duży, lecz ładnie zarysowane usta kompenso­ wały ten defekt. To był przystojny mężczyzna. Miał na sobie napierśnik i naramienniki ze srebra i złota, biały płaszcz i błękitną szarfę. Jedną rękę opierał na mieczu, a drugą władczym gestem obejmował hełm z czerwonym pióropuszem nad przyłbicą. W rogu obrazu namalowano rosyjskiego dwugłowego orła. Widziałam go na tysiącach sztandarów powiewających pod bramami Marienburga. Przechyliłam głowę, żeby lepiej przyjrzeć się portretowi. W tym momencie usłyszałam za sobą ostry, kobiecy głos. - No i j a k ci się podoba nasz car? Zarumieniłam się i pośpiesznie odwróciłam. Nie chciałam, żeby przyłapano mnie na bezwstydnym gapieniu się. Jak nazywała to Ka­ rolina Gliick? Grzechem ciekawości. Jednocześnie aż zachłysnęłam się ze zdumienia. Nie myślałam, że mogą istnieć tak piękne i zadba­ ne istoty, jak kobieta, która właśnie przede mną stanęła. Mimowolnie schowałam jedną brudną stopę za drugą i poprawiłam wiązanie mojej przykrótkiej spódnicy z surowego lnu. Dostrzegła mój ruch i kącik jej pięknych, pełnych ust wygiął się z ironią. W jej oczach z pewnością wyglądałam jak wiejski głuptas, którym zresztą byłam. Ona miała dwa sznury pereł wplecione w gęste włosy pszenicznej barwy, które otulały jej nagie ramiona niczym etola. Była ubrana w suknię w stylu niemieckim uszytą z niebieskiego jedwa­ biu. Opinała jej ciało, ukazując krągłe i jędrne piersi niemal w całości. Zdumiona wpatrywałam się w małe znamię tuż obok sutka jej prawej piersi, która unosiła się i opadała przy każdym oddechu. Obeszła mnie powoli, uważnie mi się przyglądając. Przy każdym kroku rozsiewała wokół siebie zapach róż z jakąś cięższą, uwodziciel­ ską nutą, której nie umiałam nazwać. A potem j e d n y m ruchem zniszczyła cały swój urok. Wyciągnęła chusteczkę z wąskiego rękawa, obszytego przy łokciu koronką, i z prze­ sadnym obrzydzeniem przystawiła do swojego drobnego, ostro zagię­ tego noska. - Dziewczyno, ty cuchniesz oślim gównem i ulicznymi ściekami! Dobry Boże, i Mienszykow kazał cię sprowadzić do swoje-

go namiotu? Już zaczynałam się niepokoić, ale cóż, widząc to... Ha! A on chciał tylko utrzeć nosa temu staremu sępowi Szeremietiewowi. A może robiłaś do niego słodkie oczy? Wypowiadając ostatnie słowa, zbliżyła swą twarz do mojej, a jej niebieskie oczy niemal przewierciły mnie na wylot. W milczeniu po­ trząsnęłam głową. Może i cuchnę jak osioł, skoro tak twierdzi, może i m a m brudne stopy, lecz nie dam się jej zastraszyć. - Dobrze. Jeśli będziesz robić do niego słodkie oczy, każę ci je wyłupić. Mogę to zrobić. Mogę wszystko. To go bawi. Może nawet chciał­ by popatrzeć. Sprawiła mi przykrość. Ledwo znalazłam się w tym namiocie, a już zasypała mnie najgorszymi groźbami. Ta kobieta najwyraźniej nie była pewna swej pozycji u Mienszykowa. To, jakie relacje ich łączyły, było już dla mnie oczywiste. - Jesteś Daria Arseniewa? - zapytałam tylko. - Skąd wiesz, jak mi na imię, ulicznico? Jesteś zwykłą wieśniacz­ ką! - ofuknęła mnie, gromiąc spojrzeniem. Uśmiechnęłam się do niej. - Generał Szeremietiew opowiadał mi 0 tobie. Powiedział, że jesteś piękna i potężna, i że hrabia Mienszykow jest w tobie szaleńczo zakochany. Wyraz jej twarzy złagodniał i też się uśmiechnęła. - Masz dar sło­ wa, dziewczyno. Może wcale nie jesteś taka głupia. Pochodzisz z Ma­ rienburga? Jak się nazywasz? Jak trafiłaś do obozu? Zachęcającym gestem wskazała mi j e d n o z łóżek. Usadowiłyśmy się na nim wygodnie. Tak ułożyłam stopy, żeby nie pobrudzić narzut 1 futer. Opowiedziałam jej moją historię, nie wdając się jednak w szcze­ góły wydarzeń w Marienburgu. Słuchała mnie w milczeniu, sięgając od czasu do czasu po ciasteczka i owoce, które konsumowała z takim na­ maszczeniem i przyjemnością, że wyglądało to niemal nieprzyzwoicie. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, kotara oddzielająca sąsiednią część namiotu uniosła się i dołączył do nas Mienszykow. Natychmiast się wyprostowałam. Daria pozostała w pozycji półleżącej, niczym rozpieszczona kotka. Spojrzała na Mienszykowa zza zasłony swoich spuszczonych, jedwabistych rzęs.

- Ha, mamy więc j u ż u siebie znalezisko Szeremietiewa! Dziew­ czyna o imieniu Marta. Bardzo dobrze. Jak ci się ona widzi, Dario? - zapytał kochankę przekornym tonem. Leciutko wydęła różane usta i powiedziała do mnie, szturchając mnie delikatnie pod żebro. - Niezła. Może trochę za krzepka. - I co my teraz z nią poczniemy? - indagował dalej Mienszykow. - Uważam, że doskonale wpasuje się w twój kąt w namiocie. Będzie mogła spać w twoim łóżku, kiedy ty będziesz u mnie i w moim, kiedy... Ku mojemu zdumieniu Daria zerwała się zwinnie niczym wiewiór­ ka i mocno uderzyła Mienszykowa koronkową chusteczką w usta. Na­ prawdę! Mienszykow zamilkł, lecz jego twarz poczerwieniała z gniewu. Głos Darii brzmiał spokojnie, gdy mówiła: - Może pracować w pralni. Zawsze przyda im się dodatkowa para rąk. Wstałam i skłoniłam głowę. Zrozumiałam. Mam trzymać się z dala od Mienszykowa. Tylko tym się martwiła. Mienszykow zaczął prote­ stować, lecz Daria zaciągnęła go do sąsiedniego namiotu. Wychodząc, odwróciła się do mnie i posłała mi uwodzicielski uśmiech. - Do zobaczenia wkrótce, Marto. Niech pokażą ci pralnię. Spać możesz tutaj w głównym namiocie. Moja służąca przyniesie ci trochę ubrań. Dopasuje je też, jeśli będzie taka potrzeba. Ktoś inny dopasuje moje ubrania! Ukłoniłam się w podziękowa­ niu. Daria uniosła spódnicę, a ja ujrzałam malutkie haftowane panto­ fle, w których kryły się jej stopy. Nawet gdy wyszła, ciężki zapach róż wciąż unosił się w namiocie. I tak zostałam praczką. W dzień pracowałam w pralni, piorąc koszule generałów i szlachciców, których liczna rzesza uczestniczyła w kam­ panii. Już na wiele lat przed rozpoczęciem wojny północnej Piotr ka­ zał wdrażać synów starych moskiewskich rodzin do służby państwu. Teraz rozszerzono ją na służbę wojskową. Potomkowie najlepszych rosyjskich rodów wyciągali swoje długie nogi w obozie pod gorącym, bałtyckim słońcem. Służba, której car żądał od swych poddanych, była ciężka. Wielu z nich przez lata nie widywało swych rodzin i majątków, gdyż ogromne odległości nie pozwalały na krótkie wypady do domu.

Promienie późnoletniego słońca przyciemniły moją skórę i uczy­ niły ją jeszcze bardziej matową. Wiele nauczyłam się od Darii. To, jak się ubierała i jak się poruszała, a przede wszystkim to, jak obchodziła się z Mienszykowem, wciąż budziło moje zdumienie. Zdawało się, że lęk jest jej zupełnie obcy. A przy tym okazywała niezwykłą mieszani­ nę poddańczej łagodności, czystej bezczelności, prostackiego humo­ ru, niestałości i kapryśności. Mienszykow nigdy nie mógł być pew­ ny, czego może się po niej spodziewać w następnej kolejności. I to go przy niej trzymało! Mogłam też bez końca przysłuchiwać się, gdy udzielała mi rad dotyczących pielęgnowania urody. Na usta nakładała sobie wymieszany z miękkim woskiem miód, żeby zawsze były mięk­ kie i lśniące. Włosy płukała naparem z rodzimej rośliny, rumianku, a potem nacierała je sokiem z pewnego egzotycznego owocu, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Daria nazywała go cytryną, dzięki niej jej skóra była tak czysta i biała. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam ten podłużny żółty owoc, Daria namówiła mnie, żebym kawałek ugryzła. Roześmiała się dźwięcznie, gdy skrzywiłam się, czując kwaśny smak. Żeby mieć delikatną cerę, nakładała rano na twarz śmietankę, lecz tyl­ ko jeśli Mienszykowa nie było w namiocie, gdyż wyglądała wtedy jak zjawa. Poza tym pokazała mi cuchnącą szarą pastę, którą wytwarzano w położonym na południu mieście zwanym Wenecją. Ta pasta była tak droga, że Daria trzymała ją pod kluczem. Ja jednak nie odczuwałam potrzeby, żeby nałożyć sobie tę śmierdzącą papkę na skórę. Zresztą od jednej z pokojówek dowiedziałam się, że ona niszczy cerę. Starsze damy w Moskwie, które używały jej przez całe życie, skrywają ponoć pod welonami skórę przypominającą trędowatych trzymanych za mu­ rami miasta. Daria doradziła mi też, żebym zimne i zaczerwienione od pracy dłonie nacierała olejem, a włosy płukała piwem. I kto by pomy­ ślał, że dwa lata temu piwo widywałam jedynie od święta! Nie wolno było rozlać ani kropli, w przeciwnym razie ojciec sprałby nas na kwaś­ ne jabłko, a teraz płukałam sobie nim włosy! Moje największe zdumienie budziły jednak opowieści o życiu Da­ rii w pałacu Mienszykowa w Moskwie. Wyglądało na to, że bawiono się tam niemal codziennie. Nawet jeśli kalendarz dworu kremlowskiego

nie przewidywał żadnych atrakcji, zbierano się, żeby grać w zakaza­ ne karty, upijać się i tańczyć. Wojna i oddalenie mężów od Moskwy wzmagały wesołość dam. Daria powiedziała mi, że Piotr uwolnił kobie­ ty z tieremu i teraz chciał, żeby bawiły się i świętowały razem z męż­ czyznami. Chciał, żeby śmiały się, pachniały i zachowywały jak damy z Wersalu. Żadnych welonów i przebywania za zamkniętymi drzwiami! I nie nazywał ich j u ż bojaryniami, żonami bojarów, lecz za francuskim przykładem używano określenia „damy". Nic dziwnego, że wszystko to głęboko wstrząsnęło rodzimymi moskwianami. Za ubieranie się w tra­ dycyjne stroje groziła im kara, podobnie j a k za niezapewnienie synom wykształcenia czy zamykanie córek w tieremie. Na dodatek, jak powie­ działa Daria, przewracając z ironią oczami, car i Mienszykow ponoć na oczach wszystkich nabijali fajkę w trakcie nabożeństwa! Marzyłam, by kiedyś na własne oczy zobaczyć Moskwę! Bywały też chwile, w których Daria wydawała mi się smutna i rozbita. Czuła się wtedy rozdarta między wychowaniem w tieremie i życiem wy­ pełnionym zabawą, piciem, głęboko wyciętymi kreacjami i zmysłowymi rozkoszami. - Moskwa z mojego dzieciństwa już nie istnieje, Marto. To takie smutne. Pamiętam, jak pod koniec lata przenosiliśmy się na zimę z majątku ziemskiego do miejskiego pałacu. My, dziewczęta, siedziały­ śmy z matką i ciotkami w szczelnie zasłoniętym powozie i mogłyśmy tylko zerkać na ulice. Ale jakie to były ulice, mówię ci! Moskwa była wtedy cen­ trum świata! Widok tego miasta już z daleka zapiera ci dech w piersiach. Wydaje się, że zajmuje całą równinę. Setki kopuł i wież sięgają nieba. Wysokie kamienice sąsiadują z niskimi chatkami z drewna i gliny, stoją jedne obok drugich. Taki kolorowy chaos, a tamtejsi ludzie... Nigdzie nie ma tak silnej tradycji, obyczajów i życiowej energii jak w Moskwie! - Ale dlaczego nie ma j u ż Moskwy z twojego dzieciństwa, Dario? - zapytałam zdumiona. - A jakżeby inaczej, skoro car naprawdę chce zbudować nową sto­ licę? - zapytała mnie niemal ze złością. Byłam zupełnie zaskoczona. - Car chce zbudować nowe miasto? Tak po prostu? Z niczego? Przecież to niemożliwe. Gdzie? I kiedy? No i jak? Akurat teraz, w środku wojny?

Daria jakby nagle straciła rezon i burknęła tylko coś pod nosem, nic nie wyjaśniając. Nie pytałam już więcej o to tajemnicze miasto. Zrozu­ miałam jednak głęboką niepewność i rozdarcie, na jakie skazał swoich poddanych car Piotr. Skoro jego decyzje wywoływały lęk w najbliższym otoczeniu, a jego członkowie czuli się często obcy we własnym kraju, to jak miał się czuć kupiec z małego miasteczka albo chłop ze stepów? W namiocie Mienszykowa też nie można się było nudzić. Bawiono się tam każdego wieczoru i każdej nocy! A przecież co rano odbywała się msza dla książąt i generałów. Drugą odprawiano na powietrzu dla żoł­ nierzy. W swoim namiocie Mienszykow powiesił oprócz portretu cara także mnóstwo ikon, przed którymi goście kłaniali się i żegnali trzema palcami zaraz po wejściu. Jednak gdy wracałam po pracy do namio­ tu, zawsze witała mnie tam wesoła i już nieźle pijana kompania. Owa dzika radość pozwalała im odetchnąć od wojennych trosk i przyszłych trudności. Następnego dnia mogli zginąć, a Boga i świętego Mikoła­ ja jeszcze zdążą spotkać. Ponoć car wydał już rozkaz wymarszu, lecz wciąż nie wiadomo było dokąd. Muszę przyznać, że te radosne zabawy sprawiały mi ogromną ra­ dość. Nie potrzebowałam wiele snu i byłam w stanie wypić więcej al­ koholu niż którykolwiek z goszczących w namiocie Mienszykowa męż­ czyzn. Wieczory były długie, głośne i sprośne, wino, piwo i wódka lały się strumieniami. Tutaj nikt nie pił kwasu, to był napój dla ubogich. Karły robiły gwiazdy i ćwiczyły zapasy, eksponując swoje ułomne ciała, tresowane psy karmiły ludzi i przeskakiwały przez płonące obręcze, my, kobiety, przebierałyśmy się w męskie ubrania, a mężczyźni w na­ sze. Zdecydowanie wyglądałyśmy bardziej uwodzicielsko niż mężczyź­ ni w naszych sukniach! Włosy na ich piersiach psuły widok dekoltów, a szerokie ramiona rozsadzały wąskie rękawy. M i m o wszystko wiwa­ towałyśmy radośnie na ich widok. Lubiłam wkładać męskie ubrania. Wąskie, sięgające kolan spodnie i cienkie pończochy korzystnie pod­ kreślały krągłość moich bioder i długość moich nóg. Kto według Mienszykowa za mało pił podczas tych zabaw, był zmuszany do picia tak długo, aż niemal pękł. Jedna osoba otwierała

mu usta, a druga wlewała do gardła kolejny but piwa lub wódki. Mien­ szykow i pozostali głośno przy tym wiwatowali. Gospodarz wznosił toast za zdrowie kaszlącej i bulgoczącej ofiary i wołał: - Prawdziwy Rosjanin potrzebuje na pijaństwo dziewięciu dni! Trzy dni na upicie się, trzy dni na bycie pijanym i trzy dni na dojście do siebie! Klaskaliśmy i krzyczeliśmy rytmicznie: - Dziewięć, dziewięć, dziewięć! W międzyczasie upijany nieszczęśnik uciekał w objęcia nieświa­ domości i odnoszono go do jego namiotu. W takich zabawach uczestniczyli wszyscy, którzy liczyli się w obo­ zie: młodziutcy bojarscy synowie i starzy, dostojni książęta, których Piotr bezlitośnie posyłał na wojnę. Poza mną i Darią uczestniczyły w nich także inne kobiety, dziwki, które zostały w Marienburgu i ofe­ rowały swoje usługi rosyjskim żołnierzom, jak dziewczęta mateczki Natalii, a także kobiety, które towarzyszyły armii jako prawdziwe markietanki. Pod koniec naszego pobytu pod Marienburgiem dołączyła do nas siostra Darii, Barbara. Przybyła także z Moskwy siostra Mienszy­ kowa, Anna. Anna Mienszykowa z całą pewnością nie grzeszyła urodą. Rysy twarzy, które u jej brata wydawały się ujmujące i męskie, sprawiały, że jej oblicze było ordynarne i jakby zniekształcone. Na dodatek malowa­ ła się na moskiewską modłę, przez co na jej widok w pierwszej chwili można się było wręcz wystraszyć. Twarz pokrywała warstwą białego jak wapno pudru. Usta malowała cynobrem, a na policzkach kwitły dwie równie jaskrawe plamy. Brwi i rzęsy tonęły w czarnym tuszu. Przez to wszystko nie wiadomo było, jak jej twarz tak naprawdę wyglą­ da. Za to Anna Mienszykowa była zawsze wobec wszystkich uprzejma, ubierała się elegancko i chodziła bardzo wyprostowana, dzięki czemu gorset podnosił jej skromny biust. To była mądra kobieta. Pewnego wrześniowego wieczoru siedziałam z tymi trzema kobietami pod ciężką kotarą. W rosyjskim obozie przebywałam od miesiąca. Ro­ zeszła się niepokojąca wieść, że wkrótce zostanie zarządzony natych­ miastowy wymarsz. Tego wieczoru zebrało się niewiele osób, a pośród

gości wyjątkowo pojawił się Szeremietiew. Anna Mienszykowa dokład­ nie wytarła sobie palce po zjedzeniu plastra gęsiej wątróbki ze złotą skórką i kiści winogron, wypiła łyk ciężkiego piwa i zerknęła przez ra­ mię, żeby upewnić się, że nikt nas nie podsłuchuje. Potem powiedziała tajemniczym tonem: - Słyszałyście już o Annie Mons? Obie siostry Arseniewy wyciągnęły szyje, żeby nie uronić ani jed­ nego słówka. - Nie, a o co chodzi? No mów. Co z nią? Czy Piotr ma jej dosyć? - dopytywały się z ciekawością. Anna skinęła głową i przysunęła się jeszcze bliżej, żebyśmy rozu­ miały jej szept. Poczułam zapach ciężkich perfum, które ponoć kazała sprowadzać z Persji. - Tak! Podobno, tak mówił mi Aleksander Daniłowicz, Piotr się nią znudził! Szuka jej męża! Męża! - Anna i obie siostry zaczęły się śmiać i klaskać w dłonie. - Kto by ją chciał? Przez te wszystkie lata nie urodziła Piotrowi ani jednego dziecka! Ta Niemka jest równie płodna jak krzewy tundry. I podobno jej młodsza siostra j u ż próbuje się wślizgnąć do carskiego łoża. Bezwstydnica! Sam ojciec namawia ją do nierządu! - To Anna Mons ma siostrę? - wtrąciłam. - Żeby to jedną! Ci Monsowie z niemieckiego przedmieścia Mos­ kwy są gorsi niż króliki! Najwyraźniej niemiecka ziemia nie była w sta­ nie wyżywić tylu dzieci, więc przenieśli się do Moskwy. Ale niektóre dzieci są ładniejsze niż inne, to trzeba przyznać staremu Monsowi, temu szczwanemu lisowi. A on sam jest przy tym brzydki jak noc. Annę, jako młodą dziewczynę, podał carowi jak na tacy. Gdyby nie Anna, jej złote uda i złote włosy, caryca Eudokia wciąż mieszkałaby w tieremie na Kremlu. Anna nauczyła cara wszystkiego, co powinien umieć młody mężczyzna. A teraz on ją odsyła. A jej siostra jest jeszcze ładniejsza. O jej kości policzkowe można się niemal potknąć, a włosy lśnią jaśniej niż słońce. Ma biust jak mamka, a talię wąską jak moje ramię. Daria zachmurzyła się, słysząc ten opis. - Och, nie! Musisz coś przedsięwziąć! - wykrzyknęła Barbara Arseniewa. - Nie może dostać Piotra w swoje szpony. Wiesz przecież, że... - W ostatniej chwili umilkła i zaczęła szybko się wachlować, za­ słaniając usta.

Anna Mienszykowa rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, a potem wzruszyła ramionami. - Próbowałam już przekupić jej garderobianą. Garderobianą Anny Mons łatwiej było przekonać, zapewniam was. Jeśli chodzi o bezpłodność tej Niemki, to nie mam całkiem czystego sumienia. Wszystkie trzy zaśmiały się znowu, a nasz mały krąg rozpadł się tylko dlatego, że Mienszykow władczym tonem zawołał do siebie sio­ stry Arseniewy. Jedną posadził sobie na j e d n y m silnym udzie, drugą na drugim, zsunął im suknie z ramion, wsunął ręce w wypełnione biu­ stami dekolty i kołysał je w wesoły rytm pijackich śpiewów. Anna Mienszykowa wciąż siedziała obok mnie i milczała. Mienszykow przysunął Darię i Barbarę do siebie i siostry przy wi­ watach i śpiewach gości zaczęły się całować. Blask świec otulił je mięk­ kim światłem, a j e d w a b ich sukni lśnił delikatnie i uwodzicielsko przy każdym ruchu. Widziałam, jak w oczach otaczających je mężczyzn po­ jawia się błysk pożądania. - A n n o , przecież to są siostry! - szepnęłam zdumiona. Wzruszyła ramionami. - Arseniewy znane są z dzikich obyczajów i niepohamowania. Dzieliły j u ż łoże ze swoim bratem, a ponoć także z ojcem... Nic nie jest im obce. Dlatego tak bardzo podobają się mo­ j e m u bratu. I carowi też. Czasy takie jak te wymagają nowego rodzaju człowieka, a każdy stara się znaleźć swoje miejsce. Ze sto lat jeszcze potrwa, zanim wszystko odpowiednio się ułoży - dodała potem, nie spuszczając oczu z trójki siedzącej pośrodku namiotu. - Podobają się carowi? - zapytałam ostrożnie. Patrzcie, patrzcie! Czy sprytna Daria celowała o wiele wyżej, niż wszyscy zakładaliśmy? Anna uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. - Doskonale sobie radzisz, Marto. Słuchasz j a k kobieta i bawisz się jak mężczyzna. Jeśli chodzi o Darię i Barbarę, to liczą na to, że mój brat ożeni się z jedną z nich. Lecz obie podobają się też carowi. Zrobią wszystko, czego zażą­ da. Z nim i z samymi sobą. Jeśli tylko odeśle Annę Mons, jedna z nich będzie mogła zająć jej miejsce. Stąd to poruszenie. Może doczekamy się jeszcze prawdziwej walki między siostrami. W półcieniu namiotu wydawało mi się, że uśmiechnęła się krwio­ żerczo. Jej oczy błyszczały. - Odkąd caryca Eudokia siedzi ogolona na

łyso w klasztorze, to może być każda z nich. Lub każda z nas... - rzuciła na koniec. - Eudokia nie chciała siadać ze mną i Aleksandrem Danilowiczem przy j e d n y m stole. A teraz ma za towarzystwo durne zakonnice i klasztorne szczury. Mówiąc to, wstała i zostawiła mnie samą w kącie przy wejściu pod kotarą. Każda z nas mogłaby zdobyć cara? To byłoby ukoronowanie awansu Mienszykowa, gdyby jego siostra została rosyjską carycą. Czy Mienszykow dlatego sprowadził ją z Moskwy? Czy car tu niedługo przyjedzie? Jeszcze nie było tak późno, lecz ja czułam już znużenie. Co miałam robić? Dalej przyglądać się, j a k Daria i Barbara pieszczą swoje piersi, a Mienszykow przyklaskuje każdemu ich pocałunkowi? Nie czułam się tam dobrze, gdyż takie publiczne pieszczoty wydawały mi się nieprzy­ zwoite. W tym momencie dostrzegłam wśród gości Borysa Piotrowi­ cza i wstałam, żeby do niego podejść. Siedział sam w cieniu namio­ towego słupa, opierając się na poduszkach. Przed nim stal nietknięty talerz z jedzeniem i pełny dzban piwa. Szeremietiew był człowiekiem umiaru. Czułam, że zamiłowanie Mienszykowa do przepychu jest mu wstrętne. Obserwował wszystko, co działo się w namiocie, od czasu do czasu zerkając na swoje paznokcie. Gdy wstałam, usłyszałam dobiegające z zewnątrz namiotu pod­ ekscytowane głosy. Już miałam się odwrócić, gdy zasłona prowadząca do namiotu nagle uderzyła mnie w pierś tak mocno, że zatoczyłam się do tyłu i zabrakło mi tchu. Złapałam się słupa podtrzymującego na­ miot. Gdy gwiazdy przed oczami przestały mi wirować w takt muzyki, ujrzałam, że stoi przede mną mężczyzna z portretu zawieszonego nad biurkiem. Piotr, car Wszechrusi. Wznosił się w miękkim blasku świec, rzucając na mnie swój długi cień. Zachwiałam się zaskoczona, a on mocno chwycił mnie za łokieć i powiedział ciężką niemczyzną: - No, dziewczyno, tylko mi tu nie mdlej! Na pewno się jeszcze przydasz. Byłam wysoka, lecz ledwo sięgałam mu do ramienia. Zdawał mi się olbrzymem, lecz jednocześnie w tej krótkiej chwili spostrzegłam,

że podtrzymująca mnie dioń jest bardzo drobna. Uśmiechną! się do mnie, uścisnął moje ramię gestem poufałym, a jednocześnie badaw­ czym, i wszedł do namiotu. Ja zostałam na miejscu, próbując zrozu­ mieć to, co się wydarzyło. Gdy wkroczył do namiotu, w pierwszym momencie wśród obec­ nych zapanowała całkowita cisza. Potem goście zaczęli krzyczeć i wi­ watować, otwierano kolejne butelki szampana, a muzycy zaczęli grać głośniej i żywiej. Chłopskim zwyczajem przykucnęłam na piętach i przyglądałam się wszystkiemu z mojego kącika. Car przywitał się serdecznie z książę­ tami Zotowem, Gołowkinem, Naryszkinem i Trubeckim. Potem pod­ szedł prosto do swego przyjaciela Mienszykowa. Ten odsunął Darię i Barbarę na bok i wyciągnął ramiona w stronę Piotra. Car głośno za­ wołał, ku memu zdumieniu znowu po niemiecku: - Bracie mój! Serce moje! Tak mi ciebie brakowało. Bez ciebie nic nie daje mi radości! Mienszykow nie był mu dłużny: - Moja miłości, carze mój! Czym jest dzień bez ciebie? Zauważyłam, że Szeremietiew skrzywił usta z ironią. Przekradłam się do niego i usiadłam obok. Był j e d n y m z nielicznych gości, któ­ rzy z powrotem usiedli i nie tłoczyli się zachwyceni wokół cara. Piotr i Mienszykow mocno się obejmowali, gładzili po włosach, klepali po plecach i wdychali nawzajem swój zapach. Zgromadzeni wokół goście unieśli dzbany i kielichy, a siostry Arseniewy zaintonowały toast. - Niech żyje car! - Za zdobywcę Marienburga! Na pohybel szwedzkiemu roba­ ctwu! - Za chwalebny koniec wojny północnej! Szeremietiew niemal zakrztusił się piwem, a ja poklepałam go po przyjacielsku po plecach. A potem zażartowałam: - Ja wiem, kto jest prawdziwym zdobywcą Marienburga, Borysie Piotrowiczu, proszę się nie martwić. - Nie odpowiedział, tylko jego twarz przybrała zgorzknia­ ły wyraz. - Niestety nie cieszę się takimi łaskami cara jak Mienszykow. Choćbym wygrał dziesięć decydujących bitew, to Aleksander Daniłowicz pozostanie jego bratem i jego sercem. - W jego głosie słychać

było prawdziwy smutek. - Nie jestem jego przyjacielem, tylko dobrym marszałkiem. Nie masz pojęcia, jakie to trudne. A przecież kocham cara z całego serca i naprawdę gotów jestem oddać za niego życie! Zrobiło mi się go żal. - A skąd Piotr i Mienszykow się znają? Czy Mienszykow pochodzi z jakiegoś arystokratycznego rodu bliskiego ca­ rowi? Szeremietiew roześmiał się, lecz był to gorzki śmiech. - Dawno nie słyszałem tak udanego żartu, Marto! Mienszykow... Nie, tak na­ prawdę nikt nie wie, skąd on pochodzi. Zaciera wszelkie ślady, a im wyżej się wspina, tym surowsze są kary za jakiekolwiek aluzje do jego niskiego urodzenia. To dorobkiewicz pierwszego sortu! - Ale jak oni się poznali? Gdzie można tak po prostu spotkać cara i zdobyć jego względy? - zapytałam. - W czasach takich j a k nasze wszystko jest możliwe! Chłopom i obcokrajowcom łatwiej teraz zdobyć serce cara niż rosyjskim szlach­ cicom, zapewniam cię. Może nawet car poślubi jedną z tych ladacznic, a Mienszykow drugą. - Wskazał podbródkiem zgromadzone przed nami kobiety. Zabawa trwała, a Piotr i Mienszykow rozebrali siostry Arseniewy niemal do pasa. Patrzyłam, j a k Mienszykow obejmuje us­ tami wielką, ciemnoróżową brodawkę piersi Barbary Arseniewy i za­ czyna ją ssać. Odwróciłam głowę. Ten widok przypomniał mi rozkosz, jaką odczuwałam w ramionach Johannesa. Gdy ponownie na nich spojrzałam, Piotr przełożył sobie Darię przez ramię i pośród zachęca­ jących okrzyków gości wyszedł do sąsiedniego namiotu. Mienszykow uśmiechnął się i pociągnął Barbarę za sobą. Dolałam piwa najpierw Szeremietiewowi, a potem sobie. Teraz mogliśmy spokojnie porozmawiać. Wysoko uniósł brwi: - Jesteś nie­ samowita, Marto. Co wieczór pijesz jak smok, bawisz się jak mężczy­ zna, a każdego dnia jesteś równie piękna i pogodna. M a m nadzieję, że będzie tak zawsze. Mężczyzna, który cię kiedyś zdobędzie, na pewno to doceni. Tak, o ile ktoś w ogóle mnie jeszcze zechce - pomyślałam w du­ chu, ale uśmiechnęłam się do Szeremietiewa promiennie i uniosłam kufel za jego zdrowie.

Odwzajemnił toast, a potem zaczął kontynuować swoją opowieść o Mienszykowie. - Są różne pogłoski na temat pochodzenia Aleksan­ dra Daniłowicza. Pewnego dnia będzie miał więcej tytułów niż my wszyscy tutaj zgromadzeni! Już teraz buduje swoje imperium w impe­ rium. Ponoć jest synem ulicznego sprzedawcy pasztecików z Preobrażenskoje. Z Piotrem poznali się w trakcie jakiejś bójki w karczmie. Inni twierdzą, że jego ojciec był żołnierzem w pułku Piotra i to on przedsta­ wił swojego syna młodemu carowi, który zdobywał tam doświadczenie jako bombardier. Jakkolwiek by było, obaj są teraz nierozłączni - żeby zobrazować sytuację, Szeremietiew splótł dwa palce, środkowy i wska­ zujący. - Mienszykow bezkarnie każe chłostać każdego, kto wyśmie­ wa się z jego niskiego pochodzenia. W zeszłym tygodniu przekonał się o tym książę Łopuchin. A Łopuchinowie to przecież rodzina nieszczęs­ nej carycy Eudokii! Wszystko mu wolno... I oni zawsze, zawsze są ra­ zem - dodał. - Zawsze? Słyszałam, że... - przerwałam mu niecierpliwie. - Co takiego? - popatrzył na mnie z surową miną. - Uważaj na swoje śliczne uszka, żebyś pewnego dnia nie usłyszała zbyt wiele i żeby ci ich za to nie obcięto! Nasz car i Mienszykow są ze sobą blisko zwią­ zani, lecz przysięgam na Boga, że wyzwę na pojedynek każdego, kto w taki sposób kala dobre imię mojego władcy. Zamilkłam zawstydzona i przełknęłam łyk piwa. Szeremietiew kontynuował już łagodniejszym tonem: - Lecz nic dziwnego, że ludzie opowiadają takie głupstwa. Oni wszędzie są razem, podczas wyprawy do Azowa spali nawet w j e d n y m namiocie! A podczas wielkiego po­ selstwa do Europy Mienszykow towarzyszył Piotrowi w Niemczech, Holandii, Anglii i Austrii. Studiował nawet z carem budowę okrętów, a w holenderskiej stoczni mieli wspólną izbę. A potem wrócił i pięć lat temu ścinał w czerwcu głowy zbuntowanych strzelców. Własnymi rękami zgładził ich setki! Może dlatego Piotr tak go kocha... - Dlaczego car miałby go za to kochać? - zapytałam zdumiona, sięgając po udko pieczonego bażanta, które leżało na talerzu Szere­ mietiewa. Jego skórkę posmarowano miodem, a mięso pod złocistą, słodką skorupką było miękkie i różowe. Nie mogłam oprzeć się pysz-

nościom serwowanym w namiocie Mienszykowa, a mój gorset niemal pękał w szwach po tych kilku tygodniach, które tam spędziłam. - Jak by ci to wytłumaczyć... To długa historia - odparł Szeremie­ tiew. - Pamiętam, że działo się to na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jeszcze za czasów regentki Zofii. Strzelcy byli wte­ dy najsilniejszym pułkiem w całej Rosji, było ich pięćdziesiąt tysięcy. Przynależność do pułku dziedziczono, dobrze im się wszystkim powo­ dziło. Obawiali się wpływów otwartej i przychylnej Zachodowi rodziny carycy Natalii Naryszkiny, matki Piotra. Była drugą żoną cara Alekse­ go, a ten starzec całkowicie stracił dla niej głowę. Nic dziwnego! Mat­ ka Zofii urodziła mu zdrowe jak rydze dziewczynki, lecz obaj synowie, Fiodor i Iwan, byli słabi i do niczego. Piotr za to j u ż jako dziecko był silny j a k koń. - A co to ma wspólnego ze strzelcami? - zapytałam, częstując się bałtyckim śledziem, którego nie zdążył zjeść Szeremietiew. - To bardzo proste. Strzelcy wiedzieli, że w nowoczesnej armii zupełnie stracą znaczenie i szukali kozła ofiarnego. Zaatakowali więc Kreml, posiekali toporami na kawałki czcigodnego Matwiejewa, przy­ branego ojca matki Piotra, i w bestialski sposób zamordowali prawie wszystkich w pałacu na oczach małego cara! Jego wuja Iwana Naryszkina rzucili na ostrza swoich pik, żeby powoli się wykrwawił. To trwa­ ło dwa dni. A potem podstawili jego ciało małemu Piotrowi pod nos, nazwali go w obecności matki skurwysynem i zagrozili, że skończy tak samo. Lecz darowali życie i j e m u , i jego zidiociałemu przyrodniemu bratu Iwanowi, z którym wtedy współrządził, a także carycy Natalii. To był wielki błąd Zofii. Pozostawiła go przy życiu, bo nie traktowała go poważnie. Nie m a m pojęcia dlaczego. Potrząsnął głową, napił się piwa i umoczył wypełniony m i ę s ­ nym farszem chleb, który leżał obok bażanta, w miseczce z b o r ó w ­ kami. - To w s p o m n i e n i e prześladuje Piotra do dzisiaj. Wciąż ma koszmary i inne problemy, o których nie chciałbym tutaj mówić. I dlatego tak kocha M i e n s z y k o w a za każdego strzelca, którego ten podczas buntu cztery lata t e m u w ł a s n y m i rękami skrócił o głowę. Stał po kolana we krwi, pośród stosów głów, lecz wciąż je ścinał,

aż ręce mdlały mu od tej rzezi, a pot spływał po nim strumieniami. Piotr był przy nim, płakał i całował M i e n s z y k o w a po k a ż d y m ciosie. To było tak, j a k b y A l e k s a n d e r Daniłowicz pokonał po kolei wszyst­ kie j e g o demony. Zamilkł na chwilę. - Ja bym tak nie potrafił. W żadnym razie. Własnoręcznie obciąć komuś głowę? Potrafię dowodzić na polu bitwy, lecz coś takiego to nie. Nigdy. Dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy słuchałam jego opowieści. Rosjanie wydawali mi się tacy okrutni. Tak dziwnie miotali się między dziką radością życia, głęboką skruchą, przerażającym okrucieństwem i szczerym współczuciem. Rosyjska dusza nie zna umiaru i nie zna spo­ koju. Pocieszyłam Szeremietiewa: - Tak, Borysie Piotrowiczu, na to je­ steś zbyt dobry. Ty ratujesz hańbione na ulicy dziewczęta. Mienszykow chyba prędzej przyłączyłby się do napastników, jak myślicie? Zamiast odpowiedzieć, Szeremietiew mruknął tylko niczym stary niedźwiedź. Rozmawialiśmy z Szeremietiewem do późnej nocy. W międzycza­ sie zostaliśmy w namiocie niemal sami. Tak wiele dowiadywałam się z rozmów z marszałkiem, a on okazywał tak wielką cierpliwość wobec zadawanych przeze mnie głupich pytań! Musiałam się tego wszystkie­ go dowiedzieć, bo przecież teraz moje życie związane było ze zwycię­ skimi Rosjanami. Dokąd indziej mogłabym się udać? Sądziłam dotąd, że zmiany, które car narzuca swojemu krajowi, dotyczą jedynie no­ szenia bród i nowoczesnych strojów, lecz Szeremietiew mnie wyśmiał. Powiedział, że tak naprawdę podróże cara, po pierwszych nieudanych działaniach ze strony Zofii i jej kochanka, księcia Golicyna, otworzyły mu oczy na staroświeckość i zacofanie jego imperium. Rozgniewany zaatakował swój własny kraj we wszelkich dziedzinach życia: rosyj­ skich rozrywek, codziennych obowiązków, rolnictwa, wychowania, re­ ligii, administracji, a przede wszystkim wojska. Chwycił ten olbrzymi kraj niczym kawałek miękkiego ciasta, z którego formuje się placki. W jego dłoniach okazało się tak samo ciągliwe, a pomimo dodanych drożdży wcale nie chciało rosnąć.

Zdaniem Szeremietiewa walka na śmierć i życie ze Szwedami zmusi rosyjskie imperium do wkroczenia w nową epokę. Piotr potrze­ bował pieniędzy, ludzi i uzbrojenia, i to jak najszybciej. - Tylko wojna zapewnia przyszłość i postęp. Określa ich bieg, tempo i oczywiście wynik - perorował, choć mnie zamykały się j u ż oczy. - Napij się jeszcze, Marto, będziesz lepszą słuchaczką - polecił, a ja posłuchałam. Piwo orzeźwiło mnie. - W jaki sposób kraj miał tak szybko poddać się jego woli? Był ni­ czym stare młyńskie koło, które obraca się niespiesznie, powoli gnijąc. Aż tu nagle pojawia się nowy młynarz i zmusza je, żeby mełło szybciej i lepiej niż kiedykolwiek! Nic dziwnego, że lecą wióry, a stary kamień młyński pęka - narzekał, a w jego głosie brzmiała niemal rozpacz. Jego niezwykle obrazowe porównanie rozśmieszyło mnie, lecz on kontynu­ ował namiętnie: - Nie wyobrażasz sobie, Marto, jakie brzemię nałożył Piotr na swój lud. Po prostu sobie tego nie wyobrażasz. Nasza przesta­ rzała administracja trzeszczy i pęka, po prostu się rozpada. My, Rosja­ nie, nie jesteśmy przyzwyczajeni do prawdziwego, prężnego przywódz­ twa obejmującego cały kraj. Oczywiście, mieliśmy swoich wojewodów, rady i poborców podatkowych. Lecz teraz... Od dwóch lat Piotr potrze­ buje mnóstwa ludzi, pieniędzy, planowania, przywództwa i poparcia! Każda rodzina, czy to bogata, czy biedna, chłopska czy zamożna, musi dostarczać mu żołnierzy. Doprowadzają manufaktury do porządku, powstają nowe źródła bogactwa. Car potrzebuje tysięcy robotników, a szlacheckich synów wypędza za granicę, żeby poznawali obce języki i obyczaje. Młodzież, która zostaje w Rosji, też musi się uczyć. I bu­ duje flotę! Flotę! Piętnaście lat temu nikt w Rosji nie wiedział, co to statek. Mówię ci, sama wojna zmusza Rosję do rozwoju. Car o żelaznej pięści już o to zadba. Wszystko naraz, we wszystkich kierunkach. Jak w pchlim cyrku. I dobrze, nawet jeśli Rosja będzie potrafiła się za to odwdzięczyć dopiero za sto lat - zakończył gorzką uwagą. - Ale przecież wojna się j u ż skończyła. Przecież zwyciężyłeś! - wy­ krzyknęłam. Roześmiał się. - Cóż znaczy taki Marienburg, Marto. Chodzi o coś więcej. O niezamarzający port, o wyruszenie na Zachód, o sojusz z in-

nymi potęgami. Walki będą się toczyć, dopóki żyją Karol i Piotr. A to może potrwać i ze dwadzieścia lat. Wyobrażasz sobie, jak daleko po­ trafi się posunąć nasz car? Gdy po bitwie pod Narwą straciliśmy arma­ ty, to wiesz, co on zrobił? - Nie - odpowiedziałam, kręcąc głową. - Zebrał dzwony z cerkwi w całej Rosji i kazał przetopić je na dzia­ ła! Car potrzebuje żelaza, to bierze sobie dzwony. Święte dzwony Mat­ ki Cerkwi! Zastanawiam się, co może powstrzymać takiego człowieka. - Rozejrzał się, jakby chciał się upewnić, że jesteśmy w namiocie sami, a potem ściszył głos. -1 do tego ten kompletnie szalony pomysł zbudo­ wania nowego miasta... - przerwał w połowie zdania. Zasłona oddzie­ lająca sąsiedni namiot uniosła się i do środka wszedł car. Właśnie za­ pinał sobie spodnie i wciskał w nie przepoconą koszulę. Nie zauważył nas w półcieniu namiotu, czy też po prostu nie chciał nas zauważyć? Pomyślałam sobie, że człowiek taki j a k on tak naprawdę nigdy nie jest sam. Blade światło rzucało cienie na jego twarz. Promienne, błękitne oczy wydawały się głęboko zapadnięte. Otarł sobie rękawem pot z czo­ ła i westchnął. Szeremietiew i ja siedzieliśmy w milczeniu i bez ruchu. Czuliśmy się tak, jakbyśmy obserwowali płochliwe zwierzę. Car opadł na jedno z szerokich, wygodnych krzeseł i wyciągnął przed siebie nogi. Potem uniósł kufel do ust i zaczął pić wielkimi łykami. Odrobina piwa spłynę­ ła mu po podbródku na szyję. Odprężony Piotr odchylił głowę do tyłu i zaczął nucić jakąś piosenkę. Po chwili jakby zapadł w półsen. Skinęli­ śmy sobie głowami z Szeremietiewem. Nadeszła pora, żeby się rozejść. Chciałam zwinąć się w swoim kącie i zasnąć pod miękką narzutą. Coś jednak nagle kazało się marszałkowi zatrzymać. Położył mi dłoń na ramieniu. Nie wiedziałam, o co chodzi, lecz powiodłam wzro­ kiem za jego spojrzeniem. Patrzył na cara. W tym samym momencie na wpół opróżniony kufel wypadł mu z dłoni. Rozbił się na podłodze, a piwo rozlało na wszystkie strony. Hałas obudził cara, jego oczy były szeroko otwarte, lecz jakby nie dostrzegał otoczenia. Wstał gwałtownie i chwiejąc się na nogach, oparł się o stojący obok stół, który natych­ miast ugiął się pod jego ciężarem. Blat złamał się, a talerze i kubki

spadły na dywany. Resztki jedzenia i piwa utworzyły na nich wielkie plamy. Hałas sprawił, że Piotr objął swą głowę rękami i zaczął cicho pojękiwać. A potem nagle na jego ustach pojawiła się piana i ten ol­ brzymi mężczyzna zaczął kopać wokół siebie i wymachiwać rękoma. Jedną pięścią rozbił krzesło. Zaczął przy tym krzyczeć: - Nie znowu! Nie! Nie znowu! Matko... Matko! Oni go rozrywają! To krew, krew, tyle krwi! Co ja uczyniłem? Co ja uczyniłem? Nie, nie Iwan! To mój wuj! Pozwólcie nam żyć! Pozwólcie nam żyć... Matko! Co ja uczyniłem! Rzucił się na podłogę i zwinął się, targany bólem. Podciągnął kola­ na i jęczał. Całym jego ciałem wstrząsał szloch. Płacząc, wciąż krzyczał: - Co ja uczyniłem? Krew, krew, krew... Och, nie, to takie straszne! Przewracał oczami. Dostrzegłam, że wysunął język między war­ gi. Szeremietiew stał obok mnie jak skamieniały. Widok cara przypo­ mniał mi Grigorija. Nie było czasu do stracenia. Powiedziałam do Bo­ rysa Piotrowicza: - Jeśli przytrzymasz mu nogi, to ja zajmę się resztą. Opuścił mnie cały strach. Przed sobą miałam tylko udręczonego człowieka, który potrzebował pomocy. Drgawki wstrząsały wszystki­ mi jego członkami, a z ust dobiegały niezrozumiałe słowa udręki. Nie obchodziło mnie, że tak naprawdę powinnam nienawidzić tego czło­ wieka za tę wielką wojnę i za krzywdy, jakich doznał od niego mój kraj. Szeremietiew chwycił obie stopy cara i przycisnął je do ziemi. Silne ciało wyprężyło się i władca zaczął wymachiwać rękami i okładać swe­ go wiernego marszałka. W szale nikogo i niczego już nie poznawał. Nie wahając się ani chwili, przyklękłam obok niego, chwyciłam rzucają­ cą się na wszystkie strony głowę i mocno przyciągnęłam ją do swoich piersi. Obiema rękami objęłam go za szyję i zaczęłam delikatnie koły­ sać. Zręcznie unikałam jego ciosów, a drgawki stawały się coraz słab­ sze. Spojrzałam na Szeremietiewa, który przez cały ten czas ciężarem swego ciała przygniatał nogi cara. - Wiedziałem, że tak się stanie! - poskarżył się. - Długa jazda, ko­ biety i do tego piwo, to było zbyt wyczerpujące. Piotr lubi porównywać się do tytana, ale tak naprawdę jego zdrowie szwankuje. Nie miałam pojęcia, kto to jest tytan, więc tylko położyłam palec na ustach. Szeremietiew umilkł. Piotr leżał bez ruchu, a ja kołysałam

go tu i tam, tu i tam. Miał mokrą twarz, a przepocone ciemne włosy przykleiły mu się do skroni. Czuć je było kurzem, dymem, potem i mi­ łością z Darią Arseniewą. Rozejrzałam się wokół. Mienszykow i obie kobiety najwyraźniej zasnęli w drugim namiocie. Mężczyzna z głową na mojej klatce piersio­ wej wcisnął nos między moje piersi i ciężko oddychał. Obiema rękami obejmował teraz moje krągłe ciało. Gładziłam go po głowie. Szlochał cicho w moją suknię. Szeremietiew ostrożnie podniósł się z jego stóp, które teraz spokojnie spoczywały na podłodze. Zatrzymałam wzrok na carskich butach. Zdziwiłam się, że jego stopy, podobnie jak ręce, wy­ dają się takie drobne w porównaniu z resztą ciała. - Musisz zostać przy nim. Teraz uśnie. Nie zostawiaj go. W żad­ nym razie nie może się zranić. Od niego zależy wszystko - powiedział Szeremietiew i powtórzył niemal z bólem: - Wszystko. Przytaknęłam, a on pogłaskał mnie po głowie. Potem wyślizgnął się z namiotu w niespokojną noc. Ogniska na cześć przybyłego cara i jego towarzyszy wciąż płonęły. Słyszałam jakieś głosy, zadawano Sze­ remietiewowi pytania. Potem znów zrobiło się ciszej. Car oddychał teraz bezgłośnie i regularnie na mojej piersi. Ostroż­ nie przyciągnęłam do siebie kilka haftowanych poduszek. Gdy chcia­ łam unieść głowę Piotra, ten nie pozwolił na to i mocniej objął mnie ramionami. - Tak jest dobrze... - westchnął po rosyjsku. - Trzymaj mnie mocno, mateczko. Nazwał mnie mateczką! Cóż, nie pozostało mi nic innego, j a k po­ deprzeć sobie poduszkami plecy. Cały czas głaskałam go po włosach. Świece wokół nas powoli się wypalały i w namiocie robiło się ciemno. Zasnęłam, trzymając w ramionach potężnego cara Rosji niczym zapła­ kane dziecko. W ostatniej chwili przytomności przypomniałam sobie pytanie, które dawno temu przy rodzinnym stole zadała Ulryka Gliick: - Czy to prawda, że car jest olbrzymem, ma dwie głowy i pożera małe dzieci? Następnego ranka obudziłam się całkiem sama. Namiot był pusty. Cara nie było, a i po Mienszykowie i siostrach Arseniewych nie pozostał ża-

den ślad. Zasłony przy wejściu były wysoko podciągnięte i chłodne j e ­ sienne powietrze wdzierało się do środka. Gdy wyszłam na zewnątrz, oślepiła mnie jasność dnia. Obóz wokół mnie przygotowywał się do wymarszu. W końcu znalazłam Darię, która wraz z siostrą nadzorowa­ ła ładowanie na wóz swoich sukien i skarbów Mienszykowa. Starałam się nie patrzeć na ślady ugryzień na jej szyi. Powiedziała mi, że car odjechał skoro świt, z nikim się nie żegnając. - Gdy się obudziłam, już go nie było! - stwierdziła lekko nadąsana, lecz zaraz potem tajemniczo się uśmiechnęła. Nic nie powiedzia­ łam, tylko odwzajemniłam uśmiech. Car zostawił Mienszykowowi rozkaz wymarszu i zajęcia twierdzy Noteburg nad jeziorem Ładoga. Rosjanie oblegali twierdzę przez dwa tygodnie, a potem, po decydującej bitwie morskiej, szturm powiódł się i odnieśli zwycięstwo. W październiku tego samego roku Mienszykow ogłosił przynależność twierdzy do rosyjskiego imperium. W podzięko­ waniu car mianował go wielkorządcą cieśniny. I zmienił nazwę twier­ dzy na Szlisselburg, czyli miasto-klucz, gdyż strzegła ujścia rzeki Newy. Do Mienszykowa napisał następujące słowa: „To był trudny orzech do zgryzienia! Lecz tobie, Bogu niech będą dzięki, udało się zmiażdżyć jego łupinę!". Dumny j a k dziecko Mienszykow kazał raz po raz odczytywać car­ ski list podczas każdego z licznych przyjęć, które odbywały się po zwy­ cięstwie. W następnym miesiącu Mienszykow odesłał mnie i siostry Arseniewy do Moskwy. Życie w obozie zimą nie było dla kobiet żadną przyjemnością. Cara nie widziałam aż do wigilii Nowego Roku. *** Miasto bez wątpienia nie spało. Padał gęsty śnieg, zasypując ulice, place i prospekty, aż po piasty kół kupieckich wozów, które mimo niepogody zmierzały na poranny targ. Pod miastem, tam gdzie słaby blask świec umieszczonych w latarniach nie oświetlał szerokich alei, w tej zamieci z pewnością nie było widać dróg ani ścieżek. Do świtu, który rozleje się ponurą, ciężką od śniegu jasnością, było jeszcze trochę czasu. Do tego

momentu twoja śmierć, Piotrze, wciąż będzie tajemnicą między mną a tym miastem. Wysokie kamienne domy o równych fasadach w mil­ czeniu trwały pośród nocy w żałobie po tobie. W o d y pod czterema setkami mostów, szemrząc, wyrażały swoje poruszenie i tylko niepo­ słuszne zimowe wiatry tańczące po Newskim Prospekcie niosły ze sobą smutną wieść w głąb Rosji. Tam, gdzie pośród nieskończonych w swej różnorodności przestrzeni twojego kraju, zawsze cierpliwie znoszono humory batiuszki cara i nakładane przez niego ciężary. Jeszcze tylko kilka godzin, a pośród szarości rosyjskiego dnia wszystkie dzwony im­ perium zabrzmią jednocześnie ponurym i jednostajnym biciem. Twoi poddani oderwą się od swoich zajęć, by przyklęknąć. Cokolwiek robili, przestaną, przeżegnają się trzema palcami i pomodlą za duszę swego zmarłego cara. To widok, który powinien sprawić ci radość! Wszyscy Rosjanie, a także cały znany nam świat, będą patrzeć na twoje miasto. Tak, jak tego zawsze pragnąłeś. Wszystkie spojrzenia skierują się na Sankt Petersburg, twój raj. Dzięki Teofanowi Prokopowiczowi nie brakuje legend dotyczą­ cych tego miasta - pomyślałam w duchu. Ponoć Piotr, budując Sankt Petersburg, pierwszy kamień położył w miejscu, w którym Aleksander Newski skutecznie bronił się przed Krzyżakami. Powiadają też, że car był na polowaniu w lesie. Gdy zatrzymał się nad jakimś strumieniem, żeby odpocząć i napić się wody, zaczął nad nim krążyć orzeł, który po chwili delikatnie usiadł mu na ramieniu. W tym właśnie miejscu Piotr wzniósł swoje miasto. Według trzeciej opowieści Piotr wędrował przez bagna w okoli­ cach zdobytej szwedzkiej twierdzy Nienszac, położonej na południe od Szlisselburga. Pośród błotnistej rzeki ujrzał wyspę zwaną Zajęczą. I w tym momencie orzeł rozpostarł nad nim swe skrzydła i poprowa­ dził cara na środek wyspy. T a m Piotr zrobił krzyż z gałęzi brzeziny. Po­ łożył go na ziemi i oświadczył: - W imię Jezusa Chrystusa! Tu wzniosę cerkiew i twierdzę pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła! Cóż mogę dodać? Mnie pozostaje j u ż tylko prawda. W połowie maja następnego roku po zdobyciu Marienburga rada wojenna przy-

chyliła się do wniosku Piotra, by zdobycie Szlisselburga potwierdzić budową rosyjskiej twierdzy. Nowo zdobyte włości w bałtyckich krajach należało chronić. Car i rada wybrali Wyspę Zajęczą, stosunkowo suchy obszar pośród bagien, położony między jeziorem Ładoga a Zatoką Fiń­ ską. Mimo wszystko, gdy Piotr kazał wykopać na wyspie grób, by po­ chować w nim kości Aleksandra Newskiego, aż po kostki zapadaliśmy się w miękkim błocie. Chmary komarów bzyczały nam nad głowami. Wymachiwaliśmy rękoma, broniąc się przed nimi i zakłócając powagę długiej i monotonnej uroczystości, mimo że wyznaczono służących do odpędzania owadów. Te latające bestie chciwie piły naszą krew. Tylko car stał niewzruszony pośród roju atakujących go wściekle krwiożer­ czych insektów i z kamienną twarzą patrzył, jak trumna Aleksandra Newskiego powoli, bardzo powoli opuszczona zostaje do grobu. Wieczorem całe ramiona pokryte miałam bąblami i krostami od ugryzień komarów. Wyglądałam strasznie. Daria kazała mi posmaro­ wać je kefirem. Rzeczywiście pomógł, a car dalej niewzruszenie opo­ wiadał o raju, który stworzy w tej niegościnnej okolicy. Byłam j u ż wtedy gotowa wierzyć w każde jego słowo i iść za nim krok w krok. A dopiero co dołączyłam do jego świty, zostając jego po­ kojówką. Stało się to po pewnej nocy, pełnej ciepłych ciał, śmiechu i rozkoszy, gdy rzucił mi na łono monetę. Tylko tyle i aż tyle. Nie mia­ łam innego wyboru. Prokopowicz postarał się też o to, by ludzie wierzyli, że ziemie wokół Sankt Petersburga były niezamieszkane, gdy car rozpoczynał budowę miasta. To oczywiście bzdura. Przecież szwedzcy oficerowie żyli sobie wygodnie w wielkich domach i dworach, a wszędzie wokół jeziora Ładoga wznosiły się izby podobne do tych z mojej wsi, tworząc tutejsze miry. Pierwszym prawdziwym domem w Sankt Petersburgu była cha­ ta zbudowana osobiście przez Piotra. Car bez żadnej obstawy ruszył z siekierą na ramieniu w las, w którym roiło się od komarów, mimo że w okolicy widywano bandy wałęsających się żołnierzy. Straż, któ­ rą posłał za nim zaniepokojony Mienszykow, przepędził, obrzuca­ jąc kamieniami i wyzwiskami. W lesie wybrał odpowiednie, giętkie,

a jednocześnie mocne młode drzewa i własnymi rękoma ściął je na odpowiedniej wysokości. Gotowy dom był trochę dłuższy niż szerszy i skromnie urządzony. Była tam tylko sień i dwie izby. Pośrodku dłuż­ szej ściany izby mieszkalnej stał kominek, w którym niemal o każdej porze palił się ogień. Nad paleniskiem można było zawiesić kociołek, żeby ugotować kapuśniak czy kaszę. Obok łupkowego okna stał stół i dwie ławy, które Piotr też sam wyciosał i zbił. Mówił, że gdy trzyma w rękach drewno i hebel, przychodzą mu do głowy najlepsze pomysły. Nic nie przerażało ministrów Piotra bardziej niż noc spędzona przez niego przy stolarskiej ławie. W izbie znajdowały się oprócz tego pomalowane i obite łupkowy­ mi płytkami i żelaznymi okuciami skrzynie, przeznaczone na sprzęty domowe, instrumenty Piotra i moje ubrania. Na ścianie wisiała mapa Europy. Pod nią na cokole w rogu ustawiono wysadzaną szmaragdami i perłami ikonę Zbawiciela, która miała ponoć cudowną moc. Komfor­ towe było tylko szerokie łoże z twardym materacem z końskiego wło­ sia, pokryte futrami i stojące obok wąskiego kaflowego pieca. Ten dom stanowił korzeń, z którego wyrósł nowy Rzym, nowe Jeruzalem z ka­ miennymi pałacami we wszystkich kolorach tęczy i o barwie palonego cukru. Jak to możliwe, że Piotr był zadowolony ze swojej chaty, a jed­ nocześnie wymagał od budowniczych coraz wspanialszych budowli? Według niego początek nie miał nic wspólnego z końcem, któ­ ry sobie wyobrażał. Dla siebie pragnął niewiele, dla chwały Rosji - wszystkiego. Drewniana chata była pierwszym pałacem cara w jego nowym mieście. A jakie to miało być miasto! Miało wzbudzać podziw zachod­ nich władców i umocnić mocarstwową pozycję Rosji w Europie. Piotr kazał słać z Persji drzewka pomarańczowe i cytrynowe, a w ogrodach sadzono miętę, róże i kamforę, gdyż żaden odór nie mógł zepsuć jego czarodziejskiego raju. Pamiętam, jak wpadł we wściekłość, gdy posła­ niec przywiózł nam podczas kampanii pierwsze kwiaty pomarańczy z ogrodów Pałacu Letniego. Ogrodnik chciał zachować ich świeżość, zalewając je oliwą z oliwek. Cała wiązka aż pod niebiosa cuchnęła zgni­ lizną, gdy w końcu do nas dotarła. Rozgniewany Piotr złamał swoją

laskę na plecach posłańca i wydał rozkaz, by od tej pory każdy kwiat przesyłano osobno owinięty w liście tytoniu. Ulice i aleje nowego miasta rozświetlały smolne łuczywa i świece w latarniach, do których szkło wytwarzano w manufakturach Mien­ szykowa, żeby policyjne straże mogły od razu zauważyć wałęsającą się hołotę. Na głównych ulicach miasta i na najważniejszych mostach łączących czterdzieści wysp Piotr kazał postawić tak zwane szlagbaumy, bariery strzeżone przez żołnierzy. Bez przepustki mogli przejechać tylko lekarze udający się do chorych lub inne ważne i zapowiedziane osoby. Wyglądając tej nocy przez okno, wiedziałam jednak, że za pierw­ szymi rzędami wielkich i pięknych domów stoją skromniejsze drew­ niane domki, dalej za nimi izby wzniesione z gliny, słomy i mchu, a na samym końcu namioty z podartych od wiatru i pokrytych cienką war­ stewką wosku płacht, należące do najuboższych mieszkańców Edenu Północy. W ten sposób, Piotrze, twoje miasto odzwierciedla cały twój świat, czy tego chciałeś, czy nie. Lecz to miasto faktycznie rosło i budziło się do życia w pierwszych dwudziestu latach nowego stulecia! Nagle przypomniałam sobie naszą szaloną radość, gdy j u ż kilka miesięcy po założeniu miasta holender­ ska fregata rzuciła kotwicę przy Zajęczej Wyspie. Kołysała się na lodo­ watych wodach, a wizyta holenderskiego kapitana, który przywiózł sól i wino na zimę dla ludzi Piotra, była okazją do szeregu przyjęć, których dzikość zrobiła wrażenie nawet na Mienszykowie, a Holendrów wręcz przeraziła. Piotr kazał im wypijać kufel za kuflem, a na drugi dzień za­ prosił na przejażdżkę łodzią po wzburzonym morzu. Wszyscy bardzo szybko otrzeźwieliśmy. Myślę, że marynarze czuli ulgę, gdy odpływali do domu, obdarowani pięcioma setkami talarów. Dla Piotra ta wizyta stanowiła pierwszy przejaw uznania, jakiego spodziewał się od Zacho­ du. Obiecał, że każdy kolejny statek, który przybędzie jeszcze tego sa­ mego roku, zostanie tak samo hojnie obdarowany! Przycisnęłam czoło do zimnej szyby okna. Może w ten sposób ochłodzę rozgorączkowane myśli. Rozmawiałam i śmiałam się cicho z Piotrem,

jakby byl teraz ze mną w tej komnacie. Jakbym, jak kiedyś, miała poło­ żyć swoje stopy na jego udach, żeby mógł je pomasować. Jego drobne dłonie mocno uciskały moje stopy i palce, aż trzeszczały setki drob­ nych kosteczek w środku, ścięgna rozgrzewały się, a ja znów czułam życie w zlodowaciałych nogach. Albo ogień w udach, jak powiadał. Moja twarz odbijała się w okiennej szybie. Widziałam swoje błyszczące oczy i zaczerwienione policzki. Odsunęłam z twarzy kilka kosmyków, które wysunęły się spod ozdobnej spinki i pereł. Musiałam się uspoko­ ić i skupić myśli na czekających mnie długich godzinach. Wtedy, jeśli Bóg tak zechce, Rosja w takt bicia dzwonów będzie modlić się za zdrowie swojej nowej władczyni. W tym momencie jed­ nak Mienszykow znowu zachrapał za mną głośno niczym niedźwiedź. Miał głowę odchyloną do tyłu, a usta tak szeroko otwarte, że widać było jego podniebienie. Ogień w kominku niemal wygasł po kilku go­ dzinach oczekiwania. Kilkakrotnie pukano do drzwi, a ja za każdym razem biegłam, żeby je otworzyć. Lecz nie ujrzałam twarzy mężczyzn, na których nadejście tak liczyłam. Moja najwyższa Tajna Rada, która mogła zatwierdzić mnie na tronie. Gdzie oni się podziewają? Powin­ ni być przecież w pałacu i czuwać przy swoim umierającym władcy! A może siedzą w pałacu Tołstojów i zmawiają się, co robić? Czy na­ prawdę mogę liczyć na ich lojalność, tak j a k zakładałam? Niezliczoną ilość razy ratowałam ich głowy. Lecz to może nic nie znaczyć. Ludzie mają niezwykle krótką pamięć, gdy chodzi o ich własne dobro. Młody służący, którego wysłałam z zadaniem zwołania tych mężczyzn, wciąż nie wracał. M i m o swoich lśniących, radosnych, tęczowych barw Pałac Zimowy przypominał tej nocy ponury Kreml z dzieciństwa Piotra, pe­ łen tajemniczych zakątków, nieskończenie długich korytarzy i wąskich schodów. Kto zauważy brak jednego sługi, jeśli na zawsze zniknie za którąś z zasłon albo w ciemnym wyjściu prowadzącym do Newy? Że też nie pomyślałam o tym wcześniej! Może teraz właśnie szczury patrzą na jego ciało, które wpada ciężko w ciemne, brudne i pokryte lodem wody rzeki pod pałacem. Po odwilży rybacy znajdą jego obgryzione przez ryby zwłoki w swoich sieciach w dole rzeki. Ze zdenerwowania wbi­ łam zęby w nadgarstek, aż poczułam smak krwi. Jeśli mojego posłańca

złapano i zamordowano, to znaczy, że Dołgorucy znają mój plan. Jest nawet gorzej, straciłam wiele cennych godzin! Powinnam była wysłać Mienszykowa i straż, a nie pazia! Jak mogłam być tak głupia? W tym momencie Mienszykow zakrztusił się swoją własną śliną i zaczął głośno i mocno kasłać. Wciąż pijany wyprostował się w fo­ telu. Otrząsnął się niczym pies po wyjściu z wody, wstał i przeciąg­ nął się, szeroko rozkładając ramiona. Wyglądał na odświeżonego po krótkiej drzemce. Zawsze zdumiewała mnie ta jego umiejętność szyb­ kiego odzyskiwania sił po mocno zakrapianych, całonocnych przyję­ ciach. Podszedł do mnie do okna, a ja poczułam kwaśną woń alkoholu, potu i zmęczenia po nieprzespanej nocy, na którą nakładał się zapach jego pachnidła z drzewa sandałowego i piżma. Włosy miał potargane, a żabot rozwiązany. Na dodatek na jego piersi widniała wielka plama z czerwonego wina, które wcześniej pil i rozlał. Delikatnie chwyciłam go za kołnierzyk i zawiązałam koronkowy żabot z powrotem w mi­ sterny węzeł. Przez chwilę przyglądał mi się zdumiony, a potem się uśmiechnął. Wiedziałam o tym człowieku wszystko, a nasze losy były nierozerwalnie splątane. Mienszykow przerwał panującą w gabinecie ciszę, jednym ruchem otwierając okno, zgarniając trochę śniegu z sze­ rokiego parapetu i wcierając go mocno w zaczerwienioną od picia i snu twarz. - Brr, zimne. Dobrze mi zrobi. Wygląda na to, że czeka nas po­ rządna śnieżyca. Na zimę na bagnach Sankt Petersburga zawsze moż­ na liczyć! Uśmiechnął się do mnie zachęcająco i j u ż był całkowicie przytom­ ny. W małej bibliotece Piotra zawiał zimny wiatr, więc z powrotem zatrzasnęłam okno. Mienszykow podszedł do kominka, rozgarnął po­ grzebaczem popiół i żarzące się resztki, a potem zręcznie ustawił kilka grubych polan. Płomienie szybko zaczęły lizać świeże, częściowo jesz­ cze mokre drewno. Gdy ukazał się pierwszy, gorzki dym, po bibliotece rozszedł się świeży zapach zimowego lasu. Mienszykow odwrócił się w moją stronę i pytająco uniósł brwi. - To gdzie jest rada? Czy ten szubrawiec Ostermann znowu znik­ nął u jakiejś swojej najnowszej kochanki? Daj stanowisko synowi du-

chownego, to zaraz cały czas będzie spędzać pod kieckami. A Tołstoj? Przecież zawsze wisiał u klamki Piotra! Zamiast odpowiedzieć, wzruszyłam tylko ramionami na znak bez­ radności. - Kogo po nich posłałaś? I kiedy? Na Boga, Katarzyno, Golicyn pewnie leży wciąż w łóżku i chrapie! - dopytywał się z uporem. Chyba dostrzegł zwątpienie na mojej twarzy. Raził mnie ton jego słów. Uczy­ niłam to, co wydawało mi się najlepsze w momencie, gdy on był pijany. A że sytuacja się zmieniła? Nic na to nie poradzę. - Gdybyś nie był tak pijany, nie musiałabym wysyłać tego młodzi­ ka! Kto wie, może płynie j u ż z nurtem Newy z poderżniętym gardłem, a my możemy pakować sanie w drogę na Syberię, o ile nie będziemy musieli iść tam na piechotę. W zasadzie już mogę ogolić sobie głowę. Myślisz, że o to walczyłam? Nawet ja słyszałam strach w swoim głosie. M i m o to zaskoczy­ ło mnie, gdy Mienszykow szybko się zbliżył. Zdecydowanym gestem przyłożył swoją ciężką dłoń do moich ust. - Pst! - szepnął. - Słyszysz to? - Wskazał głową na małe drzwi oddzielające bibliotekę od sypialni, w której leżał martwy Piotr. Za­ częłam nasłuchiwać, lecz niczego nie usłyszałam. Potrząsnęłam głową, lecz on wciąż trzymał dłoń na moich ustach. - Ależ tak! Słuchaj! - upierał się. Znów zaczęłam nasłuchiwać. Rzeczywiście. Z sypialni Piotra do­ chodziły dźwięki, których źródłem z pewnością nie byli Blumentrost i reszta konowałów. To brzmiało jak rozpaczliwy szloch młodej dziew­ czyny. Mienszykow puścił mnie, a ja nakazałam mu gestem, żeby się nie ruszał. Na palcach podeszłam do drzwi i po cichu je otworzyłam. Komnata, w której spoczywały zwłoki Piotra, wciąż oświetlona była delikatnym blaskiem świec. Jednak śmierć rozpościerała j u ż odór słodkiej zgnilizny niczym całun nad ciepłym zapachem topniejącego wosku. Postać klęcząca przy łóżku cara zdawała się tego nie zauwa­ żać. Dostrzegłam jedynie plecy okryte opończą z ciemnego, miękkiego aksamitu. Głowę zasłaniał kaptur, a szczupłymi ramionami wstrząsał szloch. Trzymała dłoń Piotra w swojej, całując ją raz po raz.

Kątem oka spostrzegłam, że medycy aż zadrżeli ze strachu na mój widok. Zlekceważyli przecież mój rozkaz, by nikogo do zmarłego nie do­ puszczać! Poczułam zimny gniew. Pociągnęłam dziewczynę przy łożu do góry i zdumiona spojrzałam w bladą, zapłakaną i opuchniętą, lecz wciąż piękną twarz pod kapturem. Odpowiedziało mi spojrzenie jasnych oczu - oczu Piotra! - które wpatrywały się we mnie z przekorą i bez lęku. Elżbieta! Dlaczego jest tutaj, a nie na zewnątrz na korytarzu ra­ zem z guwernantką i obiema siostrami? Rozgniewana potrząsnęłam nią tak mocno, że aż zastukała zębami, a smarki spłynęły jej po bro­ dzie. Jej ciało, które cechowała miękka, przyjemna pulchność, ciężko zwisało z mojego ramienia. - Przestań, matko! - krzyknęła i uwolniła się jednym ruchem. Była silną dziewczyną, a ciemny aksamit opończy nadawał jej niezwy­ kle władczy wygląd. Do tej pory jawiła mi się niczym porcelanowa la­ leczka, którą bawiła się jako dziecko. - Co ty tutaj robisz? Jak tu weszłaś? - ofuknęłam ją. Skoro ona tu była, to może inni też j u ż wiedzą o śmierci cara. - Och, to było proste... - wydęła swoje pełne wargi, a jej oczy błys­ nęły wyzywająco. - Korytarz był prawie pusty, wszyscy albo poszli do swoich łóżek, albo posnęli na krzesłach. Madame de la Tour zabrała Natalię do łóżka, bo mała zaczęła strasznie kasłać. Ta francuska sza­ rańcza już z nią została. A Anna... - Machnęłam lekceważąco ręką. Moja najstarsza córka Anna nie potrafiła myśleć o niczym innym, jak 0 swoim zbliżającym się ślubie z Niemcem, Karolem Fryderykiem von Holstein-Gottorp. Młody książę nie grzeszył urodą, miał wąskie ra­ miona i jąkał się. Właściwie to starał się o rękę Elżbiety, lecz Piotr był tak zachwycony perspektywą wydania córki za Niemca, że z miejsca zaproponował mu tę najstarszą. Elżbieta mimo wszystko kontynuowa­ ła, chcąc mnie jeszcze bardziej rozzłościć. - I w końcu został już tylko ten młody żołnierz pod drzwiami. Wiedziałam, że ma rozkaz, żeby ni­ kogo nie wpuszczać - uśmiechnęła się do mnie. - Ale udało mi się go przekonać! - Przesunęła drobnym różowym języczkiem po wargach 1 znowu błysnęła swoimi ostrymi ząbkami. Wyglądała jak kot, który dobrał się do miski ze śmietaną.

Poczułam wielkie rozczarowanie. Carówna Elżbieta Piotrowna była niczym więcej jak żołdacką dziewką! Z porcelanowej laleczki stała się żywą, dużą i muskularną zabawką. Miała dopiero piętnaście lat. O rok mniej niż ja, gdy Elżbieta Rabe sprzedała mnie Wasylowi. A moja córka w tym wieku już miała najgorszą opinię pośród wszystkich eu­ ropejskich księżniczek! Piotr rozesłał portrety swojej małej Elżbietki na wszystkie dwory, gdzie byli książęta w odpowiednim do ożenku wieku. A malarz wcale nie musiał jej schlebiać. Moja córka nie miała zajęczej wargi, jej skóry nie szpeciły łuski, a zęby miała białe i proste. Lecz wszystko na nic. Piotr nie mógł zrozumieć, dlaczego wszystkie europejskie dwory grzecznie dziękują i od razu odsyłają portret do Sankt Petersburga. Nikt się nie odważył mu tego wyjaśnić. A prze­ cież na początku wcale nie brakowało konkurentów do jej ręki. Ledwo odrosła od ziemi, a j u ż pojawiły się pogłoski o staraniach ze strony księcia Kurlandii. A może to był książę Manuel z Portugalii? August Sas życzliwie wspominał o swoim młodym kuzynie, synu margrabiego Alberta z Saksonii. Piotr widział w Elżbiecie tylko to, co chciał. Odzie­ dziczyła po nim siłę, śmiech i żywotność. Już przy porodzie wymknęła się śmierci. Urodziłam ją po wielu godzinach najgorszych mąk w roku wielkiej bitwy pod Połtawą. Akuszerka przeżegnała się przerażona, gdy ujrzała, że z mojego ciała wychodzą nóżki, a nie głowa dziecka. - Święta Matko Boska! I do tego jeszcze to! - wykrzyknęła, zała­ mując ręce. - Co to ma znaczyć? - ofuknęła ją wykończona Daria, podsuwając mi pod nos nawilżoną kamforą i sokiem cytrynowym chustkę. Głęboko zaczerpnęłam powietrza i resztkami sił zaczęłam znowu przeć. Chcia­ łam w końcu urodzić to dziecko! Akuszerka pociągnęła za malutkie nóżki, a Elżbieta niemal natychmiast wydala z siebie swój pierwszy, pełen oburzenia krzyk. Akuszerka wzięła noworodka na ręce i wytarła go miękką bawełnianą szmatką, a następnie wykąpała w przygotowa­ nej do tego celu letniej wodzie. A potem pokręciła głową. - I na do­ datek urodziła się pod październikowymi gwiazdami. To zły znak dla kobiety! I jeszcze przyszła na świat nogami do przodu. Na takie trzeba uważać. Są dzikie niczym wilki.

- I co teraz będzie? - zapytała mnie cicho Elżbieta. - Co masz na myśli? Co ma być? - Mój głos znów zabrzmiał ostrzej, niż chciałam. Elżbieta uśmiechnęła się, jakby odgadując moje myśli. - Czy mały Piotr zostanie teraz carem? Przecież on nawet nie jest carewiczem! - Owszem, ale jest synem Aleksego. I mężczyzną. To wystarczy - dodałam gorzko. - Mężczyzną? - Elżbieta z pogardą wypuściła powietrze przez nos. - A wiesz, jak wygląda mężczyzna po dziesiątkach lat przetrzy­ mywania w wilgotnych celach Szlisselburga? Albo gdy syberyjski mróz przeżera mu kości? Miałam wrażenie, że dusza Piotra wypadła przez jego otwarte usta i przez uszy wślizgnęła się do ciała Elżbiety. Na stojąco kochała się z żołnierzem przed drzwiami, potem cała we łzach stała przy łożu śmierci ojca, a teraz myśli o tym, żeby zamknąć swojego małego kuzy­ na w stęchłych piwnicach Szlisselburga, których mury nawet latem po­ krywa lód. Była prawdziwą Rosjanką: pełną dzikiego piękna, smutku, przekory. W mgnieniu oka stała się dla mnie zupełnie obca. Potrząsnęłam głową i wyjaśniłam jej: - Cokolwiek by się wyda­ rzyło, Elżbieto, Piotrowi Aleksiejewiczowi nic nie może się stać. Jeśli coś mu się przydarzy, ten lub ta, którzy będą za to odpowiadać, staną się w oczach całej Europy zabójcami króla i nigdy nie będą uznani za prawowitych władców. Chciałabyś, żeby tak było? Powoli pokręciła głową. Powtórzyłam: - On musi żyć, cokolwiek się wydarzy. Trwałość, Elżbieto, trwałość. Popatrzyła na mnie i skinęła. Po chwili milczenia przekrzywi­ ła głowę, tak że w migoczącym świetle świec kaptur rzucił cień na jej oczy, skrywając ich zdumiewającą błękitną barwę. - Skoro Piotr Aleksiejewicz nie jest nawet carewiczem, a nie żyje j u ż żaden z moich braci... Wydawało się, że dobrze waży każde wypowiadane słowo. Miałam ochotę uderzyć ją za tę zwłokę, zapytałam jednak tylko chłodnym to­ nem: - Tak, i co z tego?

Starannie dobierała słowa. - W takim razie, skoro wszyscy nie żyją, a Anna wyjeżdża do męża do Niemiec, to... - To? - próbowałam ją ponaglić. - To wtedy zostaję już tylko ja! Ojciec mnie kochał. Dlaczego nie miałabym teraz zostać carycą? Byłam bliska płaczu. Stoi tu przede mną ta hoża, zmysłowa i do szpiku zepsuta istota, którą jakiś szalony splot miłości i przypadku uczynił moją córką i rosyjską carówną. I chce być carycą! Imperium Piotra, niezmierzone, dostatnie, choć poznaczone krwawą biedą i nie­ wiarygodną nędzą, miałoby zależeć tylko od niej? Wojna i pokój mia­ łyby pozostawać w jej miękkich, pulchnych dłoniach, które mężczyźni tak lubią całować? Polityka ma rodzić się w jej małej głowie, której do tej pory używała wyłącznie do przymierzania najnowszych modeli pe­ ruk i kapeluszy? Pani wszystkich koszar, i to dosłownie! - Elżbieto! - roześmiałam się mimowolnie, a jak już zaczęłam się śmiać, to nie mogłam przestać. Śmiałam się, śmiałam i śmiałam, aż rozbolały mnie boki. Zaniepokojeni lekarze schowali się w kąt. Blu­ mentrost wzruszył ramionami. Chyba myśleli, że m a m jakiś atak. Twarz mojej córki zaczerwieniła się z gniewu, a ona niemal na mnie krzyknęła: - Natychmiast przestań się śmiać! M a m takie prawo! Przy­ sługuje mi! Chcę być carycą! Skoczyła do mnie niczym małpka z mojego ogrodu zabaw w Peterhofie. Mało brakowało, a rzuciłaby się na mnie z pięściami. Lecz w tym momencie z pomocą przyszedł mi Mienszykow. Jedną ręką objął jej pul­ chne ciało i bez ceregieli zatkał dłonią usta. Elżbieta zaczęła kopać no­ gami. Pozwolił jej się wyszaleć, a ja patrzyłam na nią bez słowa. Jestem bardziej matką swoich martwych synów niż żyjącej córki - pomyślałam nagle. Nie rozpoznawałam w niej siebie. Taka obłąkańcza złość i zazdrość były też obce Piotrowi. Podczas jednego z dworskich balów zeszłej zimy, zanim Piotr zachorował, sama byłam świadkiem jej nieumiarkowania. Elżbieta poczuła wtedy niefortunną zawiść i nienawiść wobec dziewczy­ ny równej jej wiekiem, uroczej Natalii Balk, córki generała Balka i pięk­ nej Anny Mons. Pierwszej kochanki Piotra. Natalia Balk mimo młodego wieku już wówczas uchodziła za najpiękniejszą pannę w Rosji i niczego

jej nie brakowało. Cały dwór leżał u jej stóp. Gdy na owym balu okazało się, że do karnetu Natalii wpisało się więcej tancerzy niż do karnetu El­ żbiety, moja córka spoliczkowała tamtą biedną dziewczynę dwa razy na oczach wszystkich zgromadzonych wokół parkietu i wyrwała jej kępkę włosów. Piotr zaśmiewał się do łez, lecz ja kazałam przerwać kłótnię. Natalia Balk została uratowana z rąk mojej córki. W następnym tygo­ dniu zaręczyła się korzystnie z księciem Łopuchinem. Przytrzymywana przez Mienszykowa Elżbieta opanowała się, a on pokręcił głową w zdumieniu. - Uspokoiłaś się już, carówno? - zapytał na wszelki wypadek, za­ nim ją puścił. Przytaknęła i poprawiła opończę, żeby zachować odrobi­ nę godności. D u m n y m gestem odrzuciła głowę do tyłu, aż diamentowe kolczyki, które sięgały jej niemal ramion, gniewnie zalśniły w bladym blasku świec. - Chodź z nami do komnaty obok, Elżbieto - powiedziałam po­ jednawczym tonem i skinęłam głową w stronę medyków. Mój rozkaz wciąż ich obowiązywał. Nikt, ale to nikt, nie miał prawa wejść do tego pomieszczenia! Popchnęłam córkę przed sobą do małej biblioteki Pio­ tra, lecz drzwi do jego sypialni tylko przymknęłam. Ostrożności nigdy za wiele. Może znowu tu kogoś wpuszczą! Elżbieta weszła do ogrzanej komnaty z dumnie wyprostowanymi ple­ cami. Rozpalony na nowo przez Mienszykowa ogień w kominku płonął jasno i ciepło. Elżbieta natychmiast nalała sobie wina do kolorowego kielicha z weneckiego szkła. Zaczęła pić je łapczywie, mlaskając war­ gami. - Pijesz jak chłopka! - powiedziałam z naganą. - Ty się akurat na tym znasz - padła szybka i zdecydowana od­ powiedź. Mienszykow przerwał nam. - Caryco! Elżbieto! M a m y teraz coś innego na głowie! Skończcie z tymi głupstwami. Elżbieta zamarła bez ruchu, wpatrując się w Mienszykowa niczym kot w mysz tuż przed jej pożarciem. - Jak powiedziałeś, Aleksandrze Daniłowiczu? Caryco? - Wydłużyła to słowo pytająco i popatrzyła na

mnie. Pokiwała głową i mówiła dalej, jakby do siebie. - Oczywiście! 0 to chodzi! Tobie to wszystko nie wystarcza. Nie, moja matka chce więcej. Sama chce zostać carycą! A teraz nie ma już nikogo, kto prze­ szkodziłby ci posadzić na tronie biegającego wokół ciebie szambelana... - Zanim Mienszykow zdołał mnie powstrzymać, uderzyłam ją w twarz tak mocno, że rozcięta warga zaczęła krwawić. Elżbieta krzyknęła prze­ rażona i ostrożnie dotknęła rany. Mienszykow podał jej swoją koron­ kową chustkę. Na chwilę w komnacie zapanowała głucha cisza. Tylko płonące polana zapadły się z trzaskiem, a wiatr wiejący wokół Pałacu Zimowego zawył w kominie. Elżbieta oblizała skaleczoną wargę z krwi 1 popatrzyła na mnie ponurym wzrokiem. Potem wsunęła sobie chu­ steczkę Mienszykowa w dekolt i zsunęła opończę. Dostrzegłam, że pod aksamitem ma na sobie bogato haftowaną suknię z głębokim dekoltem podług francuskiej mody. Jedwab miał barwę gorzkich pomarańczy. Ramiona Elżbiety uwodzicielsko wyłaniały się z obłoku białej koronki, a dekolt był tak głęboki, że niemal widać było brodawki jej piersi. Na obu rękach miała pasujące do kolczyków ciężkie bransolety. Diamenty lśniły, a szmaragdy i rubiny udawały kwiaty. Naszyjnik, którego koń­ cówka w kształcie kropli zwisała między jej piersiami, miał ten sam wzór. Nosiła na sobie kamienie, które pozwoliłyby wyżywić dziesięć tysięcy dusz przez trzy lata, z takim lekceważeniem, jakby to była j a ­ kaś tandetna podróbka. Przysunęła j e d n o z krzeseł bliżej ognia, zdję­ ła haftowane jedwabne pantofelki i ułożyła stopy odziane w delikatne koronkowe pończochy na zydelku. Była ubrana, jakby wybierała się na jakieś przyjęcie. Już dawno straciłam kontrolę nad tym, co robi. Teraz, kiedy okazało się, że nie może sama panować, była zado­ wolona, że mimo wszystko znajduje się w centrum wydarzeń. - To jak, Mienszykow, wygląda twój plan? Chcesz sięgnąć po władzę za po­ średnictwem mojej matki? I na co wy tutaj czekacie? W tych ścianach wciąż unosi się oddech mojego ojca. A na szybach osiadają opary wa­ szego strachu! Nie, matko, to nie rosa! Że też oboje nie macie wsty­ du. Sypiasz z nią od czasu do czasu, co? - zwróciła się do Aleksandra Daniłowicza i uśmiechnęła niczym anioł, wypowiadając te bezwstydne słowa. Miałam ochotę znowu wymierzyć jej policzek.

Stojący w blasku ognia Mienszykow aż poczerwieniał z gniewu. Zamiast udzielić ostrej reprymendy, popatrzył tylko na mnie. A ja ski­ nęłam głową. Z powrotem usiadł w fotelu, na którym wcześniej spał. Sięgnął po karafkę i nalał wina najpierw Elżbiecie, a potem sobie. - Nie, carówno Elżbieto. A jak będziesz trochę starsza i bardziej doświadczona, zrozumiesz głupotę własnych słów. Roześmiała się. - Nie, Aleksandrze Daniłowiczu, m a m nadzieję, że nigdy nie przestanę sypiać z każdym dobrze zbudowanym mężczy­ zną w moim otoczeniu. Gdybym była moją matką, przy tobie bym się nie ociągała. - Wydęła usta i zaczęła bawić się brązowym lokiem. Przeraziłam się. Jakąż niebezpieczną parą byliby Mienszykow i Elżbieta! Czy zaproponuje mu swoje łoże i nazwisko w zamian za tron? Czy on zdoła się oprzeć tak kuszącej propozycji? O Boże, czy ja nie mogę ufać nawet własnemu ciału i krwi? Czy świat władcy składa się tylko z przyjaciół i wrogów i nikogo więcej? Ostermann, Jagużyński, Tołstoj, przybywajcie w końcu! Przerwałam narastające nagle między nimi napięcie, podchodząc do stołu i nalewając sobie wina. - Elżbieto, książę Mienszykow ma rację. Gdy będziesz trochę star­ sza, nauczysz się, że często lepiej nie spać z jakimś mężczyzną, jeśli chcesz, żeby byl ci wierny. Pozwoliłam, żeby moje słowa do niej dotarły. Skrzywiła się lekce­ ważąco. - Gdy będę starsza? A co mi wtedy pozostanie poza licznymi zmarszczkami? Wtedy na pewno nikt mnie nie będzie chciał - odparła bezczelnie. Wolałabym tych słów nie usłyszeć. Płomienie w kominku tańczy­ ły przed moimi oczami. Ich migotanie oszałamiało, więc odwróciłam wzrok. Wyprostowałam się i wyjaśniłam Elżbiecie: - Skoro już tu j e ­ steś, to powinnaś wiedzieć, co się dzieje. Dołgorucy będą próbować po­ sadzić na tronie małego Piotra Aleksiejewicza. Jeśli tak się stanie, to Mienszykow w najlepszym razie pojedzie saniami na Syberię. I my też. - Dołgorucy? Przecież Wasyl Dołgoruki to mój kum. Dlaczego mój ojciec chrzestny i jego rodzina mieliby nam coś takiego zrobić? - przerwała mi Elżbieta.

- Z powodu Aleksego, naturalnie - odparłam krótko. - Aleksy, oczywiście! - Jej oczy znów skierowały się na Mien­ szykowa, lecz on wpatrywał się tylko w płomienie, obracając w dłoni kielich. M i m o wszystko byłam pod wrażeniem. Elżbieta musiała mieć dobre źródła. Gdy jej przyrodni brat umarł, była jeszcze dzieckiem. Choć wtedy nikogo nie oszczędziły okrucieństwo i szaleństwo, które zagościły w pałacu. - Mienszykow na Syberii! Cóż za boski obraz! - Elżbieta roze­ śmiała się wesoło. - Na granicy, Aleksandrze Daniłowiczu, będziesz musiał przesiąść się z sani wykładanych sobolim futrem do wozu po­ krytego słomą, w której będziesz się mógł zagrzebać przed zimnem. Jak maciora w zimie, naprawdę. No i potem! Może będziesz miał dość kopiejek, żeby kupić sobie siekierę. Lecz z budową chaty będziesz się musiał pośpieszyć... - Jej głos brzmiał jasno i twardo niczym dzwo­ neczki, które zawiązywała na szyjach karłów, żeby móc odnaleźć ich pośród pałacowych ciemności. Aleksander Daniłowicz spojrzał na nią, jakby chciał ją uderzyć. Zaczęłam mówić dalej, jakbym nic nie słyszała. - Poza tym mały car sprowadzi z klasztoru swoją babkę, Eudokię Łopuchinę. Każe ogo­ lić nam głowy na łyso i zamknie w klasztorze. A ty, Elżbieto, będziesz wtedy nieślubną córką cara, której będzie się obawiał. Opuści Sankt Petersburg i... - Nie! Nie może tego zrobić! - zerwała się i zamaszystym ru­ chem odstawiła kielich na stolik. Odrobina wina przelała się przez jego brzeg. - Czego nie może zrobić? - zapytałam zdumiona. - Wyjechać z Petersburga! To przecież byłaby zdrada wszystkiego, do czego dążył ojciec! Jakby miał umrzeć drugi raz... - jej głos zamarł. Znów pomyślałam, że to dziwna dziewczyna. Zdrada marzeń ojca wydawała jej się gorsza niż myśl o życiu w klasztorze! - W takim razie musisz tu czekać razem z nami - zdecydowałam za nią. - Na co? - Wypiła jeszcze jeden łyk wina i znów spojrzała na Mienszykowa.

- Na Najwyższą Tajną Radę - poinformował ją krótko. Uśmiechnęła się drwiąco i pozwoliła, żeby kolorowe cięte szkło zatańczyło w płomieniach. - Ci słabeusze! Przy najmniejszej groźbie robią w gacie i drżą z powodu każdej bździny. Nie mów, że ma być też ten dureń Ostermann. Jego wygnałabym pierwszego! Może będzie chciał dzielić chatę na Syberii z Aleksandrem Danilowiczem. Wyprostowała swoją drobną stopę i wwierciła ją Mienszykowowi w udo. Odwróciłam głowę. Piotr uważał Ostermanna za jedną z najtęż­ szych głów swego imperium. Syn pastora z Bochum awansował dzięki mojemu mężowi na hrabiego i wicekanclerza Rosji. To on ułożył trak­ tat z Nystad, który zakończył wielką wojnę północną. Niech Bóg chroni Rosję przed Elżbietą po mojej śmierci - pomyślałam. Razem z Mienszykowem zgodnie milczeliśmy. Elżbieta wzruszyła nagimi ramionami i zaczęła cicho nucić jakąś piosenkę. Po chwili to też wydało jej się głupie, więc wpatrywała się już tylko w płomienie w milczeniu, z twarzą pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Przez zasłony przebijał się niemal niezauważalnie pierwszy, blady blask świtu. Czarna jak atrament noc wciąż odróżniała się od błękitu dnia. Jeszcze co najmniej trzy godziny potrwa, zanim niebo zblednie i nastanie szare światło dnia. Miasto świeciło w ciemnościach, pokryte śnieżnym płaszczem. Szyby pałaców i kamienic wokół Pałacu Zimowe­ go pokrył szron, a drobne, lśniące sople zwisały z gzymsów. Ujrzałam dłonie służących sięgające po ostre, drewniane skrobaki, żeby je usu­ nąć. Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, wsuwaliśmy sobie takie sople do ust i chciwie je ssaliśmy. Smakowały dziwnie, jakby kurzem. Z tyłu znów usłyszałam cichy głos Elżbiety. - Kochałaś mojego ojca? Nie potrafiłam na to pytanie odpowiedzieć.

ROZDZIAŁ 4.

M

oja pierwsza podróż do Moskwy znad jeziora Ładoga przez szerokie przestrzenie Rosji, do wnętrza tego olbrzymiego imperium, zdawała się nie mieć końca. Tamta zima była

jedną z najsroższych, jakie pamiętano w zajazdach, a my na naszych saniach tkwiliśmy w samym jej środku. Podróżnym groziło zamarznię­ cie podczas lodowych i śnieżnych burz, a głodne wilki bez lęku pod­ chodziły do dróg i domów. Będziemy mieli szczęście, jeśli cali i zdrowi dotrzemy do Moskwy przed świętami! Wydawało się, że Darię Arseniewą także dręczy lęk, a może była to po prostu niecierpliwość. Kazała bezlitośnie chłostać silne srokate konie, które zaprzęgnięto do naszych sań. Wieczorem miały pianę na pyskach i krwawe pręgi na skórze. W każdym z dwudziestu czterech zajazdów, w których się zatrzymali­ śmy, konieczna była zmiana koni. Nasz woźnica albo ochmistrz Mien­ szykowa j a k o carski poseł wyszukiwał najlepsze konie i wcale nie re­ kompensował prawowitym właścicielom ich straty. Własność każdego Rosjanina wciąż była przede wszystkim własnością cara. Jednak im bardziej zbliżaliśmy się do Moskwy, tym okazalej wyglądały karczmy. Świnie i kury j u ż nie przebywały razem z gośćmi w jednej izbie, tylko miały swoje własne chlewy i kurniki. Centrum karczmy stanowił zwy­ kle duży kominek, obłożony kamieniem, lub kaflowy piec. Z kuchni przynoszono misy z kapustą albo zupą z kury z ziemniakami i ziołami. Do tego blińczyki, czyli niewielkie naleśniki z gryki, w które zawijano ser lub wędzone mięso. Gdy wchodziliśmy do izby z chłodnej zimo­ wej nocy, nasze wilgotne futra zaczynały parować, a gorąco i zaduch wytwarzane przez licznych gości atakowały moje zmęczone zmysły po

całym dniu spędzonym na świeżym powietrzu. Wrażenie to znikało zwykle po kilku pierwszych kieliszkach czystej wódki, ale i tak cieszy­ łam się, gdy trafiała się izba tylko dla nas i nie musieliśmy się wciskać na ławy między innych podróżnych. Gdy usłyszałam w Szlisselburgu o naszej podróży, wyobraziłam sobie kilkoro skromnych sań, które w ciemnościach i śniegu będą zmierzać do Moskwy. Jednak Mienszykow wysiał w naszym orszaku wszystkich, których mógł potrzebować dla swej wygody oraz obsługi codziennego życia podczas świąt w Moskwie. Za wygodnymi saniami podróżnymi ciągnął szereg prostych sań o mocnych, szerokich płozach, na których wieziono bagaże, zapasy i wyposażenie na drogę. Wraz z nami jechało kilku doradców wojskowych i politycznych, dwóch ka­ merdynerów i trzech paziów, bębniarz i dwóch trębaczy, Murzyn i ro­ dzina karłów, trzech sekretarzy i połowa cerkiewnego chóru, składają­ ca się z trzech chórzystów i popa. Do tego jeszcze dwóch kucharzy i ich dobrze odżywieni pomocnicy. Większość z nich musiała na postojach zagrzebywać się w słomę w chlewach niczym prosięta, żeby przetrwać mroźne noce. Arseniewy i ja spałyśmy ściśnięte w wąskich izbach. Da­ ria kazała służącym ogrzewać łóżka. Potem musiały spać zwinięte na zimnych progach. Siedemset siedemnaście wiorst, które dzieliły Szlisselburg od Mos­ kwy, nasze sanie mogły pokonać w sześć dni albo w cztery tygodnie. Daria uważała, że przy takiej pogodzie będzie to raczej miesiąc. O świ­ cie, gdy panowały jeszcze całkowite ciemności, ja, Anna Mienszykowa i siostry Arseniewy wsiadałyśmy do naszych sań. Przypominały mały, kolorowo pomalowany drewniany domek. Ławy w środku wyłożono miękkimi poduszkami, a każda z nas przykrywała sobie nogi futrem z norek. Pod te futra służące z zajazdów wsuwały wcześniej miedziane zamykane patelnie wypełnione żarzącymi się węglami. Słońce pojawiało się dopiero koło dziesiątej rano. Tęsknie wypa­ trywaliśmy na niebie pierwszych błękitnych i czerwonych promieni dnia. W porannych godzinach czułam ciepło w brzuchu dzięki gorącej kaszy z odrobiną stopionego słonego masła i gorzkiemu czajowi, które przygotowywali na śniadanie karczmarze. Ze zdumieniem wspomina-

lam swoją podróż z powrotem do Marienburga na furmance w chłodzie i w milczeniu. Ta podróż była jej zupełnym przeciwieństwem. Wygoda, dobre jedzenie, nieustanne śmiechy i opowieści sióstr Arseniewych! Anna Mienszykowa czasami jechała swoimi własnymi saniami, w za­ leżności od tego, czy miała ochotę na towarzystwo, czy nie. Nie miałam jednak wątpliwości, że nic nie uchodzi jej uwadze. Pokryty lśniącym śniegiem krajobraz, którzy przesuwał się przez małe, zakratowane okienko sań, każdego dnia wydawał się taki sam. Czas, który upływał, mogliśmy odmierzać jedynie pojedynczymi wy­ darzeniami, takimi jak ostra śnieżyca, która zmusiła naszego woźni­ cę do skrycia się w środku sań. My, damy, rywalizowałyśmy ze sobą, zasypując biedaka nieprzyzwoitymi żartami, od których płonęły mu uszy. Barbara była w tym bezkonkurencyjna. Albo wilki, które pew­ nego wieczoru otoczyły sanie z głodnym wyciem. Barbara Arseniewa wpadła w szał, gdy usłyszała długie, pełne skargi dźwięki i krzyknęła do woźnicy: - Odpędź te bestie batem! To Eudokia Łopuchina je na nas nasłała! Wiedźma! To są diabelskie pomioty! Gdy nie udało mu się samemu odpędzić zwierząt, sięgnęłyśmy do wnętrza skrzyń, na których siedziałyśmy, po baty i zaczęłyśmy je nimi smagać. Oczy wilków migotały w świetle umocowanych na bokach sań pochodni, a ślina na ich wargach świadczyła o głodzie i surowej zimie. W końcu dogoniły nas sanie z kamerdynerami Mienszykowa, którzy zaczęli strzelać do wilków. Wataha zmieniła się w drgające i wyjące kłębowisko sierści, zębów i krwi. Zużyli dwadzieścia pięć kul, żeby za­ bić cztery wilki. Jeszcze wieczorem, gdy siedzieliśmy nad gęstą bia­ łą fasolą z boczkiem, na wspomnienie tego zdarzenia wciąż drżały mi dłonie. Natomiast ludzie Mienszykowa z dumą opowiadali o swoich bohaterskich czynach. Cieszyłam się, że zostawiam za sobą nadbałtyckie krainy. Ich wi­ dok wzbudzał we mnie smutek. Od Rewia do Rygi wszystko było do­ szczętnie zniszczone przez wojnę. Dumne kiedyś miasta istniały j u ż tylko jako puste nazwy na mapie. Generał Szeremietiew nie wiedział, co robić z łupami. Za jedną diengę można było sobie kupić owcę, a na­ wet dziecko. Mniej niż pół kopiejki za człowieka! Moje dawne życie

poszło z dymem. M i m o wszystko nie chciałam wybiegać myślą dalej niż do świąt. Mienszykow przydzielił mnie Darii Arseniewej jako damę dworu. To oznaczało, że miałam prawo do niewielkiej pensji, pokojów­ ki i własnej komnaty w tieremie Darii. Nie chciałam jednak wiecznie być uzależniona od jej laski. Damę dworu można było wyrzucić z dnia na dzień, a wtedy lądowała na ulicy bez żadnych środków. Byłam zaskoczona, gdy tuż przed wyjazdem Mienszykow podaro­ wał mi sakiewkę z pieniędzmi. Miałam za nie pod okiem Darii sprawić sobie skromną wyprawę. Gdy chciałam mu podziękować, Aleksander Daniłowicz zmierzył mnie uważnym wzrokiem. - Marto, dziewczyno, są rzeczy, na których się znasz, a ja nie. Jeszcze zobaczymy... Mądrze wydaj te pieniądze! Włożył mi sakiewkę w dłoń i zacisnął wokół niej moje palce. W p a ­ trywałam się w nią i ze zdumienia zapomniałam z powrotem wsunąć rękę do mufki. Zanim zdołałam zrozumieć znaczenie jego słów i poca­ łować go w dłoń w podziękowaniu za hojność, j u ż otulił się płaszczem, wcisnął futrzaną czapkę na czoło i poczłapał przez głęboki śnieg z po­ wrotem w stronę bramy Szlisselburga. Jego stopy w ciężkich butach tworzyły wyrwy w idealnie gładkiej powierzchni śniegu. Mieliśmy zobaczyć się dopiero po kilku tygodniach w Moskwie. Już od trzech tygodni podróżowaliśmy saniami, gdy Daria zaczęła uważnie i niespokojnie wyglądać przez okno. Szturchnęła swoją sio­ strę Barbarę i wskazała na ciemne lasy, które niekończącym się pas­ mem kładły się na srebrzystym krajobrazie. Nie dostrzegałam w nich nic szczególnego. Daria rozpoznała jednak w bladym świetle i zalega­ j ą c y m wszędzie śniegu moskiewski krajobraz, tak jak ja rozpoznała­ bym każde pole wokół mojej rodzinnej wioski. Dwa dni później Daria kazała zatrzymać sanie, zanim dotarliśmy do zajazdu, w którym mieliśmy spędzić noc. Miała zaczerwienione z podniecenia policzki i siłą wyciągnęła moją niechętną dłoń spod cie­ płego futra. - Chodź, Marto, pokażę ci coś, czego twoje nędzne oczy jeszcze nigdy nie widziały! Dalej, nakładaj buty i chodź!

Była szybsza ode mnie. Owinęła się futrem z norek j a k opończą i zeskoczyła z sań na wysoki śnieg obok płozy. Wpadła w zaspę aż po kolana, ale tylko roześmiała się i ruszyła dalej. Poszłam jej śladem i też aż po kolana zanurzyłam się w śniegu tuż przy drodze. Daria gwizdnęła na pachołka niczym urwis i kazała mu wydeptać dla nas ścieżkę pro­ wadzącą do niewielkiego wzniesienia. - Chodź, no chodź już! - krzyknęła do mnie kilka razy niecierp­ liwie przez ramię, idąc za służącym. Tak się śpieszyła, że potykała się 0 skraj futra. Prostowała się z powrotem ze śmiechem, mając śnieg na nagich dłoniach i rozpromienionej twarzy. Gdy dotarła na szczyt pagórka, stanęła i czekała, aż ją dogonię. Objęła mnie swoim szczup­ łym ramieniem, a drugą ręką szerokim gestem wskazała na równinę rozciągającą się u naszych stóp. - To są Worobiowe Góry. I popatrz, Marto, co widać przed nami. To najpiękniejsze miasto świata. Zobacz! To Moskwa! Moskwa! krzyknęła jeszcze raz. Moskwa, miasto dwóch tysięcy cerkwi, rozciągało się u naszych stóp, zajmując niemal całą przestrzeń. Jeszcze nigdy nie widziałam tak ogromnego miasta. Gdzie ono się zaczyna, a gdzie ma koniec? Cu­ downe i niewiarygodnie wielkie serce rosyjskiego imperium prezento­ wało się dumne i bezwstydne moim zdumionym oczom. Blade słońce zachodziło już na białawym niebie, lecz tysiące kopuł i wież miasta wciąż lśniło złotem. Świeciły swoim własnym światłem i życiem na tle zmierzchu. Zimny nocny wiatr znad tajgi j u ż zaczynał wiać, przynosząc tu do nas na górę dźwięki z ulic, zaułków i domów. Widok miasta zdra­ dzał mi jego tętno i czułam krew przepływającą przez jego żyły: trzask batów, śmiech kobiet, krzyki dzieci i przekleństwa mężczyzn w kabakach. Słyszałam ryki bydła w oborach, szmer rzek na młyńskich kołach 1 stukanie końskich kopyt na pokrytych brukiem głównych ulicach miasta. Na dodatek do naszych nosów dotarł pierwszy odór stolicy. Zapach jedzenia z kabak, ścieków na ulicach, targów i pozostałych po nich resztek, ciężkich olejów i perfum oferowanych przez handlarzy, tysięcy ludzi i ich wydzielin, tysięcy żywotów z wszystkimi ich radoś­ ciami i tragediami.

Moskwa nie była tak zbudowana jak Marienburg czy Ryga, któ­ rą znałam z rycin w gabinecie Ernsta Gliicka. Dostrzegałam miejskie bramy, ale nie było tam jednolitych murów. Zabudowania okręcały się wokół siebie niczym skorupka ślimaka wokół żywo bijącego serca, złożonego z budynków, których dachy lśniły w wieczornym słońcu. Ta masa domów rozmaitej wielkości i wzniesionych z różnych materiałów otoczona była pasem mniejszych osiedli i pól, które skupiały się na brze­ gach szerokiej i wolno płynącej Moskwy i Jauzy, jej niewielkiego dopły­ wu. Nie dostrzegałam w tym mieście żadnego porządku, więc zdumiona zwróciłam się do Darii. - Wygląda zupełnie inaczej niż inne miasta. To znaczy - dodałam szybko, żeby nie popsuć jej radości - zupełnie inaczej niż niemieckie i szwedzkie miasta w moich ojczystych stronach. - Moskwa to Wschód, Marto! I nie ma nic wspólnego z carem Pio­ trem i jego marzeniami o europejskim mocarstwie. Staliśmy się wielcy dzięki surowości, twardości i biedzie. Surowości wobec nas samych. Pomyśl, jak skończył Nowogród ze swoim rozluźnieniem obyczajów i wolnością? Pokonaliśmy to miasto, które popadnie teraz w zapo­ mnienie. My, moskwianie, jesteśmy w gruncie rzeczy Tatarami! Dziki­ mi i dumnymi! Zobaczysz, jak wielu z nich chodzi naszymi ulicami. Rozciągnęła sobie powieki palcami niemal do skroni i zrobiła groź­ ną minę. Roześmiałam się, lecz ona tylko skinęła głową i z powrotem odwróciła się w stronę miasta. - Te osiedla tam to posady, czyli przed­ mieścia, na których znajduje się większość sklepów w mieście. Obok nich stoją domy właścicieli, ogrody i stajnie. Zwykle mieszkają tam też służący. I wszyscy rzemieślnicy, artyści i ogrodnicy, których wielki car sprowadził do naszego kraju. Tam, na brzegach Jauzy i jej obu odnóg, Kliaźmy i Neglinnej, stoją moskiewskie młyny. To dzięki nim miasto ma chleb. Nad Moskwą leżą pola, które wiosną zalewa woda. To z nich pochodzą najlepsze warzywa i owoce w całym kraju. - A kto mieszka w tych małych osadach poza miastem? - prze­ rwałam jej. Wzruszyła ramionami i odparła bez namysłu: - To chłopi pań­ szczyźniani i gospodarze, którzy najmują się u cara, szlachty albo bo­ gatych mieszczan. To mróweczki rosyjskiego narodu, naprawdę! Ale

o nich nie trzeba myśleć. - Nic nie odpowiedziałam. Przyszło mi do głowy, że być może jest wśród nich moja rodzina. Może to tutaj rzucił ich los. Jednak Daria kontynuowała swoją opowieść. - W tych osadach mieszkają też łowcy bobrów, rybacy, sokolnicy, treserzy psów i chłopcy stajenni. A te domy tam, na samym skraju, to miodowe osiedle. Miesz­ kają tam pszczelarze i ich pszczoły. Lepiej trzymaj się od nich z daleka, bo pokłują ci całą skórę. Ale najlepszy miód pochodzi właśnie stamtąd! - roześmiała się i oblizała sobie wargi. Patrzyłam przez chwilę na barwny, głośny chaos panujący na rów­ ninie. Daria wskazała trzy wieże, które wznosiły się ku niebu z samego środka miasta. - Tam! To Kreml, pałac nad pałacami! A wokół niego znów domy arystokracji, służby, rzemieślników, krawców i artystów - po prostu wszystkich, którzy służą carowi. To prawdziwe miasto w mieście. Otuliła się mocniej opończą. Jej piękna twarz wychylała się z mięk­ kiego kołnierza niczym kwiat spośród liści. Podjęła decyzję. - Jak tyl­ ko się urządzimy, zabiorę cię do Gościnnego Dworu, zobaczysz! - A co to jest Gościnny Dwór? - zapytałam z ciekawością. Roześmiała się i klasnęła w dłonie. - To cudowna kraina dla ko­ biet, które mają u pasa pełną sakiewkę! A Aleksander Daniłowicz dał ci przecież pieniądze, prawda? - Popatrzyła na mnie badawczo. Uzna­ łam, że lepiej postawić na szczerość i skinęłam głową. Daria zaczęła mówić dalej. - T a m są najpiękniejsze towary! Naprawdę, najlepsze ozdoby, o jakich można marzyć! Są tam tysiące kramów ze szlachet­ nymi metalami, surowymi i oszlifowanymi kamieniami, jedwabiem, futrami, filcami, tasiemkami i... Zresztą sama zobaczysz! - Znów się roześmiała i odwróciła w stronę Moskwy. Jeszcze raz popatrzyła na swoje rodzinne miasto, a potem chwyciła mnie za rękę i powiedzia­ ła: - Chodź, musimy szybko jechać, zgłodniałam! A w karczmie bę­ dzie teraz dobry, tłusty łosoś z plackami ziemniaczanymi, a na deser do herbaty piernik! I chcę wypić tyle szklanek moskiewskiej wódki, aż stracę zmysły! Jutro sporo czasu zmarnujemy na przejechanie przez

posterunki. A na dodatek wyjadą nam naprzeciw inne sanie i trzeba się będzie ze wszystkimi witać! Przedarłyśmy się przez śnieg z powrotem do naszych sań. Barbara Arseniewa czekała na nas z kwaśną miną. Węgle w miedzianej patelni pod jej stopami wystygły, więc zajęczała: - Gdzie wy się podziewacie? Przez to czekanie na was na pewno się przeziębiłam! - Anna Mienszy­ kowa wysunęła przez okno swoich sań dłoń odzianą w bogato haftowa­ ną rękawiczkę, dając tym samym znak do odjazdu. Wieczorem w za­ jeździe cały orszak zjadł i wypił chyba wszystkie zapasy karczmarza: świeży chleb, tłustego łososia, chrupiący kawior, suszoną i wędzoną dziczyznę, pieczony drób, miękki ser, przyprawioną na ostro kiełbasę, parujące paszteciki z ozorów i flaków, ostrą rzodkiew, kapustę i nie­ bieskie jajka w sosie ze śmietany i gorczycy. Karczmarz stracił też całą beczkę gorzałki z piwnicy. Nasza niewielka grupka bzyczała niczym stado pszczół, tak podnieceni byliśmy jutrzejszym przybyciem do Moskwy. Uważnie przysłuchiwałam się wszystkiemu, co opowiadano 0 ludziach, których spotkam, o nieco dziwacznych obyczajach, według których i ja wkrótce będę żyć. W nocy aż huczało mi w głowie od tych opowieści i rzucanych nazwisk. Zapadłam w ciężki niczym ołów sen, który miał mi zapewnić siły na czekające mnie nieznane. Pałac Mienszykowa był najwygodniejszym domem, jaki kiedykolwiek widziałam. Gdy tylko Aleksander Daniłowicz zdobył majątek, natych­ miast kazał wybudować sobie kamienny dom niedaleko kremlowskiego pałacu. Potem jednak zmarł zasłużony przyjaciel Piotra, Franciszek Lefort. Jego wspaniały pałac, ustępujący wielkością jedynie Kremlowi, stał pusty. Car podarował go swojemu przyjacielowi Mienszykowowi. Aleksander Daniłowicz nie dał się dwa razy prosić i przeprowadził się do pałacu Leforta. Był to obszerny budynek wzniesiony po części z drewna, po części z kamienia, lecz także z cegieł. Szpary między bel­ kami czy kamiennymi ciosami dokładnie zasmołowano. Ściany we­ wnątrz pokryte były malowanym kurdybanem lub kobiercami, które Mienszykow przywiózł z wielkiej podróży z Piotrem do Niderlandów 1 Flandrii. Moskwa wtedy, gdy pierwszy raz do niej przybyłam, była

miastem zbudowanym niemal wyłącznie z drewna. Spróchniałym bu­ dynkom nieustannie zagrażał pożar, a sam car własnoręcznie gasił już tyle pożarów, że widoku płomieni bal się bardziej niż diabła. A przy tym pożarem w Moskwie przejmowano się dopiero wtedy, gdy obejmował już setki domów, a żarzące się na czerwono iskry na niebie przyćmie­ wały zachód słońca. Na kilka lat przed moim przybyciem Piotr wydał zalecenie, aby wszystkie nowe budowle wznosić wyłącznie z kamienia. Kto nie mógł sobie pozwolić na odbudowę spalonego domu w kamie­ niu, musiał sprzedać grunt zamożniejszemu mieszkańcowi miasta. Pokoje Darii w pałacu Franciszka Leforta były ciepłe i przytul­ ne. Wciąż nazywała kobiece komnaty tieremem, być może dlatego, że przyzwyczaiła się do tego w dzieciństwie. Podłogi komnat wyłożono miękkimi dywanami i grubymi futrami. Ławy i krzesła zdobiły kun­ sztownie haftowane lub kolorowe jedwabne poduszki, a na ścianach wisiały barwne ikony. Złota i srebrna blacha ich ram lśniła obok pięk­ nie tkanych tapiserii o tysiącu splotach, przedstawiających polowania i inne historie, których dokładnego sensu jednak nie rozumiałam. Jasny ogień płonął w kominkach przez cały dzień, a Mienszykow ka­ zał w tamtym roku w całym domu powstawiać piece, tak jak robią to Szwedzi. Sięgały sufitów, a ozdobione były kafelkami z Delft. Przyjem­ nie rozgrzewały każde pomieszczenie. Moja własna izba znajdowała się między pokojami Darii a komnatami jej siostry Barbary. Kto by pomyślał, że będę kiedyś miała pokój tylko dla siebie! Był większy niż cała nasza izba w Kreuzbergu. Jak szybko człowiek przyzwyczaja się do lepszego życia! Teraz nawet dobre czasy u Gliicków wydawały mi się niezwykle odlegle. Jak w ogóle mogłam mieszkać w takiej izbie? Nie chciałabym nigdy wrócić do dawnego życia. Materac na moim łóżku był wypchany końskim włosiem, a po­ duszki obleczone w czyste płótno, które pachniało przechowywaną w skrzyniach na bieliznę kamforą. Nocą przykrywałam się dodatko­ wo ciężką narzutą z lisich skór. W moim pokoju stały jeszcze dwie skrzynie z malowanego drewna, obite żelaznymi taśmami i płytkami z łupka. W nich miałam przechowywać swoje stroje. Wciąż jednak no­ siłam albo tradycyjny rosyjski strój, czyli sarafan, tunikę i długi, ciepły

płaszcz, albo tych kilka ubrań, które podarowała mi Daria. Musiałam je jednak sporo poszerzać. Wesołe życie i dobre jedzenie pozostawiło ślady na moim ciele, lecz było mi to szczerze obojętne. Miałam dobry humor i uśmiechałam się bez żadnego fałszu. Żyłam i na cóż mogła­ bym się uskarżać? Daria z radością i wielkim zapałem zajęła się coraz pilniejszą ze wzglę­ du na nadchodzące święta kwestią mojego ubioru. Zważyła w dłoni sakiewkę, którą podarował mi Mienszykow, i powiedziała: - Moja kochana, za to możemy nakupić jedwabiu dla całego miasta! Skąd ta hojność? Popatrzyła na mnie, a przez jej twarz przemknął wyraz nieufności. To jasne, że nie mogła być pewna swojej pozycji, dopóki nie była Da­ rią Mienszykowa. A Aleksander Daniłowicz nie okazywał najmniejszej ochoty, by stanąć na ślubnym kobiercu. Spojrzałam więc na nią i po­ wiedziałam: - Myślę, że chce, żeby twoje damy dodawały ci splendoru. Popatrz na mnie, przecież potrzebuję wszystkiego. Nie m a m koszul, pończoch, bielizny, nie wspominając o sukniach i chustach! W tym momencie podeszła do nas Barbara, która także zważyła sakiewkę w swojej białej dłoni. - Cóż, o ile skończy się na tych skrom­ nych życzeniach... - syknęła jadowicie. - Co masz na myśli? - odpo­ wiedziałam natychmiast. Nauczyłam się już, że nie będą mnie bardziej kochać, jeśli będę każdemu przytakiwać. Wprost przeciwnie! Skoro Barbara mnie nie lubi, to niech pozna granice mojej dobroduszności. Barbara zrobiła niewinną minę. - Nic, zupełnie nic... W i a d o m o przecież, że mężczyźni zawsze coś sobie myślą na boku, a Aleksander Daniłowicz wcale nie słynie z dobroczynności! Zaczęła przyglądać się swoim wypolerowanym paznokciom i wy­ dęła pomalowane jaskrawą szminką usta. Byłam wściekła i bezradna. Co ona chciała przez to powiedzieć? Daria patrzyła to na mnie, to na swoją siostrę. Na chwilę zapanowało milczenie, które wzniosło się między nami niczym mur. - Chodźmy już, Marto - powiedziała.

Gościnny Dwór był taki, jak opisała mi go Daria. To była cudowna kraina dla kobiet z pełną sakiewką u paska. Odkryłam tam przedmio­ ty, o których urodzie nie miałam pojęcia: kość słoniową, heban, szylkret, macicę perłową, emalię, porcelanę i trudną do wyobrażenia ilość różnego rodzaju pereł i szlachetnych kamieni. Delikatne ręce unosiły włosy z mojej szyi i mierzyły moje pulchne ciało od stóp do głów. Kra­ wiec szeptał coś do swojego pomocnika. Rozwijano przed nami lśniące jedwabie, miękkie aksamity i szeleszczące adamaszki we wszystkich kolorach tęczy. Daria pomagała mi dobierać pasujące do mojej cery odcienie. Złote i srebrne sprzączki, kolczyki, naszyjniki i bransoletki z kolorowych kamieni przymierzano do mojej szyi, uszu, piersi i ra­ mion. Decydowałam się na niektóre klejnoty i odkładano je na bok. Młoda krawcowa pokazała nam cieniutkie koronki wyrabiane na klo­ ckach, które sprowadzano z Paryża i Brukseli. Daria doradziła mi deli­ katny kwiatowy wzór na bieliznę. To ona też wybrała miękką, barwio­ ną skórę na rękawiczki. W końcu moje ręce zaczęły gładzić miękkie, srebrzyste sobolowe futra, którymi kuśnierz miał obszyć długą, zdo­ bioną listewkami opończę ze sfilcowanej wełny. Po krótkich i pełnych komplementów negocjacjach dał się też namówić na kolejne futro na czapkę. Srebrny włos soboli podkreślał moją matową cerę i dodawał blasku moim oczom. W takiej czapce każdy będzie widział, że jestem elegancką damą! Gdy wracałyśmy do domu, z nieba znów sypał się wielkimi płat­ kami śnieg, a dzwony cerkwi św. Archanioła - najwyższego budynku w Moskwie - rozbrzmiewały nad ruchliwym pomimo nocy miastem. Błoto zamarzało w lód, a przechodnie ślizgali się po nim w drodze do domów. Widziałyśmy, j a k niektórzy lądują na siedzeniach i śmiałyśmy się do rozpuku. Piotr zmienił tradycyjny kalendarz, według którego dni liczono od stworzenia świata, i także Boże Narodzenie musiało poddać się jego życzeniu. Teraz miesiące liczono od narodzin Chrystusa. Nowy Rok wypadał więc pierwszego dnia miesiąca stycznia, tuż przed Świętem Trzech Króli, a nie jak dotąd pierwszego września. Świętowanie roz-

poczynało się j u ż w połowie grudnia, a korowód przyjęć, parad, gier, maskarad, ogni sztucznych, kolacji, balów, a także nabożeństw ciągnął się aż do Święta Trzech Króli. Car miał wrócić do Moskwy. Czasami zastanawiałam się, czy pamięta noc, którą spędził w moich ramionach. Potem jednak sama siebie ganiłam za własną głupotę. Car podczas kampanii wojennej z pewnością miał wokół siebie mnóstwo miękkich ramion, w których mógł zapomnieć o swoich cierpieniach! Wraz z nim miałam ujrzeć wszystkich tych ludzi, o których do­ tąd tylko słyszałam. Ludzi wpływowych, bliskich carowi, choć nieko­ niecznie pochodzących z arystokracji, a także innych członków rodziny carskiej, takich jak jego siostra Natalia czy młodziutki syn, carewicz Aleksy. Przede wszystkim pragnęłam choćby zerknąć na Annę Mons. Siostry Arseniewy nienawidziły i bały się tej niemieckiej dziewczyny, która nauczyła ich władcę miłości. Tym bardziej byłam jej ciekawa! Chodziły jednak pogłoski, że wyszła za mąż za zasłużonego generała Balka. Barbara Arseniewa była w jędzowatym nastroju i zupełnie nieob­ liczalna. Jednej pokojówce, która gorącym żelazkiem spaliła jej kosz­ towną suknię podczas prasowania, kazała bez litości wbić zaostrzone drewienka pod paznokcie. Żal mi było tej dzieciny, gdy całymi dniami wyła z bólu. Trzymałam się jednak od tego z daleka, bo łatwo mogłam znaleźć się na jej miejscu. Czułam, że Barbara tylko szuka pretekstu. Moją jedyną ochroną była szczera sympatia okazywana mi przez Da­ rię, którą całym sercem odwzajemniałam. Moją skromną biżuterię, bieliznę, futro oraz suknie dostarczono z Gościnnego Dworu akurat na święta. Podchodziłam bardzo blisko polerowanej metalowej płyty, która wisiała w pokoju. Dzięki temu mogłam podziwiać samą siebie w blasku nowo nabytych rzeczy. Bez końca gładziłam futrzany kołnierz mojego płaszcza, wkładałam i zdej­ mowałam suknie. Nawet spałam w futrzanej czapce na głowie, tak się z niej cieszyłam! A potem, na dwa dni przed rozpoczęciem uroczystości, Moskwa jakby obudziła się z głębokiego snu. Car i jego świta przybyli z Zachodu. Miasto miało z powrotem swojego pana i niczym oszalały ze szczęścia

szczeniak rzuciło się w wir radosnego świętowania. Moskwa cieszyła się swoim życiem, jakby przeczuwała, że dni jej blasku są policzone. Piotr wydał j u ż na nią swój wyrok. Nasze sanie skręciły z bramy, która zamykała wstęp do ogrodu i pałacu Mienszykowa. Wartownicy pozdrowili nas, unosząc bagnety, i zamknę­ li za nami ciężkie wrota żelaznym ryglem. Sanie sunęły cicho po nie­ równym, pokrytym zbitym śniegiem bruku uliczek prowadzących do Kremla przez plac Czerwony. Gdy wsiadałam do sań, ostrożnie unio­ słam swój nowy płaszcz, żeby nie ubrudzić go śniegiem i błotem, które sięgały nam niemal do kostek. W środku czekały już na mnie siostry Arseniewy. Ponoć zagraniczni posłowie śmiali się z rosyjskich dam, które starały się wyglądać jak ich zachodnie odpowiedniczki. Dla mnie jednak siostry Arseniewy były ucieleśnieniem piękna. Tego wieczoru Daria kazała spleść swoje włosy w potrójny węzeł, a jej długą szyję zdo­ bił naszyjnik z dziesięciu rzędów pereł. Krągłe ramiona miała nagie, a kwadratowy dekolt sukni unosił kuszące półkule jej piersi do góry. W przepastnym zagłębieniu między nimi przykleiła muszkę. Unosiła się ona i opadała podniecająco z każdym oddechem. Jej suknia uszyta była z ciemnobłękitnego jedwabiu, a drogie koronki i wstążki ciągnęły się wzdłuż ramion i mankietów wąskich, sięgających łokci rękawów. Barbara była podobnie wystrojona, tylko włosy miała ułożone w wy­ soką wieżę, ozdobioną miękkimi piórami jakiegoś rzadkiego ptaka z dalekiego kraju na południu. Nie miała naszyjnika, za to w uszach kołysały się ciężkie złote kolczyki z wielkimi szmaragdami pośrodku. Prawie się nie odzywała, jakby była myślami gdzieś daleko. Obie Ar­ seniewy miały na rękach długie rękawiczki z miękkiej skóry i trzymały w nich haftowane sakiewki z długimi srebrnymi frędzlami. Mimo wszystko byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Daria po­ mogła mi przy wyborze sukni i ozdób. Suknia na francuską modłę była uszyta z miękkiego, lśniącego jedwabiu w kolorze, który przypominał mi liście tytoniu Szeremietiewa. W świetle świec połyskiwała jednak niczym ogień. Moje gęste i ciemne włosy, w które pokojówka swoimi delikatnymi palcami wplotła kilka sznurów pereł Darii, spływały po-

niżej karku na ramiona. Pokojówka natarła mi je wcześniej kefirem wymieszanym z sokiem z cytryny, żeby skóra była jasna i czysta. Uszy i szyję miałam bez ozdób. Nie byłam niczyją kochanką, więc nie mo­ głam stroić się w otrzymane klejnoty, jak czyniły to Arseniewy. I tak byłam dumna z delikatnej złotej koronki i drobnych pereł na moim dekolcie. Pochodziły z Gościnnego Dworu i były najcenniejszymi rze­ czami, jakie posiadałam. Tej nocy plac Czerwony pod Kremlem, oświetlony pochodniami i latarniami i wypełniony ludźmi, wyglądał jak zaczarowany. W skle­ pach w trzypiętrowych kamienicach z otwartymi galeriami wciąż pa­ nował ożywiony ruch, a z kawiarni, które właśnie w Moskwie zobaczy­ łam po raz pierwszy, miękkie światło wylewało się na gęstą zadymkę i mroźną noc. Pośród licznych zamożnych mieszczan, żołnierzy, sań i jeźdźców przez plac przemykało wielu służących, załatwiających ostatnie sprawunki. A ile dziewcząt lekkich obyczajów stało pod mu­ rami i ilu żebraków szukało schronienia przed lodowatym wiatrem i śniegiem za rogami kamienic! Rankiem ich zamarznięte ciała zabie­ rano z miasta i wrzucano do glinianek na pożarcie głodnym wilkom. Wzdłuż całego placu ciągnął się mur otaczający kremlowski pałac. Jego obronne budynki stanowiły ponury kontrast dla bogato zdobio­ nych wież i kopuł cerkwi Wasyla Błogosławionego. Zbudowany z cegieł pałac otoczony był potrójnymi kamiennymi murami z wbudowanymi wieżami strażniczymi. Za nimi wznosiły się niezliczone dachy i kopuły. Daria przechyliła się do przodu i wskazała na wyjątkowo wysoką wie­ żę: - To dzwonnica Iwana Groźnego - wyjaśniła. - Iwana Mocnego? - przetłumaczyłam sobie. Nigdy nie słyszałam tego imienia, lecz brzmiało bardzo twardo. Daria skinęła głową. - Tak, albo Strasznego! To car, który pa­ nował na długo przed naszymi czasami i czasami naszego cara. Nie pochodził też z j e g o rodziny. Zabił ponoć tysiące ludzi. A wśród nich własnego syna. - Wszystkie trzy przeżegnałyśmy się pośpiesznie na wspomnienie tak wielkiego grzechu. Daria ściszyła głos i mówiła da­ lej. - A pewnego dnia dopadło go podobno straszliwe poczucie winy. Uciekł na wieżę i godzinami bił w dzwony, aż uciszył swój żal! To Piotr

opowiedział mi tę historię - dodała dumna ze swojej wiedzy. - Ta wie­ ża jest taka wysoka dlatego, że car Iwan chciał widzieć wszystko. Ni­ czego nie bał się tak bardzo j a k zdrady i buntu. I nic dziwnego! Podczas jednego ze swoich ataków wściekłości kazał wrzucić pod lód połowę mieszkańców Nowogrodu! Barbara roześmiała się dźwięcznie, jakby ta opowieść ją rozbawi­ ła. Przypomniała mi się ta biedna dziewczyna, która spaliła jej suknię. A potem wyjrzałam na zewnątrz. Wjeżdżaliśmy opuszczonym mostem zwodzonym na dziedziniec carskiej fortecy. Chciwie chłonęłam ocza­ mi wszystkie widoki oświetlone ostrym światłem księżyca. Jednak momentalnie niknęły pośród wirujących płatków śniegu. A może to wszystko jest snem, który w każdej chwili może zniknąć? Czy da się zatrzymać czas? - I co teraz? - zapytałam podekscytowana Darię. Uśmiechnęła się do mnie, wyciągnęła z woreczka wachlarz i ot­ worzyła go. Obrazek na wachlarzu przedstawiał takie sceny, że aż za­ czerwieniłam się ze wstydu. Pulchną, nagą kobietę o różowym ciele dosiadała przypominająca kozła istota. - Cóż, Marto, świat stanie na głowie! - powiedziała tylko, jakby nie zauważając mojego zmieszania wywołanego rozpustnym obrazkiem na wachlarzu. Już szykowała się, żeby śladem siostry wysiąść z sań. - Sama zobaczysz. Kto nie ujrzy tego na własne oczy, nie wierzy! - Przyłożyła swój szczupły palec do wysuniętych, pomalowanych na czerwono ust, nakazując mi milczenie. Barbara też roześmiała się, poprawiając suknię pod futrzaną opończą. - Powinnaś cieszyć się, jeśli przetrwasz kolejne tygodnie w dobrym zdrowiu. Piotr ma swoją własną koncepcję święto­ wania, przekonasz się. Dzięki Bogu, że Lefort i Gordon już nie żyją, ina­ czej od czterech tygodni bylibyśmy nieprzytomni od pijaństwa. - A kto to Lefort i Gordon? - zdążyłam zapytać, lecz siostry Arse­ niewy j u ż ruszly przodem. - Nauczyciele Piotra w pięknej i grzesznej sztuce życia! Jeden był Szwajcarem, a drugi Szkotem. I obaj, j a k już wspomniałam, dzięki Bogu od dawna nie żyją. Car płakał ponoć przy ich grobie jak dziecko - rzuciła jeszcze Daria przez ramię.

Służący rozwijali nam dywany pod stopami, żebyśmy nie znisz­ czyły na śniegu jedwabnych pantofelków z podeszwami z cieniutkiej skóry. Wkroczyłyśmy w korytarze Kremla, które były zimne i ciemne pomi­ mo wielu świec i trójnogów z żarzącymi się węglami. Te mury przy­ pominały rosyjskim poddanym o należnej czci i zmuszały do tępego posłuszeństwa. Świadczyły o potędze carów, a także okrucieństwie ich panowania. Wypełniona chłodem ciemność tłumiła wspaniałość barw i zdobień na ścianach. Powietrze wypełniał cierpki zapach palonych ziół, które miały je oczyszczać. Gęsto tkane dywany pochłaniały odgłos naszych kroków. Nie wiedziałam, na co patrzeć w pierwszej kolejno­ ści. Świece, które tkwiły w uchwytach na ścianach, pachniały kwaśno tłuszczem, a ich matowy blask więziły cienie stuleci. Służący ze świecz­ nikami w dłoniach pośpiesznym krokiem prowadzili nas do niewielkiej sali tuż przy środkowych komnatach Kremla. Tak naprawdę wolno tu było wchodzić tylko najszlachetniej urodzonym rosyjskim panom, a tu proszę, jestem ja, córka pańszczyźnianego chłopa! Mijaliśmy dworzan, którzy wydawali się bardzo sztywni w strojach na zachodnią modłę. Kilku popów w długich ciemnych szatach i z krzyżami, panagiami, na piersiach, zapatrzyło się na dekolt Darii, mamrocząc pełne potępie­ nia słowa. Wyglądali przy tym niczym wrony na zimowym polu i za­ raz wtopili się w wilgotną ciemność otoczenia. Oczy świętych z ikon w kosztownych ramach śledziły nas zimnym, pełnym ironii wzrokiem. Siostry Arseniewy szły coraz szybszym krokiem, pozdrawiając przy tym mijanych dworzan wdzięcznymi skinieniami głowy na prawo i lewo. Dziwny chłód kremlowskich wnętrz aż mnie zmroził. Przypo­ mniałam sobie historie z dzieciństwa Piotra, które opowiedział mi Szeremietiew. Jak mógł bawić się w pomieszczeniach, w których na jego oczach rozpłatano albo zadręczono na śmierć połowę jego rodzi­ ny? Jak mógł spać w domu, w którym dywany nasiąkły krwią, a ściany okrzykami zmarłych? Czy to po tych schodach strzelcy ciągnęli go za włosy? Czy to tutaj nazwali małego cara synem dziwki? Nic dziwnego, że dręczą go koszmary!

Już na początku długiego korytarza, który kończył się dwuskrzyd­ łowymi drzwiami, powitała nas głośna muzyka i bębnienie. Głęboko zaczerpnęłam powietrza, zanim służący otworzyli oba skrzydła. Na chwilę zacisnęłam powieki. Po ciemnościach i chłodzie korytarzy ośle­ piło mnie wnętrze komnaty. Daria uszczypnęła mnie w ramię i powie­ działa: - Odwagi, Marto! Pij, śmiej się i dziękuj losowi, że jesteś tutaj, a nie wypędzona gdzieś w nieznane z Marienburga. Wcale nie jesteś tu nie na miejscu, rozejrzyj się! Tak też zrobiłam. Wszędzie przy niskich stołach siedzieli ludzie w bogatych strojach i o roześmianych i zaczerwienionych od trunków twarzach. W uszach brzmiała mi obca, lekka muzyka. Czy to sam Piotr zakazał ciężkich, smutnych melodii, wyrażających wieczną tęsknotę rosyjskiej duszy? Służący dźwigali na ramionach tace pełne pyszności. Przeraziłam się. Pomimo postu oferowali oprócz pieczonej i solonej ryby także mięso! Dostrzegłam drób wszelkiego rodzaju i pieczonego dzika, z którego skórki skapywało jeszcze piwo, a pysk kucharze wypeł­ nili marynowanymi owocami i kasztanami. Mój łakomy wzrok prze­ ślizgnął się po złocistych, pachnących pasztetach z warzyw i łososia, wielkich miskach gęstej zupy, w której pływały kawałki ozorów i małe ogórki, tacach z łososiem i jesiotrem, miseczkach z kawiorem, poda­ wanym z cytryną i małymi, chrupiącymi blinami. Inni służący biegali z dzbanami wódki. Napełniali po brzegi ogromne puchary gości. Wszy­ scy pili tak bezceremonialnie, że napoje skapywały im po brodach na piękne stroje. Wzięłam blina z podstawionego talerza, zanurzyłam go w połyskujących matowo, ciemnych perłach kawioru, a potem hojnie polałam kwaśnym sokiem z wyciśniętej cytryny. To było pyszne! Za drugim razem nałożyłam na swojego blina jeszcze więcej kawioru. Kto wie, jak długo będzie mi się tak dobrze powodzić? Daria i Barbara sta­ ły obok mnie i zasłaniając się wachlarzami, wzajemnie zwracały sobie uwagę na pojedynczych gości. - Zobacz, tam w rogu koło poduszek jest carewicz! Jak on urósł przez ostatni rok. Przez kampanię wojenną prawie go nie widywałam. - A tam jest caryca Praskowia, wdowa po Iwanie! Oczywiście za­ brała ze sobą córki, koniecznie chce je wydać za mąż. Ciągle suszy o to

głowę carowi, a przecież wszyscy wiedzą, że naiwny car Iwan, niech Bóg go błogosławi, wcale nie był ojcem tych dziewcząt. Barbara dodała: - Ale Iwan w to wierzył, cóż z niego był za głupiec! Zobacz, caryca Praskowia przyprowadziła nawet całe stado obszarpa­ nych i szalonych kobiet, które się do niej garną. Czuć je aż tutaj! Fuj, co za cuchnący motłoch! Skoro już zadaje się ze szmatami i próżniakami, to nie mogłaby ich chociaż wykąpać i namaścić? Kiedy ostatnim razem ją odwiedziłam, występował tam na wpół ślepy harfista, który straszli­ wie cuchnął potem i czosnkiem... Daria skrzywiła nos i roześmiała się: - I co dalej? - Zaczął wyśpiewywać nieprzyzwoite piosenki! Przysięgam ci, na­ wet ja się zaczerwieniłam! Do tego tańczyła jakaś dziewczyna o obłą­ kanym spojrzeniu, która cała się rozebrała. Cała! Jej piersi kołysały się niczym ośle jądra! A włosy porastały jej nawet uda! Praskowia doskonale się bawiła! - Barbara też się roześmiała. Odwróciłam gło­ wę i rozejrzałam się. Umiałam docenić dobry żart, lecz z Barbarą nie chciałam mieć nic wspólnego. Daria też już jej nie słuchała. Mierzyła wzrokiem młodego mężczyznę, którego określiła mianem carewicza. Wcale nie wyglądał na dorosłego! Książę Aleksy był chłopcem w wieku dwunastu, trzynastu lat, uosabiającym całą powagę, której zabrakło zgromadzonemu w sali towarzystwu. Miał na sobie skromne, ciemne ubranie o rosyjskim kroju, a jego długie i nieupudrowane włosy spły­ wały na ramiona jak u popa. Patrzył na rozbawione towarzystwo w o ­ kół z niepewnością typową dla swojego wieku, którą próbował ukryć za pozbawioną wyrazu maską. Skórę miał tak bladą, jakby nigdy nie widywał słońca. Ciemne oczy były głęboko osadzone. Przypominał mi jednego z moich braci i najchętniej przytuliłabym go do siebie. Za­ miast tego pozwoliłam, żeby nalano mi wielki puchar węgierskiego wina i wypiłam je duszkiem aż do dna. Zdumiony podczaszy uniósł brwi i natychmiast dolał mi wina. Znów opróżniłam puchar do dna, a mój nastrój od razu się poprawił. Co za wspaniałe przyjęcie! Naraz bębnienie stało się bardzo głośne. Bębniarzom z wysiłku aż pot wystąpił na czoła. Pełna oczekiwania cisza zapanowała w całej sali. Praskowia przestała rozmawiać i chichotać, a carewicz, jak za-

uważyłam, usiadł wyprostowany na poduszkach. Przez grupę muzy­ ków przeszło niespokojne drżenie. Nastąpił gwałtowny tusz i otwo­ rzono drzwi! Do środka wpadła pośród okrzyków i wiwatów kolorowa grupka mężczyzn, którzy nieśli na ramionach tron. Mężczyzna na tro­ nie był odziany w bogaty strój i miał na głowie koronę. Byłam bezgra­ nicznie zdumiona, bo wcale nie był to mężczyzna, którego w obozie pod Marienburgiem trzymałam w ramionach jako cara Rosji! Orszak przeszedł obok mnie z wielkim rabanem. Wszyscy obecni powstali i ukłonili się przed mężczyzną na tronie. A potem z kłębowiska w o ­ kół tronu wyszedł nagle Piotr, którego znałam. Miał na sobie mundur fryzyjskiego żeglarza, jakich widziałam przed bitwą o Szlisselburg. Wąskie spodnie i ciasno zapięte getry nad błyszczącymi butami ze srebrnymi sprzączkami podkreślały jego wysoki wzrost. Mierząc nie­ mal dwa metry, przewyższał wszystkich innych mężczyzn. Pośród nich spostrzegłam kilku, z którymi zaprzyjaźniłam się w ciągu tych paru miesięcy kampanii. Był tam oczywiście Aleksander Daniłowicz Mienszykow, lecz także książęta Gołowkin, Naryszkin czy Trubecki. Nie widziałam natomiast kogoś, kto w polu zawsze był u boku cara, czyli Nikity Zotowa. Co się z nim stało? A może zginął, a ja nic o tym nie słyszałam? Piotr stanął na środku sali i ukłonił się przed tronem. Z bliska dostrzegłam, że siedzi na nim jakiś paskudny tluścioch. Piotr głośno zawołał: - Powitajcie wraz ze mną księcia-cezara Fiodora Romodanowskiego! Powitajcie naszego pana i proście go, by w swej łaskawości pozwolił rozpocząć błazeński synod! - Prawą dłonią dał znak. Męż­ czyźni niosący tron, jęcząc i wzdychając przesadnie, postawili go na podeście na końcu sali. Kimkolwiek był mężczyzna na tronie, Piotr i reszta obecnych najwyraźniej doskonale potrafili odróżnić zabawę od rzeczywistości. Tłum otoczył swego cara, który wciąż wołał: - Musicie pić, inaczej nie spełni waszego życzenia! Wszyscy śmiali się i wystawiali olbrzymie puchary w stronę roz­ lewających trunki podczaszych. Sam Piotr sięgnął po kufel i opróżnił go kilkoma potężnymi łykami. Wino spłynęło mu po brodzie na ozdo­ biony koronką żabot i żółty jedwab kamizelki. Nawet nie zwrócił na

to uwagi. Gdy skończył, zaczął klaskaniem zachęcać innych do picia. Widziałam, j a k własnymi rękoma otworzył jakiejś młodej kobiecie 0 długiej białej szyi szczękę i wlał jej do gardła zawartość całej czary. Prychała i gulgotała, a gdy dzielnie wszystko przełknęła, car mocno pocałował ją w różowe usta. Zezłościło mnie to. Sama nie wiedziałam dlaczego. Skierowałam więc swoją uwagę na coś innego. - Kto to jest? - zapytałam po cichu Darię, wskazując niemal niepostrzeżenie podbródkiem tron. Tłustemu potworowi akurat się odbiło, przez co przekrzywiła mu się korona. Da­ ria pozwoliła napełnić sobie puchar, lecz zanim zaczęła pić, wyjaśniła: - To Fiodor Romodanowski, naj obrzydli wszy, najbardziej podstępny 1 najpodlejszy człowiek na carskim dworze! Lecz dla Piotra gotów jest oddać swe życie albo zabić. I j u ż to robił. Trzymaj się od niego z daleka. Mówiłam ci przecież, że dziś świat stanie na głowie. Dziś wieczorem car nie jest carem, lecz tylko Piotrem Michajłowem. A Fiodor Romo­ danowski jest szlachetnym księciem-cezarem! Piotr zostawił go na tym stanowisku w Moskwie, gdy przed laty wyruszył w wielką podróż po Europie. Lecz te czasy znam tylko z opowieści. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem. - Zatrzepotała wachlarzem. Tłum wokół nas zaintonował jakąś piosenkę. Piotr klaskał w jej rytm z uniesionymi ramionami i promienną twarzą. - Błazeński sy­ nod! Błazeński synod! Panie, prosimy cię! Błazeński synod! Najżartobliwszy, wszechpijany i wszechbłazeński sobór! - zaczął skandować, a tłum to powtarzał. Przypadkiem napotkałam wzrok księcia Aleksego. Usta zacisnął w wyrazie potępienia. Widziałam, j a k podchodzi do niego Mienszykow i brutalnie popycha. Wtedy i carewicz uniósł dłonie i zaczął klaskać do rytmu nadanego przez swego ojca. Daria pomachała do Mienszykowa, a ten wykonał żartobliwy ukłon. - Chcesz wyjść za Aleksandra Daniłowicza? - zapytałam cicho. Drgnęła na to pytanie i gwałtownie się do mnie odwróciła. - Tak, oczywiście. Przecież go kocham. Już długo, od niemal czterech lat. Gdybym mogła, chciałabym mieszkać w tieremie i nie robić nic in­ nego, tylko wychowywać nasze dzieci. Lecz muszę żyć w jego świecie

i grać według jego reguł. Jego życzeniem było, bym była powolna caro­ wi. Dzielą się wszystkim i cierpią jak psy, gdy są rozdzieleni. Posłała Mienszykowowi całusa ponad głowami zebranych. Care­ wicz pochylił głowę i powiedział coś do Mienszykowa. Ten pacnął go w głowę i odszedł. Aleksy zdawał się bliski łez. Zrobił kilka kroków do tyłu. Zlał się z zimnym cieniem ściany. Nie potrafiłam j u ż dojrzeć jego twarzy. Obrazy i barwy przesuwały się niczym kolorowy welon przed moimi oczami. Ku mojemu zdumieniu do sali weszli żołnierze i poza­ mykali za sobą drzwi. Piotr ponownie zaklaskał i zawołał: - Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki porządnie nie poświętujemy! I żadnego reńskiego dziś wieczór, tylko ciężki węgrzyn! Chcę, żeby kręciło w a m się w gło­ wach i żebyście sami j u ż nie wiedzieli, kim jesteście! Kto nie posłucha, za karę będzie musiał wypić dwa razy więcej! Tłum wiwatował i domagał się błazeńskiego synodu. Fałszywy książę-cezar uniósł w uspokajającym geście dłonie, dając tym samym znak żołnierzom. Otworzyli jedne z drzwi, przez które wjechał Nikita Zotow. Siedział na starym ośle i był nagi, miał jedynie opaskę na bio­ drach i przekrzywioną blaszaną biskupią tiarę. Jego orszak składał się z samych bluźnierców: lekko odzianym młodym kobietom ciężkie panagie kołysały się między nagimi piersiami, a chłopcy w wieńcach na włosach grali na fletach i machali sztandarami, na których dwie fajki tworzyły krzyż. Zgromadzeni zawołali: - Patriarcho Bachusie! Patriarcho Bachu­ sie! Przyjdź i obdarz nas swym sokiem! Ten obrazek tak mnie rozbawił, że zaczęłam się śmiać, a nawet kla­ skać w dłonie. I ja krzyczałam: - Przyjdź i obdarz nas swym sokiem! - To się słusznie należało cuchnącym rosyjskim mnichom. Jakże często czu­ łam ich chciwy, śmierdzący czosnkiem oddech zbyt blisko mojej twarzy, jakże często czułam ich szczypiące kościste palce na swoich pośladkach i piersiach, gdy pracowałam w kuchni klasztoru w moim mirzel Nikita Zotow jeździł na ośle wokół sali i kropił tłum wódką niczym święconą wodą. Osioł spłoszył się i zaczął kopać, gdy kilku młodych książąt próbowało pocałować go w zadek. Potem złapali go za ogon i za­ częli tak mocno ciągnąć, aż biedne zwierzę zaryczało. Wtedy zobaczy-

łam, że siostry Arseniewy siadają wokół Mienszykowa. Gdy chciałam do nich dołączyć, czyjeś ramię objęło mnie w pasie. Chciałam uwolnić się z uścisku, lecz mój wzrok padł na zaskakująco drobną dłoń, która z zadowoleniem bawiła się wstążkami mojej sukni. Mężczyzna za mną przycisnął mnie do siebie, a głos Piotra szepnął mi do ucha: - Podoba ci się moje święto, mateczko? Car tak jak tamtej pierwszej nocy nazwał mnie mateczką. Odwró­ ciłam głowę. Miał twarz zaczerwienioną od wina, gorąca i wesołości panujących na sali. Chwiał się, górując nade mną. Nikita Zotow podje­ chał do nas i pokropił nas wódką. - Marto! Dla ciebie szczególne błogo­ sławieństwo! - krzyknął, a ja poczułam, jak wódka spływa mi po czole. Osioł stał tuż przed nami, a ja, zachęcona swawolą otoczenia, powie­ działam do Piotra: - Przytrzymaj osłowi głowę! - Popatrzył na mnie zdumiony, lecz posłuchał polecenia. Osioł zaczął kręcić się i wierzgać. Książę Zotow zgubił swoją blaszaną tiarę z kolorowymi kamykami i za­ czął na nas krzyczeć: - Hej, zostawcie go! To święty osiołek! Próbował uderzyć nas swoim kropidłem. Wzięłam czarę pełną wina i wcisnęłam w nią chrapy osła. Zaczął łapczywie pić, a Piotr roze­ śmiał się gromko, gdy zwierzę na dodatek pierdnęło. - Ośli wiatr! Wychodzimy na morze! Ahoj! Osioł dzielnie pił dalej, a Piotr zdjął jakiejś damie chustę i podsta­ wił osłowi pod zadek. Ten jednak ku jego rozczarowaniu nic nie zrobił. Osioł był już zupełnie pijany i zataczał się na kopytkach przez całą salę. Zotow znów na niego krzyczał i bił batem, wypijając jednocześnie wód­ kę do święcenia. Piotr znów do mnie podszedł i dotknął materiału mojej sukni. - Piękny. Wygląda tak, jakby płomienie lizały twoje ciało. - Uśmiech­ nął się do mnie, a ja spostrzegłam, jakie ma mocne i białe zęby. - Ale mam nadzieję, że to nie wszystko, co udało ci się dostać w Gościnnym Dworze za sakiewkę pełną monet? Pokręciłam głową. - Nie! M a m cudowne rzeczy, na przykład... - Dopiero wtedy zrozumiałam. Patrzył na mnie i śmiał się. Pieniądze nie były od Mienszykowa, tylko od niego samego! Zaczerwieniłam się. A on powiedział tylko: - To skromna zapłata za dobrze przespaną noc,

którą ci zawdzięczam. I bardzo wygodnie przespaną! - Bez skrępo­ wania pogładził mnie po piersiach i brzuchu. Zaczął pocierać miejsce, gdzie domyślał się, że jest brodawka. Poczułam ciepło w łonie, lecz mimo to uszczypnęłam go w palce. - Ręce, które wędrują, wpadają w wilcze doły! - ostrzegłam go ze śmiechem. Patrzył na mnie przez chwilę badawczo, a potem zapytał: - Jesteś głodna? Skinęłam głową. Tych kilka blinów z kawiorem nie mogło mnie na­ sycić. Chwycił moją dłoń i poprowadził do niskiego stołu, przy którym siedzieli Mienszykow, Barbara i Daria. Rozpoznałam też kilka innych twarzy, między innymi Pawła Jagużyńskiego i Annę Mienszykowa. Bli­ sko niej, tak naprawdę zbyt blisko, siedział przystojny mężczyzna, któ­ ry jednak według mnie nie wyglądał na Rosjanina. Miał ciemną cerę, a włosy czarne jak heban. W kręgu tym siedział także inny mężczyzna o czarnej jak węgiel skórze, gruby karzeł i jakiś olbrzym. Najwyraźniej nie tylko bratowa Piotra, caryca Praskowia, stworzyła swój własny na­ miot dziwów! Nie wiem, czy to wino, czy też bliskość cara sprawiła, że zakręciło mi się w głowie. Poczułam ulgę, gdy Piotr popchnął mnie na poduszki. Rozdał świeże czary i kazał je napełnić. - To czary w kształcie orłów! Sam je zaprojektowałem i kazałem wypalić - wyjaśnił z dumą. - W zwykłych pucharach i kuflach za mało się mieści. Bawimy się w kto więcej wypije, no już! Odnalazłem ma­ teczkę, ma piękną suknię z jedwabiu. Wypijmy za to! Węgrzynem! - powtórzył niemal groźnie. Wokół stołu rozległy się wiwaty, a pijany karzeł wykonał krzywą gwiazdę. Obskoczyły go psy Piotra i zaczęły lizać po twarzy, więc scho­ wał się przed nimi pod poduszkami. Gruby olbrzym, którego Piotr na­ zywał Bourgeois i który rozmawiał z przystojniakiem siedzącym obok Anny Mienszykowej w jakimś obcym języku, jako pierwszy uniósł pu­ char: - Za mateczkę i jej jedwabną suknię! Wszyscy wypili, lecz Daria patrzyła na mnie zdumiona. Czy za­ wiodłam jej zaufanie, nie opowiadając o ostatniej nocy w obozie? Czu­ łam też na sobie świdrujący wzrok Barbary, która patrzyła na mnie

znad brzegu swojego pucharu. Odsunęłam jednak obawy na później, teraz chciałam przede wszystkim cieszyć się życiem! Wypijaliśmy ko­ lejkę za kolejką, a siedzące na poduszkach siostry Arseniewy z trudem trzymały się prosto. Ja siedziałam na kolanach Piotra, karmiłam go palcami i rzucałam kawałkami jedzenia w innych gości. Wyraźnie czu­ łam, że moja bliskość sprawia carowi przyjemność. Barbara zwymio­ towała już dwa razy z przepicia, lecz dalej musiała pić, aż Piotr będzie usatysfakcjonowany. Cieszyłam się, że odziedziczyłam mocną głowę po ojcu, bo mimo ogromnej ilości wypitego wina wciąż miałam głowę na karku. Nagle jednak, gdy j u ż zaczynałam całe towarzystwo widzieć podwójnie, car chwycił Mienszykowa za kołnierz i krzyknął na niego: - Łajdaku! Oszuście! Pokaż mi natychmiast, co schowałeś pod po­ duszkami! To rozkaz! Mienszykow potrząsnął głową i chciał się bronić, lecz car już zrzu­ cił go z poduszki i wyciągnął spod niej butelkę. Piotr przyjrzał się jej i wybuchnął śmiechem. - Reńskie! Taki cienkusz! Mienszykow, ty się nigdy nie zmienisz! Oszukujesz i jak tylko możesz, grasz według swo­ ich własnych reguł. - Klepnął Aleksandra Daniłowicza w ramię tak mocno, że ten aż się zatoczył. - Ale kara musi być, Mienszykow! Bę­ dziesz teraz musiał wypić dwie czary węgrzyna i jedną wódki, a ja będę odliczał. I... - jego wzrok przebiegł wokół stołu. - I siostry Arseniewy też. Nie możesz pić w pojedynkę jak jakiś kundel. Obie Arseniewy zbladły ze strachu, lecz musiały poddać się woli cara. Barbara miała dosyć już po pierwszym kuflu i zasnęła pijackim snem, głośno chrapiąc. Darii zrobiło się tak niedobrze, że jeden ze słu­ żących przełożył ją sobie przez ramię i wyniósł. Mienszykow natomiast wypił swoją karną porcję posłusznie jak szkapa, popatrzył chwiejnym wzrokiem na swojego cara i zasalutował mu jak marynarz. Ostatkiem sił rzucił czarą o ścianę obok ikon i arrasów, a ona pękła z brzękiem i spadła na podłogę. Piotr roześmiał się i kopnął swojego najbliższego przyjaciela w nogi. Złapał mnie za ręce i zaczął tańczyć dziko wokół leżącego Mienszykowa. Jego usta wciąż się śmiały, a oczy błyszczały szaleństwem. Wyglądał na odurzonego. W tym momencie jakaś po­ duszka uderzyła go w pierś.

- Ej! Kto to zrobił? - zawołał oburzony. I wtedy zobaczyliśmy, że w tylnej części sali odbywa się bitwa na poduszki. Wszędzie fruwały pióra, a gruby olbrzym Bourgeois już okładał swoją poduszką jakiegoś innego dworzanina, którego powaliła gwałtowność bitwy. Żołnierze stojący pod drzwiami obserwowali to całe szaleństwo z całkowitą obo­ jętnością. Cały czas trzymali bagnety na sztorc, gdyż nadal nikomu nie wolno było opuścić sali. Anna Mienszykowa leżała na poduszkach na plecach z rozsuniętymi nogami. Na niej, ze spodniami zsuniętymi do kostek, leżał przystojny cudzoziemiec. Piotr złapał go za goły tyłek, któ­ ry unosił się i opadał nad Anną. - Devier! Nie złapałeś rytmu! Człowie­ ku, to nie tak! - I zaczął nim poruszać. Anna Mienszykowa próbowała się czymś okryć, lecz nie była w stanie. Ona też była pijana niemal do nieprzytomności. Piotr zaśmiał się i sięgnął do jej piersi ponad ramio­ nami Deviera. Zawołał: - Sterburta! Bakburta! Wszyscy na pokład! Żal mi było Anny Mienszykowej, złapałam więc jakąś nadlatującą poduszkę i uderzyłam nią Piotra po głowie. Zanim zaczął się bronić, zdzieliłam go jeszcze raz z boku. Poduszka pękła, a pióra wysypały się na cara, przyklejając się do jego spoconych włosów i twarzy. - Śnieg pada, śnieg pada! - zawołał zachwycony. - No, czekaj, czekaj! Czeka cię to samo, co to stare pudło, siostrę Mienszykowa! - zagroził mi, chwycił jakąś mniejszą poduszkę i zaczął gonić mnie z nią przez stoły i ławy. - Najpierw musisz mnie złapać! - odkrzyknęłam i ze śmiechem przebiegłam dwa razy dokoła tronu Romodanowskiego, który właśnie próbował chwycić jednego z chłop­ ców z wieńcem na głowie. Jego żonie, księżnej Romodanowskiej, jakiś postawny młody człowiek rozsmarowywał kawior na nagich piersiach. Jęknęła zachwycona, gdy skropił je do tego cytryną, a potem zaczął li­ zać jej krągłości. Pijany osioł Zotowa zaryczał żałośnie pośród muzyki, krzyków i przewalających się ciał, po czym wypróżnił się na wypolero­ waną złocistą posadzkę. Żołnierze patrzyli, j a k Piotr odcina mi drogę, zarzuca mnie sobie na ramię i ciska na poduszki w rogu sali. Wokół nas szalał pijany tłum, a pióra opadały niczym płatki śniegu na placu Czerwonym. Resztki jedzenia fruwały w powietrzu, a Zotow słabą od pijaństwa i zmęczenia dłonią wciąż kropił wokół wódką. Ja nadal czu-

łam na sobie dłonie, usta i ciężkie ciało cara. Rozsunął mi uda i j u ż był we mnie, zanim zdążyłam złapać powietrze. Jak mogłabym odmówić władcy Wszechrusi czegoś, czego pragnął? Obudziłam się, gdy promień słońca połaskotał mnie w nos. W pierw­ szej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Spostrzegłam tylko, że leżę na szerokim łożu pod mięciutkimi skórami i narzutami. Usłyszałam trzask płomieni. Sięgnęłam dłonią i odsunęłam na bok haftowane zasłony loża. Car był odwrócony do mnie tyłem. Siedział przy stole, stojącym po skosie od otwartego kominka przy oknie. Jego stopy w filcowych pantoflach niecierpliwie stukały w kamienną płytę posadzki. W dłoni obracał pióro. Najwyraźniej był zbyt zatopiony w myślach, żeby mnie zauważyć. Byłam naga, a nigdzie w tym pokoju nie widziałam swoich ubrań. Odsunęłam więc potargane włosy z twarzy i owinęłam się prze­ ścieradłem. Zeszłam z łóżka. Tam, gdzie kamiennych płyt nie pokry­ wały futra i dywany, czułam ich zimno nagimi stopami. Podeszłam do Piotra po cichu i zajrzałam mu przez ramię. Zimne światło zimowego poranka padało na nieprzeliczone stosy zwojów papieru, które były rozwinięte albo wciąż tkwiły w tulejkach. Car zaczął nucić cicho jakąś piosenkę i opuścił pióro na leżący przed nim papier. Wyciągnęłam szy­ ję. Rysował coś, co wyglądało j a k olbrzymi łuk z kamienia. Jeszcze ni­ gdy czegoś takiego nie widziałam. Położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu i zapytałam cichym głosem: - Co to jest? - On drgnął i skoczył na równe nogi. Wpatrywał się we mnie, jakbym obudziła go z głębokiego snu. - To tylko ja! - powiedziałam uspokajającym tonem. - Matecz­ ka. - Mimowolnie użyłam pieszczotliwego przydomka, który nadał mi podczas naszych dwóch spotkań. Jego oczy lśniły w chłodnym świetle dnia. Były tak samo zielone jak miękka bonżurka z futrzanym kołnie­ rzem, którą miał na sobie, przewiązaną w pasie. Piotr wsunął jedną dłoń do wielkiej, obszytej futrem kieszeni, podczas gdy druga powoli gładziła stosy papierów. - Och, tu jest wszystko. I nic. Pomysły dotyczące budowy statków i budynków. Listy do przyjaciół, żołnierzy i innych władców Zachodu.

Projekty ustaw, które wejdą w życie, albo i nie, bo z Rosjanami prze­ cież nigdy nie wiadomo. Opisy nowych podatków, które zostaną wpro­ wadzone i starych, które zostaną zniesione. Chociaż jeszcze w życiu nie zniosłem żadnego podatku! Skinęłam głową i popatrzyłam na zapisane zamaszystym pismem papiery. - Tak, słyszałam, że niedługo wprowadzisz podatek nawet od mrugania oczami. Patrzył na mnie przez chwilę zdumiony, a potem głośno się roze­ śmiał. - Kto tak powiedział? Gdzie to słyszałaś? Wzruszyłam nagimi ramionami, po których bezwiednie przesunął palcem. - Na ulicach. W kawiarniach, w których byłam z Darią Arseniewą. Jego twarz spochmurniała. Jej wyraz zmieniał się tak szybko i nie­ przewidywalnie jak pogoda w kwietniu. - Byłaś w kawiarniach? Ach! I co tam mówią? Nie kochają mnie? Przecież zbieram te podatki nie bez powodu. Przecież to dla nich! Wiesz, ile kosztuje taka wojna? Ile kosztuje zdobycie przestrzeni życiowej dla ludu, który jej potrzebuje? Jak drogie jest powołanie armii, sprawienie, by lud dojrzał, wychowa­ nie myślących poddanych? I jeszcze mi się to wytyka. Muszę niemal siłą zaciągać ich dzieci do szkół, które zakładam. Ale poczekaj... - Wy­ ciągnął gęsto zapisany arkusz papieru. Na dole widniał podpis oraz odciśnięta na czerwonym, spływającym wosku carska pieczęć z dwu­ głowym orłem. Do inkaustu, którym wykonano podpis, wciąż przyle­ gał drobniutki piasek, którego używał Piotr. - Proszę, to mój ostatni ukaz. Kto spośród potomstwa bojarów i wolnych mieszczan nie potrafi udowodnić, że chodził do szkoły, nie będzie mógł się ożenić! To chy­ ba słuszna ustawa? Będzie nauczką dla wszystkich. Chcę poddanych o wykształconych umysłach. Takich, którzy myślą! Myślą dla Rosji! - Klepnął dłonią w ukaz. - A co, mój carze, powinni wówczas myśleć? Czy będą ci dalej tak posłuszni, jeśli ich myśli będą wolne? - zapytałam, nie zastanawia­ jąc się nad własnymi słowami. Wykształcenie i wolność oraz ich od­ powiedni poziom to były koncepcje, które zajmowały zarówno Ernsta Gliicka i jego uczniów, jak i ich przyjaciół.

Piotr patrzył na mnie przez chwilę w wielkim zdumieniu. A potem pogładził po rozczochranych włosach i powiedział: - Patrzcie, patrz­ cie! Mateczka myśli! I swoim słodkim głosem wypowiada mądre sło­ wa. Lecz ja powiadam ci, twoja główka jest zbyt piękna, żebyś miała ją sobie łamać takimi rozważaniami. Wystarczy, jak będziesz myśleć 0 materiałach i ozdobach z Gościnnego Dworu. Mówiąc to, zsunął mi prześcieradło z ramion i wziął na ręce z podłogi. Po dwóch krokach był j u ż przy łóżku, na które mnie rzucił. Wszystko poszło równie szybko jak poprzedniego wieczoru. Wtedy jed­ nak przypisałam jego pośpiech pijaństwu. Dwa razy ścisnął mi piersi 1 roześmiał się zadowolony, gdy moje brodawki stwardniały. Jednym ruchem zrzucił z siebie zieloną bonżurkę. Bez ceregieli rozsunął mi uda i wszedł we mnie. Zadając kolejne pchnięcia, wtulił twarz w moje włosy i niczym dziecko ssał, mlaszcząc, moją szyję i piersi. Już po kilku pośpiesznych ruchach zadrżał i z pełnym zadowolenia westchnieniem opadł na mnie całym ciężarem. Poczułam jego oddech na swoich pier­ siach, które aż bolały z niespełnienia. Czy to była sztuka miłości, której nauczyła go Anna Mons? Czy to był ten kunszt, o którym siostry Arse­ niewy szeptały, zasłaniając usta dłońmi? Prawie już zasnął, gdy zapytałam: - A ja? Zdumiony uniósł głowę i zapytał: - Co? - Pociągnęłam go w swoją stronę, a on chętnie przekręcił się na plecach j a k niemowlę. Dostrze­ głam, że drobniutkie krople potu lśnią między jego gęstymi, kręcony­ mi włosami na piersi. Ten widok mnie poruszył. Przesunęłam palcami między jego włosami i usiadłam na nim. - Głaszcz mnie po piersiach! - powiedziałam cicho. Posłuchał, lecz rzucił mi także pytające spojrzenie. Potem zaczęłam się delikatnie po nim przesuwać. Moje ciężkie włosy opadły mu na twarz, a ja poruszałam się coraz szybciej, aż w końcu w moich żyłach zapłonął ogień, który pozna­ łam kiedyś dzięki Johannesowi na słomianym materacu w izbie domu Gliicków. Piotr objął mnie, gdy się wyprężyłam, a potem z westchnie­ niem zwinęłam na jego piersi. Wciąż wydawał się niezmiernie zdumiony, jednak pocałował moje spocone czoło i powiedział z uśmiechem: - Masz skórę i włosy jak Tatarka. Czy twoja matka z nich pochodziła?

Wzruszyłam tylko ramionami. - Nie wiem. Nie wiem, kim była moja matka. Podparł się na łokciu. - Nie wiesz, kim była twoja matka? To coś wyjątkowego. Mogę zrozumieć, że można nie znać swojego ojca. - Znów pogłaskał mnie po włosach. - Mały kotku, jesteś głodny? Skinęłam głową. Pociągnął za sznur i przez ukryte w boazerii drzwi wszedł paź, trąc oczy. Czy on stał tam przez cały czas? Podciągnęłam narzutę aż do ramion, żeby skryć swą nagość. Piotr zauważył to i roze­ śmiał się. - Tylko bez fałszywej skromności. Moi paziowie zawsze są wokół mnie. Czy to służąc mi za poduszki, czy załatwiając sprawunki, czy grając w karty. Bez nich nie mógłbym żyć. Chwilę później miałam j u ż przed sobą talerz, na którym znajdo­ wały się ciepłe, wypełnione kurczakiem i serem paszteciki, marynowa­ ne w gorzkim likierze wiśnie oraz kawałki ociekającego miodem ciasta. Do tego paź, który zdawał się nie zwracać uwagi na moją nagość, nalał mi do pucharu ciemnego, słodko-gorzkiego napoju. Powąchałam go, a oszałamiający zapach wypełnił mi nozdrza. - Co to jest? - zapytałam Piotra, który wrócił już do swojego biurka. - Czekolada - odparł i napił się koniaku z małej płaskiej butelki. To był cały jego poranny posiłek. - A co to jest czekolada? - dopytywałam się dalej. Znów pową­ chałam filiżankę. Wyczułam zapach cukru, mleka i dymu, lecz musiały tam być jeszcze jakieś inne tajemnicze ingrediencje. Zapach był znie­ walający. - To napój, który ze swej ojczyzny, zwanej Hiszpanią, przywiozła królowa Francji. Czekolada i karły, które trzyma na swoim dworze, to jedyna pociecha żony, której małżonek ma takie kosztowne kochan­ ki. Za to, co płaci jednej Montespan, mógłby utrzymać stajnię pełną dziwek zamiast koni! - Potrząsnął głową, po czym zajął się rozpoczę­ tym rysunkiem. W milczeniu popijałam mocny napój, którego słodycz i ciepło rozgrzewały mi gardło. Biedna królowa Francji, pomyślałam sobie i z zadowoleniem ugryzłam ciepłe i pachnące ciasto. Czułam się tak, jakbym umarła i jakimś cudem trafiła do nieba.

Dni i tygodnie noworocznych uroczystości mijały niepostrzeżenie. Znałam większość mężczyzn, którzy nieustannie otaczali Piotra, z cza­ sów kampanii. Śmialiśmy się i piliśmy aż do świtu. Dzięki przyjaźni z Darią miałam otwartą drogę do innych dam moskiewskiego dworu. Z łatwością nawiązywałam przyjaźnie. Nikt jednak nie udzielał mi tylu dobrych rad, co książę Fiodor Matwiejew Apraksin. Jako brat carycy Marty Matwiejewny Apraksiny, wdowy po carze Fiodorze, przyrod­ nim bracie Piotra, doskonale znał cały dwór. Gdy zaproponował mi, bym nazywała go swoim kumem, aż pokraśniałam z radości i dumy. Z wdzięcznością ucałowałam jego dłonie, których ten skromny czło­ wiek nie zdobił żadnymi pierścieniami. Od pierwszego przyjęcia w ramach błazeńskiego synodu nie wróci­ łam j u ż do pałacu Mienszykowa. Piotr kazał sprowadzić moje ubrania, bieliznę i skromną biżuterię. Przez posłańca przekazałam przy okazji miłe słowa dla Darii, które podyktowałam pisarzowi Piotra. Jej odpo­ wiedź była serdeczna. Poczułam ulgę, gdy odczytywano mi jej słowa. Liczne nabożeństwa przed nadejściem Nowego Roku, w których uczest­ niczyłam jako należąca do dworu Piotra, wydawały mi się niezwykle ponure i ciągnące się w nieskończoność. Po rubasznych żartach bła­ zeńskiego synodu, których byłam świadkiem, zdumiewała mnie powa­ ga, z jaką Piotr pochylał głowę w modlitwie. Połączenie drogocennych złotych i srebrnych ikon, wielogłosowego śpiewu, obitych skórą i aksa­ mitem ksiąg mszalnych, lśniących pucharów i wspaniałych, kapiących od złota szat kapłanów odzwierciedlało wyniosłość rosyjskiej cerkwi. Wierni schylali swe głowy w pokorze i bojaźni bożej. Ja czułam jed­ nak w sercu pustkę. Było mi duszno od zapachu kadzidła. Przywołałam w pamięci radosną prostotę kościoła pastora Gliicka w Marienburgu. Z okazji Nowego Roku, który na rozkaz cara i według jego nowego kalendarza miał od teraz rozpoczynać się pierwszego stycznia, Piotr wypuścił w zaspane niebo fajerwerki. Sam je zaprojektował i z dziecię­ cym zachwytem klaskał w dłonie przy każdej wybuchającej kolorowej kuli czy lśniącym deszczu z gwiazd. Stałam tuż obok niego w otwar­ tym oknie Kremla i patrzyłam w ciemność nocy, w której eksplodowa­ ły tysiące błysków i barw. Piotr zwrócił się do swojego syna, którego

widywał tylko przy takich oficjalnych okazjach. Aleksy miał odwróco­ ny wzrok i zmarszczone czoło. Domyślałam się, ile wysiłku kosztuje go powstrzymanie się od zatkania uszu palcami przed hałasem. Piotr szturchnął chłopca z siłą, która mnie zdumiała. Aleksy zachwiał się, lecz udało mu się odzyskać równowagę. -

I ty chcesz zostać rekrutem, carewiczu? Przecież ty robisz

w spodnie przy każdym armatnim wystrzale. I pomyśleć, że kazałem uczcić twoje narodziny pokazem sztucznych ogni - ofuknął go Piotr. Książę skrzywił się płaczliwie. - Tak. I zginął wtedy książę Dołgoruki, bo j e d e n ogień spadł mu na głowę. Piotr wzruszył ramionami. - Dolgorukich akurat nie brakuje! Lecz być może lepiej byłoby, gdyby wtedy trafiło w niemowlę w moich ramionach. Miałbym teraz jeden kłopot mniej! Stojący wokół dworzanie roześmieli się. Widziałam, że Aleksy walczy z łzami. Szeroko rozstawione skrzydełka jego nosa drżały jak u dziecka. Gdy między dwiema kulami ognia na krótko zapadła ciem­ ność, uścisnęłam jego ramię, żeby go pocieszyć. Popatrzył na mnie zdumiony. Wiedział oczywiście, że teraz to ja dzielę łoże z jego ojcem i najwyraźniej nie był przyzwyczajony do oznak sympatii ze strony zwolenników cara. Dwa razy zamrugał, żeby otrząsnąć łzy ze swoich długich rzęs i uśmiechnął się nieśmiało w stronę kremlowskich cieni, które zawsze były mu wierne. Tego samego wieczoru, jeszcze przed kolacją, car podarował mi parę kolczyków, które należały do jego zmarłej matki. Te kunsztownie wykonane ozdoby miały kształt zawieszonego poziomo półksiężyca, wysadzanego rubinami i szmaragdami. Z każdego końca półksiężyca zwisały po dwie perły w kształcie kropel, które kołysały się delikatnie przy najmniejszym poruszeniu głowy. Mniej zdumiała mnie pieniężna wartość tego podarunku, a bardziej znaczenie, jakie musiały mieć dla Piotra. Kamienie lśniły w ogromnym lustrze, które wisiało w garde­ robie cara. Stał tuż za mną, a jego dłonie spoczywały na moich nagich ramionach, gdy podziwiałam swoje odbicie w lustrze. - Podobają ci się? Powinny przynieść szczęście dziewczynie, która ogrzewa moje ciało i moje serce! - powiedział i odwrócił mnie do siebie.

Oczekiwano go na kolejnej kolacji błazeńskiego synodu. Tym razem uczestniczyć w niej mieli sami mężczyźni. Wiedziałam, że nad ranem kamerdyner przy pomocy dwóch żołnierzy przywlecze go do komnaty. Car był już ubrany na uroczystość. Czerwona, sięgająca kolan kurtka ciasno opinała jego ciało. Pokryte złotem i srebrem guziki były wielkie jak owoce granatu, a ciemnobrązową kamizelkę pod spodem zdobił zloty haft. Pod szyją żabot układał się w miękkie fałdy. Objął mnie, a ja poczułam jednoznaczny nacisk na brzuch. Moja dłoń przesunęła się po haftowanej materii kamizelki aż do spodni z miękkiej jeleniej skó­ ry. Zwinnymi palcami rozpięłam mu pasek i objęłam nimi jego ciepły członek. Westchnął i zamknął oczy. Opadłam na kolana, sprawiając, że j e d w a b mojej domowej sukni zaszeleścił. Delikatnie objęłam go us­ tami. Jęknął, a ja poczułam, że jeszcze bardziej nabrzmiewa. Już po chwili zacisnął ręce na moich ramionach i wydał z siebie cichy krzyk. Osunęłam się na ziemię i uśmiechnęłam do niego. Przy okazji rozpuś­ ciły mi się włosy. - Gdzie ty się tego nauczyłaś? - zapytał tylko, zapinając sobie spodnie. Wzruszyłam ramionami i roześmiałam się. - Jestem przecież żoł­ nierską dziewką. Spojrzał na mnie, a potem pogrzebał w wąskiej kieszonce kamizel­ ki i wyciągnął stamtąd monetę. - W takim razie... - powiedział i rzucił mi ją na kolana. W pierwszej chwili byłam zbyt zdumiona, żeby się pogniewać. A potem wzięłam monetę, popatrzyłam na niego i mocno zacisnęłam na niej zęby. Patrzył na mnie zdumiony. - Myślisz, że car Wszechrusi rozdaje fałszywe monety? - Nigdy nie wiadomo. Komu w dzisiejszych czasach można jesz­ cze ufać? - odpowiedziałam, robiąc niewinną minę. Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Wciąż słyszałam jego śmiech, nawet gdy j u ż zamknął za sobą drzwi i poszedł długim, ciemnym korytarzem Kremla na kolejną otępiającą zmysły pijatykę. Kazałam się ubrać i poszłam na radosną kolację dla dam rosyjskiego dworu. Punktem kulminacyjnym we wczesnych godzinach rannych byl owinięty kolorowymi jedwabny­ mi taśmami karzeł, który wyskoczył z pasztetu. Wszystkie ciągnęłyśmy

za taśmy, a on kręcił się niczym bąk i w końcu nagusieńki i z zawrotami głowy toczył się po całej sali. Wyglądał przy tym tak słodko jak malutki piesek księżnej Czerkaskiej, któremu dałyśmy do picia słodkie, musu­ jące wino sprowadzone przez Piotra z Francji. A potem czar noworocznych świąt minął. Już gdy w Święto Trzech Króli wody Moskwy święcono jako wody Jordanu, Piotr niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. Jak co roku podczas kreszczenia popi ka­ zali wykuć w lodzie przerębel, a chłopcy o czerwonych od zimna policz­ kach kołysali złotymi kadzielnicami. Gęste chmury kadzidła unosiły się w mroźnym powietrzu ponad lodem. Zmęczony i wciąż na wpół pijany dwór w całej swej wspaniałości po raz ostatni w świątecznym okresie otoczył cara. Podziwiałam szaty z purpurowego aksamitu, z ciemno­ zielonego, haftowanego złotem i srebrem atłasu, najdelikatniejsze fu­ tra z soboli i norek oraz miękką, garbowaną skórę, z której skrojono pięknie układające się opończe, spodnie i kurtki. Wielu dworzan wciąż nosiło płaskie futrzane czapy, a niektóre z dam w czapkach z bobrzego futra zasłoniły swe zmęczone twarze sztywnymi od złotych haftów muślinowymi zasłonami. M i m o pudru i szminek, do których i ja się przyzwyczaiłam, miały udręczone miny. Car zmierzył je wzrokiem aż pociemniałym od gniewu. Nawet wgryzający się w kości mróz nie był dla niego wystarczającym usprawiedliwieniem, żeby ubierać się po­ dług rosyjskiej mody. Gdy pierwsi dworzanie, tak jak wymagał tego obyczaj, zdjęli swe szaty i na krótko zanurzali nagie ciała w przerębli, w lodowatym nurcie Moskwy, Piotr był już w stajni i wsiadał na swoje­ go rumaka. Wszystko było przygotowane do odjazdu. Bez wahania na­ kazał mi wrócić do domu Mienszykowa. Nie byłam tym zachwycona. Bałam się gniewu i zazdrości Barbary Arseniewy.

Dopadła mnie j u ż następnego popołudnia po moim powrocie do kom­ naty w drewnianym pałacu Aleksandra Daniłowicza. Daria wyjechała w saniach ciągnionych przez służących, ponieważ zamówiła dla Mien­ szykowa w dzielnicy kupieckiej ciepły płaszcz z miękkiej zielonej skóry obszyty futrem i pasującą do tego czapkę. Styczeń nad jeziorem Łado-

ga w okolicach Szlisselburga był najzimniejszym miesiącem. Mienszy­ kow natomiast zajmował się tysiącem spraw, które trzeba było załatwić przed wyjazdem w pole. Car oczekiwał, że jego przyjaciel przybędzie najszybciej, j a k to możliwe, i słał do niego pełne niecierpliwości listy z każdego etapu swojej podróży. Powtarzały się w nich wciąż te same słowa: „Gdzie jesteś? Jak m a m być w dobrym humorze, skoro nie j e ­ steś przy mnie? Moje serce, ruszaj szybko za mną". Siedziałam więc sobie przy kominku w jednej z komnat Darii i wy­ szywałam szal z miękkiej perskiej wełny, który chciałam jej podaro­ wać. Materiał miał głęboką żółtą barwę, która przypominała mi kolor musztardy. Wełna była tak delikatna, że gotowy szal dało się przeciąg­ nąć przez pierścionek. Sprzedawca w dzielnicy kupieckiej powiedział mi, że jest zrobiony ze specjalnej wełny, która rośnie pomiędzy zwykłą sierścią perskich kozic. Utrzymywał, że jest na wagę złota! Potwier­ dzała to pustka w mojej sakiewce. Do wyhaftowania na szalu wybra­ łam delikatny wzór z wijącymi się wąsami, którego nauczyłam się jako dziecko w Inflantach. Naraz usłyszałam w korytarzu na zewnątrz szybkie i gniewne kro­ ki. Nawet nie zdążyłam pomyśleć o ucieczce czy ukryciu się, gdy Barba­ ra gwałtownie otworzyła drzwi. Wyglądała jak anioł zemsty, o którym usłyszałam w domu państwa Gliicków. Jej długie rude włosy niczym płomień spływały na ramiona, a w drżącej od gniewu dłoni trzymała bat. Miała na sobie ciemną, luźną domową suknię i gołe stopy. Już po kilku krokach stała przy mnie i batem uniosła mi podbródek, żeby popatrzeć mi w twarz. - A więc wróciłaś j u ż ze swojej małej wycieczki na Kreml? Starałam się nie okazać lęku, więc spokojnie się uśmiechnęłam. Lecz to tylko spotęgowało jej wściekłość. Nagle zaczęła wrzeszczeć na mnie z czerwoną i wykrzywioną twarzą: - Ladacznica! Tyle człowiek ma z tego, jak przygarnia z ulicy taką hołotę jak ty. Odebrać mi mojego mężczyznę! Już ja ci pokażę, ty dziwko! Bat z gwizdem przeciął powietrze, a ja prędko zsunęłam się z krze­ sła na dywan. U Elżbiety Rabe doskonale nauczyłam się unikać cio­ sów. Rzemień trzasnął o oparcie krzesła, dokładnie tam, gdzie przed

chwilą spoczywała moja ręka. Jedwabny materiał obicia rozdarł się. Barbara przez chwilę patrzyła w zdumieniu na wyrządzoną szkodę, a ja skorzystałam z okazji. Gwałtownie rzuciłam się jej pod kolana tak, że straciła równowagę i razem ze mną przewróciła się na podłogę. Starała się złapać mnie za szyję, żebym nie mogła odebrać jej bata. Miałam wrażenie, że jej paznokcie są wszędzie, poczułam piekące uderzenie na dekolcie i zawyłam z bólu. Jednocześnie udało mi się złapać ją za włosy i wyrwać potężny ich pęk. - Wcale ci go nie odebrałam! Nigdy nie interesowała go metresa, która parzy się ze wszystkim, co się rusza! Ponoć zaspokajasz swą żą­ dzę nawet w stajniach Mienszykowa! Jesteś jak grzejąca się klacz! - Te słowa wyplułam jej prosto w twarz. Wydała z siebie wściekły krzyk i uderzyła mnie po oczach. Upad­ łam do tyłu, boleśnie trafiając na oparcie krzesła. Jej udało się jakoś wstać i uniosła bat, starając się dobrze wycelować. - Jak z tobą skoń­ czę, nikt j u ż na ciebie nawet nie spojrzy! - zagroziła. Zamknęłam oczy i zasłoniłam ramionami twarz, żeby uchronić ją przed batem. Lecz ku memu zdumieniu nie padł żaden cios. Zamiast tego usłyszałam, że Barbara Arseniewa jęknęła z bólu. Dobrze znany mi glos zagrzmiał: - Co się tutaj dzieje, do diabła? Czy was, kobiet, nie można nawet na chwilę spuścić z oczu? Nie wierzyłam własnym uszom, więc ostrożnie otworzyłam oczy. Piotr, który powinien już minąć Worobiowe Góry, trzymał Barbarę mocno za włosy, odginając jej głowę do tyłu. Pluła z wściekłości i roz­ poznała go dopiero po chwili. - Furio! Do swojej komnaty! - wrzasnął na nią, wyrywając jej bat. Na mnie jeszcze nie spojrzał, więc wykorzystałam ten moment, żeby wyrwać sobie z ucha jeden z kolczyków, które mi podarował. Krew natychmiast trysnęła z płatka ucha na moją żółtą aksamitną suknię, a delikatne zapięcie kolczyka pękło. Zapłakałam z bólu. - Och, Piotrze, och, Piotrze, zobacz, co ona mi zrobiła! - lamen­ towałam, a łzy same płynęły mi z oczu. Całym ciałem odczuwałam prawdziwy lęk i ból. Krew spływała mi po szyi, a na dekolcie widniał czerwony ślad po uderzeniu Barbary. Zaszlochałam: - Ona mnie nie-

nawidzi! Zobacz, co zrobiła z kolczykiem twojej matki! I zobacz, jak mnie zraniła! Chciała mnie zabić dlatego, że jestem ci tak oddana! Spojrzałam na Barbarę, która patrzyła na mnie zaskoczona i jesz­ cze więcej łez popłynęło z moich oczu. Już ja pokażę tej okrutnej ba­ bie! Piotr spojrzał na krew, a potem zakłopotany przesunął palcem po moim mokrym policzku i śladzie na piersiach. Lecz dopiero widok zniszczonego kolczyka matki wywołał w nim nieopisaną wściekłość. Barbara bełkotała bezradnie: - To nieprawda! Nie, ja nawet nie dotknęłam tego kolczyka! Car odwrócił się w jej stronę. Jego twarz przybrała niezdrową pur­ purową barwę. Teraz on uniósł bat i przez jedną niewiarygodną chwilę wydawało się, że ją uderzy. Barbara cofnęła się o kilka kroków. - W o n ! Nigdy więcej nie chcę cię widzieć, wiedźmo! Ciesz się, że nie skażę cię na pracę w przędzalni, wstrętna babo! - krzyknął. Mach­ nął batem w powietrzu, a rzemień łakomie zamlaskał. Barbara ukryła twarz w dłoniach i wybiegła z komnaty. Jej nagie stopy klaskały po podłodze korytarza coraz ciszej, aż umilkły. Zmówiłam krótką modli­ twę do Boga, który akurat mnie wysłuchał. Piotr zwrócił się do mnie, a j e g o twarz wyrażała troskę i miłość. - Moja dziewczynka! Mateczka! Tyle musiałaś dla mnie znosić. Z wysiłkiem skinęłam głową i jeszcze bardziej się rozpłakałam. Przytulił mnie i przez chwilę delikatnie kołysał. Objęłam go za szyję i roz­ szlochałam się bez skrępowania, mocząc naramienniki jego munduru. I tak trwaliśmy jakiś czas, nie mówiąc ani słowa. Trzask bierwion był jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się w pokoju. Pocieszał mnie tak, jak pociesza się dziecko, które rozbiło kolano na ostrym kamieniu. W tym momencie do komnaty weszli Mienszykow i Daria. Daria krzyknęła przerażona, widząc, w jakim jestem stanie. Pośpieszyła do mnie i pomo­ gła mi wstać. Piotr upewnił się, że jestem w stanie samodzielnie ustać, a potem wyjął kilka złotych monet z sakiewki i wyciągnął je w stronę Mienszykowa. Ten jednak skrzyżował tylko ramiona na piersi. - Proszę, weź to, Alosza - rozkazał Piotr niecierpliwie. - Za tę dziewczynę. - Wskazał na mnie. Moje serce żywiej zabiło. Nie chciał zostawiać mnie tutaj samej!

Mienszykow jednak pokręcił głową. - Marta nie jest na sprzedaż, mój władco. Piotr skrzywił się z gniewem i wyjął jeszcze więcej monet z sa­ kiewki. - Masz, Mienszykow, ty chciwy psie. Czasem naprawdę m a m ochotę smagnąć cię batem. Lecz Mienszykow wcale nie zmienił swej negatywnej postawy. Poczułam lęk, a krew zaczęła szumieć mi w uszach. Dlaczego, na li­ tość boską, nie pozwala mi odejść? Zapłakałam znów cicho, j u ż tylko ze strachu, a Daria natychmiast mnie objęła. To, że Mienszykow nie chciał sprzedać mnie carowi, było niewiarygodną bezczelnością, której żadna z nas nie rozumiała. - Skoro sprzedać jej nie chcesz, to zagrajmy o nią! - zapropono­ wał car szorstkim tonem. Nienawidził wszystkich gier hazardowych, poza loteryjką i kośćmi. Mienszykow z namysłem pokiwał głową, lecz postawił warunek: - Ja gram swoimi kośćmi, a ty swoimi! Car zaczerpnął powietrza i odparł głosem pełnym wściekłości: - Wszyscy wiemy, Mienszykow, że twoje kości są równie uczciwe jak oznaczenia na towarach z twoich manufaktur, które mój ochmistrz tak hojnie asygnuje. Mienszykow wzruszył ramionami i odparł swobodnym tonem: - Jak sobie Wasza Wysokość życzy. W takim razie nie gramy. Mnie i Darii aż zabrakło tchu z przerażenia. Jak on śmie! Napięcie między tymi dwoma mężczyznami słychać było niemal niczym trzask suchych gałęzi powalonych piorunem podczas letniej burzy. Piotr spojrzał na mnie pociemniałymi od gniewu oczami. Moje spojrzenie było pełne błagania. W tym domu nie czułam się j u ż bezpiecznie. Daria nie mogła mnie wiecznie chronić przed Barbarą, on też o tym wiedział. Nie chciałam, żeby ktoś wepchnął mnie pod lód na Moskwie! - To dawaj te swoje kości, Mienszykow - mruknął w końcu i scho­ wał złote monety z powrotem do sakiewki. Zamiast nich wyciągnął te­ raz kilka kości. Obaj usiedli na dywanie przed kominkiem. Ja i Daria uklękłyśmy tuż obok. Car pierwszy potrząsnął kośćmi trzymanymi w dłoni. Rzucił je

mocno na kamienne płyty przed kominkiem. Cztery oczka i dwa oczka. Poczułam skurcz serca. Mienszykow roześmiał się i rzucił swoje kości. Zamknęłam oczy i modliłam się w duchu. Wyrzucił dwa razy po sześć oczek i klasnął w dłonie. Piotr tak się zdenerwował, że aż zerwał się na równe nogi. Skóra jego wysokich butów zatrzeszczała, a car kopnął kości do ognia. Róg, z którego zostały wycięte, zaczął topić się z sykiem i niknąć wśród płomieni. W komnacie rozszedł się gorzki zapach. Car podciągnął Mienszykowa za kołnierz do góry i warknął przez zaciśnięte zęby: - Już ja cię nauczę, odmawiać czegokolwiek swojemu panu! Jeśli o mnie chodzi, to możesz już jutro liczyć płatki śniegu na Syberii! I to razem z całą swoją kliką! Daria zaczerpnęła powietrza. Dla niej, prawdziwej Rosjanki, ze­ słanie do wiecznie zimnej Syberii byłoby gorsze niż śmierć. W tym momencie car uderzył Mienszykowa pięścią w podbródek, posyłając go z powrotem na kamienne płyty pod kominkiem. Rozgniewany sta­ nął nad nim i kopnął w biodro. Mienszykow zawył z bólu i z trudem uklęknął przed carem. Piotr najwyraźniej sam nie wiedział, co dalej robić, a rysy jego twarzy zmiękły. Wiedziałam, jak bardzo kocha Alek­ sandra Daniłowicza, swojego Aloszę. Nikt nie mógłby zająć miejsca Mienszykowa w jego sercu. Beztroskim dniom jego dzikiej młodości towarzyszyły przecież jego twarz i jego śmiech. Złote czasy, kiedy ni­ kogo się nie bał i spał, nie śniąc koszmarów. Mienszykow ujął dłoń Piotra i pocałował wszystkie palce po kolei. Mamrotał przy tym, krzy­ wiąc się z bólu: - Całuję dłoń, która bije mnie, niegodnego pachołka, a dzieciom Rosji daje tyle dobrego. Dłoń mojego pana i władcy, który nie rozumie, że jego poddany Aleksander Daniłowicz Mienszykow nie może ani sprzedać, ani przegrać w kości niczego, na czym spoczęło spojrzenie Jego Wysokości. Jego Wysokości mogę jedynie podarować to, czego pragnie jego serce. Trwało chwilę, zanim pojęłam, co znaczą te słowa. Daria była szyb­ sza ode mnie i serdecznie mnie uściskała. - Wykorzystaj to, Marto! - szepnęła mi przy tym do ucha. Piotr roześmiał się i jednym ruchem postawił Mienszykowa na nogi. Ten powtórzył: - Piotrze, mój panie, pozwólcie, bym dał w a m obecną tu Martę w prezencie.

- Pozwalam, pozwalam! - wykrzyknął Piotr. - Lecz strzeż się i j u ż nigdy więcej nie rób ze mnie głupca. - Objął Mienszykowa ramieniem i pociągnął go za sobą do wyjścia. Przez ramię rzucił mi polecenie: - Będziemy oblewać to wydarzenie w gabinecie Aleksandra Daniłowicza. Spakuj swoje rzeczy, Marto, i każ zanieść je na Kreml. Zobaczymy się w nocy. Obaj roześmiali się i zamknęli za sobą drzwi do tieremu. Drew­ niana posadzka korytarza wkrótce stłumiła ich oddalające się kroki i śmiechy. Daria przyciągnęła mnie znowu do siebie i przez chwilę przytulałyśmy się. Potem odepchnęła mnie lekko i powiedziała: - Mu­ sisz szybko urodzić dziecko, Marto. Anna Mons nigdy nie urodziła dziecka i dlatego straciła swoją pozycję. Nic nie sprawi mężczyźnie tyle radości, co syn, nic go bardziej do ciebie nie przywiąże! Piotr dał mi na Kremlu niewielką komnatę położoną w dawnym tie­ remie, niedaleko jego pokoi. Paweł Jagużyński, zarządzający dworem Piotra, przydzielił mi pokojówkę pochodzącą z drobnej szlachty. Była pulchna i miała, biedaczka, zajęczą wargę, więc nie rozumiałam pra­ wie nic z tego, co mówiła. A mimo to bezczelnie wyśmiewała się za moimi plecami z mojego niemieckiego akcentu. Jednak na polecenie Piotra zręcznie zajęła się ranami, które zadała mi Barbara Arseniewa, pokrywając je kefirem i kwaśną papką z liści jakiegoś krzewu z tundry. Spałam w łóżku cara kolejne dwie noce. Noc przed wyjazdem przespał na mojej piersi niczym syte dziecko. Rankiem, zanim wyszedł, pocało­ wał mnie na pożegnanie i powiedział: - Gdyby coś mi się przydarzyło, kazałem Pawłowi Jagużyńskiemu, żeby dał ci pięćdziesiąt złotych du­ katów. Będziesz mogła zacząć nowe życie. Chciałam podziękować mu za hojność, ale powiedziałam tylko: - Nic ci się nie przydarzy. Moja miłość cię ochroni. Roześmiał się tylko, jakby usłyszał dobry żart i pocałował moje sztywne od porannego chłodu palce. - To dobre, mateczko! Gdy car i jego ludzie bladym świtem wyjeżdżali przez bramę Krem­ la, ja zdążyłam z powrotem zasnąć mocnym i głębokim snem. Całe mia­ sto zamarzło, jakby zamknięte w pęcherzu z nieprzeniknionego lodu.

W tym czasie wojna północna toczyła się z nieprzemijającą zaciekłoś­ cią. August Sas raz po raz okazywał się nic niewartym sojusznikiem, jak mówiono na dworze. Jego jedyną troską wydawała się tylko własna szkatuła i to, co kryło się między udami jego kochanki, hrabiny Aurory von Kónigsmarck. W zeszłym roku urodziła mu syna, któremu dano na chrzcie imię Maurycy. Choć był bękartem, August nakazał wysokim urzędnikom obecność przy porodzie. Dobrze zapamiętałam historię 0 małym Maurycym Saskim. Lecz Fiodor Matwiejewicz Apraksin po­ wiedział mi, że książę Saksonii powinien dobrze się rozejrzeć, zanim wyruszy, żeby dołączyć do Piotra. - August Mocny długo już nie będzie królem Polski. - Dlaczego, kumie? - Bo Ludwik z Francji ma swoje własne wyobrażenie tego, kto powinien rządzić Polską. A król w Paryżu zwykle osiąga to, co sobie zamierzy. Na dodatek Stanisław Leszczyński jest Polakiem, a byłbym zaskoczony, gdyby August znał choćby jedno nazwisko wielkiego pol­ skiego rodu! - Może Kónigsmarckowie? - zauważyłam z ironią i oboje roze­ śmieliśmy się. Wyjazd Fiodora Apraksina wprowadził mnie w smutny nastrój. Tak wiele się od niego nauczyłam, a on regularnie dostawał listy od Sze­ remietiewa opisujące działania wojenne Piotra. Gdy wieczorami przy ogniu czytał mi te listy, czułam, że jestem blisko cara. Pokazywał mi na mapie, gdzie znajdują się rosyjskie oddziały i próbował nawet odgadnąć najbliższe posunięcie Karola. Zwykle odwiedzałam go w jego obszer­ nym domu z drewna i cegieł, położonym niedaleko Kremla. Składałam mu swoje najgłębsze uszanowanie, a on natychmiast kazał przynieść do biblioteki grzane wino, orzechy, pierogi i kandyzowane owoce. To był prawdziwy cud, że wciąż był w mieście. Służba wojskowa była obowiąz­ kiem na całe życie, mimo że poprzedni carowie po zakończeniu wojny odsyłali żołnierzy do domów. Poza tym Piotr lubił podczas każdej kam­ panii czy podróży mieć wokół siebie znajome twarze. Arystokratyczne pałace przy ulicach otaczających Kreml i plac Czerwony opustoszały. 1 w kramach zdarzało się coraz częściej, że klientów obsługiwały nie-

wiasty. Lecz damy z moskiewskiej socjety wiedziały, jak sobie radzić. Nastała moda, by brać na guwernantów dla synów szwedzkich jeńców wojennych. Szybko uczyli się rosyjskiego, którym mówili z miękkim, przymilnym akcentem. Ich długie nogi w wąskich spodniach przycią­ gały wzrok dam, poza tym znali się na najnowszych tańcach oraz roz­ maitych grach towarzyskich. Następnego roku wiele najstarszych ro­ syjskich rodów doczekało się zdrowego i dorodnego potomstwa. Lecz bardziej niż przyjemnostki dam zajmowała mnie tej wiosny Anna Mienszykowa. Dwuznaczna sytuacja z panem de Viera, zwanym Devier, mojego pierwszego wieczoru na błazeńskim synodzie nie była jednorazowym wybrykiem. Anna Mienszykowa kochała młodego Por­ tugalczyka z całego serca. Wolała żyć z piętnem starej panny, niż wyjść za innego. Wiele długich popołudni spędziłam na cierpliwym omawia­ niu z nią perspektyw jej miłości. Lecz wszystkie te narady kończyły się tym, że Anna płakała i kręciła głową. - Nigdy nie będę mogła za niego wyjść - mówiła, smarkając w jedną z moich nowych jedwabnych chusteczek. A potem zwijała ją i niczym chłopka wsuwała sobie w wąski rękaw francuskiej sukni. - Ale dlaczego? - pytałam zdumiona. Patrzyła na mnie wielkimi, zaczerwienionymi od płaczu oczami. - Z powodu mojego brata, przecież to jasne! - Przez Aleksandra Daniłowicza? - Teraz byłam naprawdę zdu­ miona. Pokiwała głową. - A jakżeby inaczej. Chyba nie myślałaś, że nikt nie ubiega się o moją rękę? Aleksander jest przecież taki potężny. Nie, Marto, już od dawna jestem najbardziej pożądaną kobietą dla każdego ambitnego młodzieńca w Moskwie. - Więc w czym tkwi problem? - zapytałam. Wzruszyła ramionami, a z jej oczu znów popłynęły łzy. - Aleksan­ der każe każdego chłopca, który poprosi o moją rękę, porządnie obić i wyrzucić z pałacu! - Była tak zrozpaczona, że niemal nie rozumiałam, co mówi. - A Devier? Czy on też już prosił o twoją rękę? - Chciałam się upewnić.

Skinęła głową. - Ach, j u ż wielokrotnie. Ostatnio w dniu, w którym Mienszykow dał cię w prezencie carowi. To był czwarty raz. Aleksan­ der tak się zdenerwował, że obił go osobiście. Mojego Antonia! Mój brat złamał laskę na plecach Deviera. Och, co to będzie... - Jej płacz i wściekłość pochłonęły resztę słów. Zaczęła gryźć się w kostki zaciś­ niętych pięści, a łzy żłobiły głębokie ślady w upudrowanej na biało twa­ rzy. Devier wyruszył z Piotrem na wojnę, a wyróżniał się tym, że bez żadnego wahania wypełnia każdy rozkaz cara. Anna Mienszykowa pomogła mi zdobyć pisarza w tych pierwszych samotnych miesiącach nowego roku. Piotr swojego własnego sekre­ tarza i ministra Makarowa, którego nazywał „swoim cieniem, oczami i uszami", zabrał na wojnę. Codziennie pisałam do niego lekkie w tonie listy o dworskich plotkach i rozrywkach. Opowiadałam mu też o wie­ czorach, które spędzam w towarzystwie Apraksina. Kilka tygodni po wyjeździe Apraksina, gdy dni zaczęły robić się coraz dłuższe, car zaczął odpisywać na moje listy. Wtedy odważyłam się wspomnieć mu o nie­ szczęsnej historii A n n y Mienszykowej i Deviera. Wiedziałam, że takie głupstwa poprawiają mu humor. Cztery tygodnie później, gdy w końcu pojawiły się pierwsze, jeszcze niezdecydowane oznaki wiosny, przy­ słano do Moskwy Deviera. Miał ożenić się z Anną Mienszykowa, i to natychmiast. Po ceremonii, weselu i nocy poślubnej od razu wyjechał z miasta. Car i wielka wojna północna wymagali obecności każdego mężczyzny. Anna Mienszykowa była tylko jedną z wielu wiernych przyjaciółek, któ­ re zdobyłam w owym czasie. Gdy pewnego dnia pojawiłam się u Fiodo­ ra Apraksina, na dziedzińcu stała j u ż inna lektyka. Na jej drzwiczkach widniał orzeł z dwiema głowami. Tragarze, którzy siedzieli przy wej­ ściu w cieple pochodni i stojaków z żarzącym się węglem, byli dobrze odżywieni i dobrze odziani. Gdy weszłam do biblioteki, natychmiast rozpoznałam kobietę, która siedziała obok Apraksina, pochylona nad jakimś dokumentem. Była to siostra cara. Często widywałam carównę Natalię Aleksiejewną Romanowa na dworze podczas świąt. Jak na kobietę była wysoka, miała delikatną

twarz i mówiono, że ma szlachetne i przyjazne usposobienie. Jako cór­ ka i siostra cara była też w tym okresie skazana na panieństwo. Żaden Rosjanin nie był na tyle wysoko postawiony, żeby móc starać się o jej rękę. Nawet regentka Zofia nigdy nie odważyła się poślubić swego ko­ chanka, mądrego i ambitnego księcia Wasyla Golicyna. Jednocześnie carównie nie wolno było wyjść za żadnego wyznającego inną wiarę, czy też niewierzącego w opinii Rosjan, władcę z Zachodu. Piotr kochał i szanował swoją siostrę z całego serca i całkowicie jej ufał. Dawał jej wolną rękę w większości spraw i nawet nie próbował namawiać jej na uczestniczenie w jego szalonych przyjęciach. Carówna zajmowała się teatrem i wychowaniem moskiewskiego ludu. W pierwszym miesiącu nowego roku ukazało się w Moskwie pierwsze wydanie gazety. „Wiedomosti" były niesłychaną nowością! W kawiarniach czytano o dalekich krajach, o życiu na dworze, o rosyjskiej polityce i postępach na wojnie. Natalia i Apraksin właśnie trzymali pierwsze wydanie gazety w rękach, gdy służący otworzył drzwi do biblioteki i zapowiedział moje wejście. Ukłoniłam się i spoglądałam nieśmiało na carównę. Ponieważ ca­ ryca Eudokia została wypędzona, a matka Piotra, Natalia Naryszkina, nie żyła już od wielu lat, to carówna Natalia była pierwszą damą rosyj­ skiego dworu. Lecz zaraz potem pogrążyłyśmy się w wesołej rozmowie o sztukach i teatrze. Piotra występy sceniczne raczej nudziły, lecz żeby zrobić przyjemność swojej siostrze, przywiózł z Gdańska człowieka o nazwisku Johann Christian Kunst, który prowadził tamtejszy te­ atr. Za odpowiednim wynagrodzeniem zdecydował się przenieść wraz z żoną, siedmiorgiem dzieci i całą teatralną trupą do Moskwy. - Niemiec był przerażony chaotycznym i tragicznym stanem mo­ skiewskich scen! - śmiała się Natalia. - I nic dziwnego, przecież u nas nikt z towarzystwa nie chodzi do teatru. Mój ojciec miał scenę, ale robił to raczej z ambicji i niechętnie. Przedstawienia odbywały się wyłącznie na dworze, bo sądził, że tak właśnie robią prawdziwi władcy Zachodu! - Pokręciła głową na wspomnienie przedstawień z czasów swojej mło­ dości. - To było straszne. Moskwianie nigdy nie okazywali, że sztuka im się podoba. Lecz jeśli nie byli zachwyceni, natychmiast w ruch szły zgniłe owoce i skorupki orzechów!

Apraksin także się roześmiał. - Często spotykałam mistrza Kun­ sta, gdy tu przybył. Co drugi dzień cały był we łzach i chciał wyjeż­ dżać. Potem jednak car kazał zbudować dla niego na Kremlu, nieda­ leko Bramy Nikolskiej teatr, komiedijnyj dom. Biedny Gołowin, który odpowiadał za budowę, nawet nie wiedział, od czego zacząć. Co on, z ministerstwa spraw zagranicznych, mógł wiedzieć o teatrach? Więc zadanie przesuwano z urzędu do urzędu, od ministerstwa skarbu aż po ministerstwo wojny. Poza tym nie rozumiano, że teatr potrzebuje jeszcze wyposażenia i kostiumów. Wszyscy myśleli, że Kunst chce na­ bić swoją własną kabzę! Następnego wieczoru towarzyszyłam carównie Natalii w teatrze i obejrzałam sztukę francuskiego pisarza Moliera. Po drodze w saniach carówna próbowała opowiedzieć mi przebieg akcji. I słusznie. W tea­ trze niewiele rozumiałyśmy, gdyż sztukę przetłumaczono najpierw na niemiecki, potem na łacinę i dopiero na rosyjski. Publiczność śmiała się lub krzyczała w zupełnie nieodpowiednich momentach, a dwóch aktorów nie umiało lub nie chciało zapamiętać tekstu. Natalia wytwor­ nie zasłaniała swój uśmiech wachlarzem z kości słoniowej i jedwabiu albo klaskała z sympatią w swoje delikatne dłonie, charakterystyczne dla całej rodziny, w stronę kłaniających się z zapałem aktorów. Sam Kunst stał na scenie z czerwoną twarzą. Od tego wieczoru czułam się zaszczycona, mogąc nazywać carównę Natalię Aleksiejewną swoją przyjaciółką. Moje dni w Moskwie tamtej zimy i wiosny były komfortowe, barwne i pełne życia, a mimo to czułam niepokój. Cóż, skoro moje przeznacze­ nie nie nadchodzi samo, wyruszę go poszukać! To był jeden z pierwszych wiosennych dni. Blade słońce walczyło jesz­ cze o siłę, której każdego dnia miało mieć coraz więcej. Pyłki kurzu wi­ rowały w j a s n y m świetle padającym przez małe okna Kremla na leżący przede mną stos papierów na biurku. Młody pisarz popatrzył na mnie niepewnym wzrokiem. Właśnie podawałam mu carską podwójną pie­ częć Makarowa, której używano w wyjątkowych okolicznościach do

pieczętowania ukazów podczas nieobecności cara w Moskwie. A po­ tem potrząsnął głową. - Nie, Marto. Mogę za to zapłacić głową. Wiesz, co grozi za bezprawne użycie carskiej pieczęci? Śmierć przez udusze­ nie w taki sposób, że wlewają ci do gardła stopiony metal. Nie mogę tego zrobić. Dlaczego nie napiszesz po prostu do cara i nie poprosisz go 0 pozwolenie na złożenie mu wizyty? - Bo mi go nie udzieli! Stoją pod twierdzą Nienszanc, a Szwedzi będą bronić swoich pozycji za wszelką cenę. On nie życzy sobie żad­ nych kobiet w obozie - odparłam. - Cóż począć w takim razie - powiedział pisarz, krzyżując ramio­ na na piersi. Znów podsunęłam mu przez stół pozostawioną przez Makarowa pieczęć. Kręcił głową jak uparty osioł. - Muszę do niego jechać. Proszę! Potrzebuję przepustki, żeby przedostać się przez front. A przepustka jest ważna tylko z tą pieczęcią - błagałam kolejny raz, opierając się obiema rękami o biurko. Skinął głową. - Rozumiem. Tyle że jeśli użyję tej pieczęci, to moja śmierć bę­ dzie pewna. To jest pieczęć Makarowa i powiadam ci, dziewczyno, że w tej sprawie nie ma żartów. - Nic ci nie grozi - upierałam się. - Nie - odpowiedział kolejny raz i wyjrzał przez okno na plac Czerwony. Przekupnie oferowali swoje towary, trędowaci z dzwonka­ mi przywiązanymi do nadgarstków zmierzali na posiłek, dzieci biega­ ły, ścigając się, drogi lektyk moskiewskich dam krzyżowały się, popi naciskali czapki mocno na głowy, żeby uchronić się przed wiatrem, a przechodnie przerywali swe codzienne zajęcia, żeby z kimś porozma­ wiać lub wstąpić do kawiarni. - Nie - powtórzył jeszcze raz zdecydowanym tonem. Wyglądało na to, że to jego ostateczna decyzja. Patrzyłam na niego w milczeniu. Był młodym człowiekiem prostego pochodzenia, podobnie jak sam Maka­ rów. Sekretarz cara odkrył go w jakimś kantorze, ponieważ umiał pisać 1 znał płynnie trzy języki i wyprosił go dla siebie. Makarów doszedł do wysokich zaszczytów, lecz wciąż podpisywał osobiste listy jako „Pań­ ski najuniżeńszy sługa", nawet jeśli kierował je do byłego sprzedawcy

pasztecików jak Mienszykow. Wznieść się ponad własne pochodzenie to jedna rzecz, a czymś zupełnie innym jest o nim zapomnieć. Młody pisarz po raz kolejny potrząsnął głową. Wiedziałam, że niedawno oże­ nił się z córką drugiego masztalerza Piotra i że spodziewają się dziecka. Westchnęłam i sięgnęłam do sakiewki. Miałam tam tylko jednego ałtyna. Moneta o wartości trzech kopiejek, którą trzymałam w dłoni, to były moje ostatnie pieniądze. - Wypisz mi przepustkę, proszę. A ja zajmę się carską pieczęcią. Popatrzył na ałtyna, który połyskiwał blado na tle ciemnego drew­ na biurka, i schował go zręcznym ruchem. Z westchnieniem wsadził zaostrzone pióro do kałamarza wpuszczonego w biurko. Czarna kropla inkaustu skapnęła na małą gąbkę, a pisarz kilkoma szybkimi ruchami zapisał stronicę. Gdy skończył, przeciągnął się w ciepłym świetle i po­ wiedział: - Wyjdę teraz na chwilę na korytarz, żeby sprawdzić, czy nie przybył już posłaniec z Zachodu. Jednak zanim wyszedł z gabinetu, podsunął mi kawałek wosku do pieczęci i świecę. Działałam szybko. Wosk stopił się w płomieniu świe­ cy na miękką grudkę i skapnął na papier dokładnie tam, gdzie kończył się tekst. Jego grubość też była odpowiednia, więc sięgnęłam po za­ kazaną pieczęć i mocno wcisnęłam ją w ciepły wosk. Orzeł z dwiema głowami odbił się w gęstej masie: dumny, krwistoczerwony i groźny. Zadowolona uniosłam pismo pod światło, podmuchałam na nie i posypałam drobniutkim piaskiem, żeby inkaust szybciej wysechł. A potem wymknęłam się z małego gabinetu, zanim pisarz zdążył wró­ cić. Ściany carskiego pałacu skrywały odtąd kolejną tajemnicę. Przed wyruszeniem w zakazaną podróż pożegnałam się tylko z wybra­ nymi przyjaciółmi. Daria pomogła mi zdobyć męskie ubranie: ciepłą kurtkę, która sięgała mi kolan, kamizelkę i parę spodni z mocnej koźlej skóry. Nie chciałam jednak obciąć włosów, więc tylko schowałam je pod polskim kapeluszem, który nasunęłam na czoło. Wyglądałam jak młody mężczyzna, choć razem z Darią wybuchłyśmy śmiechem, gdy jednoznacznym gestem poklepała mnie po biuście. Natalia Aleksie­ jewną Romanowa dala mi trochę pieniędzy i zapewniła wiernego i do-

świadczonego towarzysza z pistoletem, Piotra Andriejewicza Tołstoja. Piotr właśnie wezwał go z powrotem na front, a potem miał wyruszyć jako poseł do Konstantynopola. Nawet jeśli nie był zachwycony pomy­ słem zabrania młodej kobiety w podróż przez pół Rosji, to niczego nie dał po sobie poznać. Wyjechaliśmy z Moskwy pewnego ranka powozem pocztowym, nie zwracając na siebie uwagi. Był koniec marca 1703 roku. Za powo­ zem jechało sześciu dobrze uzbrojonych żołnierzy. Gdy następnego dnia dotarliśmy do Worobiowych Gór, obejrzałam się za siebie. Nad Moskwą unosił się dym z niezliczonych kominów. Kopuły i wieże dum­ nie wznosiły się na tle oślepiająco jasnego wiosennego nieba. Śnieg j u ż stopniał, a nasz powóz sprawnie pokonywał wiorstę za wiorstą. Gdy minęliśmy połowę posterunków pocztowych, zjechaliśmy z głównej drogi i dalej pojechaliśmy konno. Jazda była długa i ciężka, lecz j e d n o ­ cześnie cieszyłam się wiatrem rozwiewającym mi włosy i zmęczeniem, które pod koniec dnia ogarniało moje silne ciało i mięśnie. Nie chcia­ łam w niczym ustępować swoim towarzyszom ani utrudniać im do­ datkowo podróży. Miesiące spędzone w Moskwie sprawiły, że stałam się gruba i leniwa. Musiałam nawet zacząć żuć perską miętę z powodu brzydkiego oddechu. Jechaliśmy przez zniszczone krainy. Jak zawsze w czasie woj­ ny, to najprostszy lud ucierpiał najbardziej. Izby z gliny zburzono. Domy z drewna spalono, budynki z kamienia splądrowano, a ich mury zmiażdżono. W lasach widywaliśmy od czasu do czasu wychudzone bydło, przedzierające się z zaczerwienionymi oczami przez gęstwinę. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później odnajdą je drapieżniki lub wa­ łęsający się żołnierze. Jeszcze dwa dni jazdy dzieliły nas od carskiego obozu, gdy Piotr Andriejewicz Tołstoj kazał rozbić obóz przy ruinach jakiegoś kościo­ ła. Z miru, do którego kiedyś należał, nie pozostało nic poza zarysem fundamentów spalonych domostw i małym cmentarzem. Nagrobki też były poprzewracane i połamane. Wojna nie szanuje nawet śmierci. Piotr Andriejewicz udał się z dwoma żołnierzami do lasu, żeby upolo­ wać zająca lub cietrzewia, a ja przechadzałam się po ruinach. Weszłam

do spalonego kościoła. Dach ze słomy spłonął, a ciężkie belki, które kiedyś go podtrzymywały, załamały się. Ławki z pewnością zużyto na opał. Ołtarz był w połowie zawalony i cały pokryty sadzą. Wszystko, co wcześniej zdobiło świątynię, zostało skradzione, zniszczone lub spa­ lone. Roślinność j u ż zaczynała owijać się wokół zwalonych kolumn. Przyroda z powrotem zajmowała swe włości. Ogarnęło mnie wspo­ mnienie beztroskich czasów w domu pastorostwa Gliicków i poczułam, że nos zaswędział mnie od wszystkich niewypłakanych łez. Zsunęłam rękawiczki i rozłożyłam moją długą wełnianą opończę przed ołtarzem. Niewygodnie było klęczeć w długich skórzanych butach, lecz mimo to złożyłam dłonie i pomodliłam się do Boga, który dał mi tyle dobrego. Teraz też oddawałam się w jego ręce. Mogłam tylko ufać. Gdy wyszłam na zewnątrz, biały księżyc w pełni stał j u ż wysoko na niebie. Krzewy i trawy wokół mnie zdawały się splatać ze sobą, tworząc nieprzenik­ nioną gęstwinę. Podzieliliśmy się po bratersku dwoma drobnymi, chudymi i ły­ kowatymi po zimie królikami, które Tołstoj upolował razem z j e d n y m z żołnierzy. Noc była widna, więc patrzyliśmy w gwiazdy i opowiadali­ śmy po cichu o swoim życiu, aż w końcu powieki opadły nam ze zmę­ czenia. Żołnierz o twarzy zniekształconej przez atak wilków na ochot­ nika sprawował wartę każdej nocy. Nienawidził wilków tak bardzo, że przy każdej okazji polował na nie, zabijał i przyszywał sobie ich ogony do płaszcza. Niemal nie widać j u ż było spod nich oryginalnego mate­ riału. Poza tym widywano w tych okolicach pojedyncze grupy żołnie­ rzy, więc Piotr Andriejewicz Tołstoj napomniał nas, byśmy pamiętali o ostrożności. Las wokół obozowiska żył i oddychał. Trzaski gałęzi i po­ wiewy wiatru wywołane przez nocne ptaki towarzyszyły mi w moich niespokojnych snach. Od następnego dnia nosiłam przepustkę przy pasie, gdyż musieliśmy ją pokazywać kolejnym patrolom. Tołstoj wy­ soko uniósł brwi, gdy zobaczył na niej carską pieczęć. Nic jednak nie powiedział. Byłam mu za to wdzięczna. Zanim wyruszyliśmy ostatniego ranka, umyłam się, najlepiej jak potrafiłam, odrobiną śniegu, który leżał jeszcze w cieniu drzew i wy­ czyściłam zęby korą brzozy i przemarzniętą trawą. Do tego wyszczot-

kowałam włosy, aż opadły mi na ramiona gęste i lśniące. Potem zwinę­ łam je w węzeł na karku. Czystość w polu robiła większe wrażenie niż jakiekolwiek ozdoby. Piotr Andriejewicz Tołstoj bez trudu odnalazł obóz cara niedaleko jeziora Ładoga w okolicy Szlisselburga. Niewielkie zagrody wokół były splądrowane i opustoszałe. Z pól pobieżnie zebrano ozime plony. Tu i tam z ziemi wystawały przeoczone buraki. Mniejsze drzewa wykarczowano na opał, większe wycięto do budowy statków. Konieczność utrzymania armii zimą to najgorsza plaga, jaką można zesłać na poko­ nany kraj. Zatrzymał nas wartownik i na pierwszym niewielkim wznie­ sieniu zsiedliśmy z koni. Lekka mżawka przesłaniała nam widok niczym srebrzysta zasło­ na. Otwierała się przed nami szeroka przestrzeń. Konie parskały na chłodnym powietrzu, a piana z ich pysków skapywała nam na zmę­ czone dłonie. Tołstoj starał się, żebyśmy nie trafili na szwedzkie stra­ że. W trakcie miesięcy spędzonych w Moskwie zapomniałam już, j a k to wygląda, gdy dziesiątki tysięcy ludzi obozują w jednym miejscu. Między drewnianymi szałasami, namiotami i prostymi legowiskami z rozłożonych płaszczy wokół ognisk aż roiło się od ludzi i zwierząt. Zapadał wieczór, więc ogniska płonęły na tle zmierzchu. Słońce, które zachodziło nad jeziorem Ładoga, zalewało obóz płomienistą czerwie­ nią. W tym świetle kołysała się na delikatnie chlupiących falach część dumy Piotra, czyli jego floty. Z tamtego miejsca statki mogły wpłynąć do Zatoki Fińskiej. Wołania, śmiechy, przekleństwa, jęki i śpiewy ni­ czym chmury unosiły się nad całym tym zamieszaniem. Piotr Andriejewicz Tołstoj potrząsnął głową. - Ona nigdy się nie zmieni. - Kto? - zapytałam zdumiona. Właśnie próbowałam wypatrzeć namiot cara, lecz nie udało mi się. Car mieszkał w takim samym ma­ łym i obdartym namiocie albo szałasie j a k wszyscy inni żołnierze. - Rosyjska armia - odparł Tołstoj. - Co masz na myśli? - zapytałam. - Za cara Aleksego, ojca Piotra, rosyjskie odziały wzbudzały lęk w szeregach wroga i swoich własnych samym swoim ogromem. To

była ich jedyna i najlepsza broń. Dopiero klęska pod Narwą sprawiła, że Piotr zrozumiał, iż niezbędne jest planowanie i porządek. Ale to za mało! Popatrz na tych dzikusów, Marto! Połowa z nich nie ma nawet munduru, a jeśli już taki dostają, to odlicza się im go z żołdu! Ich wyna­ grodzenie ogranicza się do skromnego i niesmacznego posiłku, twar­ dej pryczy, czy nawet gołej ziemi, kopniaków od oficerów i rozpoczęcia walk j a k najszybciej, zanim nawet zdążą nauczyć się trzymać broń. Nic dziwnego, że uciekają j a k zające, gdy tylko nadarzy się okazja. Żołnie­ rze Piotra rejterują tysiącami, nie wiedziałaś o tym? Rzeczywiście, gdy przejeżdżaliśmy pośród obozujących oddziałów, za­ uważyłam, że wielu żołnierzy ma mundury w strzępach, a niektórzy są niemal półnadzy, i to pomimo marcowych chłodów. Pełne umunduro­ wanie miały tylko dwa dumne pułki, do których należał sam car: gwar­ dia preobrażeńska ciemnozielone, w kolorze carów, a oddziały siemionowskie ciemnoniebieskie. Zdumiewało mnie, jak prostymi środkami można było, mimo wszystko, utrzymać dobry nastrój obozujących żoł­ nierzy. Ciepła zupa ze sporym kawałkiem słoniny i złośliwa przyśpiew­ ka o upodobaniach szwedzkiego króla każdego wieczoru wywoływały zadowolenie oddziałów. Jadąc powoli przez obóz, widziałam wielu ge­ nerałów siedzących przy ogniskach z prostymi żołnierzami. Jedli z nimi i rozmawiali. Niektórzy z nich patrzyli na nas, rozpoznawali mnie i po­ zdrawiali. Widziałam, jak między rzędami żołnierzy przechodzi Szere­ mietiew i z pejczem w dłoni przerywa bójkę między Tatarem a Rosjani­ nem. Skinął do mnie i pozdrowił też Piotra Andriejewicza Tołstoja. Coraz gorzej czułam się we własnej skórze. Popełniłam przestęp­ stwo, sięgając po carską pieczęć. Wtem jednak ujrzałam, j a k z jedne­ go z woskowanych namiotów wychodzi kilka kobiet. Nie potrafiłam stwierdzić, czy są to markietanki, czy prostytutki. Wciąż miałam na sobie męskie ubranie, więc z dezaprobatą, ale też zazdrością patrzy­ łam na ich głęboko wycięte suknie i okryte przezroczystymi chustami dekolty. Jedna z kobiet cmoknęła językiem zachęcająco i zakołysała biodrami, gdy ją mijaliśmy. Piotr Andriejewicz Tołstoj uśmiechnął się i skinął jej głową. Ja udawałam, że nie widzę tej bezczelnej baby.

Wejście do niewielkiego namiotu cara było otwarte. Żołnierze, którzy pełnili przed nim wartę, grali w kości. Dostrzegłam, że Piotr siedzi przy stole razem z Mienszykowem, Apraksinem i Golowinem. Wyglądało na to, że grają w loteryjkę, ponieważ ich głośne okrzyki i śmiechy rozchodziły się po całym obozie. Pożegnałam się z Tołstojem, który wolał zameldować się carowi później. Byłam więc sama. Zsiad­ łam z konia i zirytowałam się, że moje odziane w wąskie jeździeckie spodnie nogi drżą aż tak wyraźnie. Żołnierze zerwali się z miejsc, gdy podeszłam do namiotu. Przyjrzeli się mojej przepustce. Oczywiście nie umieli czytać, lecz pieczęć zrobiła swoje. Przepuścili mnie. Głęboko za­ czerpnęłam powietrza i weszłam do namiotu. Mężczyźni przerwali grę i wlepili we mnie wzrok. Mienszykow opuścił karty na stół i zawołał: - Dama kier bije! - A potem roześmiał się, rozpostarł ramiona i po­ wiedział: - Marto! Taka niespodzianka to radość! Chwalić sobie taką kobietę! Pozostali też się roześmiali. Tylko Piotr wydawał się nie cieszyć z mojej obecności. Wstał tak gwałtownie, że aż przewrócił swój niski, drewniany zydel. Jego oczy aż pociemniały z gniewu, gdy podchodził do mnie wielkimi krokami. - Jak się tu dostałaś, dziewczyno? - zagrzmiał. Jego przyjaciele natychmiast zamilkli. Mienszykow skrzywił się. Apraksin patrzył na mnie ze spokojem. Uniosłam głowę i popatrzyłam Piotrowi w oczy. Wyglądał jak olbrzym, a usta zaczynały mu drgać z gniewu. Jednak gdzieś tam, w głębi jego spojrzenia, obok wściekłości wywołanej moim nieposłuszeństwem połyskiwało światełko radości z niespodziewane­ go spotkania. - Konno. Jechałam na koniu przez dwadzieścia długich dni z M o s ­ kwy nad jezioro Ładoga - powiedziałam spokojnie, próbując nadać wypowiadanym słowom wesoły ton. - Konno? A j a k minęłaś linie frontu i straże? Zamiast odpowiedzieć, wyciągnęłam z sakwy przepustkę. Piotr rozwinął dokument i czytał go przez chwilę w bladym świetle wieczo­ ru. A potem ryknął w głąb namiotu: - Makarów! Chodź tutaj! Natych­ miast!

Sekretarz od razu przybiegł, a jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdu­ mienia, gdy mnie zobaczył. Zerknęłam mu przez ramię i zaskoczona odkryłam w półcieniu namiotu także carewicza. Nic nie wiedziałam o tym, że syn cara wyjechał z Moskwy. Aleksy znudzonym wzrokiem wpatrywał się w mapy, które rozłożył przed nim Makarów. - Makarów, czy to twoja pieczęć? - zapytał wprost car, gdy ten tylko przed nami stanął. Makarów wziął dokument, obejrzał go do­ kładnie i stwierdził: - Tak. I nie. Pieczęć jest moja, aleja tej przepustki nie wydałem. Car przeniósł wzrok na mnie. Uśmiechnęłam się do niego, odsu­ wając z czoła kosmyk włosów, który wysunął się z węzła. Znów czułam się silna i młoda. Twarz Piotra j u ż nie drgała, a i głowę trzymał prosto. A potem roześmiał się i przystawił przepustkę do pochodni. Papier za­ szeleścił i zajął się ogniem. - No, w takim razie lepiej zapomnijmy, że widzieliśmy ten doku­ ment. Za coś takiego mogłabyś zostać skazana na łamanie kołem albo zesłanie do przędzalni. A szkoda by cię było. Patrzyłam w milczeniu, j a k przepustka płonie, a p o t e m przy­ mierzyłam się do złożenia ukłonu. Piotr j e d n a k powiedział: - Daj spokój, to mnie tylko denerwuje. M a r n o w a n i e czasu. Myślisz, że nie m a m nic lepszego do roboty, niż patrzeć, j a k ludzie się przede mną płaszczą? Upuścił resztki płonącego dokumentu na piach pod swoimi sto­ pami i zdeptał je. Moja przepustka rozsypała się w proch i wymieszała z ziemią u stóp cara. Piotr odesłał wystraszonego Makarowa. Mężczyź­ ni w namiocie wrócili do gry w loteryjkę. Rozmawiali i śmiali się cicho, a do mnie docierał świszczący dźwięk rzucanych na stół kart. - Przyjechałaś konno? - upewnił się Piotr. W milczeniu skinęłam głową. Miałam zaczerwienione policzki. Położył mi swoje drobne dłonie na ramionach. Wydały mi się takie ciężkie. - Sama? - wypytywał dalej, patrząc na kosmyk moich włosów. Potrząsnęłam głową. - Nie, towarzyszył mi Piotr Andriejewicz Tołstoj. To była piękna podróż.

Piotr fuknąl z pogardą. - Piękna podróż! Przede wszystkim nie­ bezpieczna dla takiej pięknej młodej kobiety j a k ty! Marto, jesteś głu­ pia i lekkomyślna. Zdajesz sobie sprawę, co mogło ci się przytrafić? Spojrzałam na niego. - Wszystko, co mogłoby mi się przytrafić, j u ż mi się w życiu przydarzyło. I dla mojego cara zniosę wszystko. Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa. Jego wzrok przesunął się po męskim, obcisłym stroju. Moje piersi, które jeszcze się powiększyły, wy­ raźnie odznaczały się pod kamizelką. Rozpięłam górny guzik, żeby mógł dostrzec nagą skórę. To, co ujrzał, najwyraźniej go zadowoliło. - Ale dlaczego przyjechałaś? Czy życie w Moskwie jest zbyt nudne dla pięknej i młodej kobiety? To byłaby dopiero nowina! - zauważył z ironią. - Przyjechałam - powiedziałam wolno, wyraźnie akcentując każ­ de słowo - dlatego, że chciałam być przy tobie. I dlatego, że noszę pod sercem potomka cara Wszechrusi. Tego wieczoru świece w namiocie cara paliły się całą noc. Księżyc był tak blisko, że wydawało się, iż można go chwycić. Pełny i okrągły świecił chłodnym i d u m n y m światłem w ciemnościach. Na jego powierzchni dostrzegałam przez ciemną lunetę jakieś niespokoj­ ne cienie. Może to miasta takie j a k nasze? A może wysokie góry? Czy są tam rzeki? A ludzie? Czy księżyc to tylko lustrzane odbicie Ziemi? Dlaczego świeci w nocy? Wszystkie te pytania zadawalam Piotrowi, który stał tuż obok mnie i własnoręcznie dopasowywał teleskop do moich oczu. Niedaleko nas na nagiej ziemi pagórka wznoszącego się nad obozem stalą skrzynia, w której car przechowywał wszystkie swoje urządzenia. Przysyłał mu je z Anglii jego przyjaciel Jakub Bruce za nie­ botyczne sumy w rublach. Car starał się odpowiadać na moje pytania najlepiej jak się dało, lecz na koniec stwierdził: - Często myślę, Marto, że planety są jak ludzie. Zawsze mają swoją drugą stronę, której nie widzimy. - Nawet car nie widzi tej strony? - zapytałam cicho, kładąc głowę na jego ramieniu. Roześmiał się gorzko. - Przede wszystkim car jej nie widzi! - odparł w końcu. Pokręciłam głową. - Jest jeden wyjątek.

- Tak? - zapytał zaskoczony. - Miłość. Kochać to znaczy znać także ciemne strony drugiej oso­ by i pragnąć ich. Ty jesteś moją planetą, a ja znam cię całego, nawet bez patrzenia przez teleskop na niebo. Roześmiał się i objął ramieniem mój zaokrąglony brzuch. - A ja lubię wszystkie twoje krągłości. Czy to znaczy, że jesteś moją planetą? - Tak - odpowiedziałam krótko i przytuliłam się do niego. Towarzystwo, które zebrało się na kolacji w Szlisselburgu, było głośne i wesołe. Mienszykow kazał upiec pięć wołów w całości, a służący nie nadążali z dolewaniem piwa i winiaku. Gdy odstawiałam swój puchar, zauważyłam, że Aleksy ma ręce założone na piersi. Nie chciał wypić swojej porcji. Piotr też obserwował carewicza. - Pij! - krzyknął i gwałtownie odstawił swoją czarę z orłami na stół, aż wino chlapnęło na obrus. Jego karzeł Jakim próbował załagodzić sytuację, naśladując jego gest z gniewnym wyrazem twarzy. - Pij, pij! - naśladował cara wysokim głosem. Mienszykow trzepnął biednego błazna w głowę tak, że aż za­ trzeszczały kości czaszki. Karzeł jęknął i zniknął między kolumnami. Aleksy patrzył na ojca błagalnym wzrokiem: - Proszę, nie, najłaskaw­ szy panie ojcze. Jak tak dużo piję, to rano jestem okropnie słaby. - Rano jesteś okropnie słaby? Ściągaj spodnie, to sprawdzimy, czy przypadkiem nie jesteś kobietą! Popatrz na Martę, ona potrafi wypić więcej ode mnie! Dzięki temu nasz syn od razu nasiąka odpowiednią postawą! - Pogładził mnie po brzuchu, lecz potem znów odwrócił się do Aleksego z oczami pociemniałymi od gniewu. - Pij! Albo każę cię obić! Aleksy cały drżał. - Ja też jestem waszym synem, waszym dziedzi­ cem! Powinniście troszczyć się o moje zdrowie, a nie mnie dręczyć! Wstrzymałam oddech. Całe towarzystwo przy stole zamarło, a ka­ rzeł stojący w pewnej odległości przyłożył do małych oczek swoje tłuste piąstki. - Moim dziedzicem? - grzmiący głos Piotra rozległ się w całej sali. Zdziwiłam się, że ozdoby nie poodpadały od wiecznie wilgotnych ścian

Szlisselburga. Powieki mu drgały, a na czole uwypukliły się żyły. Alek­ sy aż skulił się ze strachu na krześle. Apraksin miał spuszczony wzrok, a Mienszykow z uwagą przyglądał się swoim ociekającym wolim tłusz­ czem paznokciom. - Mogę umrzeć choćby jutro, Aleksy Piotrowiczu, lecz powiadam ci, niewielką będziesz miał radość ze swojego dziedzi­ ctwa, jeśli nie pójdziesz za moim przykładem. Musisz kochać wszyst­ ko, co przyczynia się do potęgi i wielkości twojego kraju, i nie możesz... - szukał odpowiednich słów. - Nie możesz chować się za cuchnącymi sutannami popów i babskimi spódnicami! Piotr splunął, a ja dostrzegłam, że z gniewu spocił się na całym ciele. Dłoń położył na swojej dubinie. Pałka leżała sobie dotąd spokoj­ nie obok niego na stole. - M o i m dziedzicem będziesz, jeśli znajdziesz sobie wiernych i mądrych doradców, którzy pomogą ci w wypełnia­ niu obowiązków! Moim dziedzicem będziesz, jeśli nie będziesz szczę­ dził wysiłku, by zapewnić swoim poddanym powszechne dobro! Lecz udzielając ci rad, tylko tracę czas! - Zerwał się z miejsca i smagnął dubiną w powietrzu. - Powiadam tobie i wszystkim tu obecnym jedno! Nikt nie stanie się moim dziedzicem tylko dlatego, że wyszedł spomię­ dzy ud swojej matki! Nikt! Owszem, jestem carem, ale i ja płacę swoją cenę. To ja najwięcej cierpię. Nie ma dnia, bym nie stawiał Rosji ponad własne życie. Żyję tylko dla Rosji! I umrę tylko dla Rosji! Popatrzyłam na towarzystwo przy stole, siedząc w pełnej przera­ żenia ciszy. Po tych słowach Piotr wylał zawartość swojej czary na pod­ łogę i kazał podczaszemu na nowo ją napełnić. Potem podał ją synowi i rozkazał mu już spokojnym tonem: - A teraz pij, na litość boską, albo pożałujesz! Aleksy chwycił czarę, lecz do picia zabierał się zbyt wolno. Mien­ szykow przyskoczył do niego raz-dwa i swoją wielką dłonią rozwarł mu szczękę. Jednocześnie przycisnął ramiona Aleksego do dołu i wlał mu zawartość czary prosto do gardła. Aleksy pluł, gulgotał i kasłal, aż żal się go robiło. Lekko szturchnęłam Piotra. Spojrzał na mnie, a ja ledwo dostrzegalnie pokręciłam głową. Przez chwilę wahał się, lecz potem zwrócił się do Aleksandra Daniłowicza. - Zostaw go. Zobacz, już się nawet zsikał ze strachu - stwierdził pełen pogardy. Mienszy-

kow natychmiast puścił carewicza. Na skórzanych spodniach Aleksego widniała wyraźna plama, sięgająca od krocza aż po kolana. Chłopiec zaczął szlochać, aż drgały mu ramiona. - Wynoś się! - powiedział krótko Piotr i kazał na nowo napełnić swoją czarę. Aleksy wybiegł cały we łzach, a obecni ryknęli śmiechem. Mienszykow zaintonował drwiącą przyśpiewkę. Apraksin, który siedział obok mnie, tylko pogładził się po przeplatanych j u ż siwizną włosach. Rankiem następnego dnia zapytałam Piotra: - Dlaczego traktu­ jesz go tak surowo? Nie kochasz go? Zastanowił się przez chwilę. - Przygotowuję go tylko do życia cara. To życie pozbawione prawdziwej miłości. Potrząsnęłam głową. - Ja cię kocham. I nie chcę, żeby nasze dzie­ cko było takie j a k Aleksy. - Nie będzie. Aleksy nie został poczęty z miłości czy namiętności, tylko wyłącznie z obowiązku i nudy. Nigdy nie kochałem Eudokii. - Nigdy? - chciałam się upewnić. - Nigdy. To było małżeństwo zawarte z obowiązku. Eudokia była taka staroświecka. W jej duszy było tyle samo moli, co w jej tradycyjnych strojach! Za każdym razem, gdy wracałem z niemieckiego przedmieś­ cia do domu, pyskowała tylko, zamiast powitać mnie z uśmiechem! Roześmiałam się. - Jeśli do mnie wrócisz od innej kobiety, to po­ witam cię nahajką! Też się roześmiał, ale zaraz potem spoważniał. - Była moją carycą. Uśmiech to był jej cholerny obowiązek! Uśmiech i rodzenie zdrowych synów, niczego więcej od niej nie oczekiwałem. Trudno było coś na to odpowiedzieć. Zwycięstwo nad Szwedami pod Nienszancem w pierwszej prawdziwej bitwie morskiej podczas wojny północnej wprawiło Piotra w doskona­ ły humor. Walczył dzielnie jako kapitan Piotr Michajłow, zdobywając dwie szwedzkie fregaty. Generał Borys Piotrowicz Szeremietiew i hra­ bia Gołowin odznaczyli go Orderem Świętego Andrzeja. Piotr był z nie­ go dumny jak mały chłopiec i przypinał go sobie do koszuli nocnej,

zanim położył się do naszego łóżka. Gołowin odznaczył orderem także Mienszykowa jako generalnego gubernatora Szlisselburga. Zwycięstwo stanowiło kolejną okazję do świętowania. Lecz wybryki cara zaczęły przerażać nawet jego najbliższych przyjaciół. Więc Piotr wysyłał żołnie­ rzy, żeby przyprowadzali gości albo osobiście pukał do ich drzwi. Gdy Piotr Andriejewicz podczas jednej z kolacji w Szlisselburgu w pijackiej rozpaczy schował się za zasłoną, Piotr wyciągnął go stamtąd za włosy i osobiście wlal mu do gardła podwójną miarę winiaku. Tołstoj łapał powietrze niczym ryba na lądzie. Lecz ponieważ dla przyjemności Pio­ tra zatkałam mu nos, nie miał innego wyjścia, jak szybko przełykać. Następnego dnia został wysłany jako poseł do Złotej Porty w Kon­ stantynopolu. Gdy siedział wysoko na koniu, odniosłam wrażenie, że jego twarz ma zielonkawą barwę. W owych dniach car był bardzo zajęty. Brakowało mu czasu na wypeł­ nianie wszystkich obowiązków. Gdy nadchodziła bitwa, wszystko inne szło na bok, więc w następnych tygodniach załatwiał dwa razy więcej spraw. W zdumieniu i ciszy patrzyłam, j a k pilnie wypisuje jeden ukaz za drugim. Makarów przeglądał je potem i śmiał się z wciąż powtarza­ jących się wyrażeń: „natychmiast", „teraz", „bez zwłoki", „już"! Piotr wzruszał tylko ramionami i stwierdzał: - Jest tylko jedna rzecz, której tak jak śmierci nie da się odwrócić. To stracony czas. Więc latem, tak j a k zimą, zrywał się ze snu o czwartej nad ranem i zabierał za codzienne obowiązki. Obejmował mnie, a ja znowu zasy­ piałam, kładąc dłonie na brzuchu, w którym rozwijało się nasze dzie­ cko. Ledwo dwa tygodnie po bitwie pod Nienszancem stanęły pierwsze drewniane chaty Sankt Petersburga, niedaleko opustoszałych domów szwedzkich oficerów z dawnego garnizonu. Piotr przydzielił je swoim oficerom i rannym. Na bagnistych równinach wzdłuż Newy przycupnę­ ło kilka osad. Ich mieszkańcy uprawiali pola dla Szwedów albo praco­ wali w ich domach. Patrzyłam na puste twarze brudnych i zawszonych dzieci, którym smarki spływały z nosów. Z otwartymi buziami przyglą­ dały się całemu temu zamieszaniu na ich pełnych komarów bagnach. Lecz czy Rosjanie, czy Szwedzi, dla nich to była żadna różnica.

Czy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, ile założenie Sankt Petersburga znaczy dla Piotra? Nikt tak naprawdę nie wierzył w to miasto, gdy Piotr zbijał pierwsze belki na Twierdzę Pietropawłowską. Jego opanowała jednak tylko jedna myśl: Sankt Petersburg trzeba utrzymać za wszelką cenę! Jego miasto już nigdy, ale to nigdy nie może zostać oddzielone od Rosji. Choćby miało to kosztować utratę imperium, utratę życia czy czegokolwiek. - Dlaczego zakładasz tutaj nowe miasto? - zapytałam go wczes­ nym rankiem po rozpoczęciu budowy Twierdzy Pietropawłowskiej na Zajęczej Wyspie. Leżałam zmęczona w jego ramionach, lecz lekki rausz i mnóstwo obrazów przelewających się przez nasze głowy nie pozwala­ ło na drugi, odświeżający sen. Długo nie odpowiadał, a ja zaczęłam liczyć trzaski bierwion w ko­ minku w zbudowanej przez Piotra chacie. Blask płomieni rzucał mięk­ kie światło na moją nagą skórę, która w ciąży stała się delikatna i róża­ na. Czułam się zdrowa i silna, j a k jeszcze nigdy w życiu. Pomyślałam nawet, że chyba zasnął. - Nie masz już dosyć miast? - dopytywałam z uporem. Piotr westchnął. - Oczywiście. Ale czy Rosja nie ma już wszystkiego dosyć? Myślę, że Rosja dopiero dużo później zrozumie, dlaczego to dla niej uczyniłem. Moskwa jest stara, pokryta kurzem i pajęczynami martwej przeszłości. Moskwa to popi, bojarzy, niepewność i... i Wschód, Marto. - Daria Arseniewa mówiła to samo! - przerwałam mu. Roześmiał się. - Daria sama jest pół-Tatarką! Ona nie przeżyła w Moskwie tego, co ja. Nienawidzę Kremla, Marto! - Gdy to mówił, jego twarz zaczęła drżeć, więc delikatnie go objęłam. Natychmiast się uspokoił. - Posta­ nowiłem, że j u ż nigdy nie będę tam spać. Gdy będę musiał być w Mos­ kwie, będę się starał mieszkać w Preobrażenskoje, tam, gdzie razem z Natalią dorastaliśmy u matki. Zastanowił się przez chwilę, zanim zaczął mówić dalej, gładząc mnie przy tym w roztargnieniu po piersiach. - Moja Rosja potrzebu­ je nowego symbolu! Nie bez powodu wybrałem to miejsce na moje miasto. Mocno o nie walczyłem, a moi poddani zrozumieją, że tu, nad

wodą, oferuję im nowe Jeruzalem. Nową twierdzę dla nowego, silnego ducha. - Wydawał się zadowolony z własnych słów, gdy uśmiechnął się w stronę słabych płomieni dogasającego ognia. - Ale żeby budować nowe miasto? Kiedy chcesz to zrobić i za co, akurat teraz, gdy jesteśmy w połowie wojny? - Zawsze znajdzie się czas i środki na to, co niezbędne, Marto. Na przykład na miłość! - Roześmiał się i uciął moje dalsze wątpliwości, przetaczając się ciężko na mnie. Podobało mi się w obozie. Uczestniczyłam tam w codziennym życiu Piotra. Oczywiście nie byłam jedyną kobietą, z którą dzielił tam łoże. Ale to ze mną najczęściej pił, świętował i śmiał się. To ja, jak mówił, ogrzewałam jego serce. Śmialiśmy się z tych samych, prostych rzeczy, umierał ze śmiechu, gdy kazałam nasmarować mu krzesło żywicą albo do połowy napełnić mu buty wodą. To ja trzymałam go mocno, z ca­ łych sił, gdy opanowywał go szaleńczy gniew i krwawe wspomnienia. Inne kobiety pozostawały w jego łóżku tak długo, aż zaspokoił swoją namiętność. Brał je mimochodem, tak jak zjadał poranną kaszę albo zsiadał z konia, żeby wysikać się pod drzewem. Tylko w moich ramio­ nach car Wszechrusi spał głęboko i nie śnił żadnych koszmarów. Ran­ kiem, gdy razem jedliśmy owsiankę i moczyliśmy placki w kwasie albo czaju, a on przykładał dłoń do mojego brzucha, żeby poczuć kopnięcia naszego dziecka, nie mogła mi zagrozić żadna dziewczyna. Dni były piękne. Siedziałam na słońcu i szyłam dziecięce ubranka, spałam, ile potrzebowało tego moje ciało, albo oddawałam się niepo­ h a m o w a n y m w owym czasie zachciankom kulinarnym. Ciągle ssałam plastry miodu albo kazałam przynosić sobie marynowane ogórki ze szlisselburskiej spiżarni. Jednak największą ochotę miałam na bałty­ ckie śledzie. Objadałam się funtami marynowanych śledzi w śmietanie z jabłkami i cebulą! Żeby zapewnić sobie odrobinę ruchu i przewie­ trzyć głowę po długich nocach, często jeździłam z kucharzem Piotra, Johannem Feltenem, na niewielki targ w pobliżu naszego powstające­ go miasta. Targ składał się z jednego szeregu obdartych kramów, wo-

kół których kręcił się kolorowy tłum kupców, muzykantów, chłopów, dziwek, złodziei, wędrownych kuglarzy i balwierzy. Tego czerwcowego poranka, kiedy znów razem jechaliśmy na targ, Felten miał zły humor. Poprzedniego wieczoru car obił go dubiną, bo nie dość starannie ukrył krąg limburskiego sera. Gdy koło północy Piotr chciał sobie ukroić plaster, okazało się, że z sera zostały same okruszki, a złoczyńcy nie udało się złapać. Od wielu dni nie padało, a jasne światło słońca zalewało ruda­ we przestrzenie ciągnące się aż do Zatoki Fińskiej. Na roli dojrzewa­ ły pierwsze zboża, a u stóp chłopów pańszczyźnianych pracujących na polach lśniła sucha ziemia. Kopyta naszych krępych i silnych koni stukały głucho po udeptanych drogach, wciąż pooranych armatami Piotra. Ostrożnie kierowałam koniem pomiędzy głębokimi bruzdami i dziurami w ziemi. Jednak przy każdym kroku aż po pęciny zapadał się w miękkim błocie. Felten zaklął na swoim małym tłustym koniku: - To absurd! Kiedy w końcu wrócimy do Moskwy, gdzie mam porządną kuchnię i odpowiednie zapasy? W tej dziczy niczego nie można dostać. Jak pomyślę choćby o przyprawach, które tam m a m . I tłustej zaprawie do zup. Tutaj żadna potrawa nigdy nie uda mi się tak jak na Kremlu! Roześmiałam się i ostrożnie ominęłam gruby dębowy pień, który pozostał po ostatnim karczowaniu drzew na Piotrowa flotę. - Lepiej przyzwyczaj się do myśli o długim, bardzo długim pobycie w tej okoli­ cy, kuchmistrzu Feltenie! Car i my wszyscy chcemy dobrze jeść w jego nowym raju. I do tego potrzebujemy was! - Raju? - Mały, gruby Duńczyk szybko wypluł to słowo w swo­ im miękkim, śpiewnym niemieckim. W tym języku toczyliśmy nasze rozmowy. W tym samym momencie z głośnym plaśnięciem zmiażdżył tłustego komara, który łapczywie przyssał się do jego policzka. Prze­ klął po raz kolejny. - Raj! To jest piekło, a nie raj! Czy to prawda, że oprócz rekrutów car zwołał do budowy tego miasta także przymuso­ wych robotników? Taki rozgniewany bardzo przypominał jedno z licznych prosiąt, które w swojej karierze oblał winem, musztardą i miodem, żeby delikat-

nie zrumienić na małym ogniu. Skinęłam głową i jedną ręką odpędziłam chmarę komarów. Mój koń nieopatrznie wdepnął w dziurę w ziemi i po­ tknął się. Utrzymałam się w siodle, lecz rożek przedniego łęku wbił mi się w brzuch. Zagryzłam wargi z bólu. Felten niczego nie zauważył. Za­ czerpnęłam więc jeszcze raz powietrza i mówiłam dalej, jakby nic się nie wydarzyło. - To prawda. Pierwsze piętnaście tysięcy ludzi ma przybyć wraz z odwilżą pod koniec marca. Następni dołączą w sierpniu. W tym roku jest już za późno na większe roboty budowlane, ale z powodu bitwy o Nienszanc nie można było rozpocząć budowy wcześniej. Felten kolejny raz potrząsną! głową. - Gdybym to ja wiedział o tym przed dziesięciu laty w Holandii, gdy w portowym doku spotka­ łem cara! Schowałbym się i nigdy bym się nie zgodził dla niego goto­ wać! Och, jaka szkoda, że tam nie zostałem! - westchnął teatralnie. - Nie będziesz musiał gotować dla piętnastu tysięcy robotników! To dopiero byś miał roboty! - roześmiałam się. Nasze konie przemie­ rzały wolnym kłusem równinę. W zasięgu wzroku pojawił się targ. Ciepły wiatr niósł ku nam głosy zebranego tłumu. Wielu chłopów ofe­ rowało swoje towary na chustach rozłożonych na ziemi. Zanim dotarli­ śmy do zagród ze świniakami i cielętami, dostrzegłam pierwsze owoce tego lata, gliniane garnki i misy na mięso, ser i chleb, bele kolorowych tkanin, kłębki wełny o delikatnych barwach oraz korzenie i zioła na wszelkiego rodzaju choroby. Końmi handlowano w pewnej odległo­ ści od targowej wrzawy. Kowal właśnie rozkładał dopiero co wykute noże i narzędzia, a Felten od razu sprawdził palcami, czy ich krawę­ dzie są ostre. Przyciągnął kosz mocniej do siebie, żeby przedrzeć się przez tłum, i przywołał naszych żołnierzy. Wyruszyliśmy główną ulicą targu. Stojące przy niej kramy oferowały chleb prosto z pieca, miękkie sery, świeżą śmietanę i masło, przezimowane owoce, wędzone mięso o cierpkim smaku i soczyste pasztety. Inni sprzedawali świeże zioła, a mnie na widok zieleniny aż ślinka pociekła do ust. Felten wylicytował dwa utuczone prosiaki, którym żołnierze związali nogi, a potem powie­ sili na długich drągach i załadowali sobie na ramiona. W tym momencie usłyszałam, jak za moimi plecami jakiś kobiecy glos ruga sprzedawcę pasztetów. - Żądasz ode mnie o wiele za dużo

pieniędzy! To czysta lichwa i nic innego! Powinno się ciebie postawić pod pręgierzem! Natychmiast rozpoznałam ten melodyjny, lecz mocny głos. Ale to przecież niemożliwe! - Popatrz na to! To jest według ciebie napełniony pasztecik? To już moje świnie dostają więcej jedzenia! - Kobieta wciąż krzyczała. Pie­ karz ledwo się bronił. Gdy odwróciłam się pełna niedowierzania, oka­ zało się, że m a m rację. Piekarza naprawdę pouczała Karolina Gliick! Nie mogłam uwierzyć, że widzę ją tutaj całą i w dobrym zdrowiu, więc podeszłam do niej powoli i z wahaniem. Gdy ujęłam ją za ramię, gwał­ townie się odwróciła. Lecz natychmiast mnie rozpoznała, a szczera ra­ dość, która zagościła na jej twarzy, rozgrzała moje bezdomne serce. - Marta! Mój Boże, ty żyjesz! Co tutaj robisz? Objęła mnie, a ja jak dziecko wąchałam delikatny zapach kamfo­ ry i mięty, który unosił się z jej opończy i grubego warkocza jasnych włosów. Podczas lata spędzonego u Gliicków osobiście napełniałam ziołami małe lniane woreczki, które potem Karolina starannie roz­ kładała między ubraniami i poskładaną pościelą. Obie śmiałyśmy się, płakałyśmy i mówiłyśmy jednocześnie, nie słysząc tak naprawdę słów tej drugiej. - Gdzie ty się podziewałaś? - Co u Johanna? - Czy Ernst Gliick jest tutaj pastorem? A co porabia Ulryka? Dopiero później zauważyła mój stan i poufale położyła dłoń na moim zaokrąglonym brzuchu. - Mój Boże, to już wasze drugie dziecko z Johannem. Doskonale się spisujecie! - roześmiała się. Pokręciłam głową. - Nie, Johann nie żyje. Tak przynajmniej są­ dzę. A jego pierwsze dziecko wtedy straciłam. - Ale... - Karolina dostrzegła ponad ramieniem Feltena czekają­ cych na mnie żołnierzy. Ten widok bardzo ją zaskoczył. - Ale w takim razie czyje to? Jesteś mężatką? - Karolina do końca swoich dni miała pozostać prawą pastorową. Pokręciłam głową. - Nie, ale to dziecko ma ojca, który ucieszy się z jego narodzin tak samo jak ja. To Piotr, car Rosji.

Karolina z wrażenia upuściła pasztecik, o który przed chwilą tak zaciekle się wykłócała. - Car?! Boże w niebiesiech! Co ty wyprawiasz? Najświętsza Boża Rodzicielko! Felten nabył j u ż nowy krąg sera, który zamierzał podarować ca­ rowi w ramach przeprosin za swą nieuwagę. Przestępował z nogi na nogę. Ten mały Duńczyk miał czasami despotyczne zapędy. Chwyciłam Karolinę za nadgarstek i poprosiłam ją: - A może przyjedziecie dzisiaj do Sankt Petersburga? Postawiliśmy tam już kilka domów, a Felten może upiec świniaka! Przyślę po was żołnierzy, żeby zapewnili w a m bezpieczeństwo w drodze. Karolina pośpiesznie wyjaśniła mi, w którym mirze mieszka teraz rodzina Gliicków. Ernst najął się jako nauczyciel, a cała rodzina cie­ szyła się, że przeżyli szturm na Marienburg. Mieszkali wraz z dziećmi i Aleksandrą, żoną Johannesa, w małej drewnianej chacie. Przez szpary w jej ścianach gwizdał wiatr od Nienszanca. Przez całą drogę powrotną Felten narzekał, że już dziś wieczorem ma wydać jednego z dopiero co nabytych prosiaków, aż kazałam mu się zamknąć i popędziłam konia kłusem. Tak bardzo cieszyłam się z odnalezienia Gliicków. Obok Darii byli dla mnie na tym świecie kimś najbliższym rodzinie. Chyba będę potrafiła im pomóc na nowo zbudować sobie życie. Będę umiała im po­ dziękować za całe dobro, które mi dali. Nie cieszyłam się tylko z tego, że ponownie zobaczę Johannesa. W drewnianym domu w Petersburgu było ciepło, gdyż w kaflowym piecu palono nawet latem. Zostawiłam tam Piotra rankiem, pochylo­ nego nad planami swojego nowego miasta. W tym czasie wysłał już do Persji posłańców, którzy mieli sprowadzić drzewka pomarańczo­ we, kamforowe i krzaczki mięty. Teraz siedział nad ukazem dotyczą­ cym ogólnego wykształcenia rosyjskiej młodzieży. W momencie, gdy otworzyłam drzwi, z ponurą miną obracał w dłoni pióro. Jego oczy były mocno podkrążone. Zjadł jeszcze łyżkę zimnej kaszy, która stała na stole. W wystruganym przez niego osobiście kubku została gorzka resztka kwasu. Jego powierzchnię pokryła j u ż oleista warstewka. Przy­ jęcie poprzedniego wieczoru trwało długo i nawet on wypił więcej niż

zwykle. Rankiem odwiedził doki, załagodził spór między generałami, a potem podyktował dwa długie i gniewne listy do Aleksego i Augusta Sasa. Niepokój i znużenie jego duszy przeniosły się na jego ciało. Jego nogi podrygiwały pod stołem. Nie potrafił też ani na moment opano­ wać drgań twarzy i ramion. Spojrzał tylko przelotnie, gdy do izby wpadło słoneczne świat­ ło i świeże powietrze. Zrzuciłam opończę, z której uniosły się małe obłoczki kurzu. Lekkie skórzane sandały, które miałam na stopach, nagle wydały mi się ciężkie, i z przyjemnością oparłam spuchnięte nogi na zydelku, kiedy j u ż umościłam się na kolanach Piotra. Pocałowałam go w czoło, a jego dłoń natychmiast przylgnęła do mojego brzucha. - Co porabia nasz młody rekrut? Stoi na baczność? - zapytał, ca­ łując mnie w szyję. Wtulił nos w mój dekolt i powąchał. - Hm... Ładnie pachniesz, świeżym powietrzem! Czy Felten znalazł na targu co trze­ ba? Jestem głody j a k wilk. - Rekrut już pływa! Myślę, że będzie marynarzem - odpowiedzia­ łam i z ciekawości sięgnęłam po na wpół ukończony ukaz. Ciężkie zwo­ je papieru pokryte czarnym, gęstym inkaustem i z jaskrawoczerwoną pieczęcią w miejscu, w którym Piotr złożył swój zamaszysty podpis, nigdy mnie nie nudziły. - Dlaczego tego nie kończysz? Westchnął i potrząsnął głową. - Bo się nie uda. Mogę rozkazać, co tylko chcę, ale to się nie uda. Nie ma nikogo, kto zająłby się realizacją moich rozkazów. Szlachta nie chce posyłać swoich synów do mojej akademii ani wysyłać córek za granicę... - Nic dziwnego! - przerwałam mu. - Jak młode damy miałyby tam zachować swą cnotę? - roześmiałam się, a potem ironicznie ściąg­ nęłam usta. - Ale oni nawet synów wolą ukryć między chłopami niż pozwolić ich kształcić! A przecież to dla ich własnej korzyści. A gdy chłop idzie do zaciągu, to pożegnanie wygląda jak pogrzeb! Nie, potrzeba mi ko­ goś, kto... Kogoś, kto sam jest wykształcony, kto zna obce języki, kto po prostu będzie dla nich przykładem!

Przygryzłam jego górną wargę razem z kilkoma włoskami delikat­ nych wąsów. - M a m kogoś dla ciebie! - powiedziałam tak nagle, jak nagle ta myśl wpadła mi do głowy. Teraz wiedziałam już, jak pomóc Gliickom, nie obrażając ich jałmużną. Piotr popatrzył na mnie zaskoczony, lecz zanim zdążyłam wyjaśnić mu, kim są Gliickowie i jak ich znowu odna­ lazłam, przed moimi oczami nagle wyrosła ściana bólu. Poczułam, jak­ by jakiś olbrzym chwycił moje ciało wraz z dzieckiem. Jego czerwona pięść ścisnęła mnie z całych sił i potrząsnęła. Dwukrotnie próbowałam zaczerpnąć powietrza, lecz moje płuca jakby się zapadły. - Nie - zdążyłam tylko wystękać, a już spódnica zaczerwieniła mi się od krwi i całkowicie opadłam z sił. Ból tłumił każde inne odczucie. Piotr podtrzymał mnie z okrzykiem przerażenia. Był przy mnie, gdy w siódmym miesiącu ciąży w wielkich bólach rodziłam naszego mar­ twego synka. Wspomnienie kolejnych miesięcy przesłania mi łaskawie gruba za­ słona żalu i głębokiej melancholii. W owych dniach ciemne skrzydła ptaków troski po raz pierwszy zmąciły jasne światło mej duszy. Be­ stie o czarnym upierzeniu, które ostrymi pazurami wbijają się w serce i gnieżdżą w umyśle. Nikt nie potrafi ich przegonić. Nikt poza człowie­ kiem, w którym lęgną się, składając swe zepsute, cuchnące jaja w za­ kamarkach jego duszy. Karolina Gliick ani na chwilę nie zostawiała mnie samej. Piotr przyznał jej rodzinie dom po szwedzkim oficerze. Ernst Gliick miał stworzyć w Moskwie pierwsze gimnazjum z niezwy­ kle ambitnym programem: filozofia, etyka, polityka, łacina, inne języki oraz arytmetyka stanowiły tylko niektóre przedmioty, których miano tam uczyć poza ćwiczeniami fizycznymi. Karolina mówiła mi, że pastor i car doskonale się rozumieją. Podczas wielkiego poselstwa do Europy Piotr odwiedził między innymi dom Lutra w Wittenberdze. Niezwykle bawiły go opowieści o dzielnym Lutrze, który rzucił w diabła kałama­ rzem. - Na Boga, też bym tak uczynił! - wykrzyknął, a ci, którzy go znali, wierzyli mu na słowo. Dwa lata później Ernst Gliick zmarł od gorączki,

a Karolina żyła w Moskwie jako szanowana wdowa jeszcze przez kilka lat. To Karolina powiedziała mi, że car płakał jak dziecko, gdy ujrzał w pełni wykształcone paluszki i paznokietki swojego syna. Przelękłam się, gdy się o tym dowiedziałam. Co teraz będzie? Pokazałam, że nie potrafię urodzić mu zdrowego dziecka! Ptaki troski skrzeczały słowami Darii, które odbijały się okrutnym echem w mojej pustej głowie. Karmiono mnie gorącą zupą fasolową z boczkiem, grubą kaszanką i zasmażką, omletami ze świeżą zieleniną i suszonymi słodkimi owocami, które Felten namaczał na noc w cie­ płym winie. To wszystko miało mi przywrócić siły. Karolina cały czas podkładała mi pod stopy rozgrzane kamienie i narzucała moją koł­ drę na piec, zanim mnie w nią owinęła. Zajmowałam się liczeniem chrząszczy i jaszczurek między belkowaniem. To mi wystarczało i ni­ czego więcej nie oczekiwałam. Gdy odzyskałam siły na tyle, żeby móc chodzić, Piotr jeszcze przed pierwszym śniegiem odesłał mnie razem z Gluckami z powrotem do Moskwy w orszaku powozów i lektyk. Na nic zdał się mój opór. - Proszę, pozwól mi przy tobie zostać! - błagałam go. On jednak kręcił głową. - Jesteś zbyt osłabiona. W Moskwie zaj­ mą się tobą najlepsi medycy - postanowił. Gdy mój powóz wytaczał się z obozu, spostrzegłam młode, zdrowe praczki, które kąpały się w rzece. Bez fałszywego wstydu pokazywały swoje silne ciała, a ich jasna skóra lśniła w słońcu. Która z nich będzie tej nocy leżeć obok cara? Zaszlochalam i zaciągnęłam zasłony okien­ ka. W moim powozie Piotr odsyłał do Moskwy także swoje ulubione psy: Lenkę i Lizenkę. Rozstawał się z nimi cały we łzach. Lizenka była szczenna, a ja przez cały czas w milczeniu gładziłam jej zaokrąglony brzuch. Pod nieobecność cara Moskwa wróciła do swoich starych obyczajów. Gdy jesień nadeszła j u ż we wrześniu, mężczyźni powyciągali ze skrzyń płaskie czapy z bobrzego futra i otulili się długimi, obszytymi futrem opończami. Opasywali się wokół bioder, a nie w pasie, i nosili szpicza-

ste pantofle zamiast zachodnich, sznurowanych butów. Stroje, które narzucił im Piotr, leżały w najgłębszych zakamarkach skrzyń. Kobiety, które mimo wszystko pojawiały się na nabożeństwie w dopasowanych i wydekoltowanych sukniach, lżono. Inne kobiety, które miały na sobie bluzki z bufiastymi rękawami, haftowane sarafany i szerokie tuniki, szarpały je za spódnice, kopały je i prychały na nie jak kotki. Rzadko zostawiano mnie samą, ponieważ Karolina obawiała się, że mogłabym coś sobie zrobić. Z dzieci tylko Ulryka przyjechała z nią do Moskwy. Z tego bladego dziecka wyrosła piękna dziewczyna, za któ­ rą już oglądali się chłopcy z niemieckiego przedmieścia. Gdy Karolina pomagała swojemu mężowi w jego licznych obo­ wiązkach, siedziała przy mnie Daria. Pocieszała mnie w szczególny sposób. - Przynajmniej wolno ci było spodziewać się dziecka, Marto! - powiedziała pewnego dnia, gdy blade zimowe słońce pokazało się po raz pierwszy po długich śnieżycach. Znużona odwróciłam w jej stronę głowę i zapytałam bez cienia za­ interesowania: - A co w tym takiego szczególnego? Podeszła do okna w mojej kremlowskiej komnacie i wyjrzała na wielki plac Czerwony, na którym aż roiło się od ludzi. - Cóż, Aleksan­ der Daniłowicz zawsze wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie ścierpi żadnego pozamałżeńskiego dziecka. Ze zdumienia szeroko otworzyłam oczy. Tam, skąd pochodziłam, dzieci uważano za bogactwo. - A jak temu zapobiegasz? - zapytałam. Daria wzruszyła ramio­ nami. - Cóż, jest kilka sposobów. Można zrobić sobie kapturek z owcze­ go jelita albo cytrynowej skórki... Patrzyłam na nią, nic nie rozumiejąc. O czym ona mówi? Dostrze­ gła moje zdumienie, zawahała się, lecz zaczęła mówić dalej. - Albo można, tak jak Barbara, kazać wstawić sobie tam mały kamyk... Nagle poczerwieniała i pokręciła głową. Biedna Daria. Bezgłośne łzy pociekły jej po uróżowionych policzkach, zostawiając smutne śla­ dy na upudrowanej na biało twarzy. Objęłam ją i razem zapłakałyśmy nad naszymi nienarodzonymi dziećmi. Odwiedzały mnie także inne

kobiety. Natalia Aleksiejewną przyszła wraz z Anną Mons, która teraz była generałową Balk i spodziewała się drugiego dziecka. Rozmawia­ ła ze mną uprzejmie śpiewną mową niemieckiego przedmieścia. Dla wzmocnienia zamówiła dla mnie na niemieckim przedmieściu pigułki z roztartych pszczół miodnych i dziurawca. Ukradkiem przyglądałam się generałowej Balk. Nigdy nie zaszła w ciążę z Piotrem. Co czuła, będąc na moim miejscu? Jeszcze dziwniejszym gościem była księżna Kurakina. Była siostrą carycy Eudokii, lecz nawet słowem nie wspo­ mniała o żałosnym losie pierwszej żony Piotra. Jej mąż, książę Borys Kurakin, był zwierzchnikiem błazeńskiego synodu. Myślę, że złożyła mi wizytę na jego polecenie. Księżna Kurakina tak bardzo podzielała zachwyt cara nad zachodnimi obyczajami i mową, że do wszystkich rosyjskich słów dodawała francuskie czy też angielskie końcówki. Na potok jej słów odpowiadałam więc tylko skinieniami, gdyż nie byłam w stanie zrozumieć choćby jednej sylaby. Gdy opuściła moją komnatę, padłam zmęczona na miękką sofę stojącą przed kominkiem i wpatrzy­ łam się w płomienie. Na Nowy Rok car znów zjechał do Moskwy. Z jego listów domyśliłam się, że ból i żal po stracie j u ż mu minął. Tego samego oczekiwał ode mnie. Upudrowałam się więc podług moskiewskiej mody i czerwoną szminką wymalowałam sobie uśmiech na martwych ustach. Do tego nałożyłam nową suknię z ciemnozielonego atłasu, na której wyhafto­ wano mnóstwo złotych pędów. Choć Piotrowi jego własny wygląd był zupełnie obojętny, to od kobiet w swoim otoczeniu wymagał pięknego ubioru. Śmiałam się i tańczyłam, lecz tak naprawdę nie byłam sobą. Jakbym obserwowała sama siebie zimnym, badawczym spojrzeniem i ani przez chwilę nie byłam zadowolona z tego, co widzę. Dziękowa­ łam Bogu, że łącząca nas poufałość nic nie straciła na sile, mimo że od naszego ostatniego spotkania minęło wiele miesięcy. Gdy car chciał mnie widzieć natychmiast po swoim przybyciu do Preobrażenskoje, po długiej jeździe wciąż miał na sobie buty, które kupił za pierwszą wypłatę, jaką otrzymał w holenderskiej stoczni. Jego skórzane spodnie były poplamione, a koszula po wielu dniach podróży przesiąkła potem.

Gdy zdjął buty, zauważyłam, że podeszwy są prawie starte. Jego poń­ czochy także były pełne dziur. Pomachał wesoło nagimi palcami stóp, które wyglądały z wełny, i roześmiał się: - Widzisz, mateczko, nawet moim pończochom ciebie brakuje! Nikt ich j u ż nie ceruje, więc są tak podziurawione j a k moje serce, gdy cię przy mnie nie ma. Pozwól, że ci pokażę, j a k bardzo mi ciebie brakowało! Jego dłoń bez chwili wahania wsunęła się pod moją ciężką spódni­ cę i przez chwilę bawiła się wstążkami, którymi przywiązałam pończo­ chy do koronkowego brzegu bielizny. Przez ostatnie tygodnie trochę obawiałam się tej chwili. Lecz pod dotykiem jego palców poczułam ciepło w łonie, a Piotr westchnął z zadowoleniem, gdy opadłam przed nim na kolana i zaczęłam rozpinać spodnie. Posadził mnie na grubo ciosanym stole w swojej izbie i rozsunął mi uda, nawet mnie nie roz­ bierając. - Nadejdzie czas, że będziemy mieli dziecko! - powiedział, zanim odsunął koronki i wsunął się w skrytą za nimi wilgoć. W nowym roku August, książę saski, utracił polski tron. Karol ze Szwe­ cji i Ludwik z Francji władcą Warszawy uczynili swego podopiecznego, Stanisława Leszczyńskiego. Karol obiecał nowemu królowi dawne pol­ skie ziemie na terenie Rosji, jeśli tylko Szwecja wygra tę wojnę. Piotr wpadł w bezsilny gniew. Nie tylko utracił Polskę jako państwo buforo­ we, ale też pojawiło się niebezpieczeństwo, że do polsko-szwedzkiego sojuszu przyłączy się Turcja! Rosja została otoczona przez wrogów ze wszystkich stron. A była już przecież bezbrzeżnie wyczerpana wymogami, jakie stawiał przed nią jej władca. Razem z całym orszakiem kobiet wyruszyłam wraz z carem do jego nowego miasta nad Newą. Towarzyszyły nam między innymi Daria i Anna Tołstoja. Twierdza Pietropawłowska wznosiła się już dumnie nad wodami rzeki. Dzięki niestrudzonej pracy politowania godnych robotników wybudowano już sporo domów. Większość robotników przymusowych próbowała uciec, więc Piotr kazał ich surowo pilnować podczas wykonywania okrutnie ciężkiej pracy. Stali tysiącami z po-

ranionymi plecami, spuchniętymi stawami i skórą pogryzioną przez komary w błotnistej wodzie, walcząc o to, by osuszyć bagna i wcis­ nąć Newę i jej dopływy w kanały. W gorącym, letnim powietrzu odór unosił się niczym gęsta chmura ponad głośnym i spoconym tłumem, który mimo rozpaczliwego położenia śpiewał przy pracy. Przy każdym dźwięku ponurej rosyjskiej pieśni motyki i kilofy uderzały o błotnisty grunt. Wśród udręczonych twarzy, które na mnie spoglądały, szuka­ łam znajomych rysów. Czy jest tu mój ojciec? Czy pracuje wśród nich mój brat? Niemal wszystkie materiały do budowy pierwszych budynków trzeba było sprowadzać statkami. Piotr chciał wznieść miasto z kamie­ nia, z wysokimi i gładkimi fasadami, jakie widział w Europie. W Mos­ kwie domy stały bezładnie, wymieszane niczym groch z kapustą. Na razie musiał zadowolić się drewnianymi budowlami. Sam Mienszy­ kow, jako wielkorządca Sankt Petersburga, stwierdził: - Dopóki sytu­ acja na wojnie jest taka, jaka jest, możemy zrobić tylko tyle! Piotr wysłał posiłki do Saksonii, gdzie obawiano się ataku wzmoc­ nionych wojsk szwedzkich. Przez kolejne dwa lata generałowie Szere­ mietiew, Rónne, Ogilvy, Bauer i Golowin nieustannie przemierzali Li­ twę i Kurlandię. Latem tego samego roku oddziały cara zdobyły Dorpat na Łotwie, miesiąc później Narwę, a dwa tygodnie potem Iwanogród. Szwedzi zostali wygnani z Kurlandii, a atak z morza na nowo powstały i słaby Sankt Petersburg uniemożliwiony. Gdy dotarły do mnie te dobre wieści, byłam j u ż w Moskwie, ponie­ waż pod sercem znów nosiłam dziecko. Zostało poczęte na początku roku podczas mojego pobytu w Sankt Petersburgu. Karolina Gliick pil­ nowała, żebym cały czas leżała, nigdzie nie jeździła i nie piła za dużo wódki. Zapał pastorowej nie potrafił powstrzymać jedynie namiętno­ ści Piotra. Moje ciało coraz bardziej się zaokrąglało. Tego czerwca panował w Moskwie taki upał, że nawet powietrze na placu Czerwonym zamar­ ło. Kłębiło się nad Kremlem niczym dusząca chmura. Muchy jak mar­ twe siedziały w kątach pokojów. W belkowaniu aż chrzęściło od kara-

luchów, które się tam zalęgły. Piotr czuł do nich takie obrzydzenie, że kazał wysmarować ściany i więźbę gorącą smołą, której smród jeszcze bardziej utrudniał oddychanie. Przechadzałam się korytarzami Preobrażenskoje i okrutnie się nudziłam. Dziesięć kroków w jedną stronę, obrót i dziesięć kroków z powrotem. Lecz Karolina trzymała moje ramię w żelaznym uścisku, żebym nie mogła uciec. T y m razem miałam urodzić zdrowe dziecko, już ona osobiście o to zadba. Podeszłam pod gabinet Piotra. Nagle ze­ wnętrzne drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że w korytarzu zawiro­ wał przyjemny przeciąg. Do domu wpadł posłaniec, który ze zmęcze­ nia ledwo trzymał się na nogach. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy w niewiele lepszym stanie. Mimowolnie razem z Karoliną cofnęłyśmy się w cień. Przybyli nie zauważyli nas i zastukali do drzwi. Wygładzi­ li pogniecione i pobrudzone po jeździe kamizelki i postukali butami o drewniane deski. Kawały zaschniętego błota i gnoju spadły na pod­ łogę. Piotr osobiście wpuścił ich do gabinetu. Razem z Karoliną nasłu­ chiwałyśmy w napięciu. Cisza. Z wnętrza gabinetu nie dobiegał żaden dźwięk. Po chwili wyszli z niego posłańcy z wyrazem zakłopotania na twarzach. Kazałam Karolinie wskazać im drogę do kuchni. A gdy już zjedzą, miała powiedzieć im, że mogą obmyć się na dziedzińcu przy poidle dla koni. Delikatnie otworzyłam drzwi gabinetu. Car wyglądał przez okno zrobione z małych okrągłych szybek. Wydawało się, że nie słyszał, jak wchodziłam. Gdy zbliżyłam się do niego, ze zdumieniem stwierdziłam, że po policzkach płyną mu łzy. Objęłam go od tyłu. Najpierw wzdryg­ nął się, lecz zaraz potem rozluźnił się w moich ramionach. - Batiuszko, ty płaczesz. Co się stało? - zapytałam cicho i delikat­ nie pocałowałam go w tył głowy. Odetchnął kilka razy głęboko, jakby chciał odzyskać głos. - Zofia nie żyje. Dwa dni temu zmarła w klasztorze, do którego ją zesłałem. Moja siostra nie żyje. Nareszcie nie żyje - wymamrotał. Przypomniałam sobie to, co słyszałam o Zofii, pierwszej kobiecie, która rządziła Rosją. Która żądała dla siebie wykształcenia i usunęła w cień własnych braci.

Piotr odwrócił się do mnie i wtulił twarz w moją szyję. Poczułam, jak jego łzy moczą mi skórę. Całym jego ciałem wstrząsał suchy szloch. Po­ czułam też, że przez jego członki przebiega inne, niebezpieczne drżenie. Czy to nie Zofię właśnie podejrzewał o podburzanie strzelców do buntu? Miotał głową w tę i we w tę. Obawiałam się ataku, więc wraz z nim opadłam na kolana. - No już... Uspokój się, uspokój... - mruczałam, kołysząc go niczym dziecko. Moje słowa z trudem do niego docierały, gdyż przez łzy mówił sam do siebie. - Zofia była wyjątkową kobietą. Powinna zostać pochowana w klasztorze - stwierdził cicho. Przez jego twarz przemknął uśmiech. - O ile znajdziemy dla niej odpowiednio dużą trumnę... - roześmiał się. - Szkoda, że jej nie widziałaś, Mar­ to! Była olbrzymią kobietą, ważyła prawie dwieście funtów. Zastana­ wiam się, jak Wasyl Golicyn ją brał. Lecz miała diabelski spryt i była prawdziwą władczynią. Zanim odesłałem ją do klasztoru, odbyliśmy ostatnią rozmowę. Stała przede mną wyprostowana w sali tronowej na Kremlu i naprawdę nie spodziewałem się po niej ukłonu. Udzieliła mi wtedy niezwykle ważnej lekcji. Zapytałem ją: dlaczego nie kazałaś mnie wtedy na Kremlu zabić, gdy byłem dzieckiem? Parsknęła z po­ gardą przez nos. - Nic nie rozumiesz, głupi chłopcze - odpowiedziała. - Nic nie rozumiesz, Piotrze. Wszystkim, co liczy się dla prawdziwego władcy, jest trwałość jego imperium. Myślisz, że nie zorientowałam się, że Iwan jest niespełna rozumu? Kto poza tobą mógł władać Rosją po mnie? - zapytała drwiącym tonem. Trwałość... - jego słowa utonęły w niezrozumiałym szlochu. Piotr uspokoił się nieco i powtórzył sam do siebie: - Tak, głęboki grób w klasztorze. I kamień bez żadnego napisu. Niech znajdą się tam wszystkie moje lęki i koszmary, których była przyczyną. Pamiętam przyjęcia za jej panowania. Iwan obok mnie bełkotał, ślinił się i ledwo trzymał się na tronie. Ja w ciężkim stroju prawie nie mogłem oddy­ chać, a Zofia decydowała o każdym wypowiadanym słowie. Byłem po prostu marionetką, niczym więcej. A potem przycisnął mnie do siebie tak mocno, że aż dziecko w mym łonie wierzgnęło z oburzenia. - Ach, mateczko, dlaczego wciąż jestem taki samotny? Dlaczego wciąż muszę być carem? Gdy kazałem odrą-

bać strzelcom głowy tuż pod oknem jej klasztornej celi albo jeszcze ży­ wych wieszać za stopy, aż ich ciała zaczną cuchnąć, a sępy tygodniami krążyły nad tym miejscem, Zofia tylko do mnie machała i śmiała się. A mnie oni do dziś prześladują w snach. Mnie, mnie samego. - Znów się rozszlochał. Scałowałam mu łzy z twarzy. - Głuptasie. Nie jesteś sam. Masz przecież nas. Mnie i naszego syna! - szeptałam z przekonaniem. Staliśmy na balkonie Kremla. Plac Czerwony ożył. Patrzyliśmy w dół na wiwatujący, gotujący się z niecierpliwości tłum, który czekał na swojego cara, powracającego po zwycięstwie pod Narwą. Grube, m o ­ kre płatki śniegu padały nam na twarze w zapadających ciemnościach. Oblepiły mi rzęsy i futrzaną czapkę. Wsunęłam dłonie głębiej do muf­ ki ze srebrnych soboli i wyżej postawiłam futrzany kołnierz płaszcza. Plac Czerwony zapobiegawczo wysypano piaskiem i żwirem, żeby zwy­ cięzcy żołnierze nie ślizgali się na lodzie i śniegu. Na murach Kremla i na trzypiętrowych balustradach po drugiej stronie placu stały tysiące ludzi z pochodniami, które złotym blaskiem oświetlały pochód żołnie­ rzy. Odbijające się echem kroki pułków ginęły niemal w huku armat, wybuchających fajerwerków i grzmiących bębnów. Unosili bagnety i powiewali zniszczonymi w ogniu armatnim szwedzkimi chorągwia­ mi. Maszerowali pełni dumy pod pośpiesznie wzniesionymi na pla­ cu Czerwonym drewnianymi lukami triumfalnymi. Tysiące żołnierzy tworzyły jakby jedną istotę, jeden długi wir złożony z ciał i barw, który drgał w migoczącym świetle pochodni. Z ich ochrypłych gardeł raz za razem wydobywały się wiwaty na cześć batiuszki cara. Między nimi był sam Piotr. Jechał na mocnym siwku, którego siodło położono na lamparciej skórze i potniku z czerwonego aksami­ tu. Siodło było typu niemieckiego, Piotr z łatwością mógł wstawać, by pozdrawiać zgromadzony tłum. Akurat gdy kończył pierwsze okrąże­ nie placu, nasz syn zdecydował, że chce znaleźć się na tym świecie. Pierwsza fala bólu ciągnęła się w nieskończoność i coraz bardziej się nasilała. Potem pierwszy skurcz wbił się w mój brzuch niczym nóż.

Zawyłam jak zwierzę, a Karolina natychmiast znalazła się obok mnie. Ściskała moją dłoń i gdy chodziłam jak dziki kot tam i z powrotem po komnacie, przy każdym kroku powtarzała: - Myśl o tym, że będzie żyć! Silne, zdrowe dziecko dla ciebie i cara! Pochyliłam tylko zlane potem czoło i z jękiem zagryzłam zęby na kawałku drzewa sandałowego, które wsunęła mi do ust Daria. Lekarz, Blumentrost, chciał zmusić mnie, żebym położyła się do łóżka, lecz ja w swojej wsi często widywałam porody odbywające się na stojąco. Gdy zdawało mi się, że moje ciało trzyma już razem tylko rzemień udręki, przykucnęłam z trudem i słyszałam okrzyki Darii i Karoliny: - Przyj! Pchaj! Ze wszystkich sil! Jeszcze raz! I jeszcze raz! Wytrzymaj! Obie kobiety podtrzymywały mnie za ramiona i podsuwały sole trzeźwiące pod nos, gdy opadałam z sił. Zakrwawiłam cały stos płócien, a akuszerka wnosiła do komnaty wiadro za wiadrem gorącej wody. Blumentrosta nie dało się dłużej powstrzymać. - Teraz moja kolej! - zaordynował. - Trzymajcie ją mocno. Za ramiona. Już wychodzi. Usłyszałam, że ktoś krzyczy jak w nieskończonej męce. Kto to był? Krzyk odbił się od ścian i po wielekroć rozbrzmiał w mojej głowie, a opa­ ry potu i krwi sprawiły, że brakowało mi powietrza. Blumentrost wsu­ nął swoje dłonie w moje ciało i nie wiadomo dlaczego zaczął się śmiać. - Tak, dobrze, wychodzi! Czuję już główkę... Przyj, dziewczyno, przyj! Krzyknęłam znowu i aż miałam ochotę go kopnąć, tak wielki czu­ łam ból. Potem zrobiło mi się ciemno przed oczami, lecz nie zamierza­ łam stracić przytomności. Moje dziecko, chciałam w końcu usłyszeć i zobaczyć swoje dziecko, nawet jeśli właśnie wykrwawiałam się na śmierć. - Tak! Dobrze! I jeszcze raz! Chłopiec! Chłopiec! - zawołał Blu­ mentrost i uniósł mojego wiercącego się synka wysoko do góry. Zręcz­ nie go obrócił i klepnął w pokryte krwawą mazią pośladki. Usłyszałam jego pierwszy, ochrypły krzyk i znalazłam się w głębokiej, miękkiej ciemności, z której nie chciałam się już nigdy obudzić. Komnata położnicy była królestwem kobiet, w którym pachniało kam­ forą i mirrą. Gorąca woda na kąpiel syczała, a Karolina kazała wciąż

zmieniać pościel na świeżą i wykrochmaloną. Piotr i ja nieustannie za­ chwycaliśmy się drobniutkimi, idealnymi paluszkami i różową skórą na tłustym brzuszku naszego synka. Żyl, był zdrowy i głośny i ssał moją pierś jak prawdziwy mały generał! Piotr kazał ochrzcić go w Soborze Błagowieszczeńskim na Kremlu, a Makarów otrzymał polecenie, żeby wpisać małego Piotra Piotrowicza do roczników moskiewskiego dworu. Tamten noworoczny okres należał do najszczęśliwszych w moim życiu. Miałam radość w sercu i z ochotą rzuciłam się w wir życia to­ warzyskiego. Wraz z Piotrem piliśmy i tańczyliśmy całe noce. Czasem podczas jednej nocy trzykrotnie zmieniałam strój, przemieniając się z narzeczonej fryzyjskiego marynarza w amazonkę, a potem w grecką boginię. Pod koniec świąt, wczesnym rankiem, gdy dachy Moskwy spo­ wijała jeszcze ciężka, aksamitna ciemność, weszłam z lampką w dłoni do komnaty, w której Piotr Piotrowicz spał ze swoją nianią. Pochyliłam się nad jego kołyską, żeby upewnić się, że cały czas oddycha. W marcu, przy pierwszej nieśmiałej odwilży, razem z Piotrem opuściłam Moskwę i wyruszyłam w pole. Serce mi pękało, że zosta­ wiam małego Piotra. Lecz cóż miałam uczynić? Na bitewnych polach aż roiło się od kobiet, które chętnie poszłyby z carem do jego namiotu. Nie mogłabym w Moskwie spokojnie spać. Zostawiłam mojego małe­ go synka w pałacu Mienszykowa pod opieką Darii. W czasie podróży i j u ż w obozie dyktowałam długie listy, w których błagałam ją, żeby nie zapominała o maluchu w chaosie panującym w pałacu Aleksandra Daniłowicza. „Nie zostawiaj mojego Pietuszki samego w ciemności, bo będzie się bał. Każ uszyć mu ciepłe ubrania, jestem pewna, że Piotr za to zapłaci. A jeśli zdecydujesz się na podróż, proszę, upewnij się, że mój syn ma dosyć jedzenia i picia". Mały Piotr Piotrowicz zmarł niespodziewanie, jeszcze zanim dzwony zabiły na Wielkanoc w roku po jego narodzinach. Śmierć ode­ brała go nam akurat, gdy zaczął się uśmiechać. W kolejnym roku urodziłam w Moskwie kolejnego małego, zdrowe­ go syna, który nie pożył dłużej niż jego nieszczęsny brat. Ptaki troski znów zaczęły krążyć w mej duszy. Daria dała mi wtedy dobrą radę:

- Pokochaj dziecko dopiero wtedy, gdy nauczy się chodzić i będzie wy­ starczająco silne, żeby przeżyć pierwsze gorączki! Jednak czasem, gdy patrzyłam, jak książę koronny Aleksy Piotro­ wicz rośnie i rozwija się, zadawalam sobie pytanie, czy to nie jest kara boska dla Piotra za wygnanie Eudokii Łopuchiny? Żyłam z carem już niemal cztery lata, gdy urodziłam naszą córkę Katarzynę. Gdy leżałam w połogu, Piotr słał do mnie listy, które ka­ załam sobie czytać. „Brakuje mi ciebie, kiedy przyjeżdżasz?" - pisał, a mnie robiło się ciepło na sercu. Choć osłabiona, dałam sekretarzowi znak, żeby czytał dalej. „Mienszykowa też tu nie ma, a mnie braku­ je obu twarzy, które ukochałem najbardziej na świecie. Niech dziew­ czynka rośnie silna i zdrowa, a ty szybko do mnie przyjeżdżaj. Wczoraj dzielny pijany żołnierz spadł z dachu, ale byś się z tego uśmiała! Do­ brze się bawię, ale nie aż tak, jak kiedy ty jesteś przy mnie". Nie czekałam więc długo z wyjazdem do Piotra. Mała Katarzyna Piotrowna była kochanym dzieckiem z jasnymi lokami i dołkami w po­ liczkach i na tłuściutkich łokietkach. Wcześnie zaczęła chodzić i mówić i zawsze była w dobrym humorze. Piotr nie mógł się jej napieścić. Gdy wieczorami siedział ze swoimi ludźmi, dzieląc się wojennymi i krajo­ wymi troskami, swoimi drobnymi rączkami delikatnie bawiła się os­ trogami przy jego butach pod stołem, aż brał ją sobie na kolana i kar­ mił ze swojego talerza. Pierwsze kroki zrobiła w Sankt Petersburgu nad brzegiem Newy. Piotr z każdego jej postępu był tak samo dumny, jak z nowych domów w swoim mieście. Jednak nocami troska o przyszłość imperium dręczyła go tak bardzo, że nie mógł zasnąć nawet w moich ramionach. Mówił przez sen i na wpół śpiący ubierał się, żeby wyruszyć w pole. Musiałam zaciągać go z powrotem do łóżka, żeby nabrał sił na kolejny, pełen wyzwań dzień. Karol Szwedzki skierował swoje oddziały na południe, w stronę Sak­ sonii. Generał Rehnskóld pokonał Sasów i Rosjan pod Wschową i ku przerażeniu rosyjskich generałów kazał stracić wszystkich jeńców. Szwedzi panoszyli się na okupowanych terenach niczym trójca złożona z zarazy, ognia i śmierci. Początkowo Sasi nie obawiali się luterańskich

braci w wierze zbyt mocno. Potem jednak dotarły do nas pierwsze ra­ porty naszych szpiegów. To było przerażające! Mieszkańców całych wsi wieszano z rozprutymi ciałami na drzewach, gdzie wrony wydziobywały im oczy, a wilki obgryzały nogi. Żołnierze Karola podgrzewali gnojówkę aż do wrzenia i poili żrącym napojem swe nieszczęsne ofiary, aż pękały albo nie dawały j u ż żadnego znaku życia. August Mocny co­ raz częściej siał pełne skarg listy do Piotra. Car i jego generałowie byli jednak bezradni. Cóż mogli uczynić? Czyżby wojna została przegrana? Słyszałam, jak obradują do późna w nocy. Pewnego razu, gdy do niego przyszłam, łzy spływały mu po twa­ rzy. Wpatrywał się w leżący przed nim list. - Co to jest? - zapytałam i wzięłam do ręki wygnieciony w podró­ ży papier. Zawsze chętnie brałam listy do rąk, mimo że nie potrafiłam ich przeczytać. - To z Anglii, od księcia Marlborough - odpowiedział krótko. - I? - dopytywałam się. -

Odmówił prowadzenia negocjacji między Karolem i mną.

A wiesz, co zaproponowałem za to temu Anglikowi? Wiesz? - Jego glos byl przytłumiony, a czoło i oczy zaczynały drżeć. W milczeniu potrząsnęłam głową. Mówił więc dalej: - Cóż, zaoferowałem mu do wyboru tytuł księcia Kijowa, Włodzimierza lub Syberii. Nie będziemy żałować, w końcu jest księciem, który ma negocjować pokój! - Iro­ nicznie uniósł palec. - Dołóżmy więc jeszcze pięćdziesiąt tysięcy talarów na każdy kolejny rok j e g o życia! I oczywiście największy ru­ bin, jaki kiedykolwiek znaleziono, ponieważ królowa Anglii uwielbia świecidełka, a Marlborough ma długi. Bądźmy hojni i odznaczmy go jeszcze Orderem Świętego Andrzeja. Lecz Jego Wysokość i tak o d m ó ­ wił! - Ostatnie słowa wykrzyczał z gniewem, wyrywając mi z ręki list. Podarł go drżącymi z wściekłości dłońmi na maleńkie kawałki. - Jego Wysokość odmówił - powtórzył j u ż spokojniejszym tonem. - Oczywi­ ście lepiej, żeby Szwedzi byli zajęci tutaj, bo mogliby przecież wmie­ szać się w wojnę o sukcesję hiszpańską, prawda? Tego chciałaby co prawda Francja, ale nie Anglia. I dlatego właśnie, Marto, Rosja i jej car muszą krwawić!

Po podpisaniu w sierpniu 1706 w Altranstadt pokoju między Saksonią i Szwecją August Sas zrezygnował z praw do polskiego tronu. Pogar­ dzałam nim. Nie tylko tchórzliwie zerwał sojusz z Rosją, lecz wydał także Szwedom barona Jana Patkula, naszego inflanckiego bohatera. Ci kazali zmiażdżyć mu członki, przybić do koła i w końcu poćwiar­ tować. Szwedzi ulokowali się w Saksonii, a ten udręczony kraj miał obowiązek wyżywić ich armię przez zimę. Piotr był niezwykle zaniepo­ kojony. Kazał wzmocnić granice na wypadek napaści. Po raz pierwszy od stu lat został umocniony także Kreml, serce rosyjskiego imperium. Podpisując ukaz, Piotr mruknął jednak: - A żeby ten diabelski pałac spłonął do cna! A już kilka miesięcy później Karol stał w Mińsku. W roku, w którym urodziła się Katarzyna, zamieszkałam pośród drew­ nianych d o m ó w Kijowa. Piotr uwzględniał moje potrzeby na długich listach zamówień, które wysyłał do Archangielska, skąd zabierano je statkiem na Zachód. M i m o trudnego położenia robił wszystko, żeby uprzyjemnić mi życie w rozwijającym się dopiero mieście. Makarów siedział niecierpliwie przy mnie i Darii, a ja przekazywałam mu nasze zachcianki. Makarów powtarzał, co zlecił mu już car: - Pełny serwis angielskiej porcelany, ręcznie malowany w wiejskie krajobrazy, w błę­ kicie. Trzynaście bel prążkowanej tafty i dużo bel indyjskiej tkaniny w rozmaite wzory. Poza tym dwanaście beczek oliwek i dwie skrzynie sardeli... Uniosłam dłoń, żeby mu przerwać. - Pończochy! Potrzebuję naprawdę dobrych pończoch. To polskie barachło drze się podczas pierwszej przejażdżki! A jeśli m a m żeglować razem z Piotrem, to musi mi być ciepło w stopy! - wykrzyknęłam wesoło. Daria roześmiała się i dodała do listy jeszcze kilka pozycji, takich jak maść do twarzy i balsam do rąk z Włoch, słodki olej z orzechów z Afryki Północnej, olej z oliwek do jej kuchni, marynowane w cukrze cytryny jako łakocie, bele jedwabiu z Amsterdamu i rolki brukselskiej koronki. - I obrączkę ze złota! - żartem zamknęłam listę. Daria j e d n a k nagle się rozpłakała. Przestraszyłam się, że zraniłam przyjaciółkę

i zawstydziłam się. Objęłam ją i zaczęłam pocieszać: - No już, to na pewno długo nie potrwa. Przecież od blisko dziewięciu lat jesteś wier­ ną towarzyszką Aleksandra Daniłowicza. Musi się w końcu zdecydo­ wać. Daria zaszlochala i potrząsnęła głową. - Nie wiesz, co się stało. Mienszykowowi spodobała się księżniczka Sałtykowa i on wcale nie robi z tego tajemnicy. Ta zdzira ma dopiero piętnaście lat! Wczoraj wieczorem powiedział, że chce się o nią starać, a potem mieć z nią dużo dzieci. A ja mam wyjechać do rodzinnego majątku i tam czekać na po­ lecenia. Czekać! Na polecenia! Och, nie wiem, co robić. Ona jest taka młoda i pochodzi z o wiele lepszej rodziny niż moja. A mnie nikt j u ż teraz nie zechce! Makarów zbladł na ten wybuch i zaczął się chyłkiem wymykać. Daria zawołała za nim: - Tak, wymknij się i opowiedz mu, co powie­ działam. No j u ż ! Co za robactwo. Nikomu j u ż nie można ufać. - Mało brakowało, a rzuciłaby czymś za nim. Była tak zrozpaczona, że bezrad­ nie waliła pięściami w obicie wygodnego fotela, na którym siedziała. - Co ja mam zrobić? Poświęciłam mu najlepsze lata swojego ży­ cia i co? Kto mnie teraz zechce? A ja przecież pragnę tylko jego! Ale on woli ożenić się z tą klaczą rozpłodową i mieć wspaniałe, szlachetne potomstwo! - Splunęła z gniewem i ukryła opuchniętą od łez twarz za zaciśniętymi dłońmi. - Szaleje za nią, bo nie może mieć tej ma­ łej ladacznicy! Potężny Aleksander Daniłowicz nie może nawet przez chwilę zostać z nią sam na sam. Więc teraz każe swojemu sekretarzowi wypisywać i wysyłać do niej jeden żałosny wiersz miłosny za drugim, nieważne, że jest wojna, nieważne, że bitwy! Mnie mógł mieć każdej nocy, ale to najwyraźniej nie służy miłości! Nie mogłam zrobić nic, jak tylko jej wysłuchać. Jednak im więcej słów do mnie docierało, tym większy rósł we mnie gniew. Katarzyna raczkowała u mych stóp, a jeśli z Piotrem dalej tak samo będziemy spędzać jasne kijowskie noce, to wkrótce znów zostaniemy obdarzeni potomstwem. Kolejny brzdąc był tylko kwestią czasu. Naprawdę byli­ śmy z carem niczym króliki, które hodowali zamożniejsi mieszkańcy miru mojego dzieciństwa. Jego samego z całego serca rozbawiło to po-

równanie, lecz co będzie, gdy przyjdzie mu do głowy ożenić się z jakąś młodą księżniczką? Doskonale potrafiłam wyobrazić sobie wtedy mój los i los mojej córki. Tego popołudnia moja beztroska się skończyła. Czy wszystkie kobiety są zabawkami w rękach mężczyzn? Daria cicho płakała w poduszkę. Pogładziłam ją po głowie. Gdy ją podniosła, jej śliczna twarz była spuchnięta i zaczerwieniona. Na doda­ tek wzór haftu na poduszce odbił się na jej policzku, a włosy potargały, co wzbudziło we mnie jeszcze większą litość. Wszystko się zgadzało. Daria, tak jak ja, miała prawie dwadzieścia trzy lata. Jeśli chciała mieć dzieci, powinna się śpieszyć. - Idź teraz do domu, Dario. Niech pokojówka napełni ci wannę go­ rącą wodą, a po kąpieli zażyj kilka kropli laudanum z ciepłym owczym mlekiem, żeby zasnąć. Znajdziemy jakieś rozwiązanie, nie martw się - pocieszyłam ją i kazałam zawołać lektykę. Pociągała nosem i uwiesi­ ła się na mojej szyi niczym dziecko z potłuczonym kolanem. Zostałam sama w ciepłym pokoju naszego domu w złotym mie­ ście Kijowie. Katarzyna bawiła się u mych stóp. Odkryła nową zabawkę w postaci ubijarki do fajki Piotra i z przyjemnością ssała wykonany z morskiej pianki przyrząd. Pod działaniem jej miękkich dziąseł i słod­ kiej śliny rosyjski dwugłowy orzeł wkrótce zamienił się w pozbawioną kształtu grudkę. Promienie słońca zalśniły na jej jasnej główce i przez chwilę wyglądała na pokrytej dywanem podłodze j a k prawdziwy anioł. Piotr spojrzał na mnie rozdrażniony, gdy wspomniałam mu o Mienszykowie i Darii. Poza okupującymi Saksonię Szwedami dręczyła go także obawa o możliwe powstanie dońskich kozaków atamana Buławina. Atakowano go ze wszystkich stron. Lecz ja nie mogłam postąpić inaczej. - Niewiasty! - powiedział lekceważąco i z powrotem zagłębił się w listy, które tego stosunkowo spokojnego wieczoru pośpiesznie roz­ syłał we wszystkie strony świata. Po tym jednym słowie całkowicie zapomniał o mojej obecności. Doskonale to widziałam. Lecz ja nie za­ mierzałam się tak łatwo poddać.

- Co masz na myśli? Czy kobieta ma poświęcać mężczyźnie naj­ lepsze lata swojego życia, a potem przyglądać się, jak on odchodzi w dal z młodszą i plodniejszą? Byłam zdumiona, gdy Piotr pokiwał głową. - Oczywiście. A co my­ ślałaś? Daria z tą swoją reputacją, błagam cię. Ja sam zwróciłem uwa­ gę Mienszykowa na małą Sałtykową... Smakowity kąsek, lecz strasznie jej pilnują. Ten stary obwieś będzie chyba musiał założyć obrączkę. Za to ona urodzi mu mnóstwo zdrowych dzieci. A ja z przyjemnością po­ trzymam je do chrztu. Zachichotał, lecz natychmiast przestał się śmiać, gdy poduszka, którą w gniewie w niego cisnęłam, minęła go o włos. - Co ty wyprawiasz, kobieto? - ofuknął mnie. Ja jednak ani na krok nie cofnęłam się przed jego gniewem. Bo czy walczyłam tak na­ prawdę tylko o Darię? Piotr spoważniał. - To prawda, że nigdy nie namawiałem Mien­ szykowa na zacne małżeństwo, bo nie chciałem, żeby stał się zbyt am­ bitny i chciwy. Teraz jednak myślę inaczej. Aleksander Danilowicz udowodnił swą odwagę i skuteczność w najcięższych bojach. Bez wąt­ pienia mogę wyróżnić go bardziej niż innych. Widzisz, moja miłość nie jest niesprawiedliwa. Gdy sytuacja się poprawi, mianuję go księciem Rosji. A do tego potrzebuje odpowiedniej żony. Młoda, apetyczna Sał­ tykową doskonale się nadaje. Zaczerpnęłam powietrza. Jeszcze nigdy nie przyznano tytułu księ­ cia Rosji komukolwiek spoza carskiej rodziny. Nawet synowie cara musieli na niego zasłużyć! A Mienszykow j u ż w zeszłym roku otrzymał tytuł księcia Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Zaatakowałam Piotra: - Tak? Sałtykową jest małym, apetycznym kąskiem? Powiem ci coś. Lepiej przełknij tę ślinkę, co ci leci. Dopóki Mienszykow nie stanie z Darią na ślubnym kobiercu, nie wpuszczę cię do mojego łóżka. Niech dotrzyma danego słowa! Niech dotrzyma tego przeklętego słowa! Mówiąc to, aż drżałam z gniewu. Choć to, co powiedziałam, było ryzykowne, mówiłam poważnie. Wszystko postawiłam na jedną kartę. Dla dobra Darii, Katarzyny i swojego. Piotr zaczął krzyczeć na mnie

tak, że aż żyły wystąpiły mu na czole, a w oczach widać było niemal same białka. - To jest moje łóżko, Marto, nie twoje! Na tym świecie nie posiadasz niczego! Jesteś tak biedna, jak twoja spalona ojczyzna. Patrzyłam na niego w milczeniu. Przez te wszystkie wspólne lata nigdy dotąd się nie kłóciliśmy. Nigdy nie podnieśliśmy na siebie głosu. A teraz to! Siedząca na podłodze Katarzyna zaczęła płakać. Schyliłam się i wzięłam ją na ręce. Jej szyja pachniała miodem i kurzem. Piotr wpatrywał się w swoją córkę tak, jakby nigdy dotąd jej nie widział. A potem odpowiedziałam zupełnie spokojnie: - M i m o wszystko, Pio­ trze, coś posiadam. M a m swoją dumę i wolność. Skoro tak oceniasz Darię, to co myślisz o mnie? Skoro Mienszykow nie dotrzymuje słowa, to co będzie ze mną? Odchodzę, zanim zostanę stąd wypędzona. Po tych słowach odwróciłam się i wyszłam z gabinetu. - I co zrobisz? Z czego będziesz żyła? - Usłyszałam jeszcze, jak za mną woła, ale nie odpowiedziałam. - Marto, zostań! Zostań! To rozkaz! - krzyczał. Lecz ja zamknęłam za sobą drzwi, nie udzieliwszy żadnej odpowiedzi. Dopiero po kilku krokach na korytarzu ugięły się pode mną nogi i opadłam na kolana. Zaniepokojona Katarzyna gładziła mnie rączka­ mi po twarzy i gulgotała pojedyncze sylaby, które umiała już wymówić. Z wnętrza gabinetu Piotra doszedł dźwięk łamanego drewna. Najwyraź­ niej z gniewu roztrzaskał krzesło, na którym siedział, krzycząc przy tym z wściekłości. Ręce mi drżały, gdy brałam na nie Katarzynę i szłam do swojej komnaty, żeby spakować rzeczy. Miał rację. Co zamierzałam zro­ bić? Z czego chciałam żyć i dokąd się udać? Byłam jednak zdecydowana. Zawsze mogłam zacząć sprzedawać biżuterię i drogie suknie, które do­ stałam od Piotra w prezencie. W Gościnnym Dworze na pewno znajdzie się miejsce na jeszcze jeden kram. Zostanę kupcową i dzięki temu zapew­ nię Katarzynie wykształcenie. Nauczy się czytać i pisać i będzie mogła zawrzeć porządny związek małżeński, w którym będzie kochana i szano­ wana. Nikt nie będzie traktował mojej córki tak, jak traktowano mnie. Przez dwa dni i dwie noce nie widziałam cara. Zajmowała go groźna przewaga Szwedów, tworzył strategie dla swojej armii, a nocami sza-

lal w domach rozkoszy, wzbudzając lęk w zaprawionych w bojach ki­ jowskich ladacznicach. Brałam więcej laudanum niż potrzeba na dobry sen. W czasie mrocznych snów wydawało mi się, że słyszę ciężkie kroki pod moimi drzwiami. Lecz nigdy nie wszedł do środka, a ja znów zapa­ dałam w niezdrową, otępiającą drzemkę. Sama przy tym cierpiałam, bo miłość i wierność nakazywały mi być przy nim w tej ciężkiej godzinie. Potem nie miałam już żadnego pretekstu, żeby dłużej odsuwać w cza­ sie swój wyjazd. Moje okute żelazem i łupkowymi płytkami skrzynie z sukniami i sprzętem gospodarstwa domowego zostały zamknięte i obwiązane sznurami. Nic nie stało na przeszkodzie, bym wyruszyła do Moskwy przez niepewny, podzielony wojną kraj. Kazałam zawołać powóz i wysłałam do Piotra prośbę o zbrojną obstawę. Odpowiedział, że w tym momencie nie ma ani jednego wolnego żołnierza. Kazałam więc zaprzęgać. To był słoneczny ranek na początku sierpnia. Złote dachy Kijowa lśni­ ły pokryte słodką, letnią rosą. Słońce aż mnie oślepiło, gdy wyszłam na dziedziniec budynku. Służący wrzucili na powóz kufry z ubraniami moimi i Katarzyny. Córkę trzymałam w ramionach. Makarów i Felten stali w drzwiach ze zmartwionymi minami. Objęłam ich obu i wręczy­ łam im drobne monety ze świętym Mikołajem, które mogli nosić za­ wieszone na szyi. - Byliście mi wiernymi przyjaciółmi. Bądźcie dalej wiernymi sługami cara. On was potrzebuje. I nie zapomnijcie zajrzeć do mojego kramu, j a k przyjedziecie do Moskwy! Makarów wpatrywał się nieszczęśliwym wzrokiem we własne sto­ py, a Felten ocierał sobie oczy wyjątkowo czystym fartuchem. Pokłonił się i podał mi woreczek ze świeżymi karmelkami dla Katarzyny. Obaj pośpiesznie przytaknęli. Tak, będą chcieli mnie odwiedzić podczas na­ stępnej wyprawy do Moskwy. Poczułam gulę w gardle, lecz nie chcia­ łam się teraz rozpłakać. Co ja wyprawiam? Czy nie odrzucam własny­ mi rękami swego szczęścia i udanego życia? Wsiadłam na kozła obok krzepkiego woźnicy i kazałam podać so­ bie Katarzynę. Żebym się tylko nie rozpłakała! Zrobię to dopiero za

bramami miasta. Jeszcze raz pomachałam obu mężczyznom. Woźnica cmoknął i powóz ruszył z szarpnięciem. Felten rozpłakał się już na ca­ łego. W tym samym momencie omal nie spadłam z kozła, gdyż konie gwałtownie się zatrzymały. Ich cugle zdecydowanym ruchem chwyciła ręka cara.

ROZDZIAŁ 5.

S

lub Darii z Aleksandrem Mienszykowem byl cichą i radosną uro­ czystością. Jakże chętnie wystroiłyśmy się na nią w tradycyjne suknie, wyszywane złotą nicią chusty na ramiona, perłowe czep­

ce, ciężkie welony, trójkątne chwósty w warkoczach i miękkie pantofle z zadartymi do góry czubkami. Lecz w obecności Piotra świętowaliśmy po europejsku. W każdym razie Daria wzruszała ramionami, śmiała się i płakała, gdy rankiem w dniu ślubu w bani szorowałam jej skórę

pumeksem. - Wyszłabym za niego choćby owinięta siecią! Żeby tylko był mój! Mienszykow pod koroną z wizerunkiem Chrystusa miał ponurą minę. Natomiast Daria aż promieniała w sukni z ciężkiej jedwabnej materii i z małą, przypominającą czepek francuską ozdobą na głowie. Na jej koronie ślubnej widniała Matka Boża. Ciasno związany gorset zdobiły srebrne guzy wielkości żołędzi, a szeroką, ciężką spódnicę wyhaftowano srebrną nicią, kamieniami księżycowymi i drobnymi perłami. Gdy wchodziła do mrocznej, oświetlonej jedynie łuczywami i świecami kijowskiej cerkwi, lśniła niczym księżyc. Młode hafciarki z Kijowa miały palce pewnie poranione do krwi. Z całego serca cieszy­ łam się jej szczęściem. Po ceremonii j u ż nic nie mogło nas powstrzymać od świętowania, ani Polacy, ani Szwedzi! Goście siedzieli razem, damy po jednej stro­ nie stołu, a panowie naprzeciwko. Od szóstej wieczorem aż do późna w nocy piliśmy, wiwatowaliśmy i tańczyli. Gdy zrobiło się ciemno, wy­ biegliśmy na zewnątrz, w ciepłą letnią noc. Niebo było rozgwieżdżo­ ne, a mnie udało się dostrzec kilka spadających gwiazd. Zostawiłam

haftowane pantofle pod weselnym stołem i czułam teraz palcami i po­ deszwami stóp świeżą, wilgotną trawę. Jej dotyk sprawił, że ogarnęło mnie typowo chłopskie poczucie wolności i radości, więc aż wzdrygnę­ łam się ze strachu, gdy nad naszymi głowami wybuchły pierwsze ognie sztuczne. Piotr wiwatował i klaskał w dłonie. Ognie były niespodzianką dla jego przyjaciela Mienszykowa. Objął mnie i przeliterowal słowa, które rozbłysnęły na tle nieba. - Vivat! To znaczy: Niech żyją! A tam jest napisane: Połączeni miłościąl Wpatrywałam się z zachwytem w wielobarwny deszcz gwiazd. Po­ tem rozkaslaliśmy się i otarliśmy twarze z sadzy. Tej pierwszej nocy, którą znów spędziliśmy razem, Piotr wypła­ kał się na moim brzuchu do woli. Gdy gładziłam jego głowę, rzucił mi dzikie spojrzenie. - Nigdy nie wolno ci mnie opuścić, Marto. Tylko przy tobie jestem człowiekiem. Jeśli odejdziesz, znów stanę się zwie­ rzęciem! Promienny letni poranek już wstawał, gdy w końcu udało mi się go ukoić. Po tylu latach wspólnego życia ślub z Darią nie mógł być dla Mienszy­ kowa aż tak zły. Zaledwie trzy miesiące po zawarciu małżeństwa mogła obwieścić, że nosi pod sercem dziecko Mienszykowa. Aleksander Da­ nilowicz był dumny niczym jeden z tych pawi, które kazał sprowadzić z Persji do ogrodu swojego nowego pałacu na Wyspie Wasilewskiej w Sankt Petersburgu. Mała księżniczka Sałtykową została zapomniana równie szybko, jak się pojawiła. Piotr został ojcem chrzestnym chłop­ ca, którego Daria urodziła w maju. Podarował mu kilka wsi, a także belę delikatnego amsterdamskiego sukna na sukienkę do chrztu. Ma­ luch zmarł jednak, zanim zaczął ząbkować. Teraz łączyła nas z Darią nowa, mocniejsza więź: cierpienie wywołane przedwczesną śmiercią dziecka. Jesienią, gdy rozgrzana latem ziemia przygotowywała się już na pierw­ sze większe mrozy, Rosjanie pobili Szwedów pod Kaliszem. Mienszy-

kow, tak jak przed laty w bitwie pod Szlisselburgiem, rzucił się w sam środek walki. Jeśli Piotr miał jakiekolwiek wątpliwości co do wartości swego ulubieńca, to właśnie się ich pozbył. Podczas uroczystości po zwycięstwie kazał pisać wiersze, w których porównywano Aleksandra Daniłowicza do najwierniejszego sługi Aleksandra Wielkiego. Pewne­ go wieczoru na polecenie Piotra założyłam Mienszykowowi na głowę wieniec laurowy ze złotych liści. Był pijany, więc wieniec natychmiast mu się przekrzywił. Próbował kopnąć któregoś z karłów, którzy pląsa­ li wokół nas. Żeby przez resztę wieczoru trzymał się w miarę prosto, Piotr podarował mu laskę całą wysadzaną diamentami i szmaragdami. Sami z Piotrem zaprojektowaliśmy wzór, a jej wykonanie uszczupliło carską sakwę o trzy tysiące rubli. Tuż przed świętami Piotr, wciąż będąc w doskonałym humorze zwycięzcy, zwołał swoich najlepszych generałów na naradę wojenną pod Krakowem. Szwedzi z każdym dniem posuwali się coraz dalej na wschód. Car starał się najdłużej jak to możliwe unikać otwartej bitwy, gdyż nie dysponował odpowiednimi siłami. Spalona ziemia. Czy można wymyślić okrutniejszy plan? Wciąż obozowaliśmy w Kijowie. Ponoć Karol zamierzał wyruszyć prosto na Moskwę. Car miał zostać zdetronizowany, a rosyjskie imperium rozbite na małe szwedzkie prowincje. Piotr z wyrazem napięcia na twarzy stał w swoim gabinecie pochylony nad mapami Ukrainy. Generał-major Nikołaj Iflant wskazał palcem połać ziemi. - Karol sądzi, że pociągnie tędy. Ale on nie zna tej okolicy, tam prawie nie ma zabudowań. Tylko kilka wiosek, a lasy i zarośla są tak gęste, że gubią się w nich i ludzie, i zwierzęta. A gdy Kozacy dowiedzą się, że wróg się zbliża, natychmiast wszystko podpalą. Szwed nie będzie miał co wrzucić na ząb i pójdzie dalej w głodzie i chłodzie. Spalona ziemia pokonuje kozackich wrogów lepiej niż oni sami! Iflant i car roześmiali się, a ja zerknęłam na nich znad haftu. Nagle zamilkli, wpatrując się w siebie. Piotr klepnął Iflanta w ramię i stwierdził z pobladłą twarzą: - To jest to, Nikołaju, to jest to! Spalona ziemia!

Ukaz sporządzono naprędce i równie szybko wysłano go na front. Aż skręcało od niego w żołądku. Doskonale wiedziałam, co oznacza dla mieszkańców małych izb\ Gdy tylko wróg pojawi się na Ukrainie, wszystkie zapasy, cała żywność i zboża na polach, w młockarniach czy spichlerzach, które nie są niezbędne do wyżywienia własnej armii, będą musiały zostać spalone. Spłoną także wszystkie domy, obory i każda otoczona ścianami powierzchnia. Mosty zostaną strącone do rzek, lasy i zarośla ścięte i podpalone. Młyny będą burzone, a kamienie młyńskie rozbijane na tysiące odłamków. Mieszkańcy niektórych wsi odmówią wykonania rozkazu. Wtedy cała wieś zostanie spalona, a jej mieszkańcy straceni. - A ludzie, którzy tam żyją? Co będzie z nimi? - odważyłam się zapytać, gdy Piotr wyjaśniał mi metodę spalonej ziemi. - Zostaną wysiani do resztek lasów, razem z bydłem i całym do­ bytkiem, jaki będą mogli unieść. T a m będą musieli przeczekać - od­ parł, chodząc po pokoju tam i z powrotem niecierpliwym krokiem ni­ czym zwierzę w klatce. Z troski o sytuację Rosji bardzo schudł, a stara kamizelka od munduru wisiała na nim jak na wieszaku. Nic dziwnego, gdyż jego codzienna dieta składała się z mnóstwa winiaku, odrobiny kaszy z rana i kilku kęsów wieczorem. - A gdy nadejdzie zima? Okrutna rosyjska zima? - zapytałam przerażona. Piotr popatrzył na mnie. Jego błękitne oczy rozszerzyły się, a pięk­ nie zarysowane ciemne brwi ściągnęły. - Jeśli zima nadejdzie i będzie okrutna dla Kozaków, to dla Szwedów będzie po dziesięciokroć okrutniejsza. Będą zdychać j a k bydło. Następnej nocy Katarzyna zachorowała. Próbowaliśmy wszystkiego, żeby zbić gorączkę. Blumentrost wielokrotnie spuszczał jej krew. Aż żal było patrzeć, jak dzielnie się trzymała, gdy przykładano do jej de­ likatnych plecków gorące bańki. Gdy to nie pomogło, lekarze kazali kąpać ją w lodowatej wodzie. Miałam ochotę ich wychłostać, a gdy wciąż wahałam się, czy poddać ją kuracji rtęcią, nasza mała córeczka umarła.

Piotr zamknął się przed bólem, gdyż w owym okresie jego dusza była już i tak zbyt obciążona. Choć po śmierci synków byłam nieszczęśliwa, to ból po stracie dziecka, które już chodziło i mówiło, był nieporównywalny. Katarzyna stała się już małym, prawdziwym człowiekiem obdarzonym niepowtarzalnym charakterem i pełnym przekory. Kilka miesięcy póź­ niej znów nosiłam pod sercem dziecko Piotra. Lecz tam, gdzie w mym sercu tkwiła miłość do Katarzyny, pozostał pęcherz pełen goryczy. Sankt Petersburg rozrastał się z każdym miesiącem, a mój brzuch co­ raz bardziej się zaokrąglał. Pomimo trudnej sytuacji na froncie wojny północnej Piotr wolał być informowany na bieżąco o wydarzeniach, przebywając w swoim mieście. Twierdzę Pietropawłowską obudowano kamieniem. Dumny budynek miał oprzeć się każdemu atakowi na jego rajskie miasto! Bastiony twierdzy nazwano na cześć jego najlepszych ludzi: Mienszykowa, Zotowa, Gołowkina, Trubeckiego i Naryszkina. Ja również przebywałam w tym rodzącym się mieście, w którym wznoszono najpierw budynki pierwszej potrzeby. Tuż przed porodem, już po świętach, miałam udać się do Moskwy. Na Kremlu było więcej kobiet i akuszerek do pomocy. Siedziałam w sypialni małego Pałacu Letniego, wzniesionego tam, gdzie kanał Fontanka wpada do Newy. Ciało miałam tak opuchnięte, że pogrubiałymi palcami nie byłam w stanie spleść swoich długich włosów. Była j u ż późna noc. Pokojówka usnęła zwinięta pod moimi drzwia­ mi. Nie mogłam zasnąć, nie wiedząc, na którym boku ułożyć swój wiel­ ki brzuch. Żeby się czymś zająć, zaczęłam rozczesywać splątane włosy i szczotkować je, by aż błyszczały. Kobieta, którą ujrzałam w lustrze, wcale mi się nie spodobała. Miałam głębokie cienie pod oczami, a twarz szpeciło kilka pękniętych naczynek. Czułam ciężkość w nogach. W e s ­ tchnęłam sama do siebie i w tym momencie drgnęłam z przestrachu, bo w lustrze ujrzałam za sobą Piotra. Miał zaczerwienione z niewyspa­ nia oczy, a krok chwiejny po pijatyce z jakimiś Polakami. Pochylił się nade mną i ugryzł dla zabawy w ramię. - Jak się miewasz, moja piękna Marto? - zapytał, a ja poczułam jego oddech w uchu.

- Źle. Nawet nie potrafię już sama uczesać sobie włosów. Popatrz! - wyjęczałam i gniewnym ruchem uniosłam opuchnięte dłonie. Piotr roześmiał się i chwycił za szczotkę. - Trzeba było od razu mówić. Jestem bardzo dobry w czesaniu. W milczeniu zajął się moimi splotami. Mocne pociągnięcia srebr­ nej szczotki przyjemnie łaskotały mnie w skórę głowy. Gdy skończył, położył podbródek na mojej głowie. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w lustrze. Byliśmy bladzi jak zjawy. Światło świec zniekształciło nasze twarze, mocno uwydatniając kości. Długo milczał, a ja przytuliłam się do niego, bo trójnogi z węglem i kaflowy piec już dogasały. W lustrze widziałam zarys mojego łóżka, którego zasłony zostały rozsunięte. Od­ rzucone, grube kołdry z pierza lśniły zachęcająco. - Chodź... - powiedziałam cicho i wstałam, żeby zaprowadzić go do łóżka. Może z nim u boku uda mi się zasnąć. On jednak przytrzymał mnie za ramię. - Nie. Zarzuć coś na siebie i chodź ze mną na dół. - Co m a m zarzucić? - zapytałam zdumiona. Wzruszył ramionami i wskazał na otwartą skrzynię z ubraniami. - Cokolwiek, żeby nie było widać koszuli nocnej. Umilkłam zaskoczona i szybko narzuciłam na ciepłą koszulę z bia­ łej wełny płaszcz ze złotożóltego adamaszku obszyty futrem z norek. Sięgał mi do stóp i był ozdobiony perskim wzorem haftowanym złotą nicią. Jego głębokie fałdy i zapięcie pod biustem sprawiły, że nie widać było nawet mojego wielkiego brzucha. Piotr skinął głową. - Tak jest dobrze. Chodź już. - Przeniósł mnie nad śpiącą na progu pokojówką, jakbym była piórkiem. Gdy posta­ wił mnie z powrotem na ziemi, przyłożył palec do ust, a ja skinęłam głową. Na paluszkach przemknęliśmy zimnym korytarzem Pałacu Letniego, w którym czuć było bliskość wody i gorzki zapach smoły z łuczyw. Słoma rozrzucona na kamiennych płytach podłogi szeleściła pod moimi stopami. Czułam chłód przez pantofle z gotowanej wełny. Piotr poprowadził mnie schodami w dół. Stanęliśmy pod drzwiami do niewielkiej sali audiencyjnej. Piotr sięgnął do umieszczonej wysoko na wzór europejski klamki i nacisnął ją. Salę rozświetlał jedynie blask ognia w kominku. Na ciepłych płytach i kilku owczych skórach leżały

psy Piotra. Gdy poczuły mój zapach, zastukały delikatnie ogonami na powitanie. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do mroku. Dopiero wtedy dostrzegłam postać stojącą obok kominka. To był pop. Jego czarny habit pozbawiony jakichkolwiek ozdób sięgał mu do stóp, które mimo chłodnego października odziane były jedynie w skar­ pety i sandały. Ciemne, nieupudrowane włosy opadały mu na ramiona, a brodę miał przyciętą. Pozdrowiłam go, a on odpowiedział, sięgając dłonią do pangai. Owinęłam się szczelniej płaszczem i ucieszyłam, że przynajmniej włosy mam porządnie uczesane. Czy Piotr naprawdę nie mógł mnie uprzedzić, że mamy gościa? Nagle chwycił mnie za ramię i pociągnął w stronę popa. - Marto, przedstawiam ci największego i najbardziej wolnego du­ cha w całym rosyjskim imperium. Teofan Prokopowicz! A więc to jest ów Teofan Prokopowicz, o którym Piotr tak często opowiadał! Zeszłego lata w Kijowie po raz pierwszy usłyszał jego kaza­ nie i był pod takim wrażeniem, że przyprowadził wykształconego popa ze sobą do obozu. Teofan dopiero co wrócił wtedy z długiego poby­ tu w Rzymie i należał wedle pogłosek do starej moskiewskiej gwardii. Jednak mnogość jego talentów wystarczyła Piotrowi, żeby go awan­ sować. Prokopowicz został opatem wszystkich kijowskich mnichów i przewodził także uniwersytetowi tego miasta. Skłoniłam się po raz kolejny. Pop uśmiechnął się do mnie ciepło, a ja musiałam w duchu przyznać, że jego twarz promieniuje mądrością i żywością ducha. - Musisz mi jeszcze, mój carze, zdradzić imię swojej towarzysz­ ki - powiedział, jakby się przekomarzał. Piotr ku memu zdumieniu zaczerwienił się i pośpiesznie odparł: - Po to tu jesteśmy. Teofanie, to Marta. - A potem roześmiał się, przerywając niezręczne milczenie, które zapadło w naszym wąskim gronie. - Jest silna jak koń, pije wię­ cej ode mnie i we wszystkim stała się bliska m e m u sercu. Jest przyja­ ciółką mojej duszy. Teofan skinął głową, lecz doskonale widziałam, że uważnie przy­ gląda mi się swoimi sprytnymi, lisimi oczkami. Pomyślałam, że lepiej mieć w tym małym, cichym człowieku przyjaciela niż wroga.

- I, mój carze? - zapytał, gładząc się po brodzie. Jeden z psów ziewnął i przysunął się do ciepłego kominka. Piotr pociągnął mnie bli­ żej ognia i przegonił oba psy z legowiska. W miejscu, w którym wcześ­ niej leżały, opadł przed Teofanem na kolana. Mnie też pociągnął w dół, choć w moim zaawansowanym stanie klękanie było trudne. - Chciałbym złożyć przysięgę. Gdy nadejdą szczęśliwsze dni dla mojego imperium i minie groźba szwedzkiego ataku... wtedy... Poczułam, jak serce łomocze mi w piersiach, a skóra zaczyna się pocić. Krew zaszumiała mi w uszach, a dziecko w moim łonie zamarło. Teofan nic nie odpowiedział, tylko spokojnie patrzył na cara. Piotr przełknął ślinę i z wahaniem zaczął mówić dalej. - Wtedy chciałbym skorzystać z wolności, jaką dał mi rozwód z carycą Eudokią Łopuchiną i poślubić Martę. - Otrząsnął się już z zakłopotania i dalej mówił moc­ nym głosem. - Teofanie Prokopowiczu, będziesz świadkiem, że tu i teraz, w miesiącu październiku roku 1707 złożyłem tę przysięgę. Marto, gdy na­ dejdą lepsze dni, wezmę cię za żonę. Każę ochrzcić cię w świętej rosyjskiej cerkwi, a twoimi rodzicami chrzestnymi będą mój syn i moja siostra. Przyjmiesz imię Katarzyna Aleksiejewna! Poświadczysz to, Teofanie? Łzy popłynęły mi po policzkach i przez ich zasłonę zobaczyłam, że Teofan trzema palcami czyni znak krzyża. Opuścił nas zaraz potem, słyszałam, jak jego kroki cichną na korytarzu. Zostaliśmy z Piotrem sami w małej sali. Czułam się jak w bajce! Miałam wrażenie, że pokój okręci się zaraz trzykrotnie wokół własnej osi! Rozmawialiśmy długo ściszonymi głosami, a moje ostatnie słowa, zanim zasnęliśmy na dy­ wanie, brzmiały: - Nie musisz tego robić, staruszku, wiesz? Nie prag­ nę szlacheckich godności. Roześmiał się tylko. - I właśnie dlatego, mateczko, tego chcę. Je­ steśmy wyrzeźbieni z tego samego kawałka drewna. Obudziłam się w ramionach Piotra na dywanie przed kominkiem, w którym ogień zdążył wygasnąć. Car obejmował mnie mocno i spo­ kojnie oddychał w moją twarz. Przy każdym oddechu kilka włosków jego eleganckich wąsów unosiło się do góry. Wyglądał przy tym jak kocur Darii, gdy śpi syty i najedzony. Roześmiałam się, budząc go, a on jeszcze mocniej mnie objął.

- Wiesz, co wczoraj zrobiłeś? - zapytałam cicho. Potrząsnął głową, nie otwierając oczu. - Nie. A co? - Zaręczyłeś się ze mną. - Z trudem wymówiłam to słowo. Głośno wydmuchnął powietrze i powiedział: - A masz świadków, którzy by poświadczyli tę bzdurę, Katarzyno Aleksiejewną? To był pierwszy raz, gdy nazwał mnie moim nowym imieniem, które chciał nadać mi podczas prawosławnego chrztu. Znowu się ro­ ześmiałam, a jego dłoń przesunęła się po moim brzuchu między uda. - Z Martą kochałem się j u ż wiele razy, ale z Katarzyną jeszcze nigdy... Przecież nie mogę wyruszyć tak w bój - mruknął. Serce zaczęło mi szybciej bić i poczułam, jak wilgoć z moich żył zbiera mi się między nogami. - Ale mój brzuch! Przecież jestem j u ż 0 wiele za gruba. Za dwa miesiące rodzę! - zaprotestowałam. - Bzdury. Da radę - powiedział i podciągnął mnie, żebym uklę­ kła. Koszulę nocną zadarł mi aż na głowę. Jego ręce z przyjemnością gładziły moje ciało, zatrzymując się na moich pełnych pośladkach 1 udach. Klęczałam przed nim naga i wyczekująca. Moje piersi zwisa­ ły ciężko niczym dojrzałe owoce, a brzuch napinał się boleśnie, lecz i tak czekałam pełna pożądania na jego kolejny ruch. Usłyszałam, że ściąga koszulę i opuszcza spodnie aż do kostek, gdyż zabrzęczała cięż­ ka sprzączka paska. Oparł się o mnie i otoczył mnie swoim ciepłem, ugniatając jednocześnie moje piersi. W następnej chwili niemal krzyk­ nęłam z rozkoszy, gdy poczułam, że od tyłu wsuwa język między moje uda, odnajdując najwrażliwsze miejsce. - Proszę! - stęknęłam, a on zaczął je delikatnie lizać. Mocniej rozsunął mi nogi, a ja oparłam ręce 0 podłogę, żeby utrzymać równowagę. Smakował mnie powolnymi, okrężnymi i ssącymi ruchami, a gdy zaczęłam szczytować z długim 1 pełnym namiętności jękiem, natychmiast we mnie wszedł. Delikatnie objął dłońmi mój brzuch i czuł nasze dziecko w środku, gdy raz po raz się we mnie wsuwał. Leżeliśmy wyczerpani na podłodze, marznąc w chłodzie sali, gdy po­ wiedział: - To było po to, żeby przygotować nasze dziecko na mocne i zdrowe życie!

Zarzucił na nas jeden z dywanów i tak znalazł nas potem Mien­ szykow. Objętych, nagich, drżących i pogrążonych w rozmowie. Roze­ śmiał się, lecz zaraz potem powiedział: - Dosyć tego. Buławin uważa, że z tymi swoimi Kozakami może nam grać na nosie. Czas powyrywać nogi temu psu. Na negocjacje pokojowe Piotr posłał do dońskich Kozaków i ich atamana Bulawina księcia Jerzego Dołgorukiego. Stałam obok niego, gdy go żegnaliśmy. Już nigdy nie mieliśmy zobaczyć tego poczciwego czło­ wieka. Buławin kazał go powiesić, poćwiartować i rzucić na żer pta­ ctwu. A sam wyruszył w głąb kraju, żeby podburzać robotników przy­ musowych w Azowie i woroneskiej stoczni. Starowiercy, chłopi, prości robotnicy i Tatarzy chętnie się do niego przyłączali. Gdy wyjeżdżałam z Sankt Petersburga, by w Moskwie urodzić cór­ kę Annę, Piotr pożegnał mnie pełnym troski listem i sakwą z pięcioma tysiącami rubli. Kazał podać je Pawłowi Jagużyńskiemu do moich sań w ostatniej chwili. - Co to jest? - zapytałam zdumiona, gdy całował mnie na pożeg­ nanie. Miałam wrażenie, że zaczerwienił się, odpowiadając. - Pienią­ dze. Pięć tysięcy rubli. Tylko na wypadek, gdyby Szwedzi strzelali cel­ niej, niż zakładam. To pieniądze dla ciebie i dziecka, gdybym zginął. - Nie chcę ich! Chcę, żebyś żył! - wyjąkałam. Roześmiał się. - Więc oboje pragniemy tego samego. Mnie rów­ nież nie śpieszy się do spotkania ze Stwórcą. Wepchnęłam ozdobną sakwę na samo dno skrzyni z ubraniami i ze spokojnym sercem zawierzyłam Bogu. Gdy na dziedzińcu Kremla wynoszono mnie z sań, podszedł do mnie carewicz Aleksy. Pocałował mnie w oba policzki i uścisnął mi dłoń. - Marta! Wasza Łaskawość! Czy dobrze znieśliście podróż? - Jego ciemne, nieprzeniknione oczy musnęły spojrzeniem mój wystający brzuch. Gdy umarła Katarzyna, przysłał mi jednego ze swoich popów, który miał pocieszyć moją duszę po stracie. Piotr zmusił tego człowie­ ka do śpiewania rubasznych piosenek przy kolacji, a potem kazał go przepędzić i obrzucić kamieniami. Aleksy mówił dalej, a na jego czole

pojawiły się czerwone plamy. - Mój najłaskawszy ojciec śle do mnie j e ­ den pełen gniewu list za drugim. Uważa, że nie radzę sobie jako guber­ nator Moskwy. A przecież miasto i Kreml zostały umocnione! Powiedz mi, czy bardzo irytuje się z mojego powodu? Skinęłam tylko głową i oparłam się na ramieniu Anny Tołstoj, któ­ ra towarzyszyła mi w podróży. Aleksy tańczył wokół mnie na śniegu ni­ czym młody psiak, gdy ja krok za krokiem przedzierałam się w kierun­ ku wejścia. - Chce, żebym stłumił bunt Buławina. Sam! W ten sposób pokażę mu, na co mnie stać! - Ze zdenerwowania zaczął mocno kaslać. - Marto, czy wstawiłaś się za mną? Wiesz, że książę Jerzy Dołgoruki, niech Bóg będzie łaskaw dla jego biednej duszy, zawsze mówił: gdyby nie Marta, jakże byśmy cierpieli przez humory naszego władcy! Uśmiechnęłam się na to pochlebstwo i chwyciłam za jego zaczer­ wienioną od zimna dłoń. Choć ja miałam na sobie gruby płaszcz z so­ boli, futrzaną czapę i wyszyte kolorowym haftem rękawiczki wsunięte w mufkę, on ubrany był jedynie w kurtkę na polską modłę i lnianą ko­ szulę. Wyglądał jak uczniak, który uciekł z lekcji. Jego ciemne, potar­ gane włosy opadały na ramiona. Wpatrywał się we mnie błyszczącymi jak w gorączce oczami, zawiesiwszy wzrok na moich ustach. - Wstawiłam się za tobą, Aleksy. Twój ojciec cię kocha... - Skrzy­ żowałam ukryte w mufce palce, żeby Bóg wybaczył mi to małe kłam­ stwo. - I będziemy dumni, gdy stłumisz bunt Buławina - odpowie­ działam. Aleksy nie potrafił ustać w miejscu i niemal okrążył z radości swo­ jego wychowawcę Huysena, który niechętnie skinął mi głową. Wie­ działam, że ten chudy Niemiec pisze do swojej ojczyzny listy, w których wyśmiewa się z praczki u boku rosyjskiego cara. Mój sposób ubierania się, zamiłowanie do mocnego makijażu i dużej ilości biżuterii stano­ wiły treść towarzyskich rozmów na dworach od Poczdamu po Darm­ stadt. Odpowiedziałam więc na jego powitanie tylko chłodnym skinie­ niem głowy. Aleksy objął mnie z rozpędu, lecz zaraz potem się cofnął. - Nie powinienem cię obejmować. M a m suchoty. Doktor Blumentrost tak stwierdził. Nie chcę, żebyś zachorowała, zanim urodzisz moją małą siostrzyczkę!

Moja ostatnia myśl, zanim w tej samej chwili pękł pęcherz płodo­ wy i poczułam pierwszy, ciągnący się skurcz, brzmiała: a dlaczego nie małego braciszka? Aleksy otrzymał polecenie, by jako moskiewski gubernator jak najsu­ rowiej ukarał Buławina i jego ludzi. W r a z z nim wyruszył mój ukochany Fiodor Matwiejew Apraksin, który zdążył przesłać mi przed wyjazdem sznur pereł z okazji szczęśliwych narodzin mojej córki A n n y Piotrowny. Każda perlą miała delikatną barwę dymu i była wielkości grochu. Zapinkę zdobił szafir wielkości gołębiego jaja. Aleksy i Apraksin wy­ ruszyli z ponad trzydziestoma tysiącami żołnierzy, których wieś tej ostrej zimy musiała jakoś wyżywić. Łapali ludzi Buławina, gdzie tylko mogli i wieszali ich ciała wysoko na drzewach niedaleko wiosek, z któ­ rych pochodzili. Teofan Prokopowicz przesłał mi natomiast pierwsze wydanie swojego dzieła Pierwsze nauki młodzieży, pełnego porad, jak wychowywać dziecko. Kazałam je sobie czytać, ale zrezygnowa­ łam po kilku stronach. Takie bzdury mogły powstać tylko w głowie bezdzietnego popa. Gdy odzyskałam nieco siły, wsiadłam z maleńką Anną przy piersi do powozu i ruszyłam do Sankt Petersburga. Do cna opróżniła moje piersi w trakcie trwającej tygodniami podróży. W go­ spodach wypijałam kufel ciepłego piwa za drugim, żeby mieć dla niej dosyć mleka.

Szykowaliśmy się już w Sankt Petersburgu do świąt wielkanocnych, gdy Piotr wrócił do mnie z wyprawy do Szlisselburga na noszach. Piotr Szafirów, który towarzyszył mu w oględzinach nowego kanału, pro­ wadzącego wzdłuż jeziora Ładoga oraz dębowych lasów, które miały posłużyć do budowy statków, był blady jak trup, gdy się przede mną tłumaczył: - Car zupełnie znienacka stracił przytomność. Liczył pnie, których będziemy potrzebować do budowy galeonu, gdy nagle zwalił się na ziemię niczym ścięte drzewo. Podałam mu Annę Piotrowną, a sama dotknęłam czoła Piotra. Jego twarz miała barwę popiołu, a oczy były wywrócone do góry, aż widać było same białka. Poczułam, że płonie z gorączki. Zaklęłam.

- To wszystko przez to ciągle świętowanie! A może byl u chorej dziw­ ki? - zapytałam Szafirowa ostrym tonem. Ten zaczerwienił się i pochylił głowę. Szafirów służył pod Gołowinem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i zasiadał w Tajnej Radzie. Był to niesłychany awans j a k na Żyda, który przeszedł na prawosławie. Za Piotra był gotów umrzeć. Doktor Blumentrost natychmiast rozpoczął kurację rtęcią. Od­ wiedzałam Piotra - leżał w moich ramionach bezwładny jak niemow­ lę. W izbie chorych zasłony były zaciągnięte. Panował tam zaduch i ciemności. Piotra osłabiło dodatkowo upuszczanie krwi i rzadko mnie rozpoznawał. Dopiero po dwóch tygodniach spojrzał na mnie spod drgających powiek i szepnął: - Może nigdy nie będę mógł docho­ wać swojej przysięgi, Katarzyno. - Zirytowałam się i odpowiedziałam: - I co z tego? Kogo to obchodzi. Ważne, żebyś wyzdrowiał. Gdy odzyskał trochę sił, zaczął spacerować po swoich pokojach oparty na moim ramieniu i odziany w starą zieloną bonżurkę i pantofle z go­ towanej wełny. Często wyglądał przez okno i patrzył, jak przymusowi robotnicy cierpliwie niczym mrówki budują jego marzenie. Tworzono plany nowego Pałacu Zimowego i Piotr, nawet leżąc chory w łóżku, kazał podać sobie między listami jego ogólny zarys, żeby nanieść jakieś drobne poprawki. Gdy stanął na nogi, odwiedziliśmy rozmaite budo­ wy i spotkaliśmy niemieckich mistrzów budowlanych, włoskich rzeź­ biarzy, francuskich malarzy i holenderskich cieśli, których tej wiosny Piotr namówił na przyjazd do Rosji za pomocą wzniosłych obietnic i sakiewek pełnych złota. Spodziewaliśmy się, że jak tylko zacznie top­ nieć śnieg, przybędzie mistrz od budowy fontann. Piotr chciał mieć w swoim ogrodzie takie fontanny, jakie widział w królewskim pałacu we Francji. Napływ do miasta robotników przymusowych, który roz­ począł się pod koniec marca, nie ustawał. Ich ciemny sznur wyróżniał się na tle zielonych przestrzeni i ciągnął aż po horyzont. Dopiero z bli­ ska ten wijący się pochód nabierał ludzkich cech. Dobrze ich pilnowa­ no, ponieważ na każdym postoju próbowali uciekać. Jeśli ich złapano, przywódców tracono, a resztę grupy karano chłostą. Niektórym obci-

nano też nosy, a mnie mdliło na widok ziejących kościstych dziur w ich twarzach. Piotr wciąż jeszcze nie wydobrzał, gdy dumna flota złożona ze stat­ ków i łodzi przybyła ze Szlisselburga do Sankt Petersburga. Dzięki na­ szym szerokim opończom nikt nie widział, że cały czas się na mnie wspiera. Stał wyprostowany na nadbrzeżu Newy i czekał na przybycie floty. Wiatr wydymał żagle statków i łopotał kolorowymi chorągiew­ kami i proporczykami. Statki wyglądały niczym dumne ptaki, powoli i majestatycznie unoszone w śluzach. Podczas przybijania do brzegu Piotr śledził wzrokiem każdy ruch marynarzy na pokładzie i nabrze­ żu. Żaden żagiel nie opadł ponad falami, żadna kotwica nie wpadła w ciemny nurt Newy, żaden węzeł nie zacisnął się na pływaku, słupku czy pierścieniu bez jego aprobaty. Burty statków skrzypiały, a maryna­ rze zręcznie przeskakiwali z masztu na maszt. Piotr rozluźnił się dopie­ ro wtedy, gdy opuszczono trapy. Rozłożył ramiona i wyszedł naprzeciw orszakowi dam, które z trudem utrzymywały równowagę na chyboczących się deskach. - Natalio! Witajcie w moim mieście! - zawołał, obejmując swoją siostrę. Serdecznie go uściskała, uważając jednak przy tym na malut­ kiego psa, którego trzymała pod pachą. Szerokim gestem wskazała na towarzyszące jej damy. Piotr ukłonił się z niezwykłą uprzejmością i po­ wiedział: - Moje siostry! Widzę, że przyzwyczaiłyście się do wody i nie bałyście się płynąć śluzami! Kto chce być ze mną czy przy mnie, musi kochać wodę tak samo jak ja! Carówny delikatnie skinęły głowami. Z trudem powstrzymałam uśmiech. Wielkie księżne aż pozieleniały na twarzach po krótkiej po­ dróży statkiem. Po raz pierwszy składały wizytę swojemu bratu w Sankt Petersburgu. Wielu z nich nigdy dotąd nie widziałam. Były wśród nich jego przyrodnie siostry Maria, Katarzyna, Eudokia i Teodozja, córki cara Aleksego z pierwszego małżeństwa, siostry Zofii. Z ciekawością przyglądałam się ich spiętym i bladym twarzom. Czy Zofia była do nich podobna? W staromodnych strojach z bufiastymi rękawami, w czep­ cach, welonach i długich, ciężkich sarafanach wyglądały niemal jak

poprzebierane. Caryca Praskowia natomiast wcisnęła swoje tłuste cia­ ło w suknię w stylu zachodnim. Towarzyszył jej cały dwór żebraków, szaleńców i kalek. Piotr westchnął cicho, gdy na nią popatrzył. - Praskowia ma szczęście, że ma pięć pięknych i zdrowych córek - szepnął do mnie. - A co to ma do rzeczy? - zapytałam zdumiona. - Ożenek, Marto. Te dziewczyny o gęstych włosach i różanej cerze to czysta polityka. Dla każdej z nich pragnę niemieckiego księcia. I nie­ ważne, czy na pewno są rodzonymi córkami mojego biednego brata. Piotr umilkł. Przed nami stała ostatnia wielka księżna. Skośny kształt jej oczu i długi wąski nos kogoś mi przypominały. Piotr schylił głowę i pośpiesznie, a jak mi się zdawało także z niechęcią, przycis­ nął usta do białej, pokrytej starczymi plamami dłoni. Uśmiechnęła się krzywo. Wiatr chwycił jej welon i bawił się nim przez chwilę. Słońce zalśniło w klejnotach zdobiących jej czepiec. Po powitaniu odeszła wy­ prostowana, ani razu się nie oglądając. - Jedyna kobieta, która mogła mi zagrozić! - stwierdził Piotr z lekkim uśmiechem, patrząc za nią. - Jak to? - roześmiałam się. - To caryca Marfa Matwiejewna Apraksina. Była drugą żoną mo­ j e g o brata, cara Fiodora. Jego pierwsza żona i ich mały synek umarli na gorączkę. Marfa była jego żoną przez dwa miesiące, a potem Fiodor zmarł. Wiele dni i nocy nie przespałem z obawy, że nosi pod sercem jego syna! Popatrzyłam na siostrę Fiodora Matwiejewa Apraksina, która spokojnie kroczyła nabrzeżem Newy. Jej haftowany złotą nicią sarafan falował. W jasnym, wiosennym świetle dnia wyglądała niczym sunący cień. Piotr Szafirów szarpnął cara za ramię. Piotr zerwał się natychmiast, a ja też się obudziłam. Zasłony w oknie nie były zaciągnięte, więc mleczna poświata letniej nocy zalewała moją sypialnię. Piotr przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, i machał wokół rękami: - Co? Kto? Matka? Strzelcy?

Szafirów dzielnie objął go ramionami i szepnął stanowczo: - To ja, mój carze, Szafirów, twój wierny sługa! Przynoszę nowiny, dlatego pozwoliłem sobie przerwać wasz sen. Już całkiem się obudziłam i leżąc na poduszkach, nadstawiłam uszu. Piotr uspokoił się. - Szafirów, ty stary Żydzie! Po co się tu krę­ cisz? Przekaż szybko wieści i daj mi spać! - Car był j u ż zupełnie przy­ tomny. Szafirów roześmiał się: - Buławin nie żyje. Umarł na jakąś choro­ bę. Koniec z tym obszarpańcem. Koniec z buntem. Piotr klasnął w dłonie. - Po trzykroć alleluja! Jutro odprawimy nabożeństwo dziękczynne i zabiją wszystkie dzwony Rosji! Buławin nie żyje! Do diabła z tym psem! Istnieje jednak boska sprawiedliwość! - roześmiał się. Szafirów przestępował z nogi na nogę. - Co jeszcze? - zapytał go car. - Szwedzi... - zaczął Piotr Szafirów. - Tak? - usłyszałam w głosie Piotra lęk. - Szwedzi ciągną na południe, prosto na spaloną ziemię. A nasz siódmy pułk dragonów odciął generała Lówenhaupta, jego dwanaście tysięcy ludzi i całe zaopatrzenie. Lówenhaupt i sześć tysięcy żołnierzy uciekli. Ale zdobyliśmy tysiące wozów z zaopatrzeniem i amunicją... - Wymrą z głodu... - szepnął Piotr. Wyskoczył z łóżka i objął Sza­ firowa. - To pierwsza noc naszego nowego szczęśliwego życia! - wy­ krzyknął. Jego słowa niczym odnóża pająka przemknęły po mojej skórze, wywołując swędzenie. W ciemności dostrzegłam, że Szafirów skinął głową. - Jak uważasz? Piękna czy nie? Zadawszy to pytanie, Piotr przekrzywił głowę i z powątpiewaniem przyjrzał się ustawionemu przed nim obrazowi. Osobiście przesunął go bliżej okna, żeby światło poranka w pełni oświetliło płótno. Obraz przedstawiał młodą kobietę, której własne włosy skryto pod krótką, falowaną i upudrowaną peruką. Miała różowe policzki i nie nosiła żad-

nej biżuterii. Jej suknia z jasnego, lśniącego adamaszku również była skromnie skrojona. Jednak odpowiednio do swego stanu miała na sobie ciężki płaszcz z błękitnego aksamitu i gronostajów, który luźno spoczywał na jej ramionach. W delikatnej dłoni trzymała różę. Uśmie­ chała się do kogoś niewidocznego na obrazie. Jej okrągłe i dziecinne oczy o barwie nieba były przy tym pozbawione wyrazu i wpatrywały się w pustkę. - Sama nie wiem - odpowiedziałam. - Wygląda ładnie. Ale po­ dobno w dzieciństwie chorowała na ospę? - zapytałam. Piotr zlekceważył moje zastrzeżenie machnięciem ręki. - Och, też coś. Jej skóra jest gładka j a k pupa niemowlaka. A nawet jeśli, to dzioby po ospie nie są dziedziczne. Po prostu musi się mocniej pu­ drować i tyle. Tylko chuda jest trochę... Nie wiem, j a k taka chmielo­ wa tyczka miałaby przedłużyć mój ród! - powiedział, a potem skinął głową. Podjął j u ż decyzję. - Wiesz, jej siostra wyszła za austriackiego następcę tronu. Czym jest płaski biust wobec powinowactwa z Wied­ niem! - Poza tym nigdy nie tkniesz tego płaskiego biustu - dodałam ła­ godnie. Od dawna starałam się uwolnić moje serce od zazdrości, i to dla swego własnego dobra. Często wydawało mi się, że tamta noc w Pa­ łacu Letnim i przysięga Piotra w obecności Teofana Prokopowicza to był tylko sen. - Słyszałeś, że cesarz w Wiedniu chce karać zdradę mał­ żeńską śmiercią? - zaczęłam się z nim droczyć. Piotr potrząsnął głową. - Najwyraźniej mój kum nad Dunajem ma więcej poddanych, niż potrzebuje. Ja w Rosji zostałbym bez Ro­ sjan, gdybym się tak zachowywał. - Piotr roześmiał się i skinął na Pawła Jagużyńskiego, że może już wynieść portret Szarloty Krystyny Zofii Brunszwik-Wolfenbiittel. - Dokąd to zabrać? - zapytał Jagużyński. Dwaj paziowie obok niego już trzymali w rękach ciężki portret. - Wstaw to mojemu synowi do pokoju, niech przyzwyczaja się do jej widoku! - polecił Piotr. - Nadszedł czas, żeby w końcu przestał obskakiwać najtlustsze panny z fraucymeru i upijać się do nieprzytom­ ności. Małżeństwo dobrze mu zrobi.

Od razu zrobiło mi się serdecznie żal małej niemieckiej księżnicz­ ki. Od upadku powstania Buławina Aleksy zachowywał się wobec swo­ jego otoczenia wręcz nieznośnie. Choć ja wciąż otrzymywałam od niego serdeczne i błagalne listy. Lecz moje damy opowiadały o nim wzbudza­ jące zaniepokojenie historie. Dręczył bezbronne i niewinne istoty, czy to szczeniaki, czy pokojówki. A do tego otaczał się pochlebcami i upijał niemal każdego wieczoru do nieprzytomności, a przecież nie dokonał żadnych bohaterskich czynów, które by go do tego uprawniały. Podob­ no pijany krzyczał: gdy w k o ń c u stanie się to, co już dawno powinno się stać, pochodzący znikąd przyjaciele mojego ojca i jego dziwka praczka dowiedzą się, co to pal! Nie uwierzyłam w to i ukryłam tę wiadomość przed Piotrem. - Wyślę go do Saksonii! Ale dopiero gdy sytuacja Rosji się poprawi. Skoro mój syn nie grzeszy dzielnością, to niech przynajmniej będzie mą­ dry! - mówił dalej Piotr. Uniosłam głowę i skinęłam, udając, że uważnie go słuchałam. - Lecz zanim pomyślę o tym, żeby ten nicpoń zaczął cho­ ciaż płodzić dzieci, muszę wydać za mąż moje siostrzenice! Jak się nie pośpieszę, to wkrótce zrobią się tak samo tłuste jak ich matka i żaden niemiecki książę nie będzie ich chciał... - Piotr przytulił się do mnie, wtulając nos w mój biust. - Jesteś moją żywą poduszeczką, mateczko! Obiecaj, że przestaniesz się objadać dopiero wtedy, gdy twoje ramiona będą tak grube jak twoje uda, dobrze? Cieszę się, że znów jestem z tobą. Teraz znowu mam świeżą bieliznę i pocerowane pończochy. Roześmiałam się i mocniej objęłam go ramionami. Mruczał j a k kot, gdy skubałam go po miękkich, niesfornych włoskach na karku. Trwaliśmy tak przez chwilę, dopóki nie usłyszałam za sobą szurania czyichś stóp. Wrócił Paweł Jagużyński. Był wysokim mężczyzną o głę­ boko osadzonych oczach i wystających kościach policzkowych. Wiotka skóra na jego policzkach zwisała po obu stronach ust niczym u smut­ nego psa. Przez to wyglądał na starszego niż był. Ukłonił się i powie­ dział: - Mój carze, doktor Blumentrost kazał się zapowiedzieć. Piotr machnął ręką z ponurą miną. - Blumentrost i te jego rtęcio­ we tortury! Niech wchodzi. Ale... Jagużyński! Masz spuchnięty poli­ czek! Jakoś wcześniej nie zauważyłem. Chodź tutaj!

Paweł Jagużyński nie śmiał się sprzeciwić i podszedł do Piotra. Ten brutalnie chwycił swego wiernego sługę za włosy, odchylił jego głowę do tyłu i rozkazał: - Otwórz usta, tylko szeroko! - Zajrzał do środka i zmarszczył nos. - Cuchnie ci z gęby jak niedźwiedziowi z zadu. Jak twoja kobieta to wytrzymuje? Ale zaraz, zaraz, tam z tyłu na pewno jest zepsuty ząb... Trzymając ochmistrza swego dworu mocno za włosy, pociągnął go do okna. Wolną ręką pogrzebał w górnej szufladzie stolika sto­ j ą c e g o w małym gabinecie i wyciągnął stamtąd wypełniony czymś woreczek oraz długie, cienkie cążki. Paweł coś zagulgotał. Lecz j a ­ kikolwiek opór byłby daremny. Piotr chwycił go dłonią za szczękę, jeszcze mocniej otwierając mu usta. Złapał cążkami ząb, który uwa­ żał za zepsuty, i wyrwał go j e d n y m ruchem. Paweł zawył j a k ranione zwierzę i plunął strumieniem krwi. Piotr puścił go niedbale i z dumą podniósł ząb pod światło. - Wspaniały okaz! Do woreczka! - zawołał z zachwytem. Otworzył woreczek i dołożył ząb Pawła do mnóstwa innych zę­ bów, które wyrwał. Ten mały woreczek byl pełniejszy niż sakiewka skąpca z Gościnnego Dworu. Wędrując z przyjaciółmi po ulicach i go­ spodach miasta, Piotr często miał przy sobie i obcążki, i woreczek. Gdy tylko dostrzegł jakiś opuchnięty policzek, natychmiast zabierał się do dzieła. Paweł Jagużyński wydawał się bliski omdlenia. Wsparł się na oparciu krzesła. Piotr popatrzył na niego bez cienia litości, niecierpli­ wie przestępując z nogi na nogę. - Na co ty jeszcze czekasz? Przecież powiedziałeś, że przyszedł Blumentrost. No to wpuść tego starego dia­ bła! Niech nie czeka z tą swoją obrzydliwą rtęcią! Zaczęłam się zbierać do wyjścia z gabinetu razem z Jagużyńskim. Blumentrost przecisnął się obok mnie, mamrocząc słowa powi­ tania. Piotr wyszedł mu naprzeciw z wyciągniętymi ramionami. Usły­ szałam jeszcze jego pierwsze słowa: - Blumentrost, nareszcie! Ropa cieknie mi z fiuta, a przy sikaniu piecze jak ogień. A twoja kuracja wca­ le nie pomaga! Zamknęłam za sobą drzwi.

Na korytarzu Paweł Jagużyński zaczął płakać z bólu j a k dziecko. Chcąc go pocieszyć, położyłam mu dłoń na ramieniu i powiedziałam: - Idź do mojego salonu i poproś jedną z moich dam, żeby posłała do kuchni. Jest tam jedna stara Czerkieska, Jakowlewna. Ma maść, która zmniej­ sza opuchliznę. To ci pomoże. Skinął głową. Jednak zanim się odwrócił, powiedział jeszcze: - Car przydzielił do twojego dworu jeszcze jedną pokojową. Ma ci słu­ żyć i bawić cię. - Jak się nazywa? - zapytałam. Widać było, że Paweł czuje się niezręcznie, choć taka sytuacja nie zdarzała mu się przecież po raz pierwszy. - Eudokia Czernikowa. Car mówi na nią boj-baba. Ma j u ż kilkoro dzieci i... - I znów jest przy nadziei, tak? - dokończyłam za niego zdanie. Paweł Jagużyński skinął głową i jeszcze mocniej się zaczerwienił. Tyl­ ko jego wciąż spuchnięty policzek był blady. - Spokojnie, Jagużyński. Zajmę się nią. To nie pierwszy raz. Idź j u ż - rozkazałam spokojnym, przyjaznym tonem. Oddalił się zadowolony. Przydzieliłam Eudokii Czernikowej pro­ ste, choć dość podłe prace. Nie musiałam dopytywać się, kto jest ojcem dziecka. Przy kolacji ze śmiechem pogratulowałam Piotrowi jego mę­ skich sił. Popatrzył na mnie, kołysząc przyjaźnie głową, więc wiedzia­ łam, że wypił j u ż sporo wina i piwa. Zanim na mnie zasnął, powiedział jeszcze: - Cokolwiek robię, mateczko, wszystko, co najlepsze we mnie, jest twoje! - Wtulił się w moje włosy i zaczął chrapać. Wysunęłam się spod niego, żeby zaczerpnąć tchu. A potem zasnęłam z twarzą zalaną łzami. Wody Newy zacisnęły się wokół Sankt Petersburga niczym pięść z lodu. Zimowy mróz stopił miasto w jedną, lśniącą w słońcu bryłę. Statki tkwiły w grubym łodzie niczym żebra olbrzymiego stwora morskiego, a wokół nich krążyły sanie i łyżwiarze. Teraz o wiele łatwiej było do­ stać się z jednego miejsca w drugie. Piotr nie chciał zbudować mostu na Newie. Nakazał nawet, żeby każda szlachecka rodzina zbudowała sobie swoje własne łodzie. Latem działali co prawda przewoźnicy, lecz

na promy wpuszczano za darmo tylko prosty lud. Zamożni Rosjanie musieli za przewóz płacić jedną kopiejkę. Miasto Piotra rozrastało się bardzo powoli. Budowę utrudniały zarówno wojenne zawieruchy, jak i tępy opór przyrody i ciche zwątpie­ nie ludzi, którym Piotr nakazał przeprowadzić się do Sankt Petersbur­ ga. Czy to miasto nie było jedynie pustą skorupą, która niczym pozba­ wiona steru łódź wiruje w odmętach Piotrowych rojeń? Rozproszone budynki nad szarą Newą rzeczywiście przypominały małża bez perły. Poza Twierdzą Pietropawłowską, z bastionami i cerkwią, wzniesiono także cerkiew Trójcy Świętej i Gościnny Dwór, do którego przeniósł się targ z Nienszanca. Piotr kazał także zbudować luterański zbór i go­ spodę. Oba te przybytki miały zadowolić marynarzy z cudzoziemskich statków, które kotwiczyły w pewnej odległości od nabrzeża Newy. Ża­ den statek nie mógł już bowiem cumować, jeśli nie przywiózł co naj­ mniej trzydziestu bloków kamienia. Piotr pilnie potrzebował budulca w Sankt Petersburgu i zakazał stosowania kamienia na pozostałym ob­ szarze imperium. Lecz dostarczanie kamienia i narzędzi w te bagniste okolice sprawiało trudności także latem. Brakowało więc wszystkiego. Robotnicy przymusowi musieli zbierać błoto i gliniastą ziemię włas­ nymi rękami i wynosić ją w swoich fartuchach, bo nie mieli porząd­ nych wiader i łopat. Zachodni wiatr wiał tak mocno, że zatrzymywał Newę, aż rzeka wylewała się z Zatoki Fińskiej. Woda cofała się, wzbie­ rała i niszczyła świeże umocnienia i nabrzeże młodego miasta. Wiosną, podczas odwilży, bryły lodu pękały z taką siłą, że ich trzask wyrywał nas ciemną nocą z głębokiego snu. Wtedy rzeka znów zalewała drogi i nowo wzniesione budowle. Roztopiony śnieg potrafił odciąć miasto od reszty kraju. Piotr jednak obojętnie przyglądał się, gdy któregoś lata jeszcze w naszym małym drewnianym domku aż po kolana brodziłam w mulistej wodzie Newy. - Sięga j u ż prawie piętnastu werszków*, mierzyłem dziś rano - stwierdził zadowolony. Siedział na parapecie i wymachiwał noga­ mi. Umieścił też na nim kilka wartościowych rzeczy, żeby uchronić je *

Werszek - d a w n a rosyjska miara długości, 1/16 arszyna, czyli ok. 4,5 c m .

przed wodą. Śmialiśmy się do rozpuku, obserwując unoszone z nur­ tem przedmioty i wiosłujących ludzi. Car osobiście zaznaczał na murze Twierdzy Pietropawłowskiej, jak wysoko sięgnęły wody Newy. Liczyło się tylko to, że jego miasto wciąż stoi. Po powodzi zapach zgnilizny jeszcze tygodniami unosił się nad miastem. Szkody, które wyrządziła Newa, mogły zniweczyć wszystek wysiłek minionych miesięcy. Robotnicy przymusowi, a także najemni rzemieślnicy natychmiast zabrali się z powrotem do pracy. Carska tajna służba, którą dowodził Antonio Devier, przechwyciła jednak wysyłany przez francuskiego posła Campredona do Paryża list. „To miasto nie powstaje na bagnach, lecz na kościach wielu tysięcy ludzi, których śmierci wymagała ta budowa. To miasto to nic innego jak kostnica". Podczas porannej audiencji Piotr uderzył go nahajką w twarz i po­ darł list na jego oczach. - Budowanie miasta to j a k prowadzenie wojny! Ani jednego, ani drugiego nie da się robić, nie poświęcając ludzkiego życia! - wykrzyczał i skopał na koniec nieszczęsnego dyplomatę. Gdy razem z Pawiem Jagużyńskim i Fiodorem Romodanowskim próbowa­ łam go uspokoić, wyciągnął szablę i skaleczył ich w policzek i ucho. Campredon trzymał się za nos, z którego ciekła krew. Potem po­ skarżył mi się: - Przeprowadzka tutaj zajęła mi dwadzieścia cztery dni! Wydałem tysiąc dwieście rubli z własnej szkatuły! Zgubiłem się na jakichś wiodących donikąd drogach! Padło mi osiem koni, a połowa bagaży zaginęła! A teraz to, mon Dieu, mon Dieu, czym sobie na to zasłużyłem? Było mi go żal. - Skarżcie się na stronach swojego pamiętnika, monsieur Campredon! - poradziłam mu. Patrzył na mnie przez chwilę niczym prosię, które na wiosnę niespodziewanie znalazło w polu ziem­ niaka. A potem skłonił się. - Madamel - powiedział. - Moje uszano­ wanie. Pokrewną duszę Piotr odnalazł we włoskim architekcie, Domenico Trezzinim. Nie przepadałam za tym wysokim mężczyzną o ciemnej cerze, haczykowatym nosie i falujących włosach, które sięgały mu aż

do ramion. Lecz on przynajmniej nie uskarżał się bez przerwy na pa­ nujące w Sankt Petersburgu warunki, tak jak inni rzemieślnicy. Bo ile myśmy się musieli nasłuchać na tych wszystkich budowach! - Jak ja m a m mieszkać i pracować w tej psiej budzie? Mój duch wymaga przestrzeni! - domagał się niemiecki malarz. - Jedzenie jest obrzydliwe! Nie podałbym go nawet moim prosia­ kom! - krzyczał francuski architekt ogrodów. - Moją dostawę celnicy wciąż trzymają w porcie! Jak m a m rzeźbić posągi bez dłut i marmuru? - pytał włoski rzeźbiarz. - Przysyłają mi tutaj jakichś ostatnich durniów! Co zbuduję włas­ nymi rękoma, to oni rozwalają swoimi tyłkami! - skarżył się Holender, który miał zbudować mosty na kanałach Fontanka i Mojka. Nie, Domenico Trezzini nie skarżył się, tylko przez kolejne lata ciągle coś budował: sobór Świętego Izaaka, pałace dla ministrów, umocnienia Kronsztadu, monastyr Świętego Aleksandra Newskiego, senat. Przygotował także plany nabrzeża i drewnianych mostów nad kanałami. Tam, gdzie kończył swoją pracę, wkraczali inni mistrzowie: dumny Alexander Le Blond z Francji, kłótliwy Niemiec Schadel i nud­ ny Harbel z Bazylei, który nie znosił kawioru i wciąż jadłby tylko to­ piony ser z chlebem. Pierwsze kilkaset rodzin szlacheckich z Moskwy otrzymało nakaz przeprowadzki do Sankt Petersburga. Nic nie mogło ich przed nim uchronić, ani z a a w a n s o w a n y wiek, ani ciężka choroba. Stary książę Czerkaski, który był wtedy bogatszy nawet od Mienszykowa, p r ó b o ­ wał usprawiedliwić się opuchlizną nóg. Piotr bez zwłoki posłał swoją straż do j e g o pałacu, który stał niedaleko Kremla. Żołnierze za włosy wyciągnęli s z a c o w n e g o staruszka z d o m u . Pośród ś m i e c h ó w i drwin kazali siedzieć mu na m o s k i e w s k i m lodzie, dopóki d o m o w n i c y nie zaczęli się w pośpiechu pakować. Gdy później pożar zniszczył więk­ szą część Moskwy, Piotr aż skakał z radości. Zakazał o d b u d o w y spa­ lonych domostw. Tysiące b e z d o m n y c h rodzin potrzebuje d o m ó w ? Na bagnach wokół Sankt Petersburga miejsca starczy dla wszyst­ kich!

Pewnego razu podczas kolacji usłyszałam, j a k admirał Gołowin, minister spraw zagranicznych, mówi do Szafirowa: - Wiesz, co znaczy Newa po fińsku? Szafirów pokręcił głową. - Gówno! - odparł Gołowin i splunął. Był jasny październikowy poranek, gdy straż uznała, że lód na Newie jest wystarczająco gruby, żeby można było przejechać przez rzekę sa­ niami. Niebo tego ranka miało barwę pokrytego woskiem błękitu. Tyl­ ko kilka głodnych wron krążyło w powietrzu niczym niepewne litery stawiane ciężkim, zbrylonym inkaustem. Zarys Twierdzy Pietropawłowskiej niezwykle wyraźnie odznaczał się od tła. Drzewa po obu stro­ nach Newy pokrywał szron. Ich gałęzie wyglądały j a k ulane ze srebra. Mroźne powietrze wwiercało się przez nos do środka głowy, wywołując ból. Siedziałam w saniach razem z Anną Tołstoj i Darią Mienszykowa, która ponownie była przy nadziei. Do naszych sań zaprzężono osiem potulnych reniferów. Pochylały swe delikatne szyje pod ciężarem zdo­ bionych złotem uprzęży. Z obu stron sań zwisały kolorowe chwosty, które ciągnęły się za nami po śniegu. Piotr natomiast jechał skromny­ mi saniami. Siedział wyprostowany i z wyciągniętymi nogami na koźle, trzymając lejce mocno w swoich niespokojnych, drobnych dłoniach. Za nim zgromadził się cały dwór w przyozdobionych kolorowo saniach. Do większości zaprzężono małe konie, lecz ku naszej radości trafiały się też świnie i psy. Piotr w napięciu popatrzył na Bastion Trubeckiego i uniósł ramię. Mroźne powietrze przecięła salwa armatnia, ramię cara opadło, a on ze świstem smagnął swoje konie batem. Oddano jeszcze jeden strzał. - Newa jest wolna! - zawołał Piotr, a powiew wiatru na­ tychmiast porwał jego słowa. - Dalej! - zawołałam i smagnęłam grzbiety renów brzozową wit­ ką z przywiązanymi dzwoneczkami. Daria i Anna krzyczały z radości i machały kolorowymi chustami, które trzymały w dłoniach. Cały dwór ruszył naszym śladem po świeżym śniegu na błękitnym lodzie. Miesz­ kańcy Sankt Petersburga mogli nareszcie przechodzić przez rzekę. Po drugiej stronie Piotr gwałtownie zatrzymał sanie. Ze zdumieniem

wpatrywał się w stojący przed nim budynek, który lśnił niewiarygod­ nym blaskiem. Zwrócił się do mnie: - Ty to zrobiłaś? - zapytał zasko­ czony. Z dumą skinęłam głową i wyciągnęłam rękę. - Lodowy Pałac dla Króla Śniegu, Wasza Wysokość! Od waszej najwierniejszej służki! Kazałam przez noc wyciąć z lodu pawilon. Jego kopuły lśniły w słońcu jak szkło, a po obu stronach wejścia stali Murzyni Piotra. Czarna skóra ich nagich torsów kontrastowała z bielą lodu, a imponu­ jący widok dopełniały opończe i buty z błękitnej i czerwonej skóry. We wnętrzu kazałam przykryć dwa trony z lodu skórami lampartów. Stały pośród lodowych kolumn, z których zwisał ciężki baldachim z czerwo­ nego aksamitu. Za kolumnami płonął ogień, żeby ogrzewać nam plecy. Moim d a m o m dworu i pozostałym gościom marzły jednak tyłki na lo­ dowych siedziskach. Gdy ktokolwiek próbował wstać bez pozwolenia, temu kazałam wypić czarę winiaku. Muzykom palce przymarzały do instrumentów, lecz Piotr kazał im grać menueta. Nasze karły zaczęły tańczyć. Ślizgały się przy tym pijane na lodzie i wywracały koziołki. Tak się przy tym śmiałam, że aż skwaśniało mi jedzenie w żołądku i do łóżka położyłam się z kolką. Jednak świąteczne przyjemności nie mogły przyćmić prawdy, że cięż­ kie czasy dla Rosji jeszcze się nie skończyły. Gdy odwiedziłam Apraksi­ na w jego nowym domu w Sankt Petersburgu, wcale nie ukrywał prze­ de mną swoich obaw. - Kumie, życzę ci z okazji Nowego Roku szczęścia i zdrowia! - po­ wiedziałam na powitanie, gdy służący pomógł mi wysiąść z sań. Chcia­ łam pocałować gospodarza w rękę, on jednak cofnął się i powiedział: - Więcej tego nie rób. Nie chcę, żeby widziano, że całujesz mnie w rękę. Jak za dawnych dobrych czasów rozsiedliśmy się przed komin­ kiem. W pokoju stało wtedy dopiero kilka, za to wyjątkowo pięknych mebli, a puste jeszcze ściany zdobił jedynie wiszący nad kominkiem portret cara. Marzłam i ciaśniej otuliłam się opończą z ciemnoczer­ wonego aksamitu, zdobioną perskim haftem ze złotej nici. Kołnierz z lśniącego futra norek podkreślał moją matową cerę. Milczący czarny

służący podał nam grzane wino, czystą wódkę i ciepłe blińczyki wypeł­ nione tłustym łososiem i kwaśną śmietaną. - Hm... Ale smaczne! - stwierdziłam z podziwem i sięgnęłam po kolejny chrupiący zwitek. - Lepsze niż zwykle. Stać cię było, kumie, na nową kucharkę? Apraksin potrząsnął głową, a mnie wydało się, że przez jego ogo­ rzałą twarz przemknął rumieniec. Zaskoczyło mnie to. Czekałam na odpowiedź. - Cóż, tak jakby... - wymamrotał. Szybko zmieniłam temat, żeby oszczędzić mu zakłopotania. - Jak długo zostaniesz jeszcze w mieście? Jest j u ż nowy rozkaz wymarszu? - zapytałam go. Od kilku nocy nie widziałam Piotra, po­ nieważ odbywał ze swoimi ludźmi naradę za naradą. Gdy znaleźli od­ powiedź na jakieś palące pytanie, pili i świętowali wraz z carem, żeby pomóc mu zapomnieć o troskach. A potem dwóch paziów zanosiło go na uwięzioną w lodzie fregatę i spał tam sam na swojej wąskiej koi, skulony i przykryty futrami. Apraksin z namysłem pokiwał głową. - Sądzimy, że nie damy rady dłużej powstrzymywać Szwedów. Od ostatniej otwartej bitwy minęło kilka lat, a Karola aż świerzbią ręce. Do bitwy dojdzie jeszcze tej zimy. Wiesz, że Karol stoi tysiąc dwieście wiorst od Moskwy? Nie pamiętam już, kiedy ostatnio jakiś wróg doszedł tak blisko. Nie możemy czekać do wiosny, niebezpieczeństwo jest zbyt duże - popatrzył w ogień i na­ raz wydał mi się bardzo zmęczony. - Wiosną moglibyśmy znaleźć się pod szwedzkim panowaniem. - Fiodorze Matwiejewie... - zwróciłam się do niego, ujmując jego szorstką dłoń. - Chciałabym, żebyście zawsze stali u boku cara. Boję się o j e g o życie. Zawsze rzuca się w największą kotłowaninę. Apraksin popatrzył na mnie i roześmiał się. - Gdyby tego nie ro­ bił, nie byłby naszym batiuszką carem. Ale chętnie przyjmę na siebie każdą wymierzoną w niego kulę. W tym momencie drzwi gwałtownie się otwarły i do pokoju wpadł mały, obsypany śniegiem piesek. Za nim szybkim krokiem weszła jakaś młoda dziewczyna. Nie zauważyła mojej obecności i podbiegła prosto

do Apraksina, za pieskiem, który ostrymi ząbkami szarpał już kama­ sze admirała. - Fiediuszko, on jest taki niewychowany! - krzyknęła dziewczyna śpiewnym rosyjskim. Klasnęła w dłonie i roześmiała się. - Na mieście i na rzece łapał wszystkie panie za obcasy! Twój następny prezent powinien być lepiej ułożony! - Złapała psa i zaczęła go cało­ wać. Dopiero wtedy mnie spostrzegła i z ciekawością mi się przyjrza­ ła. Twarz Apraksina pokryła się purpurą. Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś tego dzielnego wojaka nazywał Fiediuszką. Rozbawiło mnie to, lecz postanowiłam zachować to w tajemnicy. Przyciągnął dziewczy­ nę do siebie. - Anno, ukłoń się. To wierna towarzyszka naszego cara. Opowiadałem ci o niej - powiedział. Dziewczyna w prostej sukni o gołębiej barwie z wdziękiem przy­ klęknęła, z ciekawością zerkając na mnie spod swoich długich rzęs. Włosy miała splecione w owinięty wokół głowy warkocz, z którego jed­ nak wysmyknęło się mnóstwo ciemnoblond kosmyków. Jej drobny, zadarty nosek pokrywały piegi, a brwi i rzęsy wokół jej zdumiewają­ co jasnych oczu były barwy głębokiej czerni. - Jestem Anna Kramer, Wasza Łaskawość - bąknęła, wstrzymując powietrze ze zdenerwowa­ nia. Ileż ona mogła mieć lat? Pewnie skończyła właśnie piętnaście. 0 czternaście lat mniej niż ja! Jej ciało zdawało mi się gibkie niczym młoda gałązka. A ja nie musiałam już nawet poprawiać ubrań między ciążami! Jednak za bardzo kochałam wino i dobre jedzenie, żeby się powstrzymać. Fiodor Matwiej ew popatrzył na dziewczynę łagodnym wzrokiem 1 powiedział do mnie: - Anna pochodzi z Narwy. Szeremietiew zna­ lazł ją w spalonym mieście. Była jeszcze małą dziewczynką, ale i tak spostrzegłem ją w jego namiocie. I wtedy mi ją podarował. - Teraz to twarz A n n y pokryła się głęboką czerwienią. - Zawsze jest przy mnie. Nigdy jej jeszcze nie widziałaś? - zapytał, przyglądając mi się. Anna z wdziękiem podniosła się z ukłonu. Jak dobrze zna się własnych przy­ jaciół? - Czy car o niej wie? - zapytałam Apraksina. - Oczywiście - odparł Fiodor, wpatrując się obojętnym wzrokiem w płomienie. W duchu westchnęłam. Oczywiście. Piotr wiedział o każ­ dej pięknej dziewczynie w odległości dwóch wiorst. Anna znów pode-

szła do nas do kominka. Spróbowałam wyobrazić ją sobie w ramio­ nach cara. Wydawała się na to o wiele za delikatna. Lecz nie mogłam się na nią gniewać. Była tylko jedną z tak wielu. Anna kolejny raz się ukłoniła. - Wasza Łaskawość pozwoli, że się oddalę - powiedziała ci­ chym głosem. Skinęłam głową i niedbale wyciągnęłam rękę, którą ona nieśmiało ujęła i delikatnie pocałowała. Gdy wyszła, Apraksin podjął naszą wcześniejszą rozmowę, jakby wcale nam nie przerwano. - Tak, wkrótce dojdzie do wielkiej bitwy. A ja się boję. Po raz pierwszy w życiu chce mi się żyć. Mówiąc te słowa, nie potrafił spojrzeć mi w oczy. Jednak to nie bitwa rzuciła Szwedów na kolana, lecz sama rosyj­ ska zima. Karol skrył się ze swoimi oddziałami w ruinach Hadziacza. Miał nadzieję, że tam schronią się przed mrozem, który sprawiał, że martwe ptaki spadały z nieba na ziemię. Jego ludzie padali w marszu z głodu i chłodu. Konie już zjedli, więc dźwigali siodła na plecach, żu­ jąc z głodu skórę. Nocami Kozacy zakradali się między ruiny wiosek i podrzynali gardła bezbronnym śpiącym. Szwedzcy żołnierze owijali sztywne od mrozu dłonie szmatami. Brakowało środków, by znieczu­ lać chorych i rannych. Martwe, odmrożone członki odcinano im przy pełnej świadomości. Wilki wokół Hadziacza miały tej zimy prawdziwą ucztę. Poseł atamana kozackiego Skoropadskiego donosił nam na dworze w Sankt Petersburgu: - Szwedzi pragną w swoim życiu już tylko trzech rzeczy: gorzałki, czosnku i śmierci. - Przepłukał usta kilkoma łykami wódki i wypluł ją. A potem wziął całą butelkę i wychylił ją jednym po­ ciągnięciem. Piotr obserwował go z niepokojem i ponaglał: - Co za­ mierza Karol? - Chce pociągnąć na Połtawę. Uważa, że jak ją zdobędzie, to M o s ­ kwa będzie w jego rękach - odparł ów mały, żylasty mężczyzna, ocie­ rając sobie usta wierzchem dłoni. Piotr nagle roześmiał się zadowolony. Wybrał ze stołu najtłuściejszą pieczoną kurę, przesunął ją sobie przed nosem, ugryzł, żeby spró­ bować i położył Kozakowi na talerz.

- Poltawa! Niech będzie Poltawa, tam się więc spotkamy. Jedz, bracie. Najlepsza kura z mojego stołu dla ciebie! I otwórzcie jeszcze jedną beczkę wódki, chcę świętować! I żeby nikt nie ważył się iść do domu, zanim na to pozwolę! - zawołał. Kozak nie kazał się dwa razy prosić, czknął głośno na znak zadowo­ lenia i łapczywie rozerwał ociekającą tłuszczem i sosem kurę na części. Połtawa. W kwietniu, gdy pierwsze jaskry zakwitły pośród świeżej zie­ leni łąk, Szwedzi dotarli pod mury miasta. Podczas pierwszego oblę­ żenia zbłąkana kula trafiła króla Karola w piętę. M i m o to podburzał swych ludzi własnym gniewem, uniemożliwiając im tym samym jaki­ kolwiek odwrót ku nadziei i ku życiu. Żołnierze z pułku Piotra prze­ chwycili jeden z listów, który trafił do naszych rąk. „Jesteśmy zrozpa­ czeni i spodziewamy się, że to nasza ostatnia godzina. Król nie słucha żadnych dobrych rad, a jego duch kieruje się ku j e d n e m u tylko celowi: wojna, wojna i jeszcze raz wojna. Nic innego nie jest już dla niego istot­ ne, nawet zwycięstwo". Piotr natomiast czekał na odpowiedni moment. - Nie. Nie, nie, nie! Jadę z tobą! Myślisz, że będę haftować przed ko­ minkiem w Kijowie, gdy ty będziesz tam prowadzić bitwę? - zapytałam z przekorą. - Nikt nie może zabronić mi spełnienia mojego obowiązku i pojechania za tobą! Nieważne gdzie i nieważne w jakich okolicznoś­ ciach! - Tupnęłam nogą, żeby podkreślić moc swoich słów. Piotr popatrzył na mnie podbiegłymi krwią oczami. Niczym dwa kawałki węgla żarzyły się w jego szarej jak popiół twarzy. Kuracja rtę­ cią doktora Blumentrosta nie poskutkowała. Piotr krwawił i ropiał z lę­ dźwi, wypacał litry kwaśnego potu, a w mych ramionach tracił resztki sił. Roztaczał się wokół niego obrzydliwy odór zgnilizny, choć każdego dnia myłam go ciepłą wodą i gąbką. Był niespokojny. To był czas wy­ magający działania, choćby miało go to kosztować życie. Osłabiony, zacisnął powieki. - Przeklęta, uparta babo! Czy nic do ciebie nie dociera? A jeśli każę ci trzymać się z daleka od pola bitwy? - spróbował ostatni raz.

Uśmiechnęłam się szeroko i delikatnie popchnęłam go z powro­ tem na poduszki. - Na pole bitwy wcale się nie wybieram. Ale muszę być w obozie, żeby się za ciebie modlić i jako pierwsza złożyć ci gratula­ cje po zwycięstwie. Nie chcę jechać do Kijowa razem z innymi damami. Potrzebujesz mnie. Przynoszę ci szczęście. Chwycił swoimi woskowatymi palcami moją rękę. - To prawda. Dobrze więc, na miłość boską. Ale nie chcę słyszeć żadnych skarg - za­ brzmiało to j a k warunek. - A czy kiedykolwiek je słyszałeś? - zapytałam i przycisnęłam jego wilgotną dłoń do ust. Uśmiechnął się, a jego wargi odsłoniły dziąsła j a k u trupa. - Nie - mruknął i zapadł w lekki sen. W s t a ł a m , uważając, żeby moja j e d w a b n a suknia nie zaszeleści­ ła. Poszłam do sąsiedniej k o m n a t y w amfiladzie T w i e r d z y św. T r ó j ­ cy w T a g a n r o g u , niedaleko A z o w a nad M o r z e m A z o w s k i m . Przy­ byliśmy tam tuż po świętach Wielkiejnocy, żeby przekonać się, j a k idzie w stoczni b u d o w a floty. Powietrze wypełniały opary smoły g o ­ tującej się w wielkich kotłach, piskliwy odgłos pił i nieustanne, głu­ che uderzenia młotów. Podeszłam do okna, żeby je otworzyć, gdy usłyszałam za sobą czyjeś chrząknięcie. O d w r ó c i ł a m się i ujrzałam, że w fotelu przed k o m i n k i e m siedzi doktor Blumentrost. To Piotr kazał palić w k o m i n k u , p o n i e w a ż p o m i m o parnej, wczesnoletniej pogody czul z i m n o w kościach. Blumentrost najwyraźniej z d r z e m ­ nął się w fotelu, bo j e g o kędzierzawe włosy sterczały na wszystkie strony, a halsztuk się poluzował. W y g l ą d a ł j a k b e z r a d n e , stare pta­ szysko. - Wasza Łaskawość... - Ogarnął się szybko, poprawił okrągłe okulary i wstał. Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam: - To jak, Blumentrost? Kiedy nasz chory poczuje się na tyle dobrze, żeby mógł znów wsiąść na konia? Potrząsnął głową i popatrzył na mnie ze smutkiem. Uśmiech za­ marł mi na ustach. - O co chodzi? - zapytałam natychmiast. - Złych wiadomości nie można trzymać dla siebie, Blumentrost. Łatwiej je znieść, gdy człowiek się nimi podzieli.

Blumentrost przygryzł końcówki swoich długich wąsów. - Nie jest dobrze, Wasza Łaskawość, nie jest dobrze, jeśli rozumiecie, co m a m na myśli. - Klepnął dłonią fotel, który stal obok niego przy kominku. Usiadłam. Ciepło płomieni wpełzło mi pod suknię, sprawiając, że za­ częły mnie swędzić nogi. - O co chodzi? - powtórzyłam. - Jego Wysokość jest chory. Cierpi na... Jak by to powiedzieć, nie raniąc Waszej Łaskawości? Cierpi na chorobę weneryczną - zdener­ wowany wyłamywał sobie palce, trzaskając stawami. - Na chorobę weneryczną? - ostrożnie powtórzyłam to wyraże­ nie. - Musisz mówić prostym językiem, Blumentrost. Jestem córką chłopa i uroki łaciny pozostają mi obce - odpowiedziałam. Blumen­ trost westchnął. - Dobrze, skoro m a m mówić wprost. Car zaraził się tą chorobą przez obcowanie z kobietą. Próbowałem leczyć go podług mojej najlepszej wiedzy, lecz wcale mu się nie poprawia. - Czym się objawia ta choroba? - zapytałam z przestrachem. - Pieczeniem przy oddawaniu moczu, krwią w ekskrementach, ropą, która... - Przerwałam mu: - Blumentrost, zaraz... Czy Jego Wy­ sokość zaraził się nią ode mnie? Czy ja jestem winna gorączki cara? Niemiecki lekarz uśmiechnął się gorzko. - Nie, Wasza Łaskawość. Gdy badałem was po ostatnim porodzie, byłyście zdrowe i silne jak koń. A to cud - potrząsnął głową. - On zaraził się od jednej z tych swoich... Cóż, powiedzmy, że car po prostu się od kogoś zaraził. A tym kimś była niejaka Eudokia Czernikowa. Uniosłam głowę. - Eudokia Czernikowa? Przecież ona należy do mojego dworu, jest jedną z moich dam. Spodziewa się dziecka cara - dodałam bez śladu goryczy w głosie. Blumentrost popatrzył na mnie zakłopotanym wzrokiem. Potrząsnął głową. - Już nie. Urodziła córkę, którą car kazał jej odebrać. A potem kazał ją wychłostać w ramach kary za chorobę, którą na niego sprowadziła. A potem ona, jej mąż i sied­ mioro dzieci zostali zesłani na Syberię. Dreszcz przebiegł mi po plecach i zdumiona pokręciłam głową. Nagle przyszła mi do głowy niepokojąca myśl. - Od jak dawna car jest chory? Czy to może mieć wpływ na nasze dzieci? Czy uda się wyleczyć cara? - zapytałam.

Blumentrost popatrzył na mnie uważnie. - Nie wiem, Wasza Ła­ skawość, nie wiem. Wszystko w rękach Boga. Ale wyleczyć się go nie da. Można tylko spowolnić przebieg choroby, nic więcej. A jeśli chodzi 0 dzieci... - Tak? - zapytałam zaniepokojona. Znów patrzył na swoje dło­ nie. - Jeśli uda się je w ogóle donosić, to będzie cudem, jeśli urodzą się silne i zdolne do życia. Lecz nigdy nie należy tracić nadziei na cud! - dodał pośpiesznie. Wstałam i znowu podeszłam do okna. Niebo wznosiło się wysoko ponad Morzem Azowskim. Ciemne i groźne chmury burzowe właśnie się zbijały. Widziałam, jak na małych łodziach zwijano żagle, żeby nie porwała ich nadchodząca wichura. Silny wschodni wiatr unosił mewy coraz wyżej. Ich krzyki rozdzierały powietrze, hucząc mi w uszach. Od Wielkanocy w Moskwie wiedziałam, że po raz kolejny jestem w stanie błogosławionym. To była moja siódma ciąża. Chciałam urodzić carowi zdrowego syna. Musiałam! To mogła być moja ostatnia szansa. Blumentrost zaszurał za mną nogami. - Wasza Łaskawość... Skinęłam ręką, nawet się do niego nie odwracając. Zrozumiał 1 wyszedł. Nikt nie powinien widzieć łez, które strumieniami spływały mi po twarzy. Prawda o bitwie pod Połtawą jest rozczarowująca, lecz jednocześnie bardziej imponująca i przerażająca niż którakolwiek z legend otacza­ jących to wydarzenie. Tamtego czerwcowego poranka w roku 1709 stałam u wejścia do namiotu i patrzyłam, j a k Piotr wsiada na swoją arabską klacz Finette, prezent od Szkota Jakuba Bruce'a. Niebo było zasnute chmurami, a lekki wiatr, który kołysał czubkami drzew, nie był w stanie ich rozpędzić. Mienszykow przytrzymał carowi strzemię, a potem ucałował dłoń swego władcy. Piotr przechylił się w siodle i objął Aleksandra Daniłowicza na długą chwilę. Wyglądało na to, że coś do siebie szepczą. Piotr wyprostował się. Jak na dany znak czterdzieści tysięcy żołnierzy i gene­ rałów cara opadło przed nim na kolana. Przez chwilę patrzył na morze oddanych mu ludzi i milczał. Wiatr poruszył piórami jego kapelusza,

a potem uciszył się w fałdach jego płaszcza. Nagle niebo rozstąpiło się i między ostatnimi kroplami delikatnego porannego deszczu promień słońca padł na cara. Przez szeregi jego żołnierzy przeszedł pełen sza­ cunku pomruk, a niektórzy nawet się przeżegnali. Piotr spiął Finette, a potem zaczął mówić. Tylko ja wiedziałam, że do późna w nocy sie­ dział z Teofanem Prokopowiczem nad treścią swojej przemowy. - Boże w niebiesiech! - wykrzyknął, a wiatr niósł jego słowa aż do ostatnich szeregów. Dostałam gęsiej skórki. - Niech wszystkie oddziały naszej Matki Rosji wiedzą, że wybiła godzina, w której los niedźwiedzicy leży w ich rękach! Żołnierze! To wy zdecydujecie, czy nasza Rosja odrodzi się po wieczne czasy, czy też na zawsze podda się szwedzkiemu diabłu! Nie sądźcie, że sięgacie po broń dla mnie! To nie moja próżność ani żądza sławy posyła was do walki. Idziecie do boju za państwo, które Bóg w swej łaskawości powierzył w waszym imieniu Piotrowi Aleksiejewiczowi Romanowowi. To jego zaufanie każe mi troszczyć się o was, wasze dzieci i wszystkich miesz­ kańców Rosji! Teraz jednak Rosja czeka na decyzję, która leży tylko w waszych rękach! Przez chwilę milczał. Finette kręciła się niespokojnie, lecz on nad nią zapanował. A potem zaczerpnął powietrza i jego głos znów rozległ się na polu bitwy. - Nie dajcie się ogłupić. Szwedzcy żołnierze nie po­ siadają żadnych cudownych mocy. Mają serca, które biją tak jak wasze, a ich krew płynie tak samo jak wasza! Otwórzcie oczy naprawdę i po­ czujcie, że Bóg jest z wami i z Rosją! Ode mnie usłyszycie tylko jedno... - Znów zamilkł, a ja aż poczułam pełne oczekiwania spojrzenie czter­ dziestu tysięcy par oczu, które na nim spoczywały. Zaczął od nowa: - Ode mnie usłyszycie tylko jedno. Car Piotr nie przykłada wagi do własnego życia! Moje życie jest cenne tylko, jeśli Rosja będzie żyć, tylko, jeśli wy będziecie żyć! Oddam każdą kroplę swojej krwi za wiel­ kość, chwałę i bogobojność wszystkich Rosjan! Finette stanęła dęba, a Piotr wbił jej w boki ostrogi. Pogalopował między szeregi żołnierzy, którzy wstając, tworzyli za nim falę. Prze­ żegnali się i swymi ochrypłymi głosami zaintonowali cerkiewną pieśń. Z powiewającym płaszczem i ziemią sypiącą się spod kopyt konia znik-

nął mi z oczu i pomyślałam z czcią, że jeśli zginie dziś na polu bitwy, to właśnie byłam świadkiem najgodniejszej chwili w życiu cara Wszechrusi. Generałowie Szeremietiew, Rónne, Mienszykow i Bruce także się przeżegnali i wskoczyli na konie. Ich oddziały ruszały jeden za drugim w milczącym porozumieniu niczym jedno potężne cielsko. Armia usta­ wiała się na pozycjach naprzeciwko Szwedów. Oba skrzydła podlegały rozkazom Rónnego i Szeremietiewa. Środkiem dowodził Mienszykow, a artylerią Jakub Bruce. A Piotr, j a k się potem mówiło, był wszędzie jednocześnie. Bez­ litośnie poganiał Finette po całym polu bitwy, wykrzykując rozkazy, zachęty i obelgi do rozszalałego tłumu, aż z obojga toczyła się piana, a oczy wywracały białkami. Jego, cara, widać było wszędzie. Tylko moje modlitwy mogły powstrzymać trzy przeznaczone dla niego kule. Jedna przedziurawiła mu kapelusz. Druga wbiła się głęboko w wielki krzyż ze złota, rubinów i szmaragdów, który nosił na piersi. Krzyż ten mnisi z góry Athos podarowali jego przyrodniemu bratu Fiodorowi z okazji jego koronacji. Trzecia kula utkwiła w drewnianym łęku siodła. Samej bitwy nie potrafię opisać. Odkąd do obozu przyniesio­ no pierwszych rannych, miałam pełne ręce roboty, obwiązując rany, rozdzielając czyste płótna, podając wódkę i laudanum, by stłumić ból i wspomnienia oraz uciszać łzy strachu i przerażenia. Dopiero póź­ niej kazałam przeczytać sobie list, który przesłał mi car. „Katarzyno Aleksiejewną, mateczko! Powiadamiam Cię, że Bóg w swej łaskawości obdarzył nas zwycięstwem nad królem Szwecji. Chciałem sam napi­ sać ci o tym, że starliśmy wroga na proch. Brakuje już tylko Twoich życzliwych pocałunków. Przybywaj natychmiast! W obozie, 27 czerwca 1709, Piotr Aleksiejewicz". Posłaniec, który przeczytał mi list, rozpłakał się razem ze mną. Nasze ręce drżały, gdy piliśmy puchar węgierskiego wina, żeby dojść do siebie. Dopiero potem splotłam na nowo włosy i zmyłam z rąk krew i ropę, a z twarzy pot. Zdjęłam brudny fartuch, założyłam wyso­ kie buty i kazałam osiodłać konia. Moja klacz pomknęła przez równinę w świetle późnego popołudnia ku zwycięzcy wielkiej bitwy w wojnie pół­ nocnej. Czułam w swoim łonie zdecydowane kopnięcia naszego syna.

Nigdy nie zapomnę przerażenia, jakie wywołał we mnie widok pola bitwy pod Poltawa. Może po zajęciu Marienburga byłam zbyt młoda albo zbyt wystraszona, żeby pojąć, co naprawdę oznacza taka bitwa. Wszędzie na wzniesieniach i łąkach leżały porozrzucane ciała czy też okaleczone resztki tego, co kiedyś było ludźmi. Po niebie krążyły ścierwniki, a na gałęziach drzew wierciły się niespokojnie kraczące wrony. Dzikie psy zaciągały części ciał w bezpieczne miejsca, żeby tam się nimi raczyć. Zwolniłam do stępa, bo bałam się, że moja klacz rozdepcze któ­ regoś ze śmiertelnie rannych, lecz wciąż żywych żołnierzy. Wyciągali do mnie swe pokrwawione członki i błagali o j e d n o słowo, łyk wody, medyka albo ukochaną osobę. Jednemu z nich udało się chwycić rąbek mej sukni. Leżał bezradnie na brzuchu i wykrwawiał się na śmierć. - Błagam! Wielka pani, wody! - szepnął. Poczułam, że łzy spływają mi po twarzy i przyjrzałam mu się. Widok jego ran był tak okropny, że natychmiast poczułam mdłości. Gdy z trudem się opanowałam i sięg­ nęłam do sakwy po bukłak z koźlej skóry, j u ż nie żył. Gorzki zapach prochu strzelniczego zawisł nad bezwietrzną rów­ niną, unieruchamiając warstwy powietrza wypełnione oparami potu, krwi i cuchnącej ropy ze zgorzeli. Owinęłam sobie usta i nos włosami, by nie wdychać nasilającego się słodko-gorzkiego odoru nadchodzącej śmierci. Spuściłam oczy, wpatrując się w drogę przede mną, żeby nie rozpłakać się znowu, przerażona otaczającym mnie umieraniem. Piotr w chwili swego zwycięstwa powinien ujrzeć mnie piękną, dumną i pro­ mienną. Zauważyłam, że mężczyźni, którzy z pogruchotanymi człon­ kami leżą najbliżej drogi, są skrajnie wycieńczeni. Tego dnia zginęło blisko siedem tysięcy żołnierzy Karola, a kolejne trzy tysiące trafiły do rosyjskiej niewoli. Być może czekał ich lepszy los niż ich towarzyszy broni, którzy pociągnęli dalej wraz z rannym, zgorzkniałym i opęta­ nym człowiekiem, ich władcą z bożej łaski. Spostrzegłam Piotra j u ż z daleka. Stał pod murami Połtawy. Jego postać górowała nad genera­ łami i morzem jeńców, którzy otępiali niczym zwierzęta klęczeli wokół. Brudne i podarte od ognia artyleryjskiego zdobyczne szwedzkie sztan­ dary powiewały na tle błękitnego zmierzchu, poruszane ożywczym, zbawiennym wieczornym wiatrem. Piotr z błyskiem w oku patrzył

na pozostałości pośpiesznej ucieczki Karola. Choć szwedzki król dwa razy stracił dosiadanego przez siebie konia, to j e m u samemu udało się zbiec. Aura zwycięstwa i radości otaczała jednak Piotra niczym święta aureola. Włosy miał całkiem potargane, płaszcz podarty na strzępy, a błękitna szarfa na jego piersi z Orderem św. Andrzeja aż poczerniała od dymu i krwi. Od bitewnego kurzu jego twarz stała się czarna jak u Murzyna. Jego niebieskie oczy i białe zęby lśniły pośród niej niczym światełka, przyciągające do niego ludzi jak ćmy. On sam wpatrywał się z niedowierzaniem w osobistą świtę szwedzkiego króla, której człon­ kowie teraz przed nim klęczeli. Byli wśród nich służący, muzycy, pisa­ rze, kucharze, medycy, pastorzy i aptekarze. Wszyscy ruszyli na wojnę z Karolem, żeby mu usługiwać. Piotr pociągnął mnie jednak do drugiej grupy jeńców. - Katerinuszka! Chodź i popatrz na to, moja mateczko! Marszałek, dziesięciu generałów-majorów, pięćdziesięciu wyższych oficerów i tysiąc dwustu zwykłych... A do tego minister Piper! - Chwy­ cił niskiego, prawie łysego mężczyznę o zaciśniętych oczach za kark i podciągnął do góry. Minister Piper sięgał Piotrowi ledwo do łokcia i trząsł się j a k galareta. - Najważniejszy minister szwedzkiego króla! Cóż, Piper, będziemy musieli znaleźć ci jakieś zajęcie. W Sankt Petersburgu trzeba wybru­ kować ulice, prawda, Katerinuszko? - wykrzyknął car. Pocałował mnie i objął ramionami. Wdychałam zapach skóry, potu i prochu, a moja twarz poczerniała od obecnych na jego odzieniu i ciele śladów walki. Wielu szwedzkich oficerów spuściło wzrok. Oni sami j u ż od wielu lat byli daleko od wszystkiego, co było im bliskie i drogie. Piotr zawołał: - Szwedzi! Taka właśnie kobieta przynosi mężczyźnie zwycięstwo! Miła, dobra, uśmiechnięta i dzielna jak mężczyzna! Jego wzrok zatrzymał się na marszałku. - Ty jesteś marszałek Rehnskóld? - Mężczyzna zrozumiał swoje nazwisko i skinął głową. - Wstań! - natychmiast rozkazał mu Piotr. - Wstawaj, szwedzka świnio! Zasłużony wojak nie rozumiał, jednak stanął na drżących ze stra­ chu nogach. Ja także się przestraszyłam. Co Piotr zamierzał? Zepsuć

swą chwalę i radość ze zwycięstwa poniżającą egzekucją? Zauważyłam, że Szeremietiew i Ronne też zesztywnieli. Piotr podszedł do generała. Powoli wyciągnął zakrwawioną szab­ lę ze zdobionej klejnotami pochwy, którą osobiście wyhaftowałam mu w Kijowie. Ostatnie promienie słońca rozbłysły na stali, a ich blask od­ bił się od pierwszych ognisk, które zaczęto rozpalać na pagórkach. Po­ wietrze smakowało dymem. Dostrzegłam, że Rehnskóld modli się cicho z zamkniętymi oczami. Rozpoznałam Ojcze nasz, które tak często od­ mawiałam w domu Gliicków. Piotr chwycił marszałka brutalnie za wło­ sy i odchylił mu głowę do tyłu, żeby móc zajrzeć mu głęboko w oczy. -

Rehnskóld, wiesz, ile cierpienia sprowadziłeś na mój kraj?

Rzadko rodzą się tacy wojownicy jak ty. Pod Narwą jedna z twoich kul ledwo mnie ominęła - wrzasnął na niego. Poczułam, że wilgotnieją mi dłonie. Marszalek skończył modlitwę i spokojnie patrzył na Piotra swymi błękitnymi niczym niebo nad Sankt Petersburgiem oczami. Wydawał się niezwykle znużony i powiedział po szwedzku: - Poprosiłem Boga o wybaczenie mi grzechów i jestem gotów na śmierć, carze Piotrze. - Uklęknij - rozkazał krótko car i cisnął go na ziemię. Szeremie­ tiew zamknął oczy. Rónne splótł nerwowo palce. Piotr uniósł szablę. Rehnskóld wykrzyknął ostatnie słowa pociechy do swoich ludzi. Kilku Szwedów zaczęło płakać, zakrywając twarze dłońmi. Piotr zatrzymał się. A potem ujął bezwładną ze strachu dłoń marszałka i włożył w nią wysadzaną klejnotami głownię szabli. - Weź tę szablę na znak mojego szacunku, marszałku Rehnskóld. Pozwalam ci ją nosić. Marszałek Rehnskóld, zasłużony i nieustraszony bohater niezli­ czonych bitew, opadł na ziemię. Ukrył twarz w mokrej od krwi i wie­ czornej rosy trawie i rozpłakał się jak dziecko. Jego ludzie nie mieli śmiałości podejść i tylko patrzyli tępo przed siebie. Piotr spojrzał na marszałka i potrząsnął głową. - A więc to prawda. Szwedzi są bardziej miękcy, niż zakładałem. Jechaliśmy wolno po wzgórzach Połtawy z powrotem do obozu. Za nami na polu bitwy wciąż zbierali się żołnierze. Ku zapadającemu

zmierzchowi prowadziliśmy orszak mimo wszystko promieniejących dumą ze zwycięstwa żołnierzy oraz ich obdartych i kuśtykających j e ń ­ ców. Gdy odwróciłam się w kierunku otaczających Połtawę murów, znów ujrzałam krążące po niebie sępy i wrony, pragnące usiąść do obfitego posiłku. Z obleganego miasta wychodzili j u ż pierwsi ludzie, żeby odebrać zwłokom i śmiertelnie rannym, co tylko mogło im się przydać. Wolałam skierować wzrok naprzód. Jeszcze tego samego wieczoru cały obóz świętował zwycięstwo. Piotr kazał wydać żołnierzom piwo i wódkę, a Felten polecił splądrować piw­ nice miasta i stodoły otaczających go wiosek, aby zgromadzić wystar­ czającą ilość wołów, świń, kur, solonych ryb, kapusty i mąki na przy­ jęcie. Szwedzi siedzieli wśród całego tego zamieszania jak oniemiali. Piotr odrzucił na bok swoją drewnianą łyżkę z rączką z kości słoniowej, a także nóż i widelec z zielonego rogu. Chwycił moje ociekające tłusz­ czem ręce, uniósł je wysoko, żeby wszyscy je widzieli, i rozkazał: - Dziś wieczorem co się tylko da j e m y rękami. Jak przyłapię kogoś z nożem, to pogruchoczę mu wszystkie kości! - A potem pocałował mnie w usta i oddzielił soczysty, ociekający sosem świński pysk, w który Felten powtykał owoce. Zauważyłam, że Szwedzi ani nie pierdzą, ani nie bekają przy jedzeniu. Za to z ogromnym wahaniem zabrali się za nie rękami i odwracali na bok, żeby wyciągać resztki spomiędzy zębów. Tego wie­ czoru kazałam Feltenowi, który nienawidził Szwedów, odgrywać rolę ich króla. Upokorzenie wyciskało mu łzy gniewu z oczu, a Piotr śmiał się tak mocno, aż się zachłysnął i zwymiotował na stół. Jak tylko się uspokoił, kazał wznieść kufle: - Wypijmy za zdrowie naszych szwedz­ kich gości! To oni nauczyli mnie, j a k się świętuje zwycięstwo! We wczesnych godzinach rannych zmęczeni uczestnicy przyjęcia ledwo trzymali się na krzesłach i poduszkach. Lecz Piotr właśnie za­ czął przyznawać nagrody za udział w bitwie. - Szeremietiew! Dla cie­ bie dobra wokół Kijowa, na które j u ż od dawna patrzyłeś pożądliwym wzrokiem! Ależ tak, tak, bierz je, znam cię dobrze, ty stary rębajlo! Poza tym możesz wybudować sobie pałac w bezpośrednim sąsiedztwie

Pałacu Zimowego w Sankt Petersburgu! - Szeremietiew, który od na­ szego pierwszego spotkania jakby się przykurczył, skłonił się i wyma­ mrotał słowa podziękowania. Mienszykow został marszałkiem drugie­ go stopnia, a Rónne uzyskał godność generała dowodzącego. Gołowina mianował admirałem i nie zapomniał o wiernym, bystrym i sprytnym Piotrze Szafirowie: - Żydku, niniejszym zostajesz wicekanclerzem! A każda z twoich córek wyjdzie za księcia! Piotr Szafirów przypadł do ziemi, żeby pocałować kolano swoje­ go cara. Spostrzegłam, że zazdrosny Mienszykow j u ż ma skrytykować to wyróżnienie, więc szybko położyłam mu dłoń na ramieniu, żeby go uspokoić. - Dziś wieczorem, wielki Aleksandrze Daniłowiczu, chcemy wyłącznie świętować! Kołacz carskiej łaski jest duży. Każdy dostanie swój kawałek. Im więcej Mienszykow miał, tym więcej pragnął mieć. Siebie samego Piotr na prośbę swoich oficerów mianował generałem-majorem wojsk lądowych i wiceadmirałem floty. Pocałował mnie i powiedział: - Teraz jesteś towarzyszką generała-majora i wiceadmi­ rała. Czy jesteś ze mnie dumna? - Skinęłam głową i wypiłam z nim dwa puchary winiaku za jego awans. A potem zasnęłam na podusz­ kach i Piotr musiał mnie zanieść do namiotu, ponieważ tam właśnie obudziłam się następnego dnia. Dziecko w moim łonie było spokojne. Musieliśmy opuścić obóz już po dwóch dniach, ponieważ okolica nie była w stanie dłużej żywić armii, a odór śmierci i zgnilizny znad pola bitwy stawał się w naszych namiotach nie do zniesienia. Zwycięzcy spod Połtawy wystąpili triumfalnie na placu Czerwonym na tle ściany z płatków śniegu i pod kopułą lodowych sopli. Mnie tego dnia car nie pozwolił wyjść na balkon Kremla ani uczestniczyć w żad­ nym przyjęciu. Z troski o mój zaawansowany stan kazał zabrać mnie do swojego domu w podmoskiewskim Izmaiłowie. Nie mogłam tam znaleźć sobie miejsca. Przy haftowaniu kłułam się w palce, całymi go­ dzinami wpatrywałam się w ogień kominka albo rysowałam palcem wzory na pokrytych szronem oknach. Mogłam więc tylko otrzymywać wiadomości o świętowaniu, o tym jak Piotr pośród wiwatów moskwian

wjechał na Finette na plac Czerwony. Konia przystrojono w lamparcią skórę i srebrne ogłowie. Za nim wkroczyły jego pułki pod dowództwem generałów. Pilnowali niekończącej się rzeki szwedzkich jeńców, któ­ rzy wlekli się za nimi w wielkim przerażeniu. Długi marsz do Moskwy przeżyli tylko najsilniejsi z nich. Ich twarze i nazwiska bladły na tle trzech setek łopoczących zdobycznych flag i pod ciężarem trzydziestu sześciu szwedzkich armat, którymi chwalili się Rosjanie. Lud zgroma­ dzony na placu Czerwonym i na trybunach ustawionych naprzeciwko Kremla wiwatował ochrypłymi od krzyku głosami. Bojarzy i bogaci kupcy, a wśród nich przyjaciel Piotra, hrabia Stroganow, wyszli przed swe domy i zapraszali cara i jego generałów na zwycięski toast. Ci ni­ komu nie odmawiali. Na drodze zwycięskiego pochodu stanęło siedem łuków triumfalnych. Gdy Piotr przemaszerował pod nimi wszystkimi, dotarł do tronu księcia-cezara Fiodora Romodanowskiego. Włosy i ra­ miona cara pokrywał śnieg. Pochylił głowę, przyłożył dłoń do serca i powiedział do fałszywego cara: - Dzięki Bożej pomocy i łaskawości Jego Wysokości zwyciężyłem dla Rosji pod Połtawą! - Szwedzcy żoł­ nierze musieli pomyśleć, że już całkiem stracili rozum. Kto w końcu jest tu carem? Mężczyzna w zwykłym, znoszonym mundurze, którego widzieli pod Połtawą, czy też ten bogato odziany i wymalowany gru­ bas, który siedzi na tronie pośród jakichś błaznów i właśnie daje znak, żeby rozpocząć świętowanie? Daria mówiła mi, że liczba gości była tak wielka, iż mistrz ceremo­ nii musiał jeździć po sali na koniu. Przy każdym toaście Piotr strzelał z pistoletu w powietrze, a jego ludzie wtórowali mu po stokroć. Malo­ wany sufit sali przyjęć na Kremlu był po tej nocy podziurawiony jak sito. Inni donieśli mi o tym, co Daria przemilczała. Carówna Katarzyna Iwanowna, piękna córka Praskowii, przez cały czas nie odstępowała cara na krok. O tej porze ja jednak spałam już głęboko, z rękami ułożonymi na moim krągłym brzuchu, żeby czuć bicie serca naszego syna. Kilka dni póź­ niej poczułam bóle i tym razem posłusznie wypełniałam wszystkie za­ lecenia doktora Blumentrosta. To były długie godziny męki, podczas

których czepiałam się zasłon łoża i gryzłam po rękach przytrzymujące mnie pokojówki. Gdy usłyszałam, że Blumentrost woła: - Szybko, mój Boże, szybko! Jest odwrotnie ułożone. Wychodzi nóżkami do przodu! - zrobiło mi się na chwilę ciemno przed oczami. Lecz w końcu ujrza­ łam, jak drobne i pulchne ręce lekarza unoszą ku światłu wiercące się i doskonałe ciałko mojego dziecka. Udręczoną, duszną ciszę pokoju rozdarł mocny, ochrypły krzyk. Roześmiałam się i odsunęłam mokre od potu włosy z rozgorączkowanej twarzy. - Będzie się nazywać Piotr Piotrowicz! Piotr, tak j a k jego ojciec! Daria nagle się czymś intensywnie zajęła, a Anna Tołstoj pilnie szorowała ręce w porcelanowej misie z ciepłą wodą. Blumentrost pod­ szedł z dzieckiem do okna, żeby unieść je do światła. A potem odwrócił się z noworodkiem w moją stronę. Dziecko patrzyło na mnie z powa­ gą swymi wielkimi niebieskimi oczami. Blumentrost uśmiechnął się uprzejmie i powiedział: - Obawiam się, że nic z tego, Wasza Łaska­ wość. To dziewczynka. Prześliczna córeczka dla naszego cara. Prawie tydzień trwało, zanim dałam się namówić, żeby wziąć El­ żbietę na ręce. Piotr natomiast nie posiadał się z radości i nazywał ją swoją małą zwyciężczynią spod Poltawy. Ssąc pierś mamki, rosła okrą­ glutka i zdrowa i głośno protestowała, gdy ciasno owijano ją płócien­ nymi pasami. Sprawy miały się dla nas dobrze. Rosja zawarła sojusze z Prusami i Da­ nią, a na polskim tronie znów zasiadał saski książę, który był tak silny, że jedną ręką wyginał podkowy i zwijał srebrne talerze. Jednocześnie Piotr przedłużył układ pokojowy z Turkami. Nie mógłby sobie wyma­ rzyć lepszego posła do Wysokiej Porty niż hrabia Tołstoj. Car zigno­ rował także pogłoski o tym, że ranny Karol przebywa na sułtańskim dworze, jako zupełną bzdurę. Aleksy najpierw zamalował portret księżniczki Szarloty węglem, a potem używał go j a k o tarczy do rzucania nożem. W końcu kazał go zasłonić i odnieść do kremlowskich magazynów, ale tak, żeby Piotr się o tym nie dowiedział. Negocjacje dotyczące ożenku toczyły się

powoli. Europa zdawała się nie ufać Rosji i Piotrowi. M i m o to pod­ czas uroczystej kolacji z okazji Dnia Świętego Aleksandra Newskiego w nowym pałacu Mienszykowa w Sankt Petersburgu Piotr poprosił mnie, b y m bliżej przyjrzała się pięciu córkom j e g o upośledzonego brata Iwana. Mienszykow na niczym nie oszczędzał, urządzając swój pałac w Sankt Petersburgu. Budynek na półwyspie Strelka, na Wyspie W a ­ silewskiej, był najwspanialszy w całym mieście. Piotrowi to nie prze­ szkadzało. - Cóż, mogę się tam bawić, a płacić będzie Mienszykow! - stwierdził zadowolony. Pałac wzniesiony na brzegu Newy ozdobiono jedwabiami z Persji, marmurami z Włoch, drzewem hebanowym i ce­ drowym z Libii, złotem z Syberii, laką i tapetami z Chin, kafelkami z Niderlandów, kością słoniową z Afryki i srebrem z Anglii. Biblioteka Mienszykowa obejmowała nie tylko trzynaście tysięcy dzieł, z których nie potrafił przeczytać ani jednego, lecz także jego wyjątkową kolek­ cję map z całego świata. Trzech bibliotekarzy nieustannie troszczyło się o stan samej biblioteki i jej stale rosnących zbiorów. Ściany klatek schodowych, długich korytarzy, a także sal oficjalnych i prywatnych ozdobiono oprócz gobelinów i łowieckich trofeów także setkami obra­ zów. Jedną czwartą z nich stanowiły oprawione w srebro i złoto ikony, lecz większość obrazów przedstawiała ludzi. Spacerując przed kolacją długim, wyłożonym lustrami koryta­ rzem, spostrzegłam wiele swoich własnych i pochlebnych portretów oraz niezliczone wizerunki Piotra w każdym możliwym wieku. Zawsze przedstawiano go jako zwycięskiego władcę. Daria rozpłakała się, gdy w swoim własnym salonie pokazała mi rządek małych portretów. - To jest moja ściana płaczu - poskarżyła się i obie wpatrzyłyśmy się w drobne twarzyczki jej zmarłych synów, Pawła Samsona i Piotra Łukasza. Trzeci dziecięcy portret przedsta­ wiał delikatną, różaną twarzyczkę córki Mienszykowa, Katarzyny, któ­ ra leżała teraz w łóżku z wysoką gorączką. Poszłyśmy dalej, a Daria w pośpiechu wycierała łzy. Bała się, że wzbudzi gniew Piotra, okazując smutek w tym świątecznym dniu. Próbowałam zdobyć dla niej pozwo­ lenie na nieprzyjście na uroczystość, lecz moje wysiłki były daremne.

Pokazała mi więc jeszcze tylko z lekceważeniem obrazy przedstawia­ jące historie, które ponoć wydarzyły się przed setkami lat w innych częściach świata. Mienszykow kazał je sprowadzić z Europy, a ja długo przyglądałam się obrazowi, na którym naga, piękna dziewczyna w luź­ nym płaszczu siedziała na byku i pieściła go. Ze swoimi okrągłymi po­ liczkami i ciemnymi włosami przypominała mi księżniczkę Iwanownę, której miałam się za chwilę przy stole bliżej przyjrzeć. Piotr i ja siedzieliśmy już, gdy Mienszykow zastukał swoją wysadzaną diamentami laską, dając tym samym znak do podania drugiego dania. Gorliwi służący sprzątnęli pasztety i pokrojony drób i zaczęli wnosić dziczyznę i pieczone prosiaki. Piotr upił łyk ze swojej czary i czknął. Jego wzrok przebiegł po małej grupce kobiet siedzących wokół jego bratowej Praskowii. Na jego rozkaz przyprowadziła ze sobą wszystkie pięć córek. Widać było, że carówny świadome są uwagi, jaką obdarza je stryj, ponieważ wystroiły się chyba we wszystko, co mogły znaleźć w swoich skrzyniach. Nie umknęło mojej uwadze, że poseł francuski i hiszpański z trudem powstrzymali się od śmiechu, gdy ujrzeli księż­ niczki Iwanowny. Sposób, w jaki my, rosyjskie damy, stroiłyśmy się, najwyraźniej wydawał im się nieporadny i prowincjonalny. Zaczęłam szybciej poruszać długim wachlarzem z rączką z kości słoniowej, by ochłodzić zaczerwienioną z gniewu twarz pod warstwą białego pudru. Nikomu nie wolno śmiać się z rosyjskiej księżniczki. Leciutki powiew powietrza, który wywołały miękkie, szare strusie pióra, uspokoił mnie nieco. Piotr przechylił się ku mnie i zapytał, mlaszcząc i ogryzając ocie­ kający sosem udziec z dzika: - To którą z nich oddamy małemu księciu Kurlandii? Fryderyk Wilhelm jest siostrzeńcem króla Prus, to dosko­ nały sposób na umocnienie naszych bałtyckich zdobyczy, błogosławio­ ny niech będzie dzień, w którym postawiłem stopę na twojej rodzimej ziemi. - Zaczął wygrzebywać włókna mięsa spomiędzy zębów, które rano kazał wyczyścić swojemu włoskiemu golibrodzie. - Nie będę więc skąpy. - Mlasnął językiem i pociągnął kolejny łyk z czary. W tym momencie najstarsza córka Praskowii, Katarzyna, uniosła swoją piękną głowę. Niedawno skończyła dziewiętnaście lat. Zwinnie

niczym kotka wstała i podeszła do nas, szeleszcząc spódnicą. Od razu usiadła Piotrowi na kolanach i wzniosła toast jego własnym pucha­ rem. - Za długie i zdrowe życie, mój zwycięski stryju - powiedziała cichym, miękkim głosem. Uśmiechnęła się, a jej złote oczy zalśniły w blasku świec. Dekolt odsłaniał pełne piersi, które przycisnęła do ra­ mienia Piotra. Ten roześmiał się i nie kazał się długo prosić. Położył obie dłonie na jej biuście i pocałował ją w odsłoniętą szyję. Krzyknęła cicho i zaczęła zachęcająco wić się w jego rękach. Zaczęłam rozmawiać z Mienszykowem, który siedział obok mnie. - Na Boga, nic dziwnego, że tak często zapominam, że jesteś moją bratanicą! - usłyszałam, jak mówi Piotr. - A od kiedy to carom przeszkadza? Poza tym mój ojciec był tylko twoim przyrodnim bratem - zaćwierkała bezczelnie Katarzyna. Mienszykow pogładził się po eleganckich wąsach i pochylił ku mnie. - Uważaj na tego małego ptaszka. Pasowałoby jej zostać carycą. Wtedy jej tłusta matka i durne siostry tańczyłyby, jak im zagra. A j u ż nieraz się zdarzało, że car poślubił swoją krewną - szepnął. Skinęłam głową i odwróciłam się z powrotem do Piotra i Katarzyny. Właśnie wsunęła Piotrowi dłoń między uda i poruszała nią zręcznie, niczym ptaszek skrzydełkiem. Car cicho stęknął. Położyłam dłoń na jej ramie­ niu i zdecydowanie pociągnęłam je do góry. Rzuciła mi zimne, gniew­ ne spojrzenie. - Nie wolno nam zapominać, że nie znajdujemy się w sypialni, tylko jesteśmy gośćmi u Aleksandra Daniłowicza. Jego Dostojność poprosił właśnie pokornie o możliwość przedstawienia propozycji do­ tyczącej małżeństwa wiążącego Rosję z Kurlandią... - powiedziałam przyjaznym tonem. - Tak? O co chodzi? - Piotr był wyraźnie niezadowolony z prze­ rwania mu namiętnych pieszczot. Mienszykow schylił głowę pod ciężką, upudrowaną peruką i po­ wiedział: - Skoro chcemy okazać królowi Prus i jego siostrzeńcowi, księciu Kurlandii, nasze przywiązanie, to czy najlepszym rozwiąza­ niem nie byłoby uczynienie kurlandzką księżną naszej najpiękniejszej księżniczki, carówny Katarzyny Iwanowny?

Katarzyna patrzyła na Mienszykowa wzrokiem pozbawionym wy­ razu. Nienawidziła go równie mocno, j a k jej matka. Przytuliła się do Piotra i zaczęła płakać. - Stryju, ja nie chcę być z dala od ciebie! Chcę rodzić dzieci dla Rosji! - wydęła wargi. - Mnóstwo synów! Moja matka pokazała, jak jesteśmy płodne. Do końca życia będę nieszczęśliwa, jeśli będę musiała cię opuścić - wyjąkała, pociągając go delikatnie za włosy. Piotr mruknął z zadowolenia. Zacisnęłam pięści, żeby nie złapać księżniczki za włosy albo nie rozdrapać jej różowej buzi. - Płodne owszem, ale tylko w córki! - stwierdziłam ze złośliwym uśmieszkiem. Piotr przerwał tlącą się między nami kłótnię. - Masz rację, Mien­ szykow. Ale myślę, że dla Katarzyny znajdziemy jeszcze lepsze rozwią­ zanie... - dodał, obejmując dłońmi pupę i uda swojej bratanicy. Popa­ trzył na jej siostry. Praskowia właśnie ciągnęła za włosy swoją drugą córkę, Annę. Piotr nie zastanawiał się długo. - Anna pojedzie. Anna zostanie księżną Kurlandii. A ja, Alosza, pozwiedzam sobie twoją ga­ lerię z Katarzyną. Mienszykow roześmiał się z miną spiskowca, lecz ja widziałam, że wcale mu się to nie podoba. Nie patrzyłam za Piotrem i Katarzyną, lecz dźwięki, które dotarły do nas od strony wejścia do sali, były jednoznaczne. Piotr nie czekał nawet, aż znikną w korytarzu, żeby obdarzyć carównę Katarzynę Iwanowną swoją uwagą. Noc w Szlisselburgu, gdy Piotr obiecał mi mał­ żeństwo, zdawała się odległym snem. Pozwoliłam, by jeden ze służących napełnił mi puchar wódką. W tym samym momencie wniesiono pieczone pawie w całym upie­ rzeniu, a muzykanci zaczęli grać wesołego menueta. Przyszła księżna Kurlandii tańczyła w kręgu ze swoimi siostrami. Katarzyna Iwanowna wróciła z galerii z potarganymi włosami i błyszczącymi oczami. Usiad­ ła obok swej matki, unikając mojego wzroku. Praskowia przysunęła głowę, gdy Katarzyna coś jej szeptała, a potem odrzuciła ją do tyłu i ro­ ześmiała się z zadowoleniem.

Carówna Anna Iwanowna była pełną dumy panną młodą. Książę po­ prosił najpierw o portrety wszystkich pięciu księżniczek. Każda mu się podobała! Wydawał się jednak zadowolony z wyboru Piotra, ponieważ jego narzeczona była j u ż dorosła, miała świeży oddech i ciemne, błysz­ czące oczy. Równie zadowolony był z posagu Anny. Nakłoniłam Piotra, by okazał hojność. Anna otrzymała więc sakiewkę z dwustoma tysiąca­ mi rubli, które Fryderyk Wilhelm zamierzał natychmiast spożytkować na spłatę swych karcianych długów. Rankiem w dniu ślubu weszliśmy razem z Piotrem do komnaty panny młodej, w której siostry przygotowywały Annę Iwanowna do uroczystości zaślubin. Tego dnia na Newie utworzyła się pierwsza war­ stwa cienkiego lodu i padał gęsty śnieg. Katarzyna uniosła włosy sio­ stry wysoko do góry i posłała carowi promienny uśmiech. - Mój carze, jakąż łaskę okazaliście mojej siostrze! Czegóż innego może życzyć so­ bie kobieta, jak zostania szczęśliwą narzeczoną? Oby Bóg był dla ciebie łaskawy i obdarował cię wieloma synami! Najchętniej uderzyłabym ją za złośliwą aluzję ukrytą w przyjaźnie brzmiącym głosie. I naprawdę zamierzałam postarać się, żeby ta mała carówna szybko wyszła za mąż, skoro tak bardzo tego pragnie. Była niczym grzejąca się klacz, a odkąd tak jednoznacznie okazała swoje intencje, Piotr coraz rzadziej pojawiał się w moim łóżku, a jeśli już, to był zupełnie rozkojarzony. Piotr roześmiał się i pocałował ją w oba policzki. A potem upo­ mniał pannę młodą. - A n n o Iwanowna, moja ukochana bratanico! W swoim małżeństwie musisz okazać swemu zmarłemu ojcu, moje­ mu ukochanemu bratu i czcigodnemu carowi Iwanowi, a także Rosji, należną im cześć. Nie wychodzisz za mąż dla siebie, lecz dla swojego kraju. Przestrzegaj praw i wiary, w których się wychowałaś. Naucz się kochać i szanować swoją nową ojczyznę. Twój mąż jest głową twojej rodziny, bądź mu posłuszna. Anna posłusznie i z pokorą skinęła głową. Piotr odprowadził ją pod rękę do cerkwi Twierdzy Pietropawłowskiej, zastępując zmarłego ojca. W cerkiewnej lawie było tak zimno, że nasze oddechy niczym chmury unosiły się ku ikonom.

Jednak gdy państwo młodzi uklękli przed ołtarzem, pop spojrzał znad stron księgi modlitewnej i powiedział zdecydowanym głosem: - Nie mogę udzielić tego ślubu ze względów religijnych. - Wszyscy pomyśleliśmy, że się przesłyszeliśmy. Zdumiony Fryderyk Wilhelm odwrócił się w stronę pruskiego posła, lecz ten tylko wzruszył ramio­ nami i uniósł oczy ku powale. Anna zaczęła płakać, więc Praskowia pośpieszyła do niej. Car wstał z klęczek. Chwycił popa za habit i wyciągnął dubinę z kieszeni swojego długiego haftowanego surduta. - A czemuż to nie, przeklęty popku? - zagroził mu. Kapłan zbladł jak płótno. - Nie mogę w imieniu świętej rosyjskiej Cerkwi wydać carówny za niewiernego. Byłoby to sprzeczne z prawem i godzące w Boga. - Ze strachu mówił tak cicho, że prawie nie było go słychać. Piotr uniósł ramię i dwa razy uderzył popa dubiną w głowę. Krew zaczęła kapać na kolorowy marmur chłodnych płyt. Piotr kopnął go w kierunku kilku gwardzistów. - Zabierzcie go. Trzydzieści uderzeń bata za obrazę cara Wszechrusi w obecności zagranicznych dostojni­ ków. Widziałam, jak pruski poseł blednie. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby chciał wstawić się za popem, lecz potem zmienił zdanie. Anna dostała spazmów, a ja podstawiłam jej pod nos malutką bute­ leczkę z solami trzeźwiącymi. Łzy zostawiały paskudne ślady na jej upudrowanej na biało twarzy. Praskowia szturchnęła ją grubiańsko w bok. - W e ź się w garść, Anno! - syknęła na córkę. - Mienszykow! - głos Piotra rozległ się w stęchłym powietrzu cer­ kwi. - Sprowadź swojego popa. I od razu mu powiedz, co się z nim stanie, jeśli nie będzie chciał zaślubić mojej bratanicy z księciem. Przyjęcie weselne było mimo wszystko udane, a jednocześnie po­ zbawione jakichkolwiek śladów tradycyjnych rosyjskich obyczajów. Kolorowo odziani mężczyźni i kobiety siedzieli razem przy długich stołach i delektowali się kawiorem, rybami, drobiem, wszelkiego ro­ dzaju mięsiwem, a także olbrzymim tortem w kształcie nowego Pa­ łacu Zimowego Piotra. Kucharze Feltena pracowali nad nim trzy dni. Przetańczyliśmy całą noc i podziwialiśmy wspaniałe ognie sztuczne.

Na niebie rozbłysły splecione ze sobą herby Romanowów i domu kurlandzkiego. Młody książę był w tym momencie zbyt pijany, by przejąć się małżeńskimi obowiązkami. Gdy nowożeńcy pośród łez i uścisków wsiadali później do sań, by wyruszyć do Kurlandii, zwróciłam uwagę na niezdrową barwę jego cery. Noc przed wyjazdem w końcu spędził z Anną, a ona wydawała się zadowolona. Płozy ich sań sypnęły iskrami, gdy sunęli po twardym śniegu newskiego nabrzeża, a kolorowe chorą­ giewki łopotały w świeżym, porannym wietrze Nowego Roku. Trzy dni później księżna Kurlandii była z powrotem wśród nas. Pięć­ dziesiąt mil od Sankt Petersburga jej mąż zwymiotował po kolejnym przyjęciu poprzedniego wieczoru na posterunku pocztowym. Upadł przy tym głową w śnieg i udusił się własnymi wymiocinami, pośród krzyków przerażonej młodej żony. - Piotr Andriejewicz Tołstoj to najbardziej uciążliwy z moich posłów! - wykrzyknął Piotr, podsuwając list, który właśnie otrzymał, pod skośnie padające światło popołudnia. - To jego trzecia prośba, jaką przysłał w tym tygodniu! Najwyraźniej wizyty na targu niewolników w Konstantynopolu nie zajmują go wystarczająco... - mruknął i upuś­ cił pismo na stół, na którym leżały j u ż stosy innych papierów i ukazów. - Wciąż chce więcej pieniędzy i więcej sobolich futer! Chciwość sułta­ na Wysokiej Porty jest niczym beczka bez dna! - Co takiego, jeszcze mu mało? - roześmiałam się i powoli prze­ kręciłam na brzuch. Moje pokojówki podały nam ciepłe pierniki z orzechami i miodem, które z przyjemnością chrupałam. Jednocześ­ nie oglądałam szkice nowej sukni rozłożone na kilku poduszkach na podłodze. Kilka polan w kominku zapadło się z trzaskiem, a mój poko­ jowy piesek z jazgotem umknął przed snopem iskier. Roześmiałam się znowu, chwyciłam go i pocałowałam w mokry pysk. Piotr krążył wokół mnie niczym orzeł wysoko na niebie. Leżałam spokojnie i tylko kątem oka obserwowałam, jak czubki i zniszczone podeszwy jego butów zbliżają się i oddalają. Wzięłam jeszcze jeden ka­ wałek piernika i łakomie wdychałam jego ciepły, słodki zapach. Piotr

znienacka zatrzymał się tuż przede mną. Zaciśniętą pięścią uderzył w swoją dłoń. - To jest to. To jest to, czego potrzebujemy. Ci przeklęci Francuzi i Anglicy mają rację z tą swoją gadaniną. Jeszcze dziś napiszę ukaz... - Co takiego? - zapytałam, odkładając kolorowe szkice. Jedno­ cześnie usiadłam i naciągnęłam na ramiona miękki, bogato haftowany szal z perskiej wełny. Tej zimy czuło się chłód pod skórą nawet blisko rozpalonego kominka. Błękitna aksamitna suknia zdawała się kleić do mego ciała, wilgotna i ciężka. Piotr ukląkł i położył mi głowę na ramie­ niu. Zimny pot wystąpił mu na czoło, a ja głaskałam go delikatnie po włosach. Wciąż nie był zdrowy i jeśli wierzyć Blumentrost owi, nigdy już nie miał takim być. Powinno się przepędzić tego pigularza i znaleźć medyka, który potrafiłby wyleczyć cara, naprawdę! Czyż nie takie było jego zadanie? - Ach, Katerinuszka. Nie mogę już dłużej sam rządzić Rosją westchnął Piotr. Przeraziłam się. - Co to znaczy? - zapytałam ostrożnie. Czyżby zamierzał ożenić się z jakąś zagraniczną księżniczką? Z kobietą, która urodzi mu synów? Przez ostatnie miesiące znów często gościł w moim łożu. Może znudziła mu się słodka uległość Katarzyny Iwanowny i jej bezczelne żądania dotyczące sukien i biżuterii? Piotr chętnie dawał, ale nie lubił być o to proszony. - Gdy wcześniej nie było mnie w Rosji, o wszystko dbał Fiodor Romodanowski. Był dobrym księciem-cezarem i troszczył się o kraj, gdy ja nie mogłem. Lecz wtedy Rosja była tak łatwa do rządzenia, tak łatwa! M a m wrażenie, że wszystko, co stworzyłem, przerasta mnie 0 głowę. Jestem niczym mały chłopiec w obliczu potężnej puszczy 1 m a m w ręku tylko mały nożyk, żeby ciąć wybujałe gałęzie. Wcześniej Rosja była tylko małą izbą z bajki, która po trzykroć obraca się na ku­ rzych łapkach. Teraz jest pałacem z korytarzami, piętrami, schodami i wieżami. Jeden człowiek nie może się w tym wszystkim połapać. Nie da się inaczej... - Głęboko odetchnął i spokojnie usiadł obok mnie na poduszkach przed kominkiem. - Potrzebuję senatu. Rosja potrzebuje wielu ludzi, którzy będą ją prowadzić, a nie tylko jednego.

- Czego Rosja potrzebuje? - zapytałam. Nigdy wcześniej nie sły­ szałam tego słowa, ale zabrzmiało ono w moich uszach jakoś tak mięk­ ko. Wstałam i nalałam sobie na dłonie odrobinę różanego olejku z ma­ łej karafki z weneckiego szkła. A potem zaczęłam delikatnie masować rozpalone rozmyślaniami skronie Piotra. Powietrze wypełnił zapach pokruszonych płatków róż i minionego lata. - Co to jest senat? - zapy­ tałam i zaczęłam miękkimi, okrężnymi ruchami rozluźniać skurczone mięśnie jego barków. Piotr roześmiał się i poddał ruchom moich palców, które ugniatały jego ramiona. - Co to jest senat? To grono ludzi, których mądre decyzje sprawią, że Rosja będzie działać jak dobrze naoliwiony mechanizm. Mu­ szą to być mężczyźni zasługujący na ten zaszczyt, a nie tacy, którzy będą w nim zasiadać tylko dlatego, że urodzili się arystokratami, rozumiesz? Skinęłam głową. - A czym dokładnie mają się zajmować? - dopy­ tywałam. - Czy będą mieć prawdziwą władzę? - Tak, ale tylko w takim zakresie, w jakim uznam za słuszne! Mają troszczyć się o państwo i rozsądnie nim zarządzać. Mają uchwalać mą­ dre i trafne uchwały i wprowadzać je w życie. Mają nadzorować sę­ dziów imperium, bo ostatnio dostajemy coraz więcej skarg na chciwe i niesprawiedliwe sądy. - Zawahał się przez chwilę. - I mają mi or­ ganizować pieniądze, dużo pieniędzy! Najlepszym senatorem jest ten, kto wymyśli najlepsze źródła dochodów! Pieniędzy na nowych rekru­ tów, na nowe sojusze, na Sankt Petersburg! - To my potrzebujemy pieniędzy? - zapytałam z okrągłymi ze zdziwienia oczami, przypominając sobie olbrzymi przepych, z jakim Piotr kazał urządzić nasz Pałac Zimowy. Roześmiał się i pogładził mnie po włosach. - Car zawsze potrze­ buje pieniędzy! Ale nigdy mu ich nie zabraknie, dopóki ma poddanych. To, co należy do nich, należy do mnie. Mogę z tego korzystać podług własnego widzimisię. Nie, teraz brakuje mi dobrego oglądu. I do tego potrzebuję sprawnego senatu. Kto nie będzie mu posłuszny, zostanie ukarany tak, jakby to mnie nie był posłuszny. - A co, jeśli połączą się przeciwko tobie i ustalą coś, czego nie chcesz? - zapytałam z zainteresowaniem. - Oddasz im część swej władzy?

Piotr potrząsnął głową. - Nigdy! Już ja się o to postaram, żeby w senacie nie panowała zbyt wielka zgoda. Nie mogą sobie nawzajem ufać. Tłuste brzuchy i wolne duchy skłaniają do buntu, a tego, na Boga, z pewnością mi nie potrzeba! - warknął. Mięśnie jego karku znów stwardniały i przez chwilę pocierał głową o moją szyję. - Hm... Chęt­ nie bym tu został. Ale muszę natychmiast napisać ten ukaz... - Zanim zdołałam go powstrzymać, już był na nogach i po kilku krokach zna­ lazł się przy małych drzwiach, pokrytych identyczną tapetą jak ściany pokoju. Dzięki nim mógł niepostrzeżenie wchodzić do moich komnat i wychodzić. W tym momencie ktoś zastukał do tych małych drzwi. Odwrócił się do mnie i zapytał: - Spodziewasz się tajemniczego gościa, Katerinuszko? Zdumiona pokręciłam głową i mocniej otuliłam się szalem, za­ nim wstałam. Poczułam nagimi stopami miękkie dywany i otworzy­ łam drzwi, spodziewając się jednej z moich dam. Ku memu zdumieniu klęczał w nich jednak jakiś posłaniec. Za nim stało dwóch żołnierzy. Posłaniec był zdyszany po długiej i pośpiesznej jeździe, a jego płaszcz pokrywało błoto i kryształki lodu. Jego buty zostawiły mokre ślady ze stopionego śniegu i brudu ulic na delikatnie lśniącej marmurowej po­ sadzce Pałacu Zimowego. Ukląkł przed Piotrem i uderzył się pięścią w pierś. Ze spuszczoną głową wydukał: - Mój carze! Pilna wiadomość z Wysokiej Porty! Roześmiałam się i kazałam mu wstać. - Czy Tołstoj chce więcej złota i soboli? To wybrał nie najlepszy moment. Posłaniec popatrzył tylko na mnie poważnie swoimi ciemnymi oczami. Nie miał przy sobie żadnego listu i przekazał wiadomość ust­ nie. - Karol Gustaw jest w Złotej Porcie. Piotr Andriejewicz próbo­ wał przekonać sułtana do Rosji, lecz nie miał na to środków. - Piotr podciągnął posłańca do góry i podprowadził go do mojego kominka. - Karol jest w Konstantynopolu? Jak to: nie miał środków? A jakimi to środkami dysponował Karol? Przecież Połtawę opuścił biedny j a k mysz kościelna? - zapytał, z trudem się opanowując. Posłaniec potrząsnął głową. - Szwed opływa w złoto. Uratował jednak swoją wojenną kasę spod Połtawy. Poza tym pieniądze poży-

czyli mu bracia Cook z angielskiej Kompanii Lewantyńskiej, a także książę Holsztynu. - I? - zapytał Piotr z ponurym wyrazem twarzy. - Cóż, sułtan od dawna martwi się rosnącymi wpływami Rosji nad Morzem Czarnym. Jesteście tam zbyt blisko jego imperium, to go nie­ pokoi. Tołstoj chciał ratować, co się jeszcze dało, i zmusił sułtana do podjęcia decyzji. Domyśliłam się, że to nie będą dobre wiadomości. Posłaniec kon­ tynuował: - Sułtan odpowiedział niemożliwymi żądaniami. Stanisław Leszczyński miał znów zostać królem Polski. A Inflanty i okolice Sankt Petersburga miały wrócić do Szwecji. Piotr chwycił j e d n o z piór i złamał je w gniewie. - Co za tłusta ropucha z tego sułtana! M a m nadzieję, że Tołstoj wiedział, co odpo­ wiedzieć? Posłaniec skinął głową poruszony. - Jak najbardziej. - Nie śmiał podnieść oczu na Piotra. - I? - dopytywał się car. - I co się stało? - Niespokojnymi palca­ mi bawił się wiązaniem swej zielonej bonżurki. - Sułtan kazał natychmiast zamknąć Piotra Andriejewicza Tołsto­ ja w Zamku Siedmiu Wież. Piotr wymamrotał dosadne przekleństwo. Makarów zasłonił sobie oczy dłonią i pokręcił głową. Ja tylko patrzyłam to na jednego, to na drugiego, próbując coś z tego zrozumieć. - Co to oznacza? - zapytałam cicho po chwili milczenia. Piotr odwrócił się w moją stronę i niezwykle delikatnym gestem pogładził mnie po włosach. - T o , Katerinuszko, oznacza wojnę. Jak­ b y ś m y nie mieli ich dosyć. Jeszcze j e d n a wojna - mruknął. A p o t e m uśmiechnął się do mnie i zapytał: - Wyruszysz ze mną do Turcji? Podaruję ci największy szmaragd, jaki uda mi się znaleźć w K o n ­ stantynopolu. A tę tłustą ropuchę, sułtana, upieczemy na w o l n y m ogniu. Rosja tego samego dnia, w którym otrzymała senat, znalazła się w stanie wojny z Wysoką Porta.

- Oczywiście ta jego dziwka praczka znów wyrusza z nim w pole! Zimny glos Katarzyny Iwanowny rozległ się pośród niewielkiego towarzystwa zgromadzonego w domu Praskowii. Carówna wybrała zły moment na wypowiedzenie tych słów. Zabrzmiały wyraźnie i okrutnie w chwili ciszy, która natychmiast zapadła. Służący właśnie sprzątnęli drugie danie, a muzykanci musieli zrobić przerwę na nastrojenie in­ strumentów. Goście wokół nas, najbliżsi przyjaciele Piotra i jego rodzi­ na, odstawili sztućce, wytarli utluszczone palce w obrus i wzdychając z zadowolenia, oparli się o miękkie poduszki. Wszyscy zamarli, słysząc słowa Katarzyny, które przeznaczone były tylko dla Praskowii. Carów­ na Iwanowna zaczerwieniła się aż po nasadę włosów, gdy uświadomiła sobie, że dotarły do nas wszystkich. Potem jednak bezczelnie wydęła usta, odrzuciła starannie ufryzowaną głowę do tyłu i klasnęła w dłonie, żeby przywołać podczaszego. Piotr, który rozmawia! akurat z Szafirowem i Szeremietiewem 0 tym, skąd wziąć pieniądze i wsparcie dla kampanii w Turcji, podniósł wzrok. W ostatnich dniach nie był w najlepszym nastroju. Ze wszyst­ kich sojuszników tylko książę Dymitr Kantemir z Mołdawii chciał z nim pociągnąć. Zarówno August Sas, jak i Kozacy zdecydowanie nie chcieli narazić się Wysokiej Porcie. Katarzyna Iwanowna musiała poczuć jego wzrok tak, jak skazany na galery czuje na ramieniu bat. Wszyscy na sali wstrzymali oddech. Powietrze było pełne napięcia jak przed burzą. Kilka instrumentów za­ brzmiało nieśmiało, lecz zamilkły natychmiast na gniewny gest Piotra. Spojrzał na mnie. Pochyliłam głowę, lecz wypowiedziane publicznie upokarzające słowa Katarzyny sprawiły, że łzy spływały mi po policz­ kach. Piotr sięgnął nad obrusem po moją bezwładną dłoń w taki spo­ sób, żeby wszyscy to widzieli, i uścisnął ją. Obok mnie siedziały Anna 1 Elżbieta. Obie zaczęły jednocześnie głaskać mnie po rękach. Nie ro­ zumiały słów, które wypowiedziano, lecz dostrzegły mój ból. Piotr powoli wstał. - Praskowio, caryco w d o w o - zawołał przez całą salę. Praskowia Sałtykową zadrżała, schodząc z poduszek i przyklękając. - Mój carze - wymamrotała i dotknęła czołem lśniącej drewnianej mozaiki na

podłodze. - Niech twoje córki też wstaną. Carówny Iwanowny i księż­ na Kurlandii także - rozkazał Piotr krótko twardym głosem. Młode kobiety uklękły przerażone obok swojej matki i też dotknę­ ły czołami podłogi. Piotr powiódł wzrokiem po sali, a jego głos jakby zmiękł, gdy powiedział: - Natalio Aleksiejewną, droga siostro, ty tak­ że, proszę. I pozostałe moje siostry, carówny Aleksiejewny. - Wielka księżna Natalia pocałowała swojego małego pieska w pysk i z weso­ łą miną dołączyła do Praskowii i jej córek. Uśmiechnęła się do mnie z otuchą. Jej śladem poszły stare carówny Aleksiejewny. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, Piotr wziął mnie pod ra­ mię i podciągnął, żebym wstała. O mało się nie potknęłam, gdy szyb­ kim krokiem prowadził mnie do klęczących kobiet. - Caryco Praskowio i rosyjskie carówny! Jesteście największymi damami Rosji. Całe życie dbałem o to, by okazywano wam należny wa­ szemu stanowi szacunek. Teraz jednak... - przerwał na chwilę, a oczy księżniczek wpatrywały się w niego błagalnie. Jedna z młodszych carówien Iwanownych zaczęła cicho płakać. Piotr zaczął powoli mówić da­ lej: - Teraz jednak za największą damę rosyjskiego dworu uznaję moją towarzyszkę, matkę moich córek Anny i Elżbiety, Katarzynę Aleksie­ jewną! Rozkazuję wam, a zarazem całemu memu ludowi, byście uzna­ li ją za swoją panią! - uniósł głos, jakby o jego postanowieniu miała dowiedzieć się nie tylko cala sala, lecz także całe imperium. - A jeże­ li przed kampanią turecką nie znajdę czasu, by ją poślubić albo wolą Bożą będzie, bym poległ w polu, rozkazuję dziś w a m i wszystkim pozo­ stałym: Katarzyna Aleksiejewną z naszej woli zostaje carycą Rosji! Ka­ tarzyna Aleksiejewną jest towarzyszką u mego boku także na rosyjskim tronie! Oddajcie jej cześć, jaka jej przysługuje! Kto ją obrazi, obrazi mnie! Makarów, spisz to! - rozkazał jeszcze na koniec pisarzowi. Ten skinął głową i popędził jednego z pomocników po papier i pióro. Bałam się nawet oddychać, a dłoń Piotra przykleiła się do mojej. Zwróciłam się w jego stronę i pokłoniłam głęboko. Kolana mi drżały. Przyłożyłam jego dłoń do swojego policzka, zanim ją ucałowałam. - Na Boga, będę z całych sił starać się okazać, że jestem godna okazanego mi przez Waszą Wysokość zaszczytu.

Gdy się podniosłam, Piotr uniósł dłoń i znów się roześmiał. - Mu­ zyka! I musujące wino z Francji! No już, leniuchy, i żeby nikt nie pró­ bował się oddalić, zanim na to pozwolę! Muzykanci zaczęli grać do tańca, a Piotr pocałował mnie w rękę. - Czy mogę prosić? - zapytał z niezwykłą galanterią. - Tylko przestań j u ż płakać, mateczko. Nie wypada płakać, gdy car ogłasza cię swoją towarzyszką - dodał cichym głosem, tak żebym usłyszała go tylko ja. Wtedy rozpłakałam się jeszcze bardziej i przez cały wieczór nie potra­ fiłam się uspokoić. Cieszyłam się, że znów w y r u s z a m z Piotrem w pole i k a z a ł a m pako­ w a ć kufry. A n n a i Elżbieta bawiły się w moich k o m n a t a c h , podczas gdy ja wraz z ochmistrzynią przeglądałam długą listę rzeczy, które chciałam mieć w obozie. Obie dziewczynki były duże i silne j a k na swój wiek. Jednak nie u m k n ę ł o mej uwadze, że mała Elżbieta przy każdej okazji szturcha A n n ę albo zmusza ją do posłuszeństwa. Wy­ znaczyłam więc j e d n ą z dam dworu, by ich pilnowała. - Lizenko! Bardzo proszę nie ciągnąć Anuszki za włosy! - usłyszałam jej napięty głos. Uściskałam je obie na pożegnanie i zostawiłam pod przyjazną i cierpliwą opieką Natalii Aleksiejewny. Zawsze z o g r o m n y m trudem p o d e j m o w a ł a m decyzję, czy być z nimi, czy z ich ojcem. P o m i m o zaszczytu, jaki okazał mi Piotr, życie u j e g o boku wciąż w y d a w a ł o mi się niczym spacer po pierwszym lodzie na Newie wczesną zimą. Nigdy nie było w i a d o m o , czy bryły poczerniałego lodu dadzą radę cię unieść, czy też nie. Szeremietiew wraz ze swymi oddziałami j u ż wymaszerował z Rygi. W Smoleńsku mieli zebrać nowych rekrutów. Piotr w gniewnych listach wciąż popędzał umęczonego wojaka. Jego oddziały musiały dotrzeć do Dunaju, zanim Turcy wkroczą do Polski i Mołdawii! Szybciej, szybciej, szybciej, nie można stracić ani jednego dnia. Nasza droga prowadzi­ ła przez Smoleńsk i Słuck, ponieważ droga kijowska była zagrożona atakami Tatarów. Gdy w marcu opuszczaliśmy Sankt Petersburg, nad naszymi głowami powiewał w pierwszym, ciepłym wiosennym wie-

trze sztandar z krzyżem i słowami świętego Konstantyna: „Pod tym znakiem zwyciężymy!". Obok Piotra jechał książę Dymitr Kantemir z Mołdawii, a za nim pięć tysięcy jego ludzi, którzy mieli walczyć u na­ szego boku. Gdy pozdrawialiśmy księcia i jego milczące, wysmagane surowym wiatrem mołdawskich gór oddziały, na niewielkim koniku obok niego siedziała prześliczna mała dziewczynka. Jej włosy były bar­ wy świeżego, dopiero co wyciśniętego z plastra miodu, a skóra lśniła delikatnie niczym złoto. Jej oczy były jasne jak oczy psa zaprzęgowego i trzymała się prosto, j a k prawdziwa księżniczka. Piotr ze zdumieniem przyjrzał się temu dziecku, które mogło mieć najwyżej osiem lat. - Kto to jest, książę Dymitrze? Kampania wojenna to nie miejsce dla dzieci. Już kobietom trudno mnie przekonać o ko­ nieczności ich pobytu w polu - mrugnął do mnie okiem. Książę Kantemir uśmiechnął się. - To moja córka, Maria Kante­ mir. Zabieram ją ze sobą zawsze i wszędzie. Nikomu na swoim dworze nie ufam na tyle, by ją tam zostawić. Mała księżniczka opanowanym gestem skinęła nam głową. Piotr stwierdził wprost: - Jaka ona jest piękna. - Wpatrywał się w nią bez skrępowania. I patrzył na nią tak, jak mężczyzna patrzy na kobietę. Po­ czułam mdłości, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Maria Kantemir patrzyła na niego obojętnie i w milczeniu. A potem popędziła swojego konia ostrogami, zostawiając cara Rosji w chmurze kurzu. Patrzył za nią, jakby chciał ją pożreć wzrokiem. W o w y m roku wiosenne słońce spaliło skromne zasiewy na zwykle tak płodnych polach. Trawa przy drogach była gorzka i sucha, więc nawet nasze konie nie miały co jeść. Do tego poprzedniej jesieni wielkie przestrzenie Ukrainy spustoszyła plaga szarańczy. Upał po­ garszał jeszcze klęskę głodu, spowodowaną kiepskimi zbiorami po fatalnej pogodzie w zeszłym roku. Koryta rzek wyschły tuż po od­ wilży, a woda, którą czasem znajdowaliśmy w wiejskich studniach, była cuchnąca i zepsuta. Ciągnęliśmy przez pogrążony w rozpaczy kraj, czując nienawiść ludzi, którym odbieraliśmy ostatki żywności, niczym powiew moru.

Po wielu tygodniach dotarliśmy do Dniestru. Nie mogliśmy jed­ nak rozbić obozu nad rzeką, jak planowaliśmy. Czym miałyby się wyżywić tysiące ludzi i koni? Gdy przekraczaliśmy rzekę, rwący nurt wody sięgał aż po plandeki wozów. Fale porwały kilka z nich. Utonęło wiele koni, a całe ładunki prochu strzelniczego zamokły i stały się bez­ użyteczne. Mężczyźni trzymali broń nad głowami, z trudem stawiając krok za krokiem. Po drugiej stronie rzeki krajobraz znów się zmienił. Mój wzrok utonął w morzu rozpalonego piasku. Gryzący wiatr układał go w szare, wrogie fale. To było morze beznadziei. Całą nadzieję pokładaliśmy w dolinie rzeki Prut. Gdy tam dotarliśmy, było j u ż prawie lato. Tutaj zamierzaliśmy odpocząć po trudach wę­ drówki. Miałam wrażenie, że wojsko zostało pokonane, zanim zaczę­ ło walczyć. Głód i pragnienie sprawiały, że krew leciała nam z nosów, a w uszach szumiało. Wieczór, podczas którego nad rzeką Prut wspo­ minaliśmy Połtawę, był jedną z nielicznych szczęśliwych chwil ture­ ckiej kampanii. Piotr i ja upiliśmy się słodkim tokajem, który Felten znalazł w jednej z wiosek i tarzaliśmy się po gorącym piasku wydm. Moja skóra lśniła złotawo od bezlitosnego słońca, we włosach pojawiły się jasne pasemka, a niedostatki sprawiły, że moje ciało stało się nie­ mal tak jędrne jak przed ciążami. Pomimo trudności starałam się prze­ bierać każdego wieczoru, wypłukiwać kurz z oczu i nakładać makijaż. Odpoczywaliśmy nad Prutem. Piotr i jego ludzie daremnie starali się odkryć położenie tureckiej armii. Po kilku pełnych monotonii dniach zaczęliśmy zachowywać się lekkomyślnie, plądrowaliśmy w mgnieniu oka położone w sąsiedztwie wioski i każdego wieczoru świętowaliśmy swawolnie koniec niedoli i trudów. Sądziliśmy, że tchórzliwi Turcy gdzieś się pochowali. Dziewczęta z położonych w okolicy lenn zostały oddane do dyspozycji żołnierzy w ramach przysługującego im żołdu, a ja wzięłam sobie jedną z nich na pokojówkę. - Szkoda tego szmaragdu, który chciałem zerwać tłustemu sułta­ nowi z szyi! - stwierdził Piotr i pocałował mnie, zanim przyłożył sobie do ust butelkę wina.

- Zawsze jeszcze możesz mi go podarować - przekomarzałam się. Roześmiał się, a potem zasnęliśmy przy stole pijani i mocno objęci. Wczesnym rankiem obudziły nas jednak nie bezlitosne promienie j a s ­ nego słońca, lecz grzmiące trąby. Szeremietiew wpadł z krzykiem do namiotu. - Mój carze! To straszne... - Kto? Co? - ofuknął go Piotr, przykładając dłonie do bolącej gło­ wy i zaspanych oczu. Szybko podciągnęłam koszulę na ramiona, bo Piotr przez sen ssał moją pierś. Szeremietiew ukląkł obok nas i chwycił Piotra za ramię. Był blady jak płótno. - Turcy! Jesteśmy otoczeni. Je­ steśmy zgubieni. Mają nad nami przewagę - wyjąkał. - Co takiego? - wykrzyknął Piotr. Skoczył na nogi i w biegu wcis­ nął brudną koszulę w spodnie, a potem odsunął namiotową płachtę. Jaskrawe światło poraziło mój wzrok. Bezradnie mrugałam w skrzącej się poświacie. M i m o to przez niewielki otwór dostrzegłam poruszenie panujące w obozie. Też wstałam, okryłam się czymś i wyszłam na ze­ wnątrz. Czy widok, który się przed nami roztaczał, był przerażający, czy raczej wspaniały? Zostaliśmy otoczeni. Rosyjską armię, liczącą czter­ dzieści tysięcy ludzi, otoczyły niemal trzykrotnie większe siły tureckie i tatarskie. Wokół naszego obozu zgromadziła się groźna, spieniona wrogością fala żołnierzy. Złoty półksiężyc lśnił dumnie na tysiącach czerwonych chorągwi, które łopotały jak oszalałe w upalnym wietrze. Aż po horyzont położonych nad Prutem stepów widać było tylko żoł­ nierzy, którzy wzbudzali strach swoimi pistoletami i strzelbami, cięż­ kimi szablami u boków, błyszczącymi mundurami i niewyprawionymi skórami na ramionach i wokół łydek. Pośród nich, na miękkim podwyższeniu z poduszek i dywanów, siedział mężczyzna o pokaźnej posturze. Był tak nieruchomy, jakby wykuto go z kamienia. Klejnoty, którymi zdawał się być pokryty, iskrzyły się w świetle poranka niczym sztuczne ognie na nocnym niebie. To musiał być sułtan. Zatrzymałam na nim wzrok, zapamiętując ten widok. Byliśmy zgubieni.

- Święta Matko Boża, co mamy czynić? - wymamrotał stojący obok mnie Piotr. Szeremietiew popatrzył na niego bezradnie. Lecz zaraz po­ tem car się otrząsnął. - Do broni! - rozkazał krótko. - Na pozycje! I to już! Myślisz, że m a m y cały dzień czasu? - Tak mocno szturchnął Borysa Piotrowicza, że ten o mało nie stracił równowagi. Piotr, odcho­ dząc, odwrócił się jeszcze na chwilę. - Cara Rosji nie można upolować j a k kaczkę siedzącą na wodzie. Jestem rosyjskim niedźwiedziem, a on atakuje. - Pobiegł w stronę swojego namiotu, wołając, by oficer przy­ boczny szykował mu broń oraz siodło i ogłowie dla Finette. Pomogłam Borysowi Piotrowiczowi odzyskać równowagę, obej­ mując go na chwilę. Skrył się w moich ciepłych ramionach, a ja poczu­ łam, że jego plecami wstrząsa suchy szloch. Od dwóch lat nie zaznał ani chwili spokoju. - Odwagi, Borysie Piotrowiczu. A teraz do broni - powiedziałam, gdy się trochę opanował. Ten mężczyzna uratował mnie z najgorsze­ go położenia. Zawdzięczałam mu życie u boku cara. Możliwe było, że właśnie widzę go po raz ostatni. Uścisnęłam jego dłoń, którą trzymałam w swojej. Turcy za nami kolejny raz zadęli w długie trąby, których blacha lśniła oślepiająco w blasku słońca. Do tego uderzyli w wielkie bębny i zaintonowali wojenną pieśń. Zabrzmiała niczym okrutne wycie tysię­ cy dzikich zwierząt. Przeszedł mnie dreszcz. Szeremietiew wyswobo­ dził się z moich objęć i rozkazał: - Do broni! Marszałek polny odwrócił się. Na tle muru muzułmańskiego woj­ ska wydał się nagle taki drobny i bezradny. Poczułam ucisk w sercu. Weszłam do namiotu, gdy Piotr, który założył j u ż zbroję, dyktował Makarowowi ostatnie słowa: - Pisz, Makarów: My, Piotr Aleksiejewicz, z laski Boga car Wszechrusi, postanawiamy: jeśli znajdę się jako jeniec w rękach sułtana, nikt nie będzie mnie już traktować jak cara. Nie zapłacicie za mnie ani jednego rubla i nie przelejecie ani kropli krwi. Jeśli z wyroku Jego niezbadanej woli polegnę w polu, przekażcie carską koronę najgodniejszemu z moich potomków. - Batiuszkal Starikl Przecież ty nie możesz... - krzyknęłam i rzu­ ciłam mu się do stóp.

Popatrzył na mnie i pogładził po twarzy. - Przynajmniej wobec ciebie należycie zachowałem się przed wyjazdem. Będziesz żyć otoczo­ na szacunkiem. Dziękuję ci za siłę, którą mi zawsze dawałaś, Katerinuszko, mateczko. Jeszcze przez chwilę przyglądał mi się w zamyśleniu. Potem płachta namiotu uderzyła o kolumnę, a ja zostałam sama. Krzyki ludzi, brzęk broni, huk armat, odór krwi i śmierci przez następne godziny tylko mgliście przedzierały się przez otępienie, któ­ re wywołałam w sobie za pomocą rozcieńczonego w winie laudanum. Cały czas trzymałam jednak w dłoni sztylet. Gdyby Piotr zginął, zamie­ rzałam natychmiast zakończyć swoje życie. Obudziła mnie cisza, która zapanowała w obozie. Do środka namiotu docierało jedynie czyjeś ciche mamrota­ nie. Wstałam, otuliłam ramiona ciepłym szalem i wyszłam na zimną i gwieździstą pustynną noc. Tak cuchnęło rozpaczą, śmiercią i krwią, że musiałam zwymiotować. Dotknęłam stopą czegoś, co mogło być j e ­ dynie zwłokami. Nagle na moich ustach zacisnęła się jakaś dłoń. Zdu­ siła mój okrzyk przestrachu. Nic nie widziałam, lecz natychmiast roz­ poznałam zapach Piotra. Od razu się uspokoiłam. Jego głos zaszeptał ochryple: - Musimy się stąd wydostać, Katerinuszko. Musimy uciekać. Nasze konie są już gotowe, a przewodnik wskaże nam płyciznę na rzece. Załóż buty i zabierz ze sobą swoje klej­ noty. Będziemy ich potrzebować, by dotrzeć do Rosji - nakazał, zanim zdjął rękę z moich ust. Zaczerpnęłam powietrza i ze wstrętem wciągnę­ łam do płuc wiatr, który niósł ze sobą odór bitwy. I dopiero wtedy zrozumiałam. Car Wszechrusi chciał uciekać. Ka­ rol Szwedzki wolał śmierć od hańbiącego pokoju. Natomiast Piotr stał tutaj przede mną, z osiodłanymi końmi i kozackim przewodnikiem, któremu nie powierzyłabym nawet kręgu spleśniałego sera, a co dopie­ ro własnego życia! Przewodnik był niski i żuł betel. Mlasnął językiem i wypluł czerwoną ślinę. Jego oczy lśniły w blasku księżyca niczym og­ niska, którymi rabusie na plaży kuszą zbłąkane statki, sprowadzając je

na skały. Jak bardzo zdesperowany musiał być Piotr! Odsunęłam się od niego i powiedziałam spokojnym tonem: - Nie. Zdumiony powtórzył: - Co: nie? No już. Musimy wykorzystać to, że są chmury. Zasłaniają księżyc i nikt nas nie zobaczy. - Zostałeś pokonany, tak? Doznaliśmy całkowitej porażki? Je­ steśmy na łasce sułtana? - upewniłam się cicho. Pomimo panujących wokół ciemności dostrzegłam, że Piotr w milczeniu skinął głową. - No i co? - kontynuowałam. - W oczach Turków wciąż jesteśmy potęgą. Prawdopodobnie nie zdają sobie nawet sprawy z tego, czego dokonali. Jeszcze nic nie zostało postanowione. Rónne i Cziriwow na pewno sto­ ją już w Braile! Stamtąd odetną Turkom odwrót. M i m o wszystko Piotr dalej próbował mnie przekonać. - Kobieto! Ty nie wiesz, o czym mówisz! - ofuknął mnie z gniewem. - Ależ j a k najbardziej - odparłam, dając jednocześnie znak jedne­ mu ze stojących przy Piotrze żołnierzy. Ten chwycił Kozaka jedną ręką, a drugą mocno uderzył go w brzuch. Kozak wybełkotał coś, a potem z sykiem upadł na ziemię. - Zabierz go. I postaraj się, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, po co tutaj był - rozkazałam cicho. Przeciągnęłam dłonią po gardle, a żołnierz skinął głową. - Co ty uczyniłaś? - zawołał cicho Piotr. - Oszalałaś? Co my teraz zrobimy? - Dzięki temu nikt nie dowie się, że car Rosji chciał uciekać pod osłoną nocy i mgły! - syknęłam w odpowiedzi. - Chcesz, żeby cała Eu­ ropa klepała się po udach, naśmiewając się z uciekającego rosyjskiego niedźwiedzia? Jeśli teraz uciekniesz, zniszczysz wszystko, wszystko, co kiedykolwiek udało ci się stworzyć. Zagryzł wargi. Liczyłam jego oddechy. - Co więc proponujesz, Katarzyno Aleksiejewna? - zapytał w koń­ cu. Popatrzyłam na niego i spokojnym tonem odpowiedziałam: - Pój­ dę teraz i przyniosę moje klejnoty. Szeremietiew i Szafirów podarują je tłustemu sułtanowi, razem z całym bezużytecznym złotem z mojej szkatuły. A potem Rosja rozpocznie rokowania. Piotr zastanowił się przez chwilę, a potem skinął głową i rozka­ zał drugiemu żołnierzowi ze swojej przybocznej straży: - Przyprowadź

Piotra Szafirowa i marszałka polnego Szeremietiewa. Szybko. - Żoł­ nierz zniknął w ciemnościach. Piotr pogładził mnie po policzku. - Ty wcale nie jesteś kobietą, tylko mężczyzną. To ty powinnaś rządzić Ro­ sją, a nie ja - powiedział i zamyślił się. - Przynajmniej dziś w nocy! - dodał pośpiesznie, by osłabić w y m o w ę swoich słów. Odwróciłam się bez słowa i weszłam do namiotu. T a m chwyci­ łam dwie szkatuły z biżuterią, małe, obite żelaznymi taśmami skrzyn­ ki. Rozłożyłam jeden z moich perskich szalów i opróżniłam skrzącą się zawartość obu skrzynek. Perły, szafiry, rubiny i szmaragdy zalśni­ ły w półmroku namiotu, gdy na miękki materiał szala wysypały się z delikatnym brzękiem krzyże, spinki do włosów, grzebienie, łańcu­ chy, pierścienie, kolczyki, bransoletki, brosze i galony. Spojrzałam na stos klejnotów u swoich stóp. To był cały mój majątek. To było moje zabezpieczenie na wypadek humorów Piotra i nieustającej groźby, że zacznie starać się o rękę jakiejś europejskiej księżniczki. Zabezpiecze­ nie przed własną nieudolnością, bo nie potrafiłam urodzić mu silnego syna. Te klejnoty mogły zapewnić moim córkom wykształcenie, a mnie bezpieczną przyszłość. Dostrzegłam wiele ozdób, które łączyły się ze szczególnymi momentami mojego życia. Piotr zawsze hojnie mnie ob­ darowywał z okazji imienin, świąt, Nowego Roku czy innych okazji. Sięgnęłam po opaskę ozdobioną rzędami pereł, różowym kwarcem, turmalinami, błękitnymi topazami i pięknie kutym złotem. Miałam ją we włosach w ostatnie święta, gdy przebrałam się za kwiatową wróżkę. Założyłam też wtedy naszyjnik i bransoletę do kompletu. Obie ozdoby skryły się gdzieś w leżącym przede mną stosie. Dostrzegłam kolczyki po matce Piotra, pierwszy podarunek od niego. Chwyciłam je i wrzu­ ciłam do małej sakiewki przy pasku. Zaczęłam przerzucać rękami klej­ noty, jakby to były bezwartościowe otoczaki z rzeki. Z lekceważeniem odsuwałam naszyjniki z kolorowych diamentów, które natychmiast się poplątały. Niech sułtan sam je sobie rozplątuje, pomyślałam. W końcu znalazłam to, czego szukałam. Bransoletę ułożoną z maleńkich portre­ tów Piotra, A n n y i Elżbiety. Ich twarze uśmiechały się do mnie z wy­ sadzanych brylantami ramek. Założyłam ją na rękę. W tym momencie dostrzegłam też złoty pierścień, który Piotr podarował mi na pierwsze

urodziny naszej małej Katarzyny. Zdobił go żółty diament w kształcie serca. W złocie pierścienia osadzono też jasny lok jej włosów. Prze­ sunęłam po nim palcami. Związałam szal w nieforemny tobołek w o ­ kół pozostałych klejnotów. Zarzuciłam na ramię i chwyciłam jeszcze szkatułę ze złotem, którą trzymałam pod swoim posłaniem. Szafirów i Szeremietiew wzięli ode mnie w milczeniu tobołek i szkatułę i opuści­ li z nimi obóz. Wstający ranek pochłonął ich cienie. Piotr ściągnął z palca pierścień z pieczęcią. Włożył mi go do ręki i zacisnął wokół niego palce. - Nigdy nie zapomnimy tego, co dziś uczyniłaś. I nie zapomnimy też męstwa Szafirowa i Szeremietiewa - powiedział cicho. W milczeniu skinęłam głową i wsunęłam pierścień do sakiewki przy pasie. Zapomniałam o nim aż do pewnego dnia, który nadszedł dużo później. Sułtan z godnością przyjął mój dar. Ponoć aż cmoknął z zachwytu na widok moich klejnotów. Wynik rokowań był korzystny dla Rosji. Na mocy traktatu pruckiego A z o w powrócił do Turcji. Wszystkie rosyjskie twierdze nad Morzem Azowskim zostały zrównane z ziemią. Piotr zo­ bowiązał się, że nie będzie się j u ż nigdy mieszać w sprawy Polski. Po­ wrót naszej armii znów trwał miesiącami. Piotr pił całe noce ze swoimi żołnierzami i zadawał się z kobietami lekkich obyczajów, które zawsze ciągną za wojskiem. Nie uszło mojej uwadze, że Blumentrost znów leczy go rtęcią i że jego ciało często puchnie. Bóg w swej łaskawości sprawił, że jakimś cudem nie zaraziłam się jego chorobą. Budząc go po nocnych szaleństwach, nieraz kazałam wylać mu na głowę wiadro zimnej wody. Dopiero gdy znaleźliśmy się tuż pod bramami Sankt Petersburga, Piotr zatrzymał swojego konia na wzniesieniu i chwycił moje wodze. - Ka­ tarzyno Aleksiejewna, wyjdź za mnie, jak tylko stopnieje lód na Newie. Mówię poważnie - powiedział proszącym tonem. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Równinę, która ciągnęła się aż po Sankt Petersburg, zalewało ciepłe światło znikającego za horyzon­ tem słońca. Jak piękne było to miasto! Jak bardzo się cieszyłam z po-

wrotu do domu! Przegraliśmy tę wojnę, lecz ja zwyciężyłam. Tworzące kształt gwiazdy mury Twierdzy Pietropawłowskiej zaczerwieniły się w promieniach zachodzącego słońca. Wody Newy lśniły zielono i ta­ jemniczo. - Słyszałaś, co powiedziałem? - zapytał niecierpliwie Piotr. Na naszych oczach miasto powoli zasnuwała wieczorna mgła.

ROZDZIAŁ 6.

B

ył ranek, a ja tego dnia miałam poślubić cara Wszechrusi. Od oblężenia Marienburga minęło prawie dziesięć lat. Tyle właśnie czasu minęło od chwili, w której weszłam do namiotu Aleksandra

Daniłowicza Mienszykowa. Wtedy miałam brudne stopy, podartą tuni­

kę i bez słowa skargi spałam na gołej ziemi w wojskowym namiocie. Owego dnia jednak siedziałam na swoim łożu w błękitnej sypialni Pałacu Zimowego i z zadowoleniem przyglądałam się miękkiej skórze swoich podeszew. To były stopy damy, którą co tydzień masują w łaź­ ni. Kobiety, której każdy fragment skóry szorowany jest pumeksem i nacierany olejkiem migdałowym i cytrynową pastą. Kobiety, która nie musi nigdzie daleko chodzić, a jeśli już, robi to w aksamitnych pantofelkach. Pomyślałam o tym, j a k bardzo ostre kamienie na brzegu Dźwiny poraniłyby mi dziś podeszwy i z rozkoszą zgięłam i wyprosto­ wałam różowe palce stóp. W tym momencie do mojej komnaty weszły Daria i Anna. Obie wy­ konały w drzwiach głęboki ukłon, gdyż garderobiana właśnie odsuwała ciężkie zasłony mojego łoża. Cichutko pobiegła, szeleszcząc spódnicą, do okien i tam też odsunęła zasłony z chińskiego jedwabiu. W sypialni było ciepło od ognia w piecu zdobionym kafelkami z Delft, podtrzymy­ wanego przez pokojówki także w nocy. Odsunęłam tacę z pachnącymi blinami, śmietaną, miodem i słodko-gorzką gorącą czekoladą i wyciąg­ nęłam ramiona do przyjaciółek. - Chodźcie i płaczcie wraz ze mną! Nie mogę tego ogarnąć! - zawołałam. Obie zalały się łzami i objęły mnie. Miały j u ż na sobie zasznuro­ wane i bogato haftowane poranne suknie. Włosy ukryły pod miękkimi

pudrowanymi perukami, które parikmacher ułożył na gorąco w ła­ godne fale. Na ich piersiach delikatnie lśniło nowe odznaczenie, które wobec całego świata świadczyło, że są damami dworu carycy. Były to inicjały mojego imienia splecione wokół spiczasto oszlifowanych dia­ mentów. Ja narzuciłam na siebie tylko podomkę z brukselskiej koron­ ki, a ciemne włosy swobodnie opadały mi na ramiona. Daria roześmia­ ła się i powiedziała: - Wstawaj, caryco. Przecież nie wyjdziesz za mąż w szlafroku! - A czemu nie? Przecież Piotr pokochał mnie właśnie w łóżku - roześmiałam się. Wymieniłyśmy znaczące spojrzenia. Garderobiana znów weszła i zapowiedziała przybycie mojego własnego parikmachera, który ka­ zał przygotować dla mnie wysoką, upudrowaną perukę. Za nim czekał już krawiec z d w o m a czeladnikami. Kazałam wszystkim wejść i po­ prosiłam Annę i Darię, żeby się częstowały. - Jedzcie i pijcie, czeka nas długi dzień! - Moje nagie stopy pomknęły beztrosko po złocistym parkiecie aż do okna. Wykonałam po drodze kilka tanecznych figur. Daria i Anna śmiały się z pełnymi ustami i klaskały. - Tańcz, caryco, tańcz! - wołały, sięgając po kolejne bliny i śmietanę. Daria z powodu zamiłowania do kwaśnej śmietany zrobiła się okrągła jak piłka. Tego ranka też jej smakowała. Wyjrzałam przez okno na Newę. Po lodzie na rzece jeździli dziś ręka w rękę łyżwiarze. Swoją drogą sunęły sanie z ko­ lorowymi chorągiewkami i girlandami z barwinka. Niebo nad pokrytą błyszczącym lodem rzeką było tak błękitne j a k tapety z chińskiego j e ­ dwabiu w mojej komnacie. Blade zimowe słońce sprawiało, że miasto lśniło j a k nierzeczywiste, a gałęzie drzew i krzewów na drugim brzegu Newy wyglądały j a k wykute ze srebra. Królestwo z lodu, a ja miałam zostać jego władczynią. Usłyszałam, j a k z drugiej strony pałacu dobiega dźwięk trąb. Na­ sze miasto z dumą świętowało razem z nami! I powodem tej radości, która budziła się w zimnym wczesnowiosennym świetle, byłam ja! I dlatego właśnie przez cały ranek płakałam i płakałam z radości. Daria kręciła się wokół mojego krzesła przy toaletce, błagając: - Nie mogę cię umalować, jak ciągle płaczesz, Marto!

- Katarzyno Aleksiejewną! - poprawiłam ją natychmiast, starając się jednocześnie powstrzymać łzy. Tego ranka po raz ostatni miałam słyszeć swoje dawne imię. W obramowanym srebrem i macicą perłową lustrze widziałam, jak znika Marta, bezimienna chłopka o zrozpaczonym sercu i pustym żołądku. Na jej miejscu pojawiła się Katarzyna Aleksiejewną, któ­ ra patrzyła na mnie błyszczącymi dumą oczami carycy. Przyjrzałam się swojemu odbiciu. Włoski golibroda Piotra od tygodni dostarczał mi mieszankę maślanki, soku z cytryn i alkoholu, którą wcierano mi w skórę, żeby lśniła jasnym blaskiem niczym marmur z jego ojczyzny. Moje włosy cierpliwie, tydzień po tygodniu, myto w plukance z kasz­ tanów, piwa i jaj, by odzyskały barwę i blask po bezlitosnym działaniu słońca nad Prutem. Byłam zadowolona: moja skóra była matowa, lecz promienna, a oczy wydawały się duże i błyszczące dzięki kroplom soku z wilczej jagody, które Daria dodawała do mieszanki ciepłej wody, octu, soku cytrynowego i miodu, wypijanej przeze mnie codziennie rano. Do mojego apartamentu dochodziły z zewnątrz ciche, lecz prze­ jęte głosy. Wstałam, z trudem łapiąc równowagę pod ciężarem sukni. Uszyto ją ze srebrzystego atłasu i zasznurowano tak mocno, że led­ wie mogłam oddychać. Na staniku gęsto wyhaftowano srebrną nicią i perłami ptaki, motyle i roślinne pędy. Sztywny haft zmuszał mnie do utrzymywania wyprostowanej postawy. Wokół ramion wiły się grube sznureczki ze srebra, które przytrzymywały płaszcz z błękitnego aksa­ mitu i gronostajów. Spódnica była szeroka i ciężka, a każdą jej fałdę usztywniały hafty. Na miejscu przytrzymywały je dodatkowo klamerki zdobione perłami i diamentami. Zanim doszłam do drzwi, odwróciłam się jeszcze do moich dwóch wiernych przyjaciółek. Zaskoczone przy­ stanęły, gdy chwyciłam je za ręce. - Pomóżcie mi nigdy nie zapomnieć, kim jestem i skąd pochodzę! - poprosiłam je cichym głosem. Anna dygnęła, a Daria tylko na mnie popatrzyła. Jej błękitne oczy były okrą­ głe i lśniące niczym płonące obręcze. Gdy weszłam do swojego salonu, czekali tam już na mnie Piotr, Aleksander Daniłowicz oraz admirałowie Cruys i Botsis. Piotr miano­ wał zasłużonych holenderskich marynarzy na ten dzień swoimi przy-

branymi ojcami i świadkami ceremonii zaślubin. Sam miał na sobie mundur wiceadmirała. Mienszykow tak samo, a mundur opinał mu pierś. Ukłonił się na mój widok. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcz­ nością, a on podniósł wieczko obitej aksamitem szkatuły, którą trzymał w dłoniach. W środku znajdowała się mała okrągła korona, wysadza­ na perłami oraz żółtymi i różowymi diamentami. Piotr uśmiechnął się niemal z czułością, gdy wziął ją do rąk. - Moja matka, Natalia Naryszkina, nosiła tę koronę, gdy brała ślub z carem Aleksym. Teraz będzie należeć do ciebie, mateczko, a po tobie do naszych córek. Parikmacher zrobił przerażoną minę, bo nie miał pojęcia, jak przyczepi koronę do mojej peruki. Piotr natomiast wyciągnął jeszcze jedną szkatułę i powiedział żartem: - Jak na mój gust masz na sobie za dużo ubrań, lecz twoja szyja jest zdecydowanie zbyt naga. Gdy otworzył szkatułę, aż się zachłysnęłam. Na czerwonym ak­ samicie leżał naszyjnik z pereł. Każda z nich była wielkości grochu. Dziesięć sznurów spinała pośrodku klamra z diamentów i szafirów w kształcie orła z dwiema głowami. Car założył mi naszyjnik, a ja pod jego ciężarem przez chwilę nie mogłam oddychać. - To na początek twojej nowej kolekcji! - wyjaśnił Piotr i mrug­ nął do mnie, zamykając zapięcie. Chwyciłam zapinkę z orłem, która sięgała mi od podbródka po obojczyk i odpowiedziałam mrugnięciem. - Ciężka ta bestia. - Mnie przytłacza przez całe życie! - odparł z humorem. A potem pochylił się, objął ramieniem moją mocno zasznurowaną talię i szep­ nął mi do ucha: - A tak na poważnie, to jak m a m zedrzeć z ciebie sam cały ten ciężki strój? - Pocałował mnie w szyję tam, gdzie spod naszyj­ nika widać było fragment nagiej skóry. Drzwi otwarły się i ponownie zabrzmiały trąbki i bębny. Na czer­ wonym dywanie przed nami stanęły Anna i Elżbieta. Wyglądały prze­ ślicznie w swoich sukienkach ze srebrzystego adamaszku. Pobiegły szybko w naszą stronę, tak że ich halki z tafty i koronki aż zafurkotały, lecz Piotr złapał je, zanim mogły się do mnie przytulić. - Hej, wy, małe czarownice, dzisiaj macie się grzecznie zachowywać. Czas na szaleń­ stwa będzie później, inaczej dostaniecie rózgi. - Obie zachichotały. Po-

łaskotały go pod brodą, aż się roześmiał, a potem zaczęły ciągnąć go za guziki munduru. Doskonale wiedziały, że Piotr nigdy nie podniósłby na nie ręki. W drewnianej cerkwi Świętego Izaaka Teofan Prokopowicz po­ błogosławił nasz związek, zawarty przed Bogiem i ludźmi. Dym ka­ dzidła otumanił mój umysł, złoto i purpura tańczyły mi przed oczami, a śpiew huczał w uszach. Poczułam, jak ślubna korona nad moją głową zakołysała się. Admirał Cruys stał tuż obok i podtrzymał mnie, gdy się z powrotem prostowałam. Po uroczystości nasze sanie pomknęły, zgrzytając płozami, po skutej lodem Newie do pałacu Aleksandra Daniłowicza na Strelce. Budynek na półwyspie Wyspy Wasilewskiej ozdobiono wzdłuż brzegu rzeki chorągwiami i barwinkiem. Mienszykow osobiście stukał wysadzaną diamentami laską w par­ kiet sali jadalnej, żeby dać znak do wniesienia każdego z dwudziestu czterech dań. Ślinka napłynęła mi do ust, lecz miałam zbyt mocno zasznurowaną suknię, by móc raczyć się cietrzewiem w złotej folii, jagnięcina nadziewaną pasztetem z gęsich wątróbek, siedmioma ga­ tunkami ryb czy też pasztecikami i smażonymi w tłuszczu rulonikami sera. Tylko francuskiego wina musującego wcale sobie nie żałowa­ liśmy, a humory poprawiały nam się z minuty na minutę. Wysokie francuskie lustra na obu długich ścianach wspaniałej sali po wielekroć powielały nasze odbicia: długich rzędów stołów, przy których osob­ no siedziały damy i osobno panowie. Pośrodku stał mały okrągły stół, przy którym w tym momencie z Anną i Elżbietą siedziały admirałowe Cruys i Botsis. Po kilku pierwszych daniach Piotr rozejrzał się po siedzących w o ­ kół mnie damach i wykrzyknął: - Wstań, Anastazjo Golicyno. Mianuję cię nadworną błaźnicą Jej Wysokości! - Chwycił księżnę Anastazję Golicynę za włosy i ściągnął ją z krzesła. Zdążył już wypić trzy butelki moł­ dawskiego wina, dwa kufle praskiego piwa i karafkę wódki z gruszek. Stara księżna próbowała przełknąć jedzenie i jakoś zaprotestować. - Ależ tak, tak, na środek sali, i to już! Kręć się, kręć, babuszkol - wołał niezrażony Piotr. Wszyscy zaczęliśmy wiwatować i klaskać.

Anastazja Golicyna stanęła nieporadnie pośrodku sali i zaczęła obra­ cać się w rytm. Piotr sięgnął po kawałek wędzonego łososia i rzucił nim w jej stronę. Trafił ją w policzek i ryba przykleiła się do grubej warstwy pudru. Wysoka, upudrowana peruka księżnej przekrzywiła się. Piotr z radością wykrzyknął: - Trafiony! Trafiony! Teraz ty, Katerinuszka, zobaczymy, czy potrafisz lepiej strzelić w tę starą fregatę! Zawtórowałam mu śmiechem, wypiłam trochę wódki i z rozma­ chem cisnęłam w Anastazję Golicynę kurzym udkiem. Pieczone mię­ so trafiło ją w nos. Zaklaskałam z radości, a Piotr z czerwoną twarzą zawołał dumnie: - Salwa honorowa na cześć carycy! Trafia lepiej niż nasi najlepsi strzelcy! - Mężczyźni wyciągnęli pistolety i zaczęli strze­ lać w zdobiony stiukami i zlotem sufit. Damy opróżniły do dna czary, które natychmiast znowu im napełniono. Już o trzeciej po południu zrobiło się ciemno. M i m o to poczekali­ śmy jeszcze kilka godzin, zanim sztuczne ognie rozjaśniły nocne niebo. Ognie wybuchały aż do rana. Prychające rakiety, płomieniste kwiaty i lśniące kule ognia barwiły domy Sankt Petersburga na czerwono, nie­ biesko i złoto. Na ulicach wokół Pałacu Zimowego i wzdłuż rzeki rozle­ wano darmowe piwo, a na wszystkich rogach ulic handlarze oferowali mięsne potrawy oraz blińczyki z rybą i śmietaną. Inni sprzedawali tłu­ ste kurczaki, pasztety warzywne i z serem oraz nadziewane jagnięcina i kaszą gołąbki. Wódka rozpalała mieszkańcom krew w żyłach. Pomi­ mo trzaskającego mrozu, w którym każdy oddech sprawiał ból, na pla­ cach przygrywali muzykanci. Mieszkańcy Sankt Petersburga, otuleni futrami i płaszczami, tańczyli swobodnie na ulicach, na skutej lodem rzece i kanałach. W gospodach tej nocy nie gaszono świateł, wódka lala się strumieniami, a zapach prochu strzelniczego ze sztucznych ogni jeszcze przez trzy dni unosił się nad miastem. Późnym rankiem, gdy zrobiło się już jasno, orszak sań i pochodni towarzyszył Piotrowi i mnie w drodze do jego apartamentu w Pała­ cu Zimowym. Stojący w drzwiach pałacu Mienszykow zabrał j e d n e m u z muzykantów dwa tamburyny i zaczął głośno nimi uderzać, przestępując niepewnie z nogi na nogę. Był już tak pijany, że nawet nie słyszał hałasu, który sam robił. Jednak Szafirów, Devier i Piotr śpiewali do

taktu tamburynów jedną pijacką piosenkę za drugą. Daria Mienszyko­ wa i Anna Devier bez skrępowania żartowały z mojej nocy poślubnej, aż poczerwieniały mi uszy. Gdy dotarliśmy do sypialni, Mienszykow od razu chciał odkryć prześcieradło, jednak Piotr chwycił go za kark i mocno potrząsnął. - Nie dotykaj mojego ślubnego prześcieradła swo­ imi brudnymi paluchami, łajdaku! - wykrzyknął. A potem popchnął swojego starego przyjaciela w stronę drzwi i wesoło zawołał do reszty towarzystwa: - Wynocha stąd, hultaje! Muszę teraz spełnić swój mał­ żeński obowiązek wobec mojej wstydliwej narzeczonej. - Wszyscy ro­ ześmieli się i pośród żartów zaczęli powoli wychodzić z sypialni. Długo jeszcze słychać było rozbrzmiewające w wysokich korytarzach Pałacu Zimowego tamburyny, krzyki i śpiewy. Piotr popatrzył na mnie i oboje przez chwilę milczeliśmy. Stopy bolały mnie od tańczenia, a w głowie kręciło mi się od szampana. Car podszedł do mnie i przysunął mnie do ściany. - Jak mam cię teraz wziąć, caryco? - zapytał z bezczelnym uśmie­ chem. Wydawało się, że pomimo wypitej rzeki wódki, piwa i wina ma zupełnie trzeźwy umysł. - Najlepiej j a k dziarski marynarz swoją dziewczynę, Piotrze Aleksiejewiczu - odpowiedziałam i delikatnie ugryzłam go w ucho. Roze­ śmiał się i pogroził: - Sama tego chciałaś! - Zręcznie rozwiązał mi suk­ nię i ciężkie fałdy atłasu zsunęły mi się do kostek. Ich śladem poszły halki, a ja niecierpliwie kopnęłam je na bok. Wsunął ręce pod moje pośladki i uniósł mnie, jakbym była lekka jak piórko. Jego palce z roz­ koszą wbiły się w moje ciało. - Moja żona ma najlepszy tyłek w całej Rosji. Czy to nie wystarczający powód do ożenku?! - mruknął i prze­ ciągnął językiem po moim wylewającym się z gorsetu biuście. Uniósł mnie wyżej, a ja od razu objęłam go nogami odzianymi w koronkową bieliznę i pończochy. Wiłam się uwodzicielsko i ugry­ złam go w szyję. - Nie, jestem jeszcze dziewicą! - roześmiałam się zmienionym głosem. - Na Boga, zaraz coś na to poradzimy! - wykrzyknął i jedną dło­ nią rozpiął pasek, tak że spodnie zsunęły mu się do kolan. Wygięłam się w jego stronę, a on wsunął się we mnie. Boazeria na ścianie uciskała

mnie w plecy. Przytrzymałam się stojącej obok komody. Za każdym razem, gdy się we mnie wsuwał, mocno zaciskałam wokół niego mięś­ nie. Jednocześnie ocierałam się o jego brzuch. Gdy byłam już tuż przed szczytowaniem, wsunęłam mu dłoń między włosy i szepnęłam: - Po­ czekaj! - Powstrzymał się i delikatnie podmuchał mi w twarz, a ja za­ dowoliłam się powoli i z rozkoszą. Gdy z westchnieniem objęłam jego szyję ramieniem, roześmiał się: - Caryco moja! Katerinuszka! Moja sołdacka kochanico! Przycisnęłam go tak mocno, jakbym go chciała udusić, aż i on osiągnął rozkosz. Przez chwilę opieraliśmy się nieruchomo o ścianę, a potem po­ zwolił mi zsunąć się na ziemię. Nogi mi drżały, a on odgarnął sobie mo­ kre od potu włosy z twarzy. Jego oczy lśniły jak oczy młodego chłopca. - I co teraz? - zapytał cicho. - Teraz? - roześmiałam się. - Teraz będziemy spać. Jestem wy­ kończona. A co ty myślałeś? - odpowiedziałam i rzuciłam się na obło­ żone poduszkami łoże. Objął mnie i tak zasnęliśmy głębokim i pozba­ wionym marzeń snem, który zapoczątkował moje życie jako rosyjskiej carycy. W rok po naszym ślubie w Sankt Petersburgu zapanował jeszcze więk­ szy ruch. Młoda zieleń drzew na Newskim Prospekcie napełniała mnie dumą tak samo, j a k pełne życia budowy na brzegach Fontanki i Mojki. Zarówno mój stary przyjaciel Szeremietiew, j a k i książę Jusupow uro­ czyście poświęcili w owym roku swoje nowe domy. Czy to możliwe, że zaledwie dziesięć lat temu szwedzcy żołnierze i chłopi pańszczyźniani walczyli tu na bagnach o przetrwanie? Lód na Newie topniał, a na fa­ lach szerokiej rzeki zagraniczne fregaty tańczyły obok łodzi i barek pe­ tersburskich familii i kupców. W wiosenne dni marynarze i kapitano­ wie odpowiadali na południową salwę z Twierdzy Pietropawłowskiej oklaskami, wystrzałami z pistoletów, a nawet własną salwą, po której w rześkim powietrzu czuć było zapach dymu. Piotr byle jak pożegnał się ze mną, gdy pewnego majowego ranka wychodziłam na nabrzeże Newy. Od tygodnia leżał w łóżku z opuch-

niętym ciałem. Zgromadzone w organizmie wydzieliny sprawiały, że wył z bólu. Miałam w jego zastępstwie przywitać mistrza budowlanego Schliitera, którego ściągnął z Berlina. Ponownie nosiłam pod sercem dziecko i cieszyłam się z każdej okazji do wyjścia na świeże powietrze. Młode miasto sprawiało, że i rozwijające się we mnie życie nabra­ ło nowego znaczenia. Nasze dziecko było czymś więcej niż przejawem naszej miłości. Było nadzieją dla całego imperium i dla nowej Rosji. Czy Bóg w końcu okaże łaskę i pozwoli mi urodzić zdrowego syna? Zanim wsiadłam do lektyki, zdyszany posłaniec z miną spiskowca wręczył mi jakiś list. W lektyce czekała na mnie moja dama dworu, Ulryka Villebois. Podałam jej list, by mi go przeczytała. Była to wiado­ mość od carewicza. Aleksy przesyłał z Niemiec gratulacje z okazji naszego ślubu, o któ­ rym dowiedział się jednak od osób postronnych. „Wasza Wysokość, z wielką radością dowiedziałem się, że mój ojciec uczynił W a s swą pra­ wowitą małżonką i że znów spodziewacie się dziecka. Pozwólcie, że zło­ żę z tej radosnej okazji moje najserdeczniejsze życzenia. Zaszczycajcie mnie dalej swoją łaską i przychylnością. Nie ważę się przekazać m e m u ojcu tych samych życzeń, ponieważ car wolał, bym pozostał w niewie­ dzy co do jego decyzji i szczęścia. Zapewnijcie mi jednak przychylność Jego Wysokości. Jestem w Waszych rękach - jak zawsze, z najwięk­ szym uniżeniem, Aleksy". Uniosłam dłoń w proteście. - Wystarczy. Dość j u ż usłyszałam. Po­ daj mi ten list, Ulryko. Ulryka, córka pastora Ernsta Gliicka, która była od kilku miesięcy moją damą dworu, złożyła ostrożnie delikatny papier i podała mi go. Nasza lektyka kołysała się pośród innych ciągnących wzdłuż nabrze­ ża Newy. Zmierzałyśmy ku przystani, do której miał przybyć statek Schliitera. Przysunęłam sobie list carewicza pod nos i powąchałam go. Ulryka popatrzyła na mnie zdumiona, gdy skrzywiłam nos. - Cuchnie alkoholem. Carewicz był pijany, gdy to pisał... - stwierdziłam z obrzy­ dzeniem. - Powinien się uczyć, a nie pić! - Nie potrafiłam powstrzy­ mać się od wygłoszenia tej uwagi.

Ulryka spuściła wzrok. Dopiero przed kilkoma tygodniami udało mi się korzystnie wydać ją za mąż za admirała Villeboisa. Na pierwszy rzut oka młodej Ulryce mogło się wydawać, że admirał to nie najlepszy wybór. Miał już siwe włosy, a w bitwie morskiej stracił oko. Jego twarz wysmaganą wiatrem znaczyły blizny. Stary rębajlo był jednak poddańczo posłuszny delikatnej i ślicznej pastorównie. Wsunęłam list do rękawa i wyjrzałam przez okno, żeby zwalczyć nadchodzące mdłości. W lektyce było duszno, a przez małe okienko nie wpadał nawet powiew wiatru. Stojące j u ż wysoko słońce sprawiało, że suche bagna wokół miasta cuchnęły niemiłosiernie. Był dopiero maj, lecz owego roku pogoda w Sankt Petersburgu była jeszcze bardziej ka­ pryśna niż zwykle o tej porze. Jednego dnia musiałam zakładać futro, żeby się chronić przez zimnem, a drugiego z powodu silnego deszczu nie mogłam pójść na spacer po budzącym się do życia ogrodzie Pa­ łacu Letniego. A dziś czerwone błoto na drogach zdążyło stwardnieć w porannym upale. Już od samego rana komary tańczyły w powietrzu i niczym okrutna zasłona opadały na swe ofiary. Oddychałam głęboko, próbując skierować wzrok na jakiś stały obiekt. W ten sposób zwykle potrafiłam zapanować nad mdłościami. Nasi tragarze właśnie zręcznie ominęli grupę mężczyzn, którzy ciągnęli wzdłuż nabrzeża kamienie na budowę soboru św. Piotra i Pa­ wła. Ładowali kamienne bloki na j u ż głęboko zanurzone barki. Prąd był tak silny, że płynąc na drugą stronę, przewoźnicy z trudem utrzy­ mywali swój kurs. Sobór miał być budowlą stanowiącą wyzwanie dla całego znanego nam świata! Domenico Trezzini dokładnie zaplanował każdy szczegół: od wysokiej, spiczastej wieży soboru, z której miało być widać nawet Finlandię, aż po wyszukane wyposażenie wnętrza cerkwi. Piotr postanowił, że od tej pory tam właśnie grzebani będą wszyscy członkowie carskiej rodziny. Popatrzyłam więc na pełną robotników budowę po drugiej stronie rzeki, na dumne, czerwone mury Twierdzy Pietropawłowskiej i pomyślałam, że tam znajdzie się także mój grób. Niektórzy z nieszczęsnych robotników kierowali na naszą lektykę pozbawiony wyrazu wzrok. Jeden z nich zachwiał się pod ciężarem ka-

mieni. Zrobił sobie pętlę z woskowanego lnu, która z jednej strony obej­ mowała jego czoło, a z drugiej przytrzymywała kamienie na jego plecach. Szedł mocno pochylony do przodu, a jego ramiona pokrywały ślady po chłoście. Nie mial nosa i obu uszu. Na ich miejscu w jego czaszce ziały zabliźnione, ciemne dziury. To znaczyło, że już dwa razy próbował uciec od jarzma przymusowej pracy. Za trzecim razem zostanie stracony. Za­ sunęłam zasłonę z gazy w okienku lektyki, żeby ten smutny widok znik­ nął mi z oczu. W żaden sposób nie mogłam im przecież pomóc. Na nabrzeżu Newy roiło się od dzieci, wyrobników czekających na pracę, próżniaków i łudzi, którzy w pośpiechu sunęli wzdłuż rzeki. Nawet nie patrzyli na obwoźnych handlarzy, którzy rozłożyli tam swo­ je budy. W lektyce rozszedł się kuszący zapach słodkich pasztecików i świeżego piwa. Nasi tragarze i otaczająca ich konna straż torowali so­ bie drogę między innymi lektykami i powozami, lecz utknęli za grupką osłów, które obładowane ciężkimi workami ledwo powłóczyły kopy­ tami. W ó z drabiniasty pełen beczek i paczek zasłonił nam widok na nabrzeże, a babuszki obładowane towarami na targ w ostatniej chwili schodziły z drogi tragarzom. Marynarze przyciskali do murów nabrzeża dziewczęta, za których cnotę nie dałabym złamanego grosza. Dotarliśmy do portowego na­ brzeża w ostatnim momencie. Marynarze z fregaty z Rostocku ściągali turkoczące na wietrze żagle i zręcznymi ruchami rzucali cumy czekają­ cym na lądzie pomocnikom. Wszędzie na szarozielonych falach portu kołysały się fregaty, galeony i mniejsze łodzie żaglowe. W powietrzu czuć było sól, znajomy zapach ryb oraz odór gorącej smoły ze stoczni. Mieszały się rozmaite głosy, żagle łopotały, burty statków skrzypiały, a marynarze toczyli po trapach ciężkie beczki na stały ląd. Mewy z roz­ łożonymi skrzydłami dawały się ponieść wiatrowi, od czasu do czasu zanurzając się w grzywach fal. Gdy z powrotem wzlatywały w powie­ trze, w ich dziobach trzepotały lśniące ryby. Ulryka wysiadła pierwsza i rozłożyła dla mnie dwa małe schod­ ki. Dwóch oficerów straży pośpieszyło, żeby mi pomóc. Znad Zatoki Fińskiej wiała chłodna bryza, którą łapczywie wdychałam. Jak dobrze było uciec od całego splendoru Pałacu Zimowego i znaleźć się tutaj

pośród zwyczajnych ludzi! Jako caryca właściwie nie mogłam zrobić kroku bez obstawy. Ulryka uszczypnęła się w policzki, żeby się zaróżowiły, i wygładzi­ ła sobie palcami brwi. - Kogo się dziś spodziewamy? - zapytała. -

Niemieckiego mistrza budowlanego.

Nazywa się Andreas

Schliiter - odpowiedziałam. - Podobno zbudował dla pruskiego króla przecudną komnatę całą z bursztynu. Piotr ściągnął go do Sankt Pe­ tersburga za ogromną kwotę. - Przewróciłam oczami, a Ulryka roze­ śmiała się. Ku m e m u zaskoczeniu podszedł do mnie w tym momencie Domenico Trezzini. Założył ręce na plecach i niecierpliwie czekał, aż się do niego zwrócę. Nie śpieszyłam się z tym jednak i odniosłam się do niego raczej lekceważąco. - Domenico Trezzini! Człowiek, który własnymi rękami buduje miasto cara! Co ty tutaj robisz? - zapytałam przekornie, choć odpo­ wiedź była oczywista. Trezzini był tak próżnym mężczyzną, że nie mo­ głam się powstrzymać, żeby się z nim nie podroczyć. - Och, przypadkiem tutaj spacerowałem, gdy usłyszałem o nowym przybyszu. A potem ujrzałem nadjeżdżający orszak Waszej Wysokości - zrobił znaczącą pauzę, patrząc na fale. - Po co car sprowadził Schliitera do Sankt Petersburga? - zapytał z pozornym lekceważeniem. - Jesteś zazdrosny, Trezzini? - zapytałam cichym głosem. Nie odpowiedział mi, wciąż patrząc na wodę. Nagle zrobiło mi się go żal. Wyjaśniłam mu więc: - Cóż, car podziwiał jego budowle w Berlinie... - Czy car wie, że Schliiter popadł w niełaskę na pruskim dworze z powodu błędnych obliczeń? Więc dlaczego mianował go naczelnym dyrektorem budowy z pensją w wysokości pięciu tysięcy rubli? Ja nie mam ani takiego stanowiska, ani takiego wynagrodzenia - dopytywał się dalej. Złożyłam wachlarz i lekko stuknęłam nim Trezziniego w ra­ mię. - To miasto jest wystarczająco duże dla dziesięciu utalentowa­ nych architektów, Domenico Trezzini. Nie martw się! - pocieszyłam go. On ukłonił się w milczeniu. W tym momencie ze statku zszedł Andreas Schliiter. Ciemnoblond włosy Niemca były długie i nieupudrowane, jego surdut wąsko skrojony, a biała, czysta koszula z rozpiętym kołnierzem podkreślała

mocną szyję. Miał świeżą cerę, a zęby równe i lśniąco białe. Wyglądał niczym młody bóg pośród mężczyzn Sankt Petersburga, których twa­ rze były blade i szare po zimie albo czerwone od wódki. Ulryka wpatry­ wała się w niego j a k zaczarowana, aż szturchnęłam ją w bok. - Opanuj się, Ulryko - szepnęłam, z trudem powstrzymując śmiech. Otrząsnęła się. - Wybaczcie, caryco. Lecz tylko tak piękny człowiek mógł stworzyć coś tak cudownego jak komnata z bursztynu... - powiedziała rozma­ rzonym tonem. - Jeszcze jej wcale nie widzieliśmy! - odparłam od niechcenia. Kilku marynarzy zaczęło ściągać na ląd liczne skrzynie architekta. Sam Schliiter zrobił kilka ostrożnych kroków na nabrzeżu. - Dobrze znów czuć pod stopami stały ląd! A więc to jest Wenecja Północy, raj wielkiego cara! - wykrzyknął i roześmiał się, zanim został mi przedsta­ wiony i ukłonił się. Trezzini niedługo martwił się konkurencją. Schliiter zmarł j u ż po kilku miesiącach na gorączkę, która późną jesienią niczym mgla unosiła się znad trzcinowisk wokół Sankt Petersburga. Ta sama choroba zabrała też życie mojej nowo narodzonej córce Małgorzacie. Już po kilku tygo­ dniach jej imię zostało wpisane na najsmutniejszą dworską listę, listę moich zmarłych dzieci. Piotr opłakiwał ją wraz ze mną, lecz w głębi duszy był chyba szczęśliwy, że do grobu niósł tylko którąś z rzędu cór­ kę. Kilka tygodni później objął mnie: - To było jak kolejne ćwiczenie. Teraz nadeszła pora na zdrowego, silnego syna. Uśmiechnął się przy tym, lecz jego wzrok był pełen powagi. Gość, którego Piotr najbardziej wyczekiwał, czyli pokój, wciąż jednak nie przybywał. Aleksander Danilowicz Mienszykow od dwóch lat znajdował się w drodze między Sankt Petersburgiem a północnymi Niemcami, negocjując dla Piotra pokój na północy. Prowadził ze sobą armię trzydziestu tysięcy żołnierzy. Choć zapewniał wszystkich nie­ mieckich książąt o swojej przyjaźni, niechętnie tolerowali jego obec­ ność. Oczywiście wszyscy pragnęli przepędzić w końcu Szwedów po ich wieloletnim panowaniu. Jednak armię Mienszykowa trzeba było wyżywić. Jeśli miasta czegoś dobrowolnie nie dostarczały, żołnierze

brali to sobie sami. Na dodatek Aleksander Daniłowicz żądał pienię­ dzy na pokrycie swoich wydatków, czyli utrzymania osobistej świty w liczbie blisko trzystu osób, które zajmowały się wyłącznie zapewnia­ niem mu komfortu. A przecież wciąż jeszcze nie zagoiły się rany, które przed niemal stu laty zadała Europie szalejąca przez ponad trzydzieści lat wojna. Więc nawet Piotr był pod wrażeniem, gdy Mienszykowowi udało się wycisnąć złoto od miast Lubeka i Hamburg, pod których mu­ rami czaiła się czarna śmierć. Był więc ostatnią osobą, która pomimo wszystkich skarg ze strony Niemców zganiłaby Mienszykowa. W koń­ cu jedna trzecia tego złota natychmiast poszła na budowę nowej floty. Pokój utrechcki zakończył wiosną wojnę o sukcesję hiszpańską. Mienszykow przepędził generała Magnusa Stenbocka z Friedrichstadt w Holsztynie daleko do Jutlandii. Jesienią miał zająć Szczecin. Piotr poczuł, że ma zabezpieczone tyły i może rozpocząć nowe dzieła. W maju, po odwilży, w pierwszych ciepłych promieniach słońca Rosja wyruszyła na wojnę przeciwko Finlandii. Helsinki bez walki poddały się szesnastu tysiącom rosyjskich rekru­ tów. Piotr dotarł do Abo na zachodnim wybrzeżu i z dumą napisał do mnie: „Finlandia wkrótce będzie wolna od Szwedów. Chcę świętować tylko z Tobą i bardzo mi Ciebie brakuje. Finki mają co prawda jędrne uda, lecz brakuje im ognia we krwi! Od wielu dni się nie śmiałem. Bądź wierna swojemu starikowi, który kocha Cię z całego serca! Przybądź do mnie szybko, Katerinuszko. Uściskaj i ucałuj nasze córeczki. Po­ wiedz im, że wkrótce będą miały braciszka!". Ulryka Villebois opuściła list, przestała czytać i popatrzyła na mnie z zaróżowionymi z dumy policzkami. - Car znów zwyciężył! Może ko­ niec wojny jest już bliski? - A potem zmarszczyła czoło i dodała peł­ nym troski tonem: - Lecz nie ma ani słowa o admirale Villebois! - Była w ciąży ze swoim pierwszym dzieckiem i w tych miesiącach nieustan­ nie martwiła się o bezpieczeństwo swojego małżonka. Roześmiałam się i pocałowałam ją w czoło. - Idź do domu, Ulryko. Jestem pewna, że czeka tam j u ż na ciebie posłaniec z wieściami. - Ukłoniła się głęboko i tyłem wycofała do drzwi. W tym momencie usłyszałyśmy krótkie pu-

kanie i ktoś mocno nacisnął na klamkę. Do komnaty szybkim krokiem weszła Maria Hamilton. Ulryka zawahała się na chwilę, bo najwyraź­ niej była ciekawa, lecz ja gestem nakazałam jej, żeby odeszła. Gdy zostałyśmy same, Maria Hamilton ukłoniła się. Doszły mnie słuchy, że znów jest w błogosławionym stanie, jednak na razie nic nie było widać. Urodziła już sześcioro dzieci, lecz jakimś cudem wciąż miała jędrne ciało młodej dziewczyny. Nie wiedziałam, czy to dziecko też jest Piotra, czy też byłego strzelca, Iwana Orłowa. Uszedł z Moskwy przed straceniem przed kilku laty i teraz ochoczo i cierpliwie uszczęśli­ wiał damy Sankt Petersburga. W salonach szeptano, że jest obdarzony przez naturę niczym ogier i silny jak byk. - Co się stało, Mario, że pomimo swego stanu biegasz po pałacu? - zapytałam moją damę dworu z lekką ironią. - Chodzi o carewicza, caryco - odpowiedziała, dysząc, i przyłożyła sobie dłoń do obfitego biustu. Jednocześnie rzuciła mi badawcze spoj­ rzenie. Najwyraźniej nie pasowało jej to, że wiem o jej ciąży. - O co chodzi? Czy Zofia Szarlota jest w końcu w stanie błogosła­ wionym? - zapytałam wprost. - Wręcz przeciwnie! Carewicz od nocy poślubnej ani razu z nią nie spał. Dziś po południu kazał spytać swego spowiednika, na jakich warunkach może odesłać Zofię Szarlotę do jej rodziców. - I co ta kapuściana głowa mu odpowiedziała? - zapytałam spo­ kojnie. - Niepłodność. Ponoć to bardzo proste, jeśli ktoś ożenił się z ko­ bietą, która nie należy do cerkwi. Jeśli w ciągu trzech lat nie urodzi mu dziecka, może ją oddalić. Tak twierdzi pop. Albo zmusić ją do chrztu, kazać ogolić na łyso i wysłać do klasztoru. Zofia Szarlota od wielu dni tylko płacze, a gdy Aleksy ją widzi, bije ją albo rzuca w nią czym po­ padnie. Nie zastanawiałam się długo, tylko wstałam i klasnęłam w dłonie. - Mój powóz! Każcie zaprzęgać! Mój płaszcz! - krzyknęłam, gdy do komnaty wbiegła garderobiana. Przekazała moje polecenie służącemu, który pośpiesznie się oddalił. Słyszałam, jak jego podkute metalem skórzane podeszwy stukają na drewnianym parkiecie.

- Co czynisz, caryco? - zapytała zdumiona Maria Hamilton. - Złożę wizytę mojemu przybranemu synowi - odpowiedziałam spokojnym tonem. - Ale... - wydawała się zatroskana. - Ale co? - zapytałam, gdy zakładano mi na ramiona lekką opoń­ czę z miękkiej satyny w kolorze carskiej zieleni. Zawahałam się, za­ stanowiłam i kazałam Marii założyć mi jeszcze naszyjnik z turkusów i diamentów, który zakrył mi niemal cały dekolt. Maria podała mi też kolczyki. Wyciągnęłam ręce, a ona sięgnęła do otwartej szkatuły na bi­ żuterię po pasujące do reszty bransolety. Zamki zatrzaskiwały się cicho tuż przy mojej skórze. - Aleksy ma dzisiaj gości w Pałacu Zimowym - powiedziała ostrożnie. Wyglądała na przestraszoną i mrugała swoimi długimi rzę­ sami niczym młoda sowa skrzydłami. - I co? Myślisz, że nie widziałam jeszcze wesołego bankietu? Nie martw się, jestem przyzwyczajona - odparłam, przyglądając się sobie w lustrze. Jest dobrze. Zwróciłam się w stronę wyjścia. - Chodź, muszę z nim porozmawiać, zanim będzie zbyt pijany - rzuciłam przez ramię. Maria Hamilton skłoniła się najniżej, j a k potrafiła, i pośpieszyła za mną z zatroskaną miną. Gdy wychodziłyśmy, wąskie korytarze i małą klatkę schodową Pałacu Letniego nad Fontanką ogrzewało jeszcze światło dnia. W karocy zauważyłam, że Maria walczy z mdłościami. Powóz trząsł się mocno na nierównej drodze przez starannie zaprojektowane przez Piotra ogrody wokół Pałacu Letniego, lecz nie czułam współczucia. Za­ gryzła zęby na kostkach dłoni, a ja patrzyłam przez okno w matowy zmierzch, który zapadał już nad wodą. Tej ciepłej i jasnej letniej nocy pary kochanków siedziały na schodkach przystani wzdłuż brzegu. Na nabrzeżu mężczyźni pokazywali swoim synom, jak zarzucać wędkę w nurt rzeki. W wysokich krzewach nad rzeką dostrzegłam barwnie upierzone główki kaczek. Ciepłe noce miasta zarzucały sieć swoich czarów, a jego mieszkań­ cy miotali się w niej bezradnie j a k ryby.

Powóz z szarpnięciem zatrzymał się przed Pałacem Zimowym, do któ­ rego w owym roku Aleksy j u ż zdążył się wprowadzić. Ja wciąż wolałam przyjazne i skromne wnętrza Pałacu Letniego. Pośród kafelków z Delft, niskich sufitów i kolorowych drewnianych ścian czułam się przytulnie. To był dom, a nie pałac. Aleksy niedawno powrócił z Niemiec. Widziałam, jak świece i pochodnie przesuwają się od okna do okna. Kilku służących podeszło do powozu i skłoniło się głęboko na widok herbu na drzwiach. Mój woźnica zeskoczył z kozła i otworzył nam drzwiczki. Na dziedzińcu nie było nikogo. Ostrożnie postawiłam stopę na bruku. Z góry, z jed­ nej z sal balowych, dochodziły jakieś rozmowy i śpiewy. Nagle ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie. Zwróciłam się do woźnicy. - Dajcie mi swój bat, człowieku. - Wyglądał na zdumionego, lecz posłuchał bez sprzeci­ wu. Mocno chwyciłam srebrną gałkę bata. - Chodź, Mario. Pokaż mi drogę - rozkazałam i wzięłam ją pod rękę, żebyśmy mogły iść szybciej. Nasze kroki rozbrzmiały na kręconych schodach z szaro-białego mar­ muru, a nasze postaci odbijały się w wysokich lustrach o złotych ramach zawieszonych na ścianach. Przy bramie i przy schodach stali na straży żołnierze. Nie widać było żadnych dworzan. Albo byli w polu z Piotrem, albo korzystali z nieobecności cara, żeby w końcu pobyć z rodziną we własnym domu. Wreszcie stanęłyśmy przed wysokimi drzwiami prowa­ dzącymi do niewielkiej jadalni wyłożonej czarnym marmurem. Jak zni­ kąd pojawili się nagle dwaj żołnierze, krzyżując przed nami bagnety. - Przejścia nie ma! Z rozkazu carewicza! - zaterkotali. Jeden z nich miał na twarzy ropną narośl, a drugiemu brakowało kilku zę­ bów. Położyłam dłoń na bagnecie i nacisnęłam go w dół. - Jeśli nie chcesz jutro jechać na Syberię albo trafić prosto na koło, mój chłopcze, to zmykaj stąd, rozumiesz? - ostrzegłam go cichym głosem. - To caryca! - szepnęła Maria do żołnierzy. Obaj pobledli i zaczę­ li mamrotać wyrazy szacunku i przeprosin. Gdy z Marią minęłyśmy drzwi i weszłyśmy do sali, oni wciąż jeszcze klęczeli, dotykając czołami podłogi. Pierwszą osobą, którą ujrzałam w sali pełnej dokazujących gości, była Zofia Szarlota. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Żona rosyjskie-

go carewicza napełniała właśnie kufel tego opoja Jerzego Trubeckiego do pełna. Polizał ją po szyi, a potem klepnął ją po chudych poślad­ kach. - Aua! Na twoim kościstym tylku można sobie obić rękę! Cho­ ciaż po pijaku możesz się nawet podobać! - zawołał ochrypłym głosem i uszczypnął ją w nagie ramię. Widziałam, że walczy ze łzami, gdy się od niego uwalniała i odcho­ dziła. Nagle z drugiego rogu sali dotarły do nas wiwaty i oklaski. - Idź i zabierz carównę Zofię Szarlotę! Zaprowadź ją do sypialni carewicza - rozkazałam Marii. Przedarła się przez tłum, żeby odnaleźć szlochającą Zofię Szarlotę. Ja postawiłam kołnierz opończy i ruszyłam powoli wzdłuż ściany do miejsca, w którym panował największy harmider. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy byli zbyt pijani i zbyt zaangażowani w zabawę. Wślizgnęłam się między mężczyzn, którzy gęsto otaczali stół na końcu sali i wykrzykiwali: - Tak! Zdrowie naszego carewicza! - Jak nikt bierze wszystkie przeszkody! Niezrównany jeździec! - D a j j e j ostrogę! Stanęłam na czubkach palców, żeby dostrzec swojego przybrane­ go syna. Włosy opadały mu na ramiona, a przepocona koszula przyle­ gała do ciała. Miał na sobie buty d o j a z d y konnej, lecz spodnie zwisały mu wokół kolan. Przed nim leżała na stole na brzuchu jakaś dziew­ czyna. Rozsunął jej jędrne uda i j u ż miał się w nią wsunąć. Chrząknął przy tym jak jakieś zwierzę i jedną dłonią ujął jej obfity biust. Drugą ręką klepnął ją w udo. - Tak, mój koniku! Trzeba cię ujeździć! - wy­ krzyknął. Jego kompani gwizdali albo naśladowali rżenie konia. Dziewczy­ na roześmiała się i zaczęła radośnie pokrzykiwać z pozostałymi. Spoj­ rzałam na jej twarz. Wyglądała na głupią i prostą. Miała bardzo jasną cerę, wulgarne, szerokie usta i duży, zadarty nos. Włosy, które sięgały jej prawie do pupy, były jaskraworude. Już miałam się wycofać, gdy Aleksy głośno zawołał: - Zaraz, zaraz spłodzę dziedzica carskiego im­ perium! Już nigdy nie chcę kłaść się z tą niemiecką tyczką! Pójdzie do klasztoru, tam gdzie powinna j u ż dawno być! - Dziewczyna ucieszyła się głośno, a Aleksy rzucił się na nią. Nie zastanawiając się, uniosłam

bat, który mocno dzierżyłam w dłoni, i smagnęłam nim Aleksego po plecach z prawej i z lewej. Krzyknął i zszedł z dziewczyny. - Kto śmiał... - zawołał i odwrócił się. Na mój widok jego męskość natychmiast sflaczała. - Ubierz się, carewiczu Aleksy - powiedziałam, skrywając wście­ kłość. Dziewczyna także się wyprostowała. Trzymała podartą suknię przy nagich piersiach i patrzyła na mnie z przekorą czy wręcz wyzywa­ jąco. Kim ona jest? Młodzi mężczyźni wokół mnie cofnęli się i opadli na kolana. Wszyscy trzymali pochylone głowy, a ja nie zwracałam na nich uwagi. Nagle jednak, ku swemu zdumieniu, dostrzegłam pośród nich Aleksandra Kikina. Dorastał razem z Piotrem i oboje nazywali­ śmy go z sympatią dieduszką, naszym dziadeczkiem. Co on tutaj robił? Skinął głową na powitanie, lecz ja udawałam, że go nie widzę. Tak było lepiej dla nas obojga. Aleksy, blady z wściekłości, naciągnął spodnie i zapiął pasek. Oczy mało nie wyskoczyły mu z orbit, a zaciśnięte usta tworzyły wąską linię. Potem ukłonił się. - Caryco, najłaskawsza macocho. Cóż za niespo­ dziewany zaszczyt - powiedział z nieskrywaną drwiną. - Co sprowa­ dza do mnie Waszą Wysokość? - Pragnienie dziedzica dla carskiego imperium, właśnie to! - od­ parłam krótko. - Chodź ze mną - poleciłam. Ruszył za mną niczym owca prowadzona na rzeź, nie patrząc nawet swoim kompanom w oczy. - Dokąd idziemy? - zapytał przy drzwiach. Przepuściłam go przo­ dem. - Drogę znasz lepiej niż ja. Do twojej sypialni. Zofia Szarlota j u ż na ciebie czeka. - Szturchnęłam go rączką bata w plecy dla zachęty. - No, ruszaj. - Nie chcę mieć już nic wspólnego z Zofią Szarlotą. Kocham inną! - poskarżył się po drodze. - Tak? A kogóż to? - zapytałam z ironią. - Przed chwilą ją widziałaś. Ma na imię Eufrozyna. Jest praczką z Finlandii. - Spojrzał na mnie wyzywająco. Roześmiałam się. - Ależ pomysłowo, Aleksy! Uwierz mi, o wiele lepiej będzie dla ciebie, jeśli pokochasz swoją żonę.

- Jesteś taka sama jak mój ojciec! Dokładnie taka sama! - wy­ krzyknął i splunął na zdobiony hebanem i kością słoniową parkiet z j e ­ sionu. - Kocham Eufrozynę i nikogo innego. - Nie gadaj głupstw. Twój ojciec na moim miejscu zabiłby i cie­ bie, i Eufrozynę - przerwałam mu. Umilkł z przekorną miną i wlókł się przede mną niekończącymi się korytarzami pałacu, które raptem zupełnie opustoszały. M i m o to doskonale wiedziałam, że ściany mają uszy. Gdy dotar­ liśmy do drzwi jego sypialni, rozkazałam carewiczowi: - Wchodź, i to już! - Posłuchał. Zofia Szarlota siedziała drżąca i naga na łóżku. Na ramieniu miała czerwone znamię w miejscu, w którym uszczypnął ją książę Trubecki, a oczy zapuchnięte od płaczu. Maria Hamilton właś­ nie próbowała na powrót rozpalić wygasłe popioły w kominku. Aleksy zaczął drżeć na całym ciele. - Nie chcę! Nie chcę! Ona napawa mnie wstrętem! - Ponownie splunął na podłogę. Rozgniewany rozpiął spod­ nie i zwrócił się w moją stronę. Jego męskość zwisała niczym larwa mącznika. - Zobacz, jak mnie podnieca ta niemiecka jędza! Nic dziw­ nego, że m a m y tyle dzieci! - Zaśmiał się drwiąco przez łzy. - Poza tym cuchnie teraz jak służąca! - dodał pełen obrzydzenia. Popatrzyłam na niego z pogardą. - Cóż, skoro twoja Eufrozyna pachnie lepiej... - odparłam. Zofia Szarlota znów zaczęła płakać j a k dziecko. Wahałam się przez chwilę. Nie, nie ma innego wyjścia. - Prze­ stań płakać, Zofio Szarloto. To dla twojego własnego dobra - uspokoi­ łam ją. Odwróciłam się. - Mario! - zawołałam. Moja dama dworu podeszła do mnie. Przyjrzałam się jej. Poza le­ ciutkim zaokrągleniem pod gorsetem jej ciąża była jeszcze niewidocz­ na. Wyglądała pięknie ze swoimi jasnobrązowymi lokami, różowymi ustami i wielkimi ciemnymi oczami. Jej pełny biust wylewał się z roz­ cięcia jedwabnej sukni. Car j u ż od kilku lat sprowadzał ją do swego łoża. Musiał mieć ku temu swoje powody. - Mario, carewicz chce spło­ dzić ze swą małżonką dziedzica. Dopilnuj, żeby mu się to udało! - po­ wiedziałam krótko, żeby ukryć własne zawstydzenie. Maria uśmiechnęła się do mnie, pokazując drobne, ostre ząbki. - Do usług, caryco - dygnęła. Odwróciłam się w stronę wyjścia. Gdy

obróciłam się w drzwiach, ujrzałam, j a k Maria Hamilton ciągnie dekolt w dół, żeby odsłonić swoje pełne, białe piersi. Uklękła przed Aleksym. Gdy wzięła do ręki jego sflaczały członek, książę westchnął i położył ręce na jej ramionach. Odniosłam wrażenie, że ona nie robi tego po raz pierwszy. - Mario! - upomniałam ją jeszcze, otwierając drzwi. - Pa­ miętaj, że to co najlepsze, należy się carównie! Za drzwiami poczułam, że m a m miękkie kolana. Otarłam łzy z po­ liczków. Tak było najlepiej dla Rosji. Jeśli Zofia Szarlota urodzi syna, to i ja będę mogła odetchnąć. Byłam pewna, że Piotr postąpiłby tak samo. Lecz właśnie ta myśl sprawiła, że jeszcze bardziej się rozpłakałam. Wyruszyłam do Finlandii, żeby towarzyszyć Piotrowi w polu. Nie opo­ wiedziałam carowi o tym, co wydarzyło się w Pałacu Zimowym, ani o dziewczynie o imieniu Eufrozyna. Wystarczyło, że wyjawiłam mu efekt moich starań. Zofia Szarlota nareszcie spodziewała się dziecka. Sam carewicz ponoć szorstko zareagował na tę nowinę. Kazał się szyb­ ko spakować i pojechał ze swoją świtą i Eufrozyna do wód Karlsbadu, by podreperować swe zdrowie. Piotr pokręcił tylko głową i powiedział: - Że też przydarzył mi się taki syn! Może to jego kiepskie zdrowie w końcu mnie od niego uwolni! Mężczyźni, którzy go otaczali, Apraksin, Szafirów i Szeremietiew, roześmiali się do wtóru. Piotr kazał wymienić cały niemiecki dwór Zofii Szarloty na rosyjskie damy dworu, lekarzy i akuszerki. W żadnym razie nie można było dopuścić, by po narodzinach po kryjomu podmieniono dziecko! Zofia Szarlota siała do cara jeden błagalny list za drugim. Jej pisma były rozmazane od łez, tak rozpaczliwie prosiła o swoje damy. Nadaremnie. Urodziła swoje dziecko otoczona obcymi, których mowy wciąż jeszcze nie opanowała. A potem została wraz z noworodkiem sama w Pałacu Zimowym, otoczona dworzanami Aleksego. Nikt nie dałby złamanego grosza za przyszłość delikatnej księżnej. Wiadomość o połogu carówny dotarła do nas w pobliżu Półwy­ spu Hanko. - Małżonka carewicza Aleksego, Zofia Szarlota, szczęś­ liwie urodziła rankiem córkę. Na cześć siostry cara dziecko zostało

ochrzczone j a k o Natalia Aleksiejewną Romanow - przeczytał Piotr na głos. Zwinął list i przez chwilę patrzył w milczeniu na lśniącą błękitną wodę portu Rilax, w którym staliśmy na kotwicy. Dzięki morskiemu powietrzu jego cera nabrała zdrowego kolorytu, błękitne oczy znów lśniły, a ciemne, zaledwie poprzetykane pasemkami siwizny włosy potargał wiatr. Fale wokół nas po tysiąckroć odbijały ostre światło poranka, a przed naszymi oczami rozciągało się sine pasmo fińskiego wybrzeża. Piotr znów wyglądał jak młody, silny mężczyzna, którego wiele lat temu ujrzałam po raz pierwszy w namiocie Mienszykowa pod Marienburgiem. - Córka! - powiedział z pogardą i podał list Makarowowi, który gorliwie schował go do skórzanej teczki. - Córek sam m a m dosyć. Czy ten chłopak niczego nie potrafi dokonać? Jakaś mewa zanurkowała w fale, a na niebie zaczęły gromadzić się chmury. Słysząc słowa Piotra, obronnym gestem przyłożyłam dłonie do swojego brzucha. Znów byłam w błogosławionym stanie. Dwa tygodnie później otoczyliśmy szwedzką flotę przy Półwyspie Hanko. Żołnierze głuchli od armatnich salw i ślepli niczym krety od prochu strzelniczego. Po bitwie nędzne resztki statków kołysały się na morzu: rozczłonkowane ciała, żagle i deski. Wkrótce potem opuściłam Finlandię, żeby w Sankt Petersburgu urodzić córkę Marię. Malutka dziewczynka była jednak zbyt słaba, by przeżyć choć jeden dzień. W listach wysyłanych co tydzień na europej­ skie dwory Piotr przemilczał zarówno jej narodziny, j a k i śmierć. Młoda kobieta tak się śpieszyła, że wpadła prosto na mnie. Chwyciłam ją, zanim zdołała pociągnąć mnie za sobą na ziemię. Wraz z Piotrem podziwialiśmy właśnie w Pałacu Letnim okazy do jego powstającej Kunstkamery. Tworząc ten zbiór osobliwości czy wręcz, jak muszę przyznać, obrzydliwości, Piotr pofolgował swojemu zamiłowaniu do tego, co odmienne. Od dzieciństwa zbierał dziwy przyrody, rzadką broń, a także pamiątki z podróży i okazy zwierząt wszelkich gatunków. Teraz urządzał w komnatach naszego Pałacu Letniego swój własny

Gabinet Osobliwości. Jego decyzja napawała mnie smutkiem. Przecież to właśnie z okien tego pałacu patrzyliśmy każdego dnia, jak rozkwita młode miasto. Piotr kazał urządzić ogród starannie, na wzór francu­ skich ogrodów rozkoszy. Teraz jego poddani mieli się do woli po nich przechadzać. Mieszkańcy Sankt Petersburga będą mogli za darmo podziwiać kolekcję, popijając przy tym kawę, wino i wódkę. W k o m ­ natach wystawiono zalane alkoholem jagnięta z trzema głowami, bez­ nogie niemowlę z czterema rękami, zrośnięte klatkami piersiowymi bliźnięta, dziecko z rybim ogonem oraz dwa młode psy, które urodziła ponoć sześćdziesięcioletnia dziewica. Gdy poskarżyłam się z powodu utraty mojego ulubionego Pałacu Letniego, Piotr roześmiał się tylko i powiedział: - Poczekaj, poczekaj! Zbuduję ci taki pałac, który będzie większy i wspanialszy, niż możesz sobie wyobrazić! Słyszałam co prawda zbliżające się ku mnie kroki, lecz nie zwró­ ciłam na nie szczególnej uwagi. W owych dniach wielu ludzi śpieszyło za jakimiś sprawami. Dopiero gdy ta młoda kobieta wpadła na mnie z boku i z gniewnym okrzykiem upuściła sakiewkę, podniosłam wzrok. Ramię zabolało mnie od silnego uderzenia. Kobieta przyklękła i za­ klęła po niemiecku, zbierając monety, które wysypały się z sakiewki. A potem spojrzała do góry i przelękła się na mój widok. - Caryca! Pani! Wybaczcie! - wykrzyknęła przerażona po rosyjsku. Pomasowałam sobie ramię i odparłam dobrodusznie: - Cóż, chy­ ba trudno mnie nie zauważyć? - Dziewczyna zaczerwieniła się i j e d n o ­ cześnie roześmiała. Pozbierała j u ż wszystkie monety, ukłoniła się i j u ż chciała odejść, lecz ja chwyciłam ją za ramię. Jej jasne oczy i niesforne ciemnoblond loki wydały mi się znajome. - Przecież ja cię znam! Czy my się j u ż nie spotkałyśmy? - zapyta­ łam. Dygnęła jeszcze raz. - Jak najbardziej... Skoro jesteście tak łaska­ we, by pamiętać. Nazywam się Anna Kramer. Spotkałam was w domu Fiodora Matwiej ewa Apraksina. Roześmiałam się i uszczypnęłam ją w policzek. - Oczywiście! U Fiediuszki! - przypomniałam jej żartobliwie. Zaczerwieniła się jesz­ cze mocniej. - Co się z tobą od tamtej pory działo? Wciąż mieszkasz u Apraksina? - zapytałam ją.

Anna potrząsnęła głową i nagle wydała mi się bardzo nieszczę­ śliwa. - Nie. Fiodor Matwiejew podarował mnie generałowi Balkowi - odpowiedziała wprost. - Ale przecież generał Balk ożenił się z Anną Mons! Ona nie ścierpi twojej obecności pod swoim dachem! - odpowiedziałam zdumiona. Anna skinęła głową i skrzywiła drobny, usiany piegami nosek, jakby chciała powstrzymać łzy. - Właśnie. I dlatego generał od razu podarował mnie Marii Hamilton, bo był jej winien przysługę. Jestem teraz jej garderobianą. Na chwilę zapadła między nami cisza. Przyglądałam się Annie. Wydawało się, że jej ducha otacza ściana smutku, a urodę przygaszą welon melancholii. - Co też powiesz! U Marii Hamilton! M a m nadzieję, że jest ci u niej dobrze. Załatwiasz pewnie teraz dla niej jakieś sprawunki? - za­ pytałam przyjaźnie. Anna skinęła głową i uniosła wyżej sakiewkę. - Odebrałam dla niej pieniądze w lombardzie Blumenthala... Zastawiła u niego biżute­ rię - odpowiedziała z wahaniem. Wyglądało na to, że nie wie, ile może powiedzieć o sprawach swojej pani. Jednak brak pieniędzy nie był ni­ czym nowym na dworze petersburskim, gdyż zamiłowanie Piotra do nieustannych przyjęć i rozrywek wymagało sporo wydatków. Nierzad­ ko zdarzało się, że któraś z dam zastawiała rodowe klejnoty, żeby jakoś dać sobie radę finansowo. - A co słychać u Marii Hamilton? Ponoć znów jest przy nadziei? - zmieniłam temat. Ku m e m u zaskoczeniu Anna Kramer zbladła jak płótno. - O tym nic mi nie wiadomo, tak mi dopomóż Bóg - szepnę­ ła. Otuliła się płaszczem i wsunęła sakiewkę z pieniędzmi pod pachę. - Muszę się śpieszyć, caryco, moja pani nie czuje się dobrze, a jest bar­ dzo surowa. - Z tymi słowami dygnęła jeszcze raz głęboko i pobiegła dalej. Odprowadziłam wzrokiem jej wirującą spódnicę i zadumałam się. Wtedy w sypialni carewicza Maria Hamilton była przy nadziei. Nie wiedziałam, co się stało z tamtym dzieckiem. Może oddała je do sie-

rocińca albo jakiejś rodzinie na wsi. Teraz byłam już pewna, że znowu jest w ciąży. Ale po co te wszystkie tajemnice? Przy jej trybie prowa­ dzenia się to przecież nic dziwnego. Niepotrzebnie o tym myślę. Wzruszyłam ramionami i dałam Ulryce Villebois znak. Ukłoniła się wdzięcznie, chwyciła mój krótki tren i ruszyłyśmy dalej. Siedzieliśmy z Piotrem przy kominku w jego wielkim gabinecie, a za naszymi plecami dwaj paziowie robili porządek na jego biurkach i w sekretarzyku. - Chcę ci pokazać pałac, który każę zbudować dla nas na lato! - powiedział Piotr i pogłaskał Lizenkę po głowie. Suka z zadowolenia rozsunęła wargi, ukazując zęby. Piotr dał jej do gryzienia starą skó­ rzaną rękawiczkę, a ona ciężko opadła na wytarte czubki jego znisz­ czonych butów. Była tam, gdzie czuła się najlepiej, a ogień kominka ogrzewał jej sierść. - Jeszcze jeden pałac? Jeszcze większy, jeszcze wspanialszy niż Pałac Zimowy? A nie moglibyśmy po prostu zamieszkać na zawsze w Pałacu Letnim? Tylko ty, ja i nasze dzieci? Czy nie moglibyśmy prze­ nieść Kunstkamery gdzie indziej? - zapytałam z przekorą i kazałam nalać sobie gorzkiego czaju, który kipiał w wysadzanym szlachetnymi kamieniami samowarze. Potrzymałam miseczkę jeszcze przez chwilę, żeby dolano mi wódki, przysunęłam napar do ust i z rozkoszą upiłam kilka łyków. Gorąca herbata spłynęła mi do gardła. Tej jesieni ciągle było mi zimno. Czułam, że ostatnia ciąża pozbawiła mnie sił. Sięgnę­ łam więc z przyjemnością po małe, smażone w tłuszczu rulony z ciasta wypełnione serem i grzybami i zaczęłam jeść. Piotr potrząsnął głową. - Ja sam najbardziej bym tego pragnął! Lecz chodzi o to, żeby pokazać Europie, że żyję na takiej samej stopie jak tamtejsi władcy! Według nich Pałac Zimowy wcale nie jest wspa­ niały. Ale może być moim Luwrem, tylko potrzebuję jeszcze swojego Wersalu. I będzie nim właśnie Peterhof... Chyba popatrzyłam na niego zdumiona, bo schował mi za ucho niesforny lok. - Nie rozumiesz tego. Nie zrozumie tego ktoś, kto nie

widział Paryża i dworu wielkiego Ludwika. Ale jeśli francuski król coś może, to tym bardziej może car Wszechrusi! A poza tym Alosza buduje swój pałac w Oranienbaum. Chyba wystarczy już, że jego pałac nad Strelką jest najpiękniejszy w mieście! - powiedział i zerwał się na nogi. - Czekaj, pokażę ci plany Peterhofu. Pracuję nad nimi już prawie dwa lata, gdy tylko znajdę chwilę czasu. Pałac zostanie zbudowany niedale­ ko naszego domu koło Kronsztadu... - Podszedł do biurka, przez chwi­ lę czegoś szukał, a potem kopniakami wygonił obu paziów. - Cholera! Jak mi tu zrobicie porządek, to potem niczego nie będę mógł znaleźć! Patrzyłam w płomienie, które tańczyły w kominku. Wydawało mi się, że pojawiły się pośród nich dawno zapomniane twarze, więc mrugnęłam kilka razy, żeby je przepędzić. Zmusiłam się, żeby myśleć 0 nowym pałacu Piotra. Pod Kronsztadem Piotr zbudował już mały pawilon Mon Plaisir. Jego położenie nad Zatoką Fińską wybrał, żeby móc nadzorować budowę swojej floty. Krajobraz był tam łagodny i zie­ lony. Morze wygładziło zatoki i plaże. Piotr wrócił z kilkoma zwojami papieru i usiadł z powrotem obok mnie. - Te plany leżą u mnie już od dawna, lecz przez ostatnie dwa lata, odkąd myślę o pałacu, wciąż dzieje się zbyt dużo, żebym mógł nad nimi popracować. Sama ustawa o dzie­ dziczeniu zajęła mi kilka miesięcy! A szlachcice i chłopi w całym kraju wciąż nie chcą przekazywać całego majątku i ziemi tylko najstarszemu synowi! - Ale ty przecież robisz to samo! - Miałam ochotę ugryźć się w język za własną głupotę. Piotr jednak pomilczał chwilę, a potem wy­ ciągnął rękawiczkę z pyska Lizenki. Warknęła i chciała ją z powrotem złapać. Piotr popatrzył na mnie i nagle chwycił mnie za rękę. - Daj mi tylko syna, Katerinuszko. Błagam cię. Choćby po to, żebym mógł spokojnie spać. Niczego tak nie potrzebuję jak syna! Tylko jednego! Jednego jedynego, żebym nie musiał polegać wyłącznie na Aleksym! Moja piękna Rosjo! Błagam! Ujrzałam w jego oczach głęboką troskę i poczułam miłość i współ­ czucie. - Gdyby to leżało w mojej mocy, mój carze, obdarzyłabym cię 1 dziesięcioma silnymi synami - szepnęłam, przyciągając sobie jego palce do ust i całując je.

- Wiem, wiem... - powiedział zamyślony. W tym momencie usłyszeliśmy podniesione glosy dobiegające z małego korytarzyka przed gabinetem. Najgłośniej słychać było Ma­ karowa: - Carowi nie wolno przeszkadzać! Jest teraz z carycą! Piotr podniósł wzrok i nadstawił ucha. Drugi głos zaczął spierać się z Makarowem, a w tle usłyszeliśmy jęki starszej kobiety. - To Szafirów! - stwierdził Piotr i wielkimi krokami podszedł do drzwi. Spojrzałam na plany nowego pałacu Peterhof, które leżały na moich kolanach. Przysięgłam sobie, że na tych schodach, których liczne stopnie prowadzić miały aż do Zatoki Fińskiej, bawić się będzie nasz syn. Pałac był doskonale usytuowany pośród łagodnych zatoczek naprzeciwko Kronsztadu. Przekręciłam projekt na bok i przekrzywi­ łam głowę, żeby spojrzeć na niego pod innym kątem. Piotr gwałtownie otworzył drzwi. Zobaczyłam, że Szafirów przy­ prowadził ze sobą jakąś kobietę w kajdanach i jeszcze jakiegoś mężczy­ znę. Makarów zwrócił się do swojego władcy i przepraszającym gestem wzruszył ramionami. - O co chodzi, Szafirów? - zapytał surowym to­ nem Piotr. - O co robisz takie zamieszanie? Czy z tymi hałasami nie możesz poczekać do kolacji? - dodał żartem, widząc zrozpaczony wy­ raz twarzy swojego starego przyjaciela. Szafirów ujął pod ramię mężczyznę, którego ze sobą przyprowa­ dził. - Mój carze! Pozwól nam zwrócić się do carycy. Zdumiona uniosłam głowę i popatrzyłam na starca, który stał obok Szafirowa. Nigdy w życiu go nie spotkałam, ale skinęłam głową. Szafi­ rów podszedł z nim bliżej i pociągnął za sobą także kobietę w kajdan­ kach. Krzyczała i lamentowała, aż zabarwiona od tabaki ślina zaczęła spływać jej po brodzie. Jej brudne siwe włosy sterczały na wszystkie strony. Miała tylko jedno oko, które ginęło pośród zmarszczek i opu­ chlizny. Na drugim nosiła opaskę z ciemnego, poplamionego płótna. Jej dłonie przypominały szpony. Paznokcie na zniekształconych artretyzmem palcach były długie i zakrzywione. Wraz z nią do ciepłego gabinetu wtargnął obrzydliwy odór potu, wódki i ludzkich wydalin. Zaczerpnęłam powietrza i, przykładając sobie do ust i nosa uperfumowaną chusteczkę, zapytałam: - Tak?

Szafirów chwycił staruchę za włosy i zmusił ją, żeby uklękła. Zawy­ ła. - Pochyl swą paskudną gębę przed carycą, stara wiedźmo! - ofuk­ nął ją. Zajęczała cicho do siebie. Piotr stał z bezradną miną za całym tym towarzystwem. Wstałam. Zwoje z planami Peterhofu z szelestem zsunęły mi się z kolan. - O co chodzi, Szafirów? Kim są ci ludzie? - zapytałam, m a r ­ szcząc czoło. Odetchnął głęboko i powiedział do starca: - Ty pierw­ szy, Blumenthal. - Przyjrzałam mu się uważniej. Bez wątpienia był w s p ó ł w y z n a w c ą Piotra Szafirowa, ponieważ miał płaski czarny ka­ pelusz, czarny płaszcz i pejsy wierzącego Żyda. Jak Szafirów go na­ zwał? W y d a w a ł o mi się, że gdzieś j u ż słyszałam to nazwisko, lecz nie potrafiłam sobie przypomnieć, gdzie ani w j a k i m kontekście. M ę ż ­ czyzna na polecenie Szafirowa podszedł bliżej i ukłonił się godnie i w milczeniu. Z kieszeni szerokiego płaszcza wyciągnął a k s a m i t n ą sakiewkę. Starucha przestała jęczeć. Słychać było tylko trzask p o ­ lan w k o m i n k u . Blumenthal ukląkł przede mną, wysypał zawartość sakiewki na swoje delikatne, miękkie dłonie i wyciągnął je w moją stronę. W y r w a ł mi się okrzyk zdumienia. Przede mną lśnił naszyj­ nik z t u r k u s ó w i d i a m e n t ó w , który m i a ł a m na sobie kilka miesię­ cy temu, gdy z m u s i ł a m Aleksego do powrotu na drogę małżeńskiej cnoty. Car podszedł do mnie i wziął kolię. On też rozpoznał naszyjnik. - Skąd to masz, człowieku? Ja sam podarowałem tę kolię carycy stwierdził z niedowierzaniem. Stary jubiler z pokorą pochylił głowę. - Rozpoznałem szlachetne pochodzenie tej biżuterii i właśnie dlatego zwróciłem się do syna mojej kuzynki, Piotra Szafirowa. - Szafirów, kto sprzedał mu ten klejnot? I kim jest ta cuchnąca stara baba? - Piotr zwrócił się do swojego pomocnika. Ten zacisnął usta i odparł krótko: - Ta stara to taka niby-akuszerka. Pomaga kobie­ tom z Sankt Petersburga pozbyć się niechcianych dzieci. Spojrzałam na odrażające palce kobiety, którymi akurat drapała się po głowie. Zrobiło mi się niedobrze. Zakołysała się do przodu i do tyłu i zawyła. Jej skrywające bezzębne dziąsła usta drżały.

Szafirów kontynuował: - A kolię... Cóż, kolię zastawiła Maria Ha­ milton. Potrzebowała pieniędzy, żeby usunąć ciążę... I to nie jedną, j e ­ śli wierzyć oskarżeniom tej staruchy. Przez chwilę w gabinecie panowała cisza. Nie śmiałam spojrzeć na Piotra. - Nie rozumiem... - powiedziałam w końcu powoli. Szafirów ukłonił się. - Za pozwoleniem... - powiedział i kopnął staruchę w bok. Z krzykiem zwaliła się na ziemię. - Mów! Może uratujesz jeszcze swo­ ją cuchnącą skórę! - syknął. Kobieta wstała. Jej oczy lśniły złym bla­ skiem. - Ta Hamilton to dziwka! A teraz biedna babuszka ma płacić za jej grzechy. Widywałam ją co cztery, pięć miesięcy, tę lafiryndę. Za­ wsze płakała i jęczała, że nie może urodzić tego dziecka. Bóg jeden wie, z kim się zadawała... - starucha mówiła piskliwym głosem. Ja wciąż nie miałam odwagi zerknąć na Piotra. - A l e j a nie jestem tania! Moje usługi nie są za darmo! - skrzeczała dalej. Szafirów kopnął ją drugi raz, a ona mruknęła coś niechętnie i umilkła. - Maria Hamilton okradała carycę i zastawiała biżuterię u mojego wuja Blumenthala. Dopiero przy tym naszyjniku nabrał podejrzeń... - wyjaśnił. Przerwałam mu. - Blumenthal, ile sztuk biżuterii przyniosła ci Maria Hamilton? - zapytałam jubilera. Ten z namysłem pokiwał gło­ wą. - Och, nie przychodziła osobiście. Przysyłała swoją niemiecką słu­ żącą, Annę Kramer. Miła dziewczyna, która nigdy nie wpadłaby w ta­ kie tarapaty jak jej pani! Ale Anna przychodziła często, czasem z czymś drobniejszym, jak pierścionek, a czasem z naszyjnikiem czy pasem... Uniosłam dłoń. W tym momencie do starej podszedł Piotr. Ukląkł i pociągnął ją za włosy do góry, żeby móc spojrzeć jej w jedyne oko. - Powiedz mi, stara kobieto, zanim każę wyrwać ci język z gardła, ja­ kiej płci były dzieci, które zabiłaś w łonie Marii Hamilton? Starucha popatrzyła na niego. Jej oczy lśniły zimnym blaskiem. Z jej gardła wydobył się chichot, a potem splunęła carowi prosto pod nogi. - Skoro j u ż musisz wiedzieć, a ja i tak m a m umrzeć... Chłopcy, mój carze. Wszystko piękni synkowie! Przy każdych zwłokach śmiała

się, ta Hamilton. I zawsze powtarzała: z lekkim sercem niszczę to, cze­ go caryca w ogóle nie potrafi dokonać! Śmiała się i śmiała, aż Szafirów podszedł do niej i uderzył ją pięś­ cią w twarz. Był koniec marca. Tego szarego, zasnutego ciemnymi chmurami dnia Maria Hamilton miała wejść na szafot. I carówna, i ja znów byłyśmy przy nadziei. Jednak Piotr upierał się, żebyśmy uczestniczyły w stra­ ceniu morderczyni dzieci. Już z daleka słyszałyśmy okrzyki, gdy wy­ chodziła z Bramy Newskiej Twierdzy Pietropawłowskiej i wsiadała na sanie. Po drugiej stronie zamarzniętej rzeki musiała przesiąść się na wóz drabiniasty i ruszyć nim wzdłuż nabrzeża. Na moją prośbę nie zo­ stała wydana na tortury. Wybaczyłam jej i obraźliwe słowa, i kradzież. Według mnie poniosła wystarczającą karę za swoją głupotę. Piotr jed­ nak był w swej decyzji niewzruszony. Był przekonany, że ta kobieta z lekkim sercem zamordowała ewentualnych dziedziców rosyjskiego imperium. Za to musiała ponieść publiczną karę. Wyłożony zgniłą słomą wóz nadjeżdżał. Padała lekka mżawka, a małe, długowłose koniki zaprzężone do wozu ślizgały się po gładkich kamieniach i śniegowym błocie. Tłum, który od samego świtu czekał na skazaną, zaczął wiwatować. Gdy w końcu ją zobaczyli, zaczęli rzucać w nią zgniłymi warzywami. Nie uchyliła się, gdy pierwsze liście kapu­ sty trafiły ją w twarz. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy płacze, byłam zbyt daleko. Gdy się zbliżyła, dostrzegłam jednak, że nosi na twarzy dowody złego traktowania, a na ramionach i piersiach ślady wypalania żelazem. Na dodatek czyjeś brutalne ręce zgoliły jej jasnobrązowe loki. Na nagiej czaszce widniały liczne zacięcia. - Niech Bóg zmiłuje się nad jej biedną duszą... - mruknęła obok mnie caryca Praskowia i przeżegnała się trzema palcami. Ona też pro­ siła Piotra o łaskę dla Marii Hamilton. Carówna Zofia Szarlota nawet nie patrzyła, tylko utkwiła wzrok na swoich splecionych na łonie dło­ niach. Jej powieki niespokojnie drgały. Natomiast Aleksy wyciągnął nogi przed siebie i zaczął z głośnym chrupaniem gryźć jabłko. Mlaskał przy jedzeniu i wypluwał pestki pod swoje nogi.

Marię zdjęto z wozu. Kajdany, które miała na rękach, rozpięto. Stała wyprostowana i zachowywała się tak, jakby nie słyszała dobiega­ jących z tłumu obraźliwych okrzyków. - Dziwka! Morderczyni dzieci! Wiedźma! - Jedna z kobiet prze­ darła się przez rzędy gapiów i splunęła jej w twarz. Maria z wdziękiem poprawiła fałdy szerokiej sukni z białego jedwabiu z drobnymi, czar­ nymi kokardkami na ramionach i w talii. Car osobiście zaprojektował suknię, w której jego była kochanka miała spotkać się ze śmiercią. Dworska suknia wisiała ciężko na jej wątłym ciele. Jej wzrok prześlizg­ nął się po tłumie i w końcu zatrzymał się na mnie. Uniosłam dłoń w ge­ ście pozdrowienia, a ona głęboko się przede mną skłoniła. Ze spuszczoną głową, krok za krokiem, podeszła między dwoma pomocnikami kata do szafotu. Gdy spojrzała na katowski pień, ujrzała, że stoi tam wyprostowany Piotr. Przerażona przytknęła dłoń do ust i wydala z siebie cichy okrzyk. Jeden z pomocników kata roześmiał się, uderzył ją między delikatne łopatki i zawołał: - Tego się nie spodziewałaś, co, moja mala? Car chce to zrobić własnoręcznie! - T ł u m wiwatował. Maria potykała się chyba na każdym stopniu szafotu. Niespokojnie wierciłam się na obitym czerwonym aksamitem krześle. Co Piotr zamierza? Ku m e m u zdumieniu car podał Marii ramię, a ona natychmiast się go przytrzy­ mała. Podprowadził ją do katowskiego pnia. Położył dłoń na jej ra­ mionach i nacisnął, żeby uklękła. Widziałam, że porusza ustami, lecz nie zrozumiałam, co do niej mówi. Skłoniła głowę i przechyliła się do przodu. Jej szczupła, biała szyja dotknęła surowego drewna pnia. Kat poprawił swój czarny kaptur i podszedł bliżej. Piotr zwrócił się do zgromadzonego tłumu. Jednak swój wzrok skierował prosto na mnie. - Nie mogę oddalić najsurowszej z kar od nieszczęsnej głowy ska­ zanej! Gdyż to oznaczałoby złamanie ludzkich i boskich praw. Mario Hamilton, przyjmij wyrok w nadziei, że Bóg, tak jak ja, przyjmie twą pokutę i wybaczy ci! - wykrzyknął. Zofia Szarlota zaszlochała obok mnie, a Aleksy popatrzył na nią z pogardą. W owych dniach carewicz był w złym humorze, ponieważ

Piotr niemal codziennie sial do niego pełne wyrzutów listy. Egzeku­ cja kobiety, która dogadzała także j e m u , nie zrobiła na nim większego wrażenia. Przebiegłam wzrokiem po otaczającym go towarzystwie i uj­ rzałam, że stoi tam również ta hoża, prosta dziewczyna o czerwonych włosach. Skłoniła się głęboko, gdy zorientowała się, że na nią patrzę. Odwróciłam wzrok w stronę szafotu. Kat uniósł właśnie swój miecz na znak Piotra i j e d n y m uderze­ niem odrąbał głowę Marii. Strumień krwi trysnął w powietrze, a gło­ wa potoczyła się do wypełnionego słomą kosza. Rozbrzmiały okrzyki tłumu, a niektóre kobiety zaczęły zawodzić. Do moich nozdrzy dotarł zapach pieczeni z rożna. Petersburscy handlarze wykorzystywali zbie­ gowisko, żeby ubić interes. Car schylił się, wyjął głowę z kosza i uniósł ją. Powoli, bardzo powoli przysunął odciętą głowę do swoich ust i zło­ żył delikatny pocałunek na martwych ustach Marii Hamilton. Zofia Szarlota mało nie zwymiotowała, a ja dałam znak Annie Kramer, która zastąpiła Marię Hamilton jako moja dama dworu, żeby pomogła carównie zejść z trybuny. Wzięła Zofię Szarlotę pod ramię i zwróciła się do niej po niemiecku uspokajająco łagodnym głosem. Aleksy zaczął z zainteresowaniem przyglądać się Annie Kramer, więc upomniałam go, uderzając go w ramię wachlarzem z kości słoniowej i jedwabiu. Siedziałam obok cara, gdy ten podczas przyjęcia z okazji imienin na­ szej córki Elżbiety Piotrowny w pałacu Mienszykowa zwrócił się do Piotra Andriejewicza Tołstoja i pełnego zapału Aleksandra Iwanowicza Rumiancewa: - Zawsze dawaliście mi słuszne rady! Pomóżcie i te­ raz znaleźć rozwiązanie dla moich trosk... - Jakaż to sprawa niepokoi twój umysł, mój carze? - zapytał Piotr Andriejewicz Tołstoj, z poufałością przysuwając się bliżej swego wład­ cy. Oparłam się o poduszki, przyjmując wygodniejszą pozycję w moim zaawansowanym stanie. Spodziewałam się rozwiązania za kilka tygo­ dni, a ciało miałam ciężkie i opuchnięte. Jednocześnie z napięciem przysłuchiwałam się prowadzonej rozmowie. Piotr jeszcze bardziej ściszył głos.

- Aleksy - powiedział krótko. Zarówno Tołstoj, jak i Rumiancew zawahali się z odpowiedzią, a mojej uwadze nie umknęło ukradkowe spojrzenie, które wymienili. - Nie chciałbym być jak ten angielski król, który zawołał do swo­ ich rycerzy: czy nikt nie potrafi uwolnić mnie od tego uciążliwego bi­ skupa? Lecz... - A co się stało z tym uciążliwym biskupem w Anglii? - przerwał mu Tołstoj. Rozluźniony Piotr oparł się o oparcie krzesła. - Kilku ry­ cerzy, którzy usłyszeli skargę króla, poszło do katedry, w której biskup głosił kazanie, i zabili go przed ołtarzem... Piotr Andriejewicz Tołstoj pokiwał głową, a Rumiancew zabrał głos jako pierwszy. - Myślę, że warto poczekać na poród carówny Zo­ fii Szarloty i oczywiście na poród jej wysokości carycy. Dopiero wte­ dy, mój carze, być może trzeba będzie szybko podjąć ważkie decyzje... - powiedział cicho i z rozwagą. - Ale ja j u ż nie mogę wytrzymać z tym moim synem nicponiem! - wykrzyknął car, lecz zaraz ściszył głos, widząc, że niektórzy z zapro­ szonych na kolację posłów unieśli głowy. Nawet Elżbieta Piotrowna przerwała zabawę z pieskiem i spojrzała pytająco na ojca. Powachlowałam się, gdyż salę w pałacu Mienszykowa wypełniało duszne, ciepłe powietrze wczesnojesiennego wieczoru. Przy okazji uśmiechnęłam się do posłów tak ujmująco, że poczuli się zobowiązani do spuszczenia wzroku i zajęcia się z powrotem jedzeniem. Skinęłam na podczaszego. Natychmiast posłał do nich obu swoich pomocników z dzieżą wódki. Campredon, francuski poseł, zbladł. Wiedziałam, że niczego nie boi się tak bardzo jak tej dzieży i głębokiego czerpaka, którym napełniano mu puchar. Z trudem skryłam uśmiech, widząc krople potu na jego czole. Pomocnik podczaszego napełnił mu czarę aż po same brzegi. Piotr mówił dalej cichszym głosem. - Czy odkąd osiągnął pełnoletniość, choć raz pomógł mi w moich trudach i staraniach? Na myśl, że mógłbym umrzeć, a imperium przypadłoby j e m u , aż mdli mnie z przerażenia. Rumiancew próbował go uspokoić. - Oczywiście, oczywiście. I bądź, mój carze, pewny, że bez względu na podjętą decyzję zawsze

będziemy u twego boku. Lecz wstrzymaj się na tych kilka miesięcy. Jeśli Aleksy będzie mial syna i brata, nie będzie j u ż mógł zachowywać się tak bezczelnie i wyzywająco. Jeśli - pomyślałam. Modlitwą próbowałam zagłuszyć zwątpienie, które czułam w głębi serca. Car w milczeniu i z ponurą miną pociągnął łyk z wysokiego na ło­ kieć kufla. Powiodłam wzrokiem w ślad za jego spojrzeniem. Po drugiej stronie sali siedziała młoda carówna. Małżeństwo i ciąża wcale jej nie służyły. Jadła niewiele i ciągle kazała swojej damie dworu przynosić świeżej lemoniady. Jej cera była poszarzała i pokryta brzydkimi prysz­ czami i wrzodami. Włosy straciły cały blask, a garderobiana zapewne ze sporym trudem zdołała uczesać je żelazkiem w miękkie loki. Pomyślałam o jej ostatnim liście, który nigdy nie dotarł na brunszwicki dwór: „Jestem ofiarnym jagnięciem, złożonym na ołtarzu naszego domu, z którego nikt nie będzie mieć najmniejszej korzyści. Umieram powolną śmiercią z troski i samotności...". Car przeczytał go mnie i Piotrowi Makarowowi. W tym momencie usłyszałam, jak Piotr mówi: - Szwagierka cesa­ rza Austrii czy nie, nie m a m pojęcia, jak mojemu przeklętemu synowi udało się jeszcze raz zapłodnić tę paskudę. Mnie przy takiej tyczce na­ wet by nie stanął... Tołstoj i Rumiancew roześmiali się. Piotr Andriejewicz przechy­ lił się poufale do przodu i stwierdził: - Słyszałem, że księciu pomogły przy tym dłonie jego kochanki... - Wykonał jednoznaczny gest i wszy­ scy trzej niemal zaczęli krztusić się ze śmiechu. Rozejrzałam się za moimi damami dworu, a Anna Kramer, jak zawsze czujna, podchwyciła moje spojrzenie. Odstawiła swój puchar i pośpieszyła ku mnie. - Gdzie przebywa dziś wieczór książę Aleksy? - zapytałam ją po ci­ chu. Oczy trzymała spuszczone. - Powiedział, że nie może znieść wido­ ku swojej żony. Je sam z Eufrozyną - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Czy Eufrozyną jest przy nim przez cały czas? - zapytałam. Anna skinęła głową. - Tak. Nie rozstają się nawet na chwilę. Książę kazał urządzić dla niej wspaniały apartament...

W tym momencie Piotr uniósł swój kufel i wykrzyknął na całą salę: - Toast za zdrowie mojego nienarodzonego syna! I mojego wnuka! Wszyscy wstali, rozległy się wiwaty, kule pistoletów uderzyły o su­ fit, a ja uśmiechnęłam się zachęcająco do carówny, która z grzeczności przytknęła blade usta do kielicha z winem. Sama też się napiłam. Piotr zmarszczył czoło i przeczytał mi słowa, którymi w liście zwracał się do Aleksego. - Synu mój, coraz mocniej ubolewam, że muszę zwró­ cić się do tak podłej istoty jak ty. Nie szczędziłem dla Rosji i dla mego ludu ani życia, ani sił. Czemuż więc miałbym oszczędzić twoje życie, które jest tak niegodziwe? Wolę oddać swój tron godnemu cudzoziem­ cowi niż niegodnemu synowi... Ja krążyłam niespokojnie po małym gabinecie, którego ścia­ ny pokrywała lakierowana na czerwono ciemna boazeria. W misach z chińskiej porcelany żarzyły się perskie kadzidełka. Ruch miał dać ulgę memu obrzmiałemu, ciężkiemu ciału. To był deszczowy paździer­ nikowy dzień, a zimny wiatr przedzierał się nawet przez zamknięte, oprawione w ołów podwójne okna i grube zasłony. Nawet pachną­ cy, migoczący ogień w kominku nie był w stanie mnie ogrzać. Po raz pierwszy bałam się porodu. Byłam tak gruba i opuchnięta, że czasami myślałam, że spodziewam się bliźniąt. Dwóch synów dla Piotra? Na tę myśl serce zabiło mi szybciej, lecz zabroniłam sobie rojenia takich marzeń. - Każ wołać posłańca, żebym mógł wysłać list do Aleksego... - po­ wiedział właśnie Piotr. Przerwałam swoje niespokojne krążenie po pokoju. - Czy twe sło­ wa nie są zbyt surowe? Poczekajmy jednak, aż Zofia Szarlota urodzi dziecko. Może on się poprawi... - wstawiłam się wbrew rozsądkowi za przybranym synem. Nie chciałam tak po prostu zrezygnować z Alek­ sego. Piotr przez chwilę przyglądał mi się z wahaniem, a potem potrząs­ nął głową. - Ty z tym swoim sercem ze złota. Nawet jak ktoś jest bar­ dzo zły, ty tego zła w nim nie dostrzegasz. Gdy pomyślę o Marii Hamil­ ton! Wybaczyłaś nawet jej!

Wzruszyłam ramionami. - Życie jest zbyt krótkie, żeby być mści­ wym. Nienawiść i gniew kradną tylko spokój serca - powiedziałam. W tym momencie ktoś cicho zastukał do drzwi i do gabinetu wsunęła głowę Anna Kramer. Gdy ujrzała Piotra, chciała się natychmiast wy­ cofać. Lecz ja skinęłam na nią, a ona weszła do środka, nie zamykając jednak za sobą drzwi. Piotr patrzył na nią przez chwilę, jakby próbując rozpoznać. Anna dygnęła i powiedziała cichym głosem: - Piotr A n ­ driejewicz Tołstoj prosi o posłuchanie. Jej Wysokość carówna Zofia Szarlota zaczęła rodzić. Piotr rzucił krótko: - Niech wchodzi, na co czekasz, dziewczyno! Za Piotrem Andriejewiczem wszedł jego piękny, czarny niewol­ nik Abraham, którego przywiózł z Konstantynopola. Abraham zawsze trzymał się tak prosto, jakby kij połknął. Stanął w drzwiach i skrzyżo­ wał ramiona. Tołstoj pokręcił głową, gdy Piotr zaproponował mu krze­ sło przy ogniu. - Nie mogę zostać długo, mój carze. Chciałem tylko do­ nieść, że carówna odczuwa j u ż bóle porodowe. Blumentrost twierdzi, że to jeszcze trochę za wcześnie... Car zapytał tylko: - A czemuż to? Skąd Blumentrost może to wie­ dzieć? Czy był obecny przy zapłodnieniu? - zaśmiał się drwiąco i kop­ nął polano w kominku, aż posypały się iskry. Piotr Andriejewicz Tołstoj przestąpił nerwowo z nogi na nogę. - W komnatach carówny chodzą słuchy, że... - zaczął mówić. - Po­ dobno carówna spadła ze schodów. Ma siniaki na całym ciele. Blumen­ trost mówi, że złamała j e d n o żebro... - znowu umilkł. Usiadłam na fotelu, podpierając plecy poduszkami. Stopy opar­ łam o udo Piotra, a on zaczął ugniatać moje obolałe i opuchnięte kost­ ki. Gdy Tołstoj ponownie przemówił, jego głos był chłodny. - Aleksy bił i kopał Zofię Szarlotę, aż sama rzuciła się ze schodów. I dlatego zaczął się poród. - Mój Boże! - wykrzyknęłam. - Nie może być! Piotr nic nie powiedział. Odsunął moje stopy, wstał, podszedł do małego biurka i odcisnął pieczęć w miękkim wosku na końcu listu, któ­ ry przed chwilą napisał do Aleksego. Podniósł wzrok i przesunął nim po moim zaokrąglonym brzuchu w niemej prośbie.

- Przekaż księciu, że musi się zdecydować. Albo zacznie zachowy­ wać się odpowiednio do swej pozycji i powołania, albo trafi do klaszto­ ru - powiedział do Tołstoja. Zastanowił się chwilę, a potem wzruszył ramionami. - Albo... Nie dokończył zdania i nawet Piotr Andriejewicz Tołstoj nie miał odwagi spojrzeć mu w oczy. Pewnego deszczowego dnia pod koniec października Zofia Szarlota uro­ dziła zdrowego chłopca. Przy porodzie był obecny sam car. Z triumfują­ cym uśmiechem uniósł noworodka w bladym świetle poranka. - Spójrz­ cie na niego! Mój dziedzic! Piotr Aleksiejewicz! - zawołał. Podeszłam do niego i z sympatią popatrzyłam na dziecko. Kopało, krzyczało i wyglą­ dało na zdrowe jak ryba. Piotr osobiście zanurzył noworodka w pierw­ szej ciepłej kąpieli, a ja podziwiałam jego krągłe, różowiutkie członki. Narodziny tego chłopca zdjęły z mych ramion wielki ciężar. Piotr oddal go w tłuste ramiona mamki. Wybrał ją na podmoskiewskim niemie­ ckim przedmieściu ze względu na olbrzymi biust. Mały książę powinien wyssać z mlekiem mamki nową, otwartą Rosję! Patrzyłam, jak mamka ostrożnie go do siebie przysuwa i mówi: - No, spróbujemy, maluchu? - Ściągnęła z ramienia lnianą koszulę, a mały Piotr Aleksiejewicz moc­ no złapał jej ciemnoczerwoną brodawkę. Piotr roześmiał się z zadowole­ niem. - To mi się podoba! Już teraz jest silny jak niedźwiedź! Z tyłu, od strony łóżka Zofii Szarloty, dotarł do nas jakiś słaby dźwięk. Podeszłam tam i popatrzyłam na nią. Blumentrost po poro­ dzie kazał upuścić jej krwi. Jeśli na dodatek medycy przyłożą jej do pleców gorące bańki, wykrwawi się na śmierć. Garderobiana carówny próbowała napoić ją gorącym rosołem wymieszanym z czerwonym wi­ nem, lecz Zofia Szarlota nie była w stanie nic przełknąć. - Zofio Szarloto... - powiedziałam cicho i pochyliłam się ku niej, na ile pozwalał mi na to mój wielki brzuch. Odwróciła głowę w moją stronę, nie otwierając jednak oczu. Jej czoło pokrywała lśniąca warstwa potu, a policzki płonęły niezdrową czerwienią. Ujęłam jej dłoń. Palce carówny zacisnęły się na chwilę na moich, a potem opadły bezwładnie na prześcieradło. - Matko... - szepnęła po niemiecku. Odgarnęłam jej

włosy z twarzy i skierowałam się do wyjścia. - Zadbajcie, żeby tu do­ brze przewietrzyć. Dajcie jej na wzmocnienie grzane wino z suszonymi owocami. I palcie tu kamforę, to oczyszcza powietrze! - rozkazałam pokojowym, które onieśmielone pokiwały głowami. Przez kolejne dni młoda księżna krzyczała z bólu, który rozdzierał jej ciało. Sześciu medyków, których Piotr natychmiast kazał do niej we­ zwać, potrafiło tylko bezradnie kręcić głowami. Podczas ostatniej wi­ zyty cara w jej sypialni musiało go podpierać dwóch paziów. Z powodu opuchlizny Piotr ledwo chodził i wył jak zwierzę przy każdym kroku. W ostatnich dniach sporo pił i jadł, żeby uczcić narodziny wnuka. Ja postanowiłam trzymać się z daleka od loża carówny i w spokoju czekać na swój poród. W tej trudnej chwili nie mogło na mnie paść żadne przekleń­ stwo czy złe spojrzenie. W zastępstwie posłałam A n n ę Kramer. Gdy wróciła po wielu godzinach, oczy miała czerwone od płaczu, a twarz zatroskaną. Kazałam przerwać lektorce czytanie i zapytałam Annę: - I jak? Anna Kramer zachwiała się, a ja szybko dodałam: - Usiądź koło mnie, dziecko. Napij się grzanego wina, a potem opowiadaj! - Anna posłusznie napiła się ciemnego, słodkiego napoju, który podała jej moja garderobiana. Na chwilę zamknęła oczy, a potem popatrzyła na mnie. - Księżna wie, że jej koniec jest j u ż bliski, pani. Kazała zawołać pastora, żeby poprzez spowiedź uwolnić Aleksego od wszelkiej winy. To anioł... - umilkła i napiła się jeszcze wina. Wpatrywałam się w pło­ mienie kominka. Nasz świat to nie jest miejsce dla aniołów. - Co do­ kładnie powiedziała? - zapytałam cicho. Anna otrząsnęła się i powtó­ rzyła mi słowa umierającej żony Aleksego. - Powiedziała, że póki żyła, rozpowszechniano niezgodne z praw­ dą pogłoski na temat jej i jej męża. O tym, że jej choroba bardziej wią­ zała się z udręką i mężem niż z ciążą. Wyraziła wdzięczność za los, który ją spotkał oraz za życzliwość ze strony cara... - Anna przełknęła ślinę, jakby kwaśno jej się odbiło. Nie patrzyłam na nią, tylko czekałam na następne, pełne wahania słowa. - Car Piotr zawsze okazywał jej

dobroć. Aleksy był kochanym mężem, a... - Nagle zaczęła płakać i osu­ nęła się na kolana. - Wybaczcie, caryco. Błagam was, nie wysyłajcie mnie już więcej do sypialni carówny! To, co tam widzę i słyszę, jest po prostu straszne! Ukryła twarz w dłoniach i zaszlochała tak mocno, że zadrżało całe jej delikatne ciało. Położyłam rękę na jej głowie i pogłaskałam ją po włosach. Biedne dziecko. Od dawna żyła tak naprawdę tylko pozornie. Czując mój dotyk, uniosła głowę i jeszcze raz zapłakała. - Carówna ucałowała dłonie cara i pożegnała się z tym światem. Aleksy wszedł do komnaty i nagle jakby oszalał z rozpaczy! Rzucił się jej do stóp, całował każdy palec z osobna i trzy razy stracił przytomność, aż car skopał go i kazał wyrzucić... W tym momencie dzwony soboru Św. Izaaka zaczęły bić głucho i jednostajnie. Po chwili ciszy inne dzwony miasta podjęły to smutne wołanie i biły tak przez całą długą i ciemną noc. Popatrzyłyśmy na sie­ bie z Anną. Łzy spływały po jej delikatnej twarzy. Przeżegnałam się. - Niech jej dusza spoczywa w pokoju - powiedziałam cicho. Moja lektorka też zaczęła płakać. Anna zamarła bez ruchu u moich stóp z twa­ rzą ukrytą w dłoniach. Dowiedziałam się później, że Piotr własnoręcznie otworzył martwe ciało swojej synowej. Chciał się upewnić, że jej nie otruto, o czym szep­ tał cały dwór. Jednocześnie widok jej otwartego ciała i wnętrzności zaspokoił jego nienasyconą naukową ciekawość. Gdy jej zwłoki zosta­ ły z powrotem zaszyte i zabrane do umycia, Piotr osobiście trzymał swojego wnuka do chrztu. W ten sposób publicznie wskazał swojego dziedzica. Nie mogłam uczestniczyć w pogrzebie Zofii Szarloty. Gdy pod koniec października spadł pierwszy w tym roku śnieg, poczułam nagle skurcze. Dwa dni później i ja trzymałam w ramionach silnego i zdrowego syna. Wystrzały armatnie sto dwadzieścia jeden razy rozdarły noc nad Sankt Petersburgiem, a dzwony tańczyły z radości na cerkiewnych wieżach. Miałam syna, a imperium miało niejednego, nie dwóch, lecz trzech dziedziców!

- Ojcze mój! - przeczytał Paweł Jagużyński. Tego dnia siedziałam w Senacie tuż obok Piotra. Widziałam, jak jego nogi niecierpliwie drgnęły, gdy usłyszał zwrot zastosowany w liście. Obok nas stal Mien­ szykow. Miał na sobie czerwoną szatę i perukę z siwych włosów, a jego policzki lśniły po porannej wizycie balwierza. - Ojcze mój! - Jagużyński zaczął jeszcze raz. - Jeśli Wasza Wy­ sokość życzy sobie uwolnić mnie od dziedzictwa rosyjskiego tronu, niech stanie się Wasza wola. Błagam nawet o to, by zdjąć z mych ra­ mion to j a r z m o . Mój umysł jest niespokojny, a j u ż teraz wadliwa pa­ mięć nie daje się opanować. Moje ciało jest zbyt słabe, by żelazną ręką rządzić imperium takim jak Wasze. Ponieważ m a m brata, niech Bóg ma go w swojej opiece, nie będę w przyszłości po waszej śmierci, oby Bóg dał w a m jeszcze wiele lat życia, ubiegać się o rosyjską koronę. Również dobro swych dzieci składam w Wasze ręce. Niech Bóg będzie mi świadkiem! Nie proszę o nic, j a k tylko to, co najpotrzebniejsze, by przeżyć... Piotr uniósł dłoń, a Paweł Jagużyński natychmiast przerwał czyta­ nie. Pośród nielicznych zgromadzonych zapadła pełna napięcia cisza. Piotr wskazał palcem list. - Daj mi ten świstek, Jagużyński! - rozka­ zał. Ochmistrz wypełnił polecenie. Piotr przebiegł wzrokiem po liście. Spojrzałam na Mienszykowa i zdumiał mnie palący wzrok, z jakim ob­ serwował cara. Piotr uniósł głowę. - Tym czymś mogę sobie najwyżej podetrzeć tyłek. „Niech stanie się Wasza wola"! - przedrzeźniał słowa swego syna. Znów popatrzył na list, zgniótł go i rzucił papierową kulą w Makarowa, który protokołował naradę. - Do twojego archiwum, Makarów! Puste zdania i idiotyczne zwroty, które nic nie wnoszą. Niech potomność się tym nacieszy! - wykrzyknął. Sekretarz ostrożnie rozwinął list i wygła­ dził go obiema rękami. Car patrzył po kolei na swoich doradców. - Caryca Katarzyna Aleksiejewna urodziła mi zdrowego syna. Sprawę dziedziczenia trzeba wyjaśnić, żebym miał wreszcie spokojną głowę. Caryca i ja udamy się za kilka miesięcy w podróż po Europie. Po moim powrocie władcy Eu­ ropy powinni wiedzieć, kto zostanie moim następcą.

Członkowie rady siedzieli jak skamieniali na swoich krzesłach. Piotr mówił podejrzanie cicho. - Do tej pory... - zaczął nagle krzyczeć, aż żyły uwypukliły mu się na czole, a cala twarz poczerwieniała. - Do tej pory mój syn ma się zdecydować! Albo okaże się godnym dziedzictwa, albo zniknie na zawsze, na zawsze w mrokach któregoś klasztoru! Ostatnie słowa zmieniły się w wydobywający się z jego gardła charkot. Zsunął się z tronu na kolana. Twarz miał wykrzywioną i wrzeszczał jak opętany. Zerwałam się z miejsca i zawołałam: - Mój Boże, Mien­ szykow, trzymaj go mocno! Przytrzymaj mu nogi! Członkowie rady zerwali się z krzeseł i przysunęli do obitej boaze­ rią ściany. Mienszykow usiadł na stopach cara. Chwyciłam Piotra za ra­ miona, próbując powstrzymać go od wymachiwania rękami. Zsunął mi diadem z głowy, ale udało mi się przycisnąć jego twarz do swojej piersi. Wtedy natychmiast się uspokoił. Popatrzyłam na radę. Wszyscy pobledli. - Narada zakończona. Car potrzebuje spokoju. Idźcie do domu. Zostaniecie powiadomieni o dalszym postępowaniu - oznajmiłam zde­ cydowanym tonem. Członkowie rady ukłonili się. Zostaliśmy z Mienszykowem sami z carem. Nie powiedzieliśmy ani słowa, a j e d y n y m dźwiękiem rozlegającym się w sali był niespokojny oddech cara. Dwadzieścia lat wcześniej Piotr w poszukiwaniu otwartości i postępu wyruszył w swoją pierwszą podróż po Europie. Wówczas, jak mówił, witany był na dworach raczej z ciekawością niż szacunkiem. Teraz szykowaliśmy się razem do podróży, podczas której miano nas na eu­ ropejskich dworach witać jak równych sobie. Okoliczności sprzyjały naszym zamiarom. Holenderskie i angielskie statki chroniły handel na Morzu Bałtyckim. Polska, Saksonia i Dania przyłączyły się do pierście­ nia obronnego przeciwko Szwedom. Był jeszcze dodatkowy powód, żeby przyśpieszyć wyjazd na Zachód. Bratanica Piotra, carówna Ka­ tarzyna Iwanowna, miała w kwietniu wyjść wreszcie za mąż za księcia Karola Leopolda z Meklemburgii! Spacerowaliśmy pomiędzy załadowanymi i wyłożonymi futrami sa­ niami. Piotr trzymał na ramieniu małego Piotra Piotrowicza. Nasz

syn miał cztery miesiące i był pełen życia. Płatki śniegu wirowały w o ­ kół nas, a niebo pokrywała gruba warstwa chmur. Choć było dopiero wczesne popołudnie, mgliste światło dnia przechodziło j u ż w mrok wieczoru. Koniec stycznia w Sankt Petersburgu był tak zimny, że nasze poruszające się ciała zostawiały ciepły ślad w szklistym powietrzu. Od­ dechy zamarzały nam i zwisały lodowatymi kroplami z naszych warg, utrudniając mówienie. Piotr z dumą pokazywał synowi dziedziniec, podczas gdy mamka niczym pozbawiona głowy kura biegała wokół nich. Martwiła się, że mały książę się przeziębi. - Proszę, nie, mój carze, nie zdejmujcie mu kaptura, przemarznie na śmierć! - wykrzyknęła zatroskana. Piotr przycisnął syna do siebie i powiedział: - Rosyjski książę wy­ trzyma! Prawda, mój mały? A teraz pojedziemy skopać tylek szwedz­ kiemu królowi i odwiedzić wszystkich jego dawnych przyjaciół... Pa­ miętaj, zawsze trzeba bardziej dbać o swoich wrogów niż o przyjaciół! Ucałował różaną twarzyczkę małego Piotra, a ten wykrzywił usta, czując wąsy ojca. Piotr Piotrowicz zagulgotał coś i wyciągnął rączki spod miękkiego sobolego futra, którym owinął go ojciec. - Nie czuj się urażony! Na następną kampanię zabiorę cię ze sobą, dobrze? Nie gnie­ waj się na swojego batiuszkę, nigdy nie zostawiłbym cię samego, gdyby to nie było konieczne. Zobacz, twoja mama pojedzie dopiero później, a przecież i dziesięć koni nie odciągnęłoby jej od pola bitwy! No, napi­ szę do ciebie, Pietuszka, obiecuję! - powiedział Piotr uspokajającym tonem i ucałował paluszki syna. A potem powąchał go i skrzywił nos. - Carewicz właśnie sobie ulżył. I to na mnie! - oznajmił i oskarżycielskim gestem podał małego Piotra mamce. Ta dygnęła, zręcznie wyję­ ła niemowlę z rąk cara i szybko pobiegła z nim i d w o m a pokojowymi z powrotem do pałacu. Piotr położył mi dłoń na ramieniu. - Słusznie, że zostajesz, aż nasz mały aniołek przeżyje pierwszą zimę... Poza tym naprawdę wierzę ci, że niespecjalnie interesuje cię ślub Katarzyny Iwanownej... - powiedział przekornie i pocałował mnie w czoło. Wzruszy­ łam ramionami, na których spoczywała opończa z aksamitu i norek. - Carówna zawsze była tak łasa na zamęście, że z całego serca cieszę się jej szczęściem - powiedziałam z uśmiechem. - Przekaż jej moje

gratulacje i oby jej mąż żył po weselu dłużej niż jej szwagier, książę Kurlandii, niech spoczywa w pokoju! Piotr jednak popatrzył na mnie z powagą. - Niedługo będziemy musieli pomyśleć o mężu dla naszej córki. Zajmę się tym, będąc w Pa­ ryżu. Milczałam, gdyż wciąż czułam się urażona. Piotr nie chciał zabrać mnie ze sobą do Paryża. - Dlaczego nie mogę tam z tobą jechać? - dopytywałam się z pła­ czem. - Och, Katerinuszko, tylko byś się tam nudziła. A ja, wiedząc, że jesteś tutaj, nie będę musiał martwić się o Rosję - pochlebiał mi. - Nudzić się? Ja? W Paryżu? O czym ty mówisz? - Wpatrywałam się w niego zdumiona. Choć nie znałam Europy, to wiedziałam, że żad­ na kobieta nie mogłaby nudzić się w Paryżu. A tak naprawdę to car się mnie wstydził. Znał francuski dwór i wiedział, że tam mój gruby makijaż, strojna biżuteria i zdobione ikonami suknie nie zrobiłyby dobrego wrażenia. A on chciał przecież być przyjmowany na paryskim dworze z najwyższymi honorami! Re­ gent i mały król Ludwik XV mieli osobiście powitać go w Wersalu. Na mój widok francuski dwór, na którym dworzanie zmieniali stroje po pięć razy dziennie, padłby ze śmiechu. A przecież Piotr sam pytał, czy Francuzi są tak bardzo niezadowoleni ze swoich krawców, że tak czę­ sto zmieniają ubiór. - Dlaczego w Paryżu? - zapytałam w końcu, żeby przerwać mil­ czenie. Piotr nagle się roześmiał i wyrwał mi dłonie z sobolowej mufki. Porwał mnie do krótkiego, szalonego tańca pośród wirujących płatków śniegu. - Chcę króla! Króla! - wykrzyknął tak głośno, że jego głos od­ bił się echem od gładkiej fasady Pałacu Zimowego. - Chcę króla Fran­ cji dla mojej córki! Poślizgnęliśmy się na lodzie i wpadliśmy w śnieg. Leżeliśmy na nim, głośno się śmiejąc. Dwa tygodnie później orszak cara pośród hałasu i rozgardiaszu zniknął mi z oczu za ścianą z mgły i deszczu ze śniegiem. Widziałam j u ż tylko

kolorową chorągiewkę, która powiewała nad jego wyłożonymi aksa­ mitem i futrami saniami. Aleksy podczas pożegnania stał w pewnej odległości od nas. Twarz miał ponurą, a wzrok otępiały. Przed kilko­ ma dniami zdecydował się założyć mnisi habit. Ponoć doradził mu to Aleksander Kikin. Czy Kikin był jedyną osobą, która czekała na zmianę władzy w Sankt Petersburgu i uważnie się do tego przygotowywała? Piotr mógł umrzeć w każdej chwili. Z łatwością wyobraziłam sobie, co dieduszka powiedział Aleksemu: - Klasztor to nie grób... Pamiętaj, że niejeden j u ż zrzucił habit, by przywdziać królewskie szaty. Twój ojciec nie będzie żył wiecznie... Piotr jednak chciał dać Aleksemu ostatnią szansę powrotu. Tuż przed wyjazdem towarzyszyłam mu, gdy udał się do apartamentów syna. Hoża Eufrozyną leżała na poduszkach przed kominkiem. Za­ skoczona naszym widokiem, zerwała się zwinnie i głęboko pokłoniła. Karzeł Piotra przedrzeźniał jej ruchy, mało nie pękając ze śmiechu. Chciała kopnąć go ze złości, lecz umknął przed jej obcasami, szybko się obracając. Piotr zachowywał się tak, jakby jej nie zauważył, wyciągnął w stronę Aleksego jego pisemne oświadczenie i zapytał: - To poważny zamiar? Aleksy ukląkł przed swoim ojcem i powiedział: - Z całego serca pragnę wycofać się do zacisza klasztoru. Uwierz mi, ojcze, błagam! Piotr jednak potrząsnął głową i powiedział: - Nie wiesz, co to oznacza. To trudna decyzja dla młodego mężczyzny. Przemyśl to jesz­ cze raz. A potem do mnie napisz. - Kiedy? - zapytał szybko Aleksy. Piotr, który już kierował się do wyjścia, odwrócił się do niego. - Za sześć miesięcy, synu. Wtedy chcę mieć twoją odpowiedź. Na twarzy carewicza dostrzegłam wyraz ulgi. Zapewne pomyślał, że w ciągu sześciu miesięcy wiele może się wydarzyć przy trybie życia, jakie prowadził car. Kilka tygodni przed moim wyjazdem na Zachód ktoś zapukał do drzwi gabinetu. Parę dni temu pochowaliśmy carycę Marfę Matwiejewną, żonę cara Fiodora i siostrę mojego przyjaciela Fiodora Matwiejewa

Apraksina. Rzadko widywałam tę szacowną niewiastę za życia, lecz jej cicha śmierć wzbudziła we mnie smutek. Gdy nadworny medyk badał jej martwe ciało, stwierdził, że była dziewicą. Stukanie do drzwi powtórzyło się. Anna Kramer, która tego dnia dotrzymywała mi towarzystwa, otworzyła. Usłyszałam, j a k cicho wy­ mieniła z kimś kilka słów. Potem dygnęła, a gdy uniosła wzrok, ujrza­ łam na jej twarzy wyraz głębokiego zdumienia. - Generałowa Balk prosi o widzenie - powiedziała. Wstałam i rzuciłam Annie pytające spojrzenie. Czego Anna Mons mogła chcieć ode mnie? Rzuciłam szybko okiem na lustro z weneckiego szkła, które wisiało nad moim wytwornym sekretarzykiem. Miałam okrągłą twarz o różanej cerze, a mój apetyt fortunnie wygładził zmarszczki. Szyję zdo­ bił mi naszyjnik z diamentów, a w uszach tkwiły takie same kolczyki. Ubrana byłam w skrojoną według najnowszej mody suknię z aksamitu w kolorze burgunda. Kolor ten podkreślał zieleń moich oczu i matową cerę. Tak, mogłam przyjąć Annę Mons. Skinęłam dłonią i do gabinetu weszła kobieta, której wszystkie damy i dziwki imperium bały się i nie­ nawidziły bardziej niż dymieniczych guzów na własnym ciele. Wciąż była piękna. Popielatoblond włosy lśniły jedwabiście, a głęboki błękit obszytej futrem peleryny sprawiał, że jej oczy błyszczały. W jej uszach kołysały się szafiry. Takie same kamienie błysnęły na nadgarstku, gdy uniosła suknię, żeby wykonać głębokie dygnięcie. - Wasza Wysokość Caryco, wdzięczna jestem, że mnie przyjęliście - powiedziała swoim nieco ochrypłym głosem. Na chwilę zadumałam się nad tym, że od ślubu z Piotrem nikt już nie zwracał się do mnie bezpośrednio i bez ogródek. Sens każdego zdania był po dziesięciokroć zawoalowany. Żadnej sprawy nie przed­ stawiano wprost. To mnie męczyło. - Generałowo Balk, usiądź pro­ szę przy mnie! - powiedziałam przyjaźnie i sama usiadłam przy piecu z kafli z Delft. Jego gładka powierzchnia promieniowała przyjemnym ciepłem. Generałowa zawahała się, a ja dopiero w tym momencie do­ strzegłam młodego człowieka, który stał w drzwiach. - Tak? - zapytałam zaskoczona i popatrzyłam pytająco na Annę Mons, która nadal nie siadała.

Dygnęła po raz kolejny i powiedziała: - Caryco, pozwólcie, że przedstawię w a m mojego młodszego brata, Wilhelma Monsa. Właśnie wrócił z podróży po Europie i ubiega się o posadę na carskim dworze. Umilkła, patrząc na mnie wyczekująco. Zdumiona przyjrzałam się młodemu człowiekowi. Odpowiedział śmiałym spojrzeniem i ukłonił się. Był równie piękny jak inni członkowie rodziny Mons. Miał ciem­ ne, gęste i pofalowane włosy, a niebieskie oczy otaczały długie, niemal czarne rzęsy. Był wysoki i dobrze zbudowany, co podkreślały wąskie spodnie, długie błyszczące buty i modnie skrojony surdut. - Oczywiście, oczywiście... - powiedziałam zmieszana i poczu­ łam, że krew napływa mi do twarzy. Uśmiechnął się do mnie. Anna Mons w końcu usiadła obok mnie. Klasnęłam w dłonie. - A n n o ! Każ przynieść herbatę, wódkę i paszteciki! Musimy znaleźć posadę dla Wil­ helma Monsa! - dodałam od niechcenia. Anna Kramer przecisnęła się nieśmiało obok młodego mężczyzny, a on grzecznie się przed nią skło­ nił. Anna spłonęła rumieńcem. Mój wzrok spoczął na dłoniach Wilhel­ ma. Miał cztery pierścienie, każdy wykonany z innego metalu. Zauwa­ żył moje spojrzenie i znów się uśmiechnął, odsłaniając zdrowe, białe zęby. Wyjaśnił: - To moje amulety, caryco. Jeden pierścień z ołowiu, jeden z miedzi, jeden z żelaza i... - wyraźnie się zawahał. - I? - zapytałam ze śmiechem. - I jeden ze złota - odparł zdecydowanym tonem. - A co on oznacza? - zapytałam. - Miłość. On oznacza miłość - powiedział wprost. Na chwilę w pokoju zapanowała dziwna cisza. A potem powiedzia­ łam lekkim tonem: - Wilhelm Mons może zacząć jako paź Elżbiety Piotrownej. A potem zobaczymy. - Wilhelm Mons ukłonił się, a generałowa Balk chciała pocałować mnie w rękę. Ja jednak wstałam i wygładziłam spódnicę. - Miłego dnia - powiedziałam tylko i wyszłam z komnaty, nie zaszczycając rodzeństwa Mons ani jednym spojrzeniem. Tylko dlaczego czułam się bezradna i skonfundowana? Kilka tygodni później wyjechałam z Sankt Petersburga. Dzieci zosta­ wiłam pod opieką Darii Mienszykowej, gdyż owej wilgotnej zimy swe

ostatnie tchnienie wydała też moja ukochana szwagierka, Natalia Alek­ siejewna Romanowa. Nie miałam odwagi przekazać Piotrowi tej wieści w liście, więc czekałam z nią aż do naszego spotkania przed bramami Hamburga. Stratę siostry opłakiwał przez całe dwa dni. Była jedyną osobą, która naprawdę rozumiała, czego doświadczył jako dziecko. W tych godzinach nie odstępowałam go nawet na krok, a on często wymawiał przez sen jej imię. Jakże dziwna była Europa leżąca za moją inflancką ojczyzną! Już sama liczba małych księstw i państewek, z których każde domagało się niezależności, była trudna do ogarnięcia. O ileż prostsze były stosun­ ki w Rosji, gdzie był tylko jeden władca! Po kilku dniach przestałam liczyć bariery celne i szlabany graniczne, przy których musieliśmy się zatrzymywać. Opłaty celne i podatki graniczne błyskawicznie pusto­ szyły nasze sakiewki ze złotem. Gospody w tych krajach były czyste i wygodne, więc czułam się świeża i wypoczęta, gdy dotarliśmy do Hamburga. Nasz składający się z pięciuset karoc i wozów orszak wje­ chał do Hamburga w maju owego roku. Król Danii, Fryderyk IV, i Piotr oczekiwali naszego przybycia. Hamburg leżał częściowo w gruzach po ostatnim ataku Szwedów. W powietrzu wciąż unosił się odór dymu i śmierci. Słodkiego, wywo­ łującego mdłości zapachu nie mogły powstrzymać nawet najgrubsze ściany książęcych namiotów. W Łabie nadal dostrzec można było uno­ szące się na wodzie wzdęte zwłoki. Mieszkańcy niektórych dzielnic szukali schronienia pośród gruzów, żywiąc się jagodami, korzonka­ mi i ponoć także bezdomnymi psami. Nasze namioty urządzone były jednak z niezwykłym przepychem. Mocne, czyste płótno ozdobiono złotymi frędzlami i lambrekinami. Moje składane meble wykonano z lekkiego, pozłacanego metalu. Na komodach leżały ciężkie przybory toaletowe ze skóry, srebra i kości słoniowej. Piotr codziennie przysyłał do mnie modystkę, bym błyszczała w towarzystwie innych dam. Pod­ czas gdy Piotr i Fryderyk powoli i ostrożnie próbowali uzgodnić atak na Szwedów drogą morską i lądową, ja w towarzystwie trzystu dam dworu zwiedzałam miasto. Obejrzałyśmy przedstawienia w pierwszej operze w Niemczech. Od razu zauważyłam różnicę między tutejszymi

spektaklami a tym, co oferował teatr Kunsta, który siostra Piotra, Na­ talia, z takim trudem stworzyła. Początek lata spędziliśmy w Bad Pyrmont, gdzie Piotr spotykał się z człowiekiem o nazwisku Gottfried Wilhelm von Leibniz. Rozmowy z nim nie mogły poprawić nastroju Piotrowi, któremu kazano wypijać mnóstwo wody. We mnie Leibniz ze swoim wysokim czołem i nieufnym spojrzeniem wzbudzał respekt i lęk. Po wielogodzinnych spotkaniach z nim car wracał do mojego namiotu zupełnie wyczerpany. Mogłam tylko ułożyć jego głowę na kolanach i delikatnie masować mu skronie różanym olejkiem. - Ten Leibniz to zdumiewający człowiek. - Czemu? A jaki on wykonuje zawód czy urząd? - zapytałam, gła­ dząc ciepłymi, natłuszczonymi olejkiem palcami włosy cara. - Jest filozofem - odparł Piotr i zamknął oczy, poddając się okręż­ nym ruchom moich dłoni na swojej głowie. - To znaczy przyjacielem mądrości. Leibniz rozmyśla o życiu, o świecie i ich znaczeniu. Wciąż rozwija swój umysł i nie zatrzymuje się w wygodnym i znajomym miej­ scu. Ucieleśnia wszystko to, czego pragnę dla Rosji. Niestety nie chce pojechać ze mną do Sankt Petersburga. - I co mówi o naszym świecie? - zapytałam ze śmiechem, gdyż Piotr uniósł ręce nad głowę w stronę moich piersi i od razu ściągnął mi suknię. Zaczął bawić się moimi brodawkami. Przez ostatnie tygodnie prawie go nie widywałam. Teraz podniósł się i od razu położył mnie do tyłu na miękko wyściełanej ławie, na której siedzieliśmy. Gdy nie­ cierpliwie rozwiązywał swój pasek i odsuwał bieliznę pod moją letnią płócienną suknią, roześmiał się: - Leibniz tak jak ja uważa, że to jest najlepszy ze wszelkich możliwych światów! A ja uważam, że ty wciąż jesteś najlepszą ze wszystkich kobiet. Choć o tym ten suchy gnat Leib­ niz nie może mieć żadnego pojęcia! Westchnęłam, gdy we mnie wszedł. Gdy latem obozowaliśmy pod Kopenhagą, znów byłam przy nadziei. Duński król wolał jednak spędzać dnie i noce ze swoją kosztowną ko­ chanką Anną Zofią von Reventlow, zamiast poświęcić czas przedłuża­ j ą c y m się negocjacjom. Piotr prychnął: - Ta dziwka jest taka droga,

że za te same pieniądze mógłbym mieć całą stajnię ladacznic. I jeszcze zbudować parę statków! - Byłam przekonana, że te słowa dotarły do uszu Reventlow. Negocjacje zaczęły się wlec jeszcze bardziej, o ile to było w ogóle możliwe. Piotr kazał złożyć obóz z dnia na dzień i wyruszyliśmy do Meklembur­ gii. Książę Karol Leopold i Katarzyna Iwanowna gościli nasze oddzia­ ły i świtę u swoich mieszczan, chłopów i posiadaczy ziemskich. Lud uciekł wpław albo na łodziach przez Łabę do Dolnej Saksonii lub szu­ kał schronienia w wolnych miastach Rzeszy: Hamburgu i Lubece. Przy naszym pierwszym spotkaniu od jej ślubu, Piotr na oczach wszystkich pocałował Katarzynę w usta i pogładził ją po biuście. Młody książę za­ czerwienił się z zakłopotania. Piotr szturchnął go w bok, przyciągnął mnie do siebie i pogłaskał Katarzynę po jej płaskim brzuchu. - Tutaj! - wykrzyknął z dumą, wysuwając mnie do przodu. - Przyjrzyj się, Ka­ rolu Leopoldzie. Moja caryca znów spodziewa się dziecka. Wy młodzi musicie być zdumieni, że my starzy tak doskonale sobie jeszcze radzi­ my, co? Dajcie mi z tej okazji kufel piwa! - Klasnął w dłonie i j e d n y m haustem opróżnił podany przez pazia puchar. Od mojego wyjazdu na Zachód nie mieliśmy żadnych wieści od carewi­ cza. Daria Mienszykowa natomiast codziennie donosiła mi, j a k czuje się mały Piotr Piotrowicz i jego siostry. W jej listach pojawiały się także niepokojące wzmianki o Aleksym. Po moim wyjeździe znów rzucił się w rozpustny tryb życia. Pełna odrazy Daria pisała, że fińska dziewka Eufrozyna najwyraźniej zajęła miejsce zmarłej carówny Zofii Szarloty i nawet obnosi się z jej biżuterią na przyjęciach i uroczystościach. Nagle jednak carewicz zdecydował się na działanie. Swoją drogą, termin sześciu miesięcy, który wyznaczył mu Piotr, dawno j u ż minął. Zajmowałam się właśnie poranną toaletą w moim apartamencie na meklemburskim zamku, gdy wszedł niezapowiedziany Piotr. Był niezwykle ciepły październik. Kazałam otworzyć wysokie okna, żeby wpuścić świeże powietrze, a cieniutkie zasłony z delikatnego francu­ skiego jedwabiu powiewały w podmuchach wiatru.

Za kilka dni mój mały synek miał obchodzić swoje pierwsze uro­ dziny tak daleko ode mnie. Newa na pewno jest j u ż skuta lodem, po­ wietrze mroźne i czyste, a pierwsze kolorowe sanie zostawiają j u ż ślady na kanale Fontanka. Tęskniłam za domem i za dziećmi, miałam ochotę ucałować ich zaróżowione od mrozu policzki. W parku małego Pałacu Letniego naprzeciwko Twierdzy Pietropawłowskiej mogły już zapewne robić swoim stopkami wzory na śniegu. Cóż mnie obchodziło złote li­ stowie meklemburskich lasów? Moje damy dworu zerwały się na widok cara i pośpiesznie od­ daliły. Przypominały kury pierzchające z kurnika, do którego wpadł lis. Twarz Piotra lśniła, gdyż zgrzał się podczas ćwiczeń z oddziałami. Włosy miał potargane wiatrem, a na obcasach butów widać było ślady pobytu w stajni i porannego marszu. Wyraz jego twarzy był nieprze­ nikniony, lecz gdy mnie pocałował, poczułam zapach piwa. Roześmiałam się: - Piotrze, ty piłeś beze mnie! To nieładnie, chy­ ba że chciałeś jedynie zapomnieć o dobroczynnym działaniu wód Bad Pyrmont? - zapytałam i zaczęłam szczotkować sobie włosy. Potrząsnął głową i wcisnął się obok mnie na małą, miękko wy­ ściełaną ławę przed toaletką. W c i ą g n ę ł a m zapach świeżego potu i pogładziłam go palcem po policzku. Piotr j e d n a k w milczeniu wyciągnął z kieszeni zniszczonego surduta dwa p o s k ł a d a n e listy, z których kruszył się w o s k pieczęci. M i a ł a m nie najlepsze przeczu­ cie, więc odłożyłam o p r a w i o n ą w srebro szczotkę. Czekałam, aż car przemówi. - Dziś rano przyszły dwa listy z Sankt Petersburga - powiedział. - Jeden od Mienszykowa. Pisze, że carewicz poprosił go o pożyczkę w wysokości tysiąca dukatów, aby mógł wybrać się w podróż do Me­ klemburga. Chce zabrać swoją fińską dziewkę. Senat też przyznał mu na ten cel dwa tysiące rubli. Popatrzyłam w lustro na odbicie Piotra, który ze zmarszczonym czołem po raz kolejny przebiegł wzrokiem list. W jego poznaczonej piciem i brakiem snu twarzy wciąż dostrzegałam młodego mężczyznę o wyjątkowej urodzie. W milczeniu dalej czytał list. Zapytałam więc w końcu: - I co? Rzeczywiście wyjechał z Sankt Petersburga?

Piotr przygryzł dolną wargę. - Najwyraźniej tak. Ponoć opuścił miasto wraz z Eufrozyna, jej bratem Iwanem Fiodorowem i trzema służącymi. Znów się roześmiałam i powiedziałam zdumiona: - Zdaje mi się, że to bardzo skromna świta j a k na carewicza! Przecież on zwykle na krok nie rusza się bez swoich popów, pieśniarzy, balwierzy i błaznów! Piotr podchwycił moje spojrzenie w lustrze. Skinął głową. - Właś­ nie. A akurat dostałem drugi list od carówny Marii Aleksiejewny... Czekałam w napięciu. Maria Aleksiejewna była tą spośród żyjących przyrodnich sióstr Piotra, której nie potrafiłam i nie chciałam zaufać. Piotr wyjaśnił: - Ponoć spotkała carewicza, gdy wracała z Karlsbadu. Twierdzi, że zdecydował się na objęcie tronu i jest w drodze do nas. Sięgnęłam po szczotkę i wyciągnęłam ją w stronę Piotra. - W takim razie wszystko jest w najlepszym porządku, staruszku. Chodź, przydaj się na coś, zamiast się zamartwiać. - Patrzył na mnie przez chwilę i potrząs­ nął głową. - Nie wiem, nie wiem. Coś się w tym wszystkim nie zgadza. M i m o to wstał i zaczął tak mocno szczotkować mi włosy, że aż zabolała mnie skóra głowy, a po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz.

*** Aleksy. Wydawało mi się, że mogłabym narysować delikatną i wrażli­ wą twarz mego przybranego syna w cieniach ustępującego mroku. Błę­ kitny świt zawisł niezdecydowanie na niebie nad Sankt Petersburgiem. Od wejścia nie dochodziły żadne dźwięki. Dziwne, bo przecież przez całą noc słyszałam tam szurgot stóp i szepczące głosy. Cóż, wszystko ucichło. Nad Pałacem Zimowym zapadła pełna trwogi i napięcia cisza. Pierwsze promienie słońca niczym srebrna wstęga otoczyły budynek. Na placu przed pałacem mogłam rozróżnić pierwsze postaci. Stały ra­ zem, wahając się, jakby na coś czekały. Czy są wśród nich Ostermann i Tołstoj? Mocno zacisnęłam oczy, lecz nic to nie pomogło. W mro­ ku poranka czułam się ślepa jak krety, które jako dzieci wykurzaliśmy z ich podziemnych labiryntów, by potem obedrzeć je ze skóry.

Przypomniałam sobie, że wędrowni handlarze dobrze płacili za krecie skórki. Kobiety szyły z nich miękkie czapki i futra do płaszczy bogaczy. - O czym myślisz? - zapytał mnie cicho Mienszykow. Odwróciłam się do niego i oparłam o parapet. Zimne powietrze przenikało przez szpary w oknie, powoli wypełniając całą komnatę. Elżbieta zasnęła, znużona czekaniem na Tajną Radę i podjęcie decyzji. Zazdrościłam jej w tym momencie spokoju ducha. Cóż, ona zdecydowała przecież, że opuści jedną kolejkę w wielkiej grze o władzę. Dla mnie jednak dzisiej­ sza noc była ostatnią szansą, by wyjść ze swoimi kartami. Głowa El­ żbiety spoczywała na miękkich poduszkach, a jej różane usta lekko się rozchyliły. Mienszykow wciąż patrzył na mnie wyczekująco i powtórzył swoje pytanie: - O czym myślisz, caryco? - używał tego określenia tak, jak robił to przed nim Teofan Prokopowicz. Nie chciałam mu od razu odpowiedzieć, tylko przyglądałam się jego opuchniętej od zmęczenia twarzy. Jakie to dziwne, pomyślałam. Widziałam go setki, tysiące razy, a jednak nie potrafię zapamiętać rysów jego twarzy. Jego oblicze ze sporym nosem, wąskimi ustami i głęboko osadzonymi oczami zdawało się niczym nie wyróżniać. To była ta sama twarz, a jednak każdego dnia była inna. Tak, to była jego twarz, lecz jednocześnie była to też twarz wszystkich innych mężczyzn, którymi mógł być. Gdzieś pomiędzy twarzyczką chłopca sprzedające­ go paszteciki na ulicach Preobrażenskoje a obliczem najbogatszego i najpotężniejszego człowieka w Rosji zdumiewającemu Aleksandrowi Daniłowiczowi Mienszykowowi zaginęła jego własna twarz. Był czło­ wiekiem, który bez trudu wymykał się każdej próbie uchwycenia go. Zupełnie tak jak gładki piasek na brzegu Zatoki Fińskiej przesypujący się między palcami. Mienszykow spokojnie odwzajemnił spojrzenie. On mógł czekać. Och tak, ta jego nieskończona i niebezpieczna cierp­ liwość. - Myślę o carewiczu - odpowiedziałam. - O Piotrze Piotrowiczu? - upewnił się Mienszykow, zerkając na portret wiszący nad kominkiem. Elżbieta westchnęła cicho przez sen. Wtedy, gdy mój syn leżał złożony gorączką, zaproponowałam Bogu ha-

niebny układ. Zabierz Elżbietę. Zostaw mi mojego syna. Niebo jednak tylko śmiało się z mojej rozpaczy. Śmiało się, a potem ukarało mnie szybko i okrutnie. Mnie i Piotra. - Nie. Myślę o Aleksym. Gdyby żył, wszystko byłoby teraz inaczej - odparłam pośpiesznie, żeby przegonić smutne myśli. Mienszykow roześmiał się. - Zdecydowanie wszystko byłoby inaczej, caryco! Możesz być pewna, że oboje bylibyśmy teraz niczym pieczone kurczaki na rożnie. Aleksy najchętniej osobiście przebiłby mi palem jelita, i to nie smarując wcześniej drewna tłuszczem! Ten obrzydliwy zwyrodnialec jeszcze chrząkalby przy tym z radości! *** Dopiero gdy po powrocie Aleksego Piotr rozpętał piekło w pałacu i w całym kraju, niczym Bóg burzę, zrozumiałam, co oznacza straszli­ wa kara wbicia na pal. A przecież skazał na nią tylko jednego człowie­ ka! Jednak ten widok zupełnie wystarczał. Podczas lat spędzonych u boku Piotra widziałam sporo okrucień­ stwa. Mężczyznom przybijano gwoździami czapki do głów, gdy uzna­ no, że zbyt opieszale ściągali je przed carem. Mnichom i mniszkom rozpruwano brzuchy, ponieważ ośmielili się publicznie określić cara i jego decyzje jako szalone i bluźniercze. Rosjanom i innowiercom, którzy po wielu latach jego panowania wciąż twierdzili, że Piotr jest niemieckim bękartem, wlewano do gardeł wrzący metal. Lecz nic nie mogło przygotować mnie na widok cierpienia ska­ zanego na pal. Jego krzyki rozdzierały tego letniego dnia powietrze nad Moskwą, aż nocą, po wielu godzinach męki, przeszły w ciche jęki. Ciemna krew nie lała się z niego, lecz kapała ze wszystkich porów jego skóry na bruk placu, który przybrał jej odcień. Tego lata plac Czerwo­ ny zasłużył na swoją nazwę. Powietrze wokół Kremla było obrzydliwie słodkie, dusząc we mnie ochotę do życia. Dlaczego ten jeden człowiek musiał tyle wycierpieć? Kim byl oficer gwardii, którego nazwiska nigdy wcześniej nie słyszałam? Anna Toł-

stoj udzieliła mi odpowiedzi. Podczas bezlitosnych przesłuchań Piotr dowiedział się, że carycę Eudokię Łopuchinę w jej klasztornym odosob­ nieniu odwiedzał potajemnie nie tylko Aleksy. Nie, nawiązała także mały, niegroźny romans. Stiepan Glebow, który miał pilnować carycy, poczuł wobec jej wymizerowanej osoby litość. Eudokia odwzajemniła jego miłosierne uczucie z całą mocą i namiętnością, które przez lata tkwiły zamknięte wraz z nią w klasztornej celi. Oficer nie obciążył jej zeznaniami nawet podczas tortur. Lecz Piotr znalazł czułe listy, które Eudokia pisała do Glebowa. Nazywała go swoją zajęczą łapką! Łapką! Na miłość boską, to samo szeptała do ucha carowi podczas nielicznych nocy ich krótkiego małżeństwa! Glebow musiał za to zapłacić. Gdy podczas tortur połamano mu już wszystkie kości i rozpalonymi cęgami wyrwano kawałki ciała, Piotr wydal nagle rozkaz: na pal z nim! Zaostrzony drewniany drąg przebił mu jelita i dotarł aż do klatki piersiowej. Na wieść o tym Eudokia krzyczała z bólu, aż straciła głos. Przez wie­ le dni jej duch unosił się w krainie pomiędzy okrutną rzeczywistością a łaskawym obłędem i zapomnieniem. Błaganie o laskę dla niej i jej postępku nie miało sensu. Wiedziała o tym. W owych dniach nie chciał się ze mną w ogóle widzieć. Zaraza nienawiści i obłędu w tamtym czasie nie pozwalała mi spać, a Pio­ tra kompletnie pozbawiła rozsądku. Po tym kilkumiesięcznym okresie już nigdy nie był taki sam. Nigdy już nie spal bez koszmarów, nigdy już nie uśmiechał się bez przymusu, a picie służyło tylko zapomnieniu. Mimo wszystko w nocy, w której wydano wyrok, waliłam pięściami w zamknię­ te drzwi jego gabinetu. Wiedziałam, że jeszcze nie śpi, bo w szparze pod drzwiami widać było migoczące chybotliwie płomienie świec. Usłyszałam jego kroki zbliżające się do drzwi. Niemal słyszałam przez drewniane drzwi zimne bicie jego serca. - Czego chcesz? - zapy­ tał szorstko przez zamknięte drzwi. Nabrałam tchu i wyszeptałam ochrypłym głosem: - Proszę, ba­ tiuszka] Wysłuchaj mnie. Skończmy to szaleństwo, najdroższy. Co bę-

dziesz miał z dalszego dręczenia Eudokii? Przecież już dosyć zapłaciła za to, że dała ci Aleksego. Zobacz, jaki jesteś wolny i szczęśliwy! Masz mnie i nasze dzieci. Masz miłość swojego ludu! Możesz swobodnie chodzić wszędzie, gdzie chcesz. Miej litość dla jej miłości. Co ona może zrobić tobie albo nam? Domyśliłam się, że przycisnął ucho do drzwi po drugiej stronie. Po­ czułam kwaśny odór jego chorego oddechu i rozgorączkowanego umysłu. Drzwi gwałtownie się otwarły, a ja przerażona cofnęłam się o trzy kroki. Twarz cara, która nagle się przede mną pojawiła, wyrażała czysty obłęd. - Ach, wstawiasz się za swoją poprzedniczką? Cóż, skoro jej los tak wiele dla ciebie znaczy, to może go podzielisz! Jeśli chcesz, to jesz­ cze dziś każę ogolić ci głowę na łyso i wsadzę do klasztoru. Tylko nie w Suzdalu, gdzie powietrze jest słodkie i rozgrzane słońcem, o nie! - krzyczał tak głośno, że jego głos rozlegał się przez cały pusty marmu­ rowy korytarz pałacu aż do schodów. Usłyszałam czyjeś zbliżające się kroki. Ten ktoś zatrzymał się wy­ straszony, nadstawił ucha, a potem oddalił się pośpiesznie, stukając obcasami. Przerażona przycisnęłam się plecami do ściany i w milczeniu po­ kręciłam głową. Nie spałam od wielu dni, gdyż każda chwila spokoj­ nych rozmyślań sprawiała, że w mojej głowie zaczynał szaleć strach. Mogłam tylko modlić się za zbawienie dusz tych, którzy byli mi bliscy i drodzy. Car zesłał już swoją przyrodnią siostrę Marię Aleksiejewnę do Szlisselburga, gdyż przy Aleksym znaleziono listy pisane jej ręką. To mogło spotkać każdego, także mnie i moje dzieci. Cofnęłam się jeszcze dalej w ciemność pustego korytarza, która nagle zdała mi się groźna. Lecz Piotr wyszedł przez drzwi. Chwycił mnie za łokieć i przyciągnął blisko do siebie. - Prosisz o łaskę dla tego kundla, który ośmielił się obskakiwać moją pierwszą żonę? Powiadam ci, i dobrze to sobie zapamiętaj, że ca­ ryca na zawsze, do ostatniego dnia, do ostatniej godziny swego nędz­ nego żywota pozostaje żoną cara, nietykalną dla każdego innego męż­ czyzny! I mimo to chcesz, żebym jeszcze raz przemyślał wyrok, który wydałem na Glebowa?

Zebrałam całą swoją odwagę, by ledwo zauważalnie skinąć głową. Piotr cuchnął nieprzespanymi nocami i wilgotną zgnilizną sali tortur. Z jego ubrań unosiły się opary zimnego dymu i mocnej, taniej wódki, którą ze swoimi kumplami pił na litry. Poczułam mdłości. Car chwycił mnie za włosy i gwałtownie za nie pociągnął w dół, żebym popatrzyła mu w oczy. Zawyłam z bólu. Jego twarz była tuż przy mojej, a w nos uderzył mnie jego zgniły oddech. - Przemyślałem jeszcze raz wyrok wydany na Glebowa, Katerinuszko. Zrobiłem to tylko dla ciebie, moja gołębico. I wiesz co? Każę owinąć go futrzaną opończą. Na stopy założą mu skarpety, a na głowę czapkę - roześmiał się na tę myśl. - A po co? - zapytałam z lękiem, nadaremnie próbując uwolnić się z bolesnego uścisku. - To proste! Im cieplej jest człowiekowi wbitemu na pal, tym dłu­ żej żyje i tym dłużej cierpi! - Roześmiał się, jakby był diabłem wcielo­ nym, przewracając oczami. A potem chciał mnie pocałować, lecz ja go odepchnęłam. Ryknął zdumiony: - O co ci chodzi, Katerinuszka, moja mała ca­ ryco? Zwykle nie jesteś taka wrażliwa? - Cuchniesz! - wykrzyknęłam z odrazą. - Cuchniesz krwią, którą masz na swoich rękach! Nie dotykaj mnie! - Zdławiłam mdłości, obcierając usta ze śladów jego pocałunku. Patrzył na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu. - Odważna jak zawsze, tak, Katarzyno Aleksiejewną? Wiesz co? Nie potrzebuję cię już! Każda portowa dziwka może dać mi więcej niż ty, czyli dać mi syna! Spłodziłem ich j u ż setki, w całym kraju! I mogę cię poniżyć bar­ dziej, niż cię kiedykolwiek wywyższyłem! Z tymi słowami odwrócił się i zamknął mi przed nosem drzwi do swojego gabinetu. A potem wspomnienie wieczoru po śmierci Aleksego. Piotr świętował tego wieczoru beztrosko i w pełnej chwale roczni­ cę swego zwycięstwa pod Połtawą. Obfite dania dostarczano w takt we­ sołej muzyki, a podczaszy raz po raz kazał wnosić beczki wódki i piwa, skrzynie wina i likierów. Nasz mały synek siedział na kolanach Piotra.

Car karmił go kawałeczkami pieczonego dzika i pasztetu z grzybami. Mały carewicz machał nóżkami i klaskał rączkami po każdej salwie armatniej, których echo rozbrzmiewało w pałacu. Piotr nie pozwolił mu do mnie podejść, tylko zawołał z dumą: - Widzicie to? Prawdzi­ wy mały żołnierz! W przyszłe lato dostanie swoją pierwszą żaglówkę! - Elżbieta i Anna nie śmiały nawet spojrzeć znad swoich talerzy, a ja zauważyłam, że obie są bardzo blade. Oczy Elżbiety lśniły, jakby miała gorączkę. Annie niespokojnie drgała głowa, osadzona na cieniutkiej szyi. Ja piłam kielich za kielichem słodkiego krymskiego wina. Lecz i ono nie potrafiło roztopić lodu tkwiącego w mych żyłach. W i n o przy­ klejało mi się do gardła, niczym krew. Chciało mi się wymiotować, lecz powstrzymałam się. Piotr kazał mi założyć biżuterię carycy. Bladą cerę pokryłam białą pastą, a karmazynowy puder lśnił jaskrawymi plama­ mi na moich policzkach. Wieczorem po przyjęciu, pomimo słabego światła świec w moim apartamencie, zauważyłam u siebie pierwsze siwe włosy. Spojrzenia zagranicznych dostojników paliły jak ogień. Z cieka­ wości zapomnieli nawet o dolewaniu sobie chochlą wódki z wiader raz po raz, co było ich obowiązkiem. Widziałam, że Campredon pisze coś w swoim małym dzienniku, który zawsze nosił na piersi. W listach, które przechwyciła tajna służba cara, pisał, że tego wieczoru sprawia­ łam wrażenie zatopionej w myślach. O czym myślałam owego wieczoru? Może o tych wielu bogach, w których nauczyłam się wierzyć przez te wszystkie lata, gdy litościwie prowadzili mnie znad Dźwiny ku Newie? Co zrobiliśmy źle, żeby tak skończyć? Czy ja sama zrobiłam wystarczająco dużo? Wystarczająco dużo, by uratować mojego przybranego syna? Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, był przecież jeszcze dzieckiem. *#*

Ostatnie polana trzasnęły w kominku, a ja zadrżałam. Hałas wyrwał mnie z zamyślenia. Mienszykow uśmiechnął się do mnie łagodnie i po­ wtórzył: - Nie, ciesz się, że ten rozpustny słabeusz już nie żyje.

- Dlaczego nazywasz go rozpustnym, Aleksandrze Daniłowiczu? 0 zmarłych nie wolno mówić źle. I czy to nie od ciebie zależało, czy zostanie ukształtowany na cara? Mruknął tylko i kopnął zwęglone polano, które rozpadło się na popiół, rozsiewając żar. Chyba z powodu hałasu Elżbieta poruszyła się 1 we śnie przekręciła na drugi bok. Układając się na nowo w fotelu, mlasnęła cicho. Mienszykow popatrzył na nią. - Aleksy był głupcem, tchórzem i pijakiem - powiedział potem zdecydowanym tonem. - Pamiętasz jeszcze, jak wrócił pierwszy raz z Niemiec i Piotr chciał zobaczyć, jak dobrze nauczył się rysować mapy? - zapytał po chwili. Skinęłam głową, a Mienszykow roześmiał się szyderczo. - Cóż, tak bał się go zawieść, że w swoim pokoju przestrzelił sobie rękę! Możesz to sobie wyobrazić? Usłyszeliśmy wystrzał w jego sypialni, a potem wybiegł z krwawiącą dłonią, mażąc się jak baba! Tchórz, pijak i głupiec - powtórzył raz jeszcze. - A może po prostu za bardzo ufał zbyt wielu ludziom? - zastano­ wiłam się głośno. Mienszykow tylko wzruszył ramionami. - Komu Aleksy miał ufać, jak nie tobie? Z kogo miał brać przy­ kład, j a k nie z ciebie? Ale ty rzuciłeś go przecież w ramiona słabych, za to okrutnych wychowawców! Popi byli chyba jedynymi ludźmi, którzy okazywali mu ciepło i uwagę - oskarżyłam go. - Uwagę? - ofuknął mnie Aleksander Daniłowicz. - Aleksego nie dało się obdarzać uwagą ani kochać! Książę szybko stał się zepsutym i rozpijaczonym rozpustnikiem. Wiesz, do kogo uciekła mała księżnicz­ ka z Brunszwiku, gdy Aleksy po raz pierwszy zbił ją bez opamiętania? Do mnie, do starego, złego księcia Mienszykowa - zaśmiał się z drwi­ ną. - Siedziałem obok niej, gdy mój lekarz opatrywał jej rozbite brwi i usztywniał szyną roztrzaskane żebra. Płacz nie pozwalał jej spokojnie siedzieć. Na Boga, to cud, że jej dzieci przyszły na świat całe i zdrowe, skoro Aleksy mylił ją ze swoim psem i kopał po pijaku! Ostrzegawczym gestem uniosłam dłoń. - Nie chcę tego słuchać. A przynajmniej nie teraz. - Mienszykow zacisnął usta i opuścił głowę w ironicznym ukłonie.

- Oczywiście, caryco. Nie muszę ci przecież tego opowiadać. Znasz dobrze treść rozpaczliwych listów, które to biedne dziecko pisało do domu. Nic dziwnego, że jej rodzice nie odpowiadali na nie, prawda? Przecież nigdy do nich nie docierały! A Zofia Szarlota każdego dnia niecierpliwie wyczekiwała posłańca z Zachodu. I tak ci ufała! Odwróciłam głowę. - To coś innego. Jeśli księżna Rosji pisze do Nie­ miec, jak źle wiedzie jej się w jej nowej ojczyźnie, to rzuca złe światło na całe imperium. Nie mogliśmy na to pozwolić. Żona carewicza nie jest już niczyją córką ani siostrą, Mienszykow. Ciałem i duszą należy do Rosji. Mienszykow skinął głową. - Oczywiście, oczywiście! Dobrze po­ wiedziane, moja caryco. Odwrócił się do okna, żebym nie widziała wyrazu jego twarzy. * # #

Pierwszy raz ujrzałam Zofię Szarlotę dwa lata po jej ślubie z Aleksym, gdy przybyła do Sankt Petersburga. Doskonale zapamiętałam płaski czubek jej głowy, pokryty jasnymi włosami, gdy głęboko się przede mną ukłoniła. Kiedy wstała, pobieżnie zmierzyłam ją wzrokiem. Fak­ tycznie, była płaska jak deska, a jej twarz znaczyły ślady po ospie. Lecz w jej oczach lśniło miękkie światło, które czyniło ją ujmującą. Jej głos brzmiał słodko, gdy powiedziała: - Co za radość, móc w końcu złożyć w a m wizytę, moja caryco! Tak dużo słyszałam o waszej dobroci i ła­ skawości, że m a m nadzieję, iż będzie mi wolno stać się waszą oddaną i wierną przyjaciółką! Nie umknęło mojej uwadze, że i ona z ciekawością mi się przyglą­ da. Niemieccy książęta strzępili języki na temat praczki u boku cara. Tak, nawet w Paryżu, madame szwagierka wielkiego Ludwika, z domu księżna Palatynatu, uniosła wysoko brwi, gdy usłyszała me imię. - Ca­ ryca Rosji? Mysie gówno, które udaje ziarna pieprzu! - Piotr sam mi o tym opowiedział po powrocie z Paryża. Zofia Szarlota uśmiechnęła się do mnie, a ja w jej spojrzeniu do­ strzegłam wyłącznie pełne ciepła zaufanie. Wstałam więc ze złoconego krzesła w małej sali tronowej i wyciągnęłam ramiona. - Witaj na rosyj-

skim dworze, carówno Szarloto! Oby Sankt Petersburg stał się twoim nowym domem, tak jak stał się moim. Niech Bóg błogosławi ciebie i twoje małżeństwo. Księżna od razu przypadła do mojej piersi i przytuliła się do mnie niczym drobniutki ptaszek, który wypadł z gniazda. Delikatnie odsu­ nęłam ją od siebie i wskazałam na złoty, obity czerwonym aksamitem taboret stojący obok mojego tronu. - Proszę, usiądź obok mnie. I opo­ wiedz mi o waszym ślubie. Zaczerwieniła się i powiedziała: - Och, to było tak dawno temu! To znaczy... Bardzo żałowaliśmy, że nie mogliście wtedy towarzyszyć carowi. Skinęłam głową. Jedyną osobą, która wcale tego nie żałowała, byłam ja sama. Klęska nad Prutem tak dokuczyła Piotrowi, że opuś­ cił Sankt Petersburg, żeby udać się na kilka tygodni do wód w Karls­ badzie. Puściłam go bez słowa skargi, a on w listach przedstawiał mi w ponurych barwach swoje tamtejsze życie: „Tutaj w Karlsbadzie jest wesoło jak w więzieniu. Góry są tak wysokie, że prawie nie widuję słoń­ ca, a piwo, jeśli jakieś uda się znaleźć, jest okropne i bez piany. Naj­ gorsze jednak jest to, że poją mnie tymi pozbawionymi smaku wodami niczym jakąś szkapę". Z listów tych dowiedziałam się także o ślubie Aleksego w Torgau nad Łabą. Piotr musiał za włosy zaciągnąć swego syna na zamek pol­ skiej królowej*, ciotki narzeczonej. Jeszcze w wigilię zaślubin książę kurczowo trzymał się swego spowiednika, Iwana Słońskiego, i piskli­ wym głosem krzyczał do Piotra: - Nigdy! Nigdy nie ożenię się z tą za­ graniczną wiedźmą i heretyczką! Jej krew nie zanieczyści mojej! Jako car chcę przecież bronić naszej wiary! Z luteranką u boku - toż to by­ łoby bluźnierstwo! Spowiednik pokiwał gorliwie głową, próbując osłonić swym cia­ łem carewicza. Piotr bez ogródek wywlókł popa za habit z komnaty * Mowa o Krystynie Eberhardynie Hohenzollernównie Bayreuckiej (1671-1727) - ty­ tularnej królowej Polski, żonie Augusta II Mocnego i matce Augusta III. Gdy jej mąż został królem Polski i przeszedł na katolicyzm, ona pozostała przy luteranizmie, w związku z czym nie została koronowana i nigdy też do Polski nie przyjechała.

i zdzielił Aleksego pięścią między oczy. Następnego ranka na zamku w Torgau odbyło się wesele. Ponownie skierowałam swoją uwagę na Zofię Szarlotę. - Za to Jego Wysokość był łaskaw z nami być! - powiedziała właśnie niemal bez tchu. - To był taki cudowny dzień! Łzy lały mi się z oczu strumienia­ mi, gdy mój najłaskawszy pan ojciec prowadził mnie do carewicza. Car i mój ojciec byli tak zadowoleni, że raz po raz wznosili za nas toasty! Na policzku księżnej pojawiły się czerwone plamy, które mocno kontrastowały z bladą cerą jej twarzy. Zofia Szarlota została dokładnie tak samo sprzedana mężczyźnie, j a k ja kiedyś Wasylowi, pomyślałam. A ona kontynuowała: - Rankiem po weselu car j u ż na nas czekał i usiadł na skraju łóżka, żeby jak najserdeczniej z nami pokonwersować. Biedna dziewczyna. Pijany Aleksy rzucił się na nią jak ordynus, a j u ż z samego rana musiała zdać carowi relację z przebiegu pierwszej nocy swojego małżeństwa. Rzuciłam okiem na jej mocno zasznurowaną talię, a ona znów za­ czerwieniła się, zauważając moje spojrzenie. - M a m nadzieję, że ob­ darzę rosyjskie imperium dziedzicem, jak tylko Jego Wysokość znów zaszczyci mnie... - dodała cicho, tak żebym tylko ja ją usłyszała. Ski­ nęłam głową i ponownie pogładziłam jej dłoń pocieszającym gestem. Jej skóra była gorąca i sucha. Rozejrzałam się po małej sali tronowej. Wszędzie wokół stały grupki ludzi pozornie zagłębionych w rozmowie. Doskonale wiedziałam, że cały czas nas obserwują, więc skinęłam na Marię Hamilton, jedną z moich dam dworu. Maria pochodziła ze szko­ ckiej rodziny, która przed kilkudziesięciu laty osiadła w Niemieckiej Słobodzie. - Moja kochana Zofio Szarloto, to jest Maria Hamilton, wierna dama dworu. Oddaję ją do twojej dyspozycji. Maria pomoże ci stwo­ rzyć tutaj twój własny dwór, który przysługuje żonie carewicza. Zofia Szarlota z wdzięcznością ucałowała moją dłoń, a Maria Hamilton dygnęła. Diamentowa brosza z moimi inicjałami zalśniła w świetle słońca przebijającym przez kolorowe okna małej sali tro-

nowej. Gdy się wyprostowała, jej wielkie brązowe oczy rzuciły mi py­ tające spojrzenie. Wiedziałam, że bez szemrania wypełni każde moje polecenie, tak jak podczas licznych nocy spełniała każde życzenie cara. Pośpiesznie skinęłam głową. Chciałam być dokładnie informowana o wszystkim, co dzieje się w apartamentach i łożu carewicza. *#*

Mienszykow wciąż opierał się o okno i zamyślony wyglądał na obszer­ ny plac. Westchnęłam i już chciałam go udobruchać, gdy nagle jak­ by błyskawica przeszyła jego ciało niczym suchą gałąź. Przysunął się bliżej do szyby i wytarł dłonią zaparowaną od naszych oddechów po­ wierzchnię. - Katarzyno Aleksiejewną! - wykrzyknął i skinął na mnie. - Spójrz tylko! Podeszłam prędko do niego i wytarłam drugą szybę. Na dziedzi­ niec Pałacu Zimowego wjeżdżali jacyś jeźdźcy. Skry szły spod kopyt ich koni. Mieli mocno naciśnięte na czoła kapelusze i wysoko posta­ wione kołnierze płaszczy. Nie dało się rozpoznać, kim są. Gdy zmru­ żyłam oczy, żeby lepiej widzieć, na dziedziniec wjechała galopem druga grupa gwardzistów. Nawet w ponurych ciemnościach poranka dostrzegłam głęboką zieleń ich mundurów i złoto epoletów i guzików. Dudnienie końskich kopyt odbiło się od fasady pałacu i rozbrzmiało w moich uszach stukrotnym echem. Stłumiłam dziecinną chęć przy­ ciśnięcia pięści do uszu. - Kto to jest, Aleksandrze Daniłowiczu? - szepnęłam zamiast tego z lękiem i przysunęłam się do niego. On też był blady jak płótno i za­ zgrzytał zębami. - Nie widzę wśród nich żadnego dziecka. Piotra Aleksiejewicza tam nie ma - stwierdził tylko. - A musi być wśród nich, żeby został obwołany carem? - zapyta­ łam cicho. Mienszykow zawahał się, zanim odpowiedział. - Nie - przy­ znał w końcu. - O wiele ważniejsze jest, żeby nas aresztowali. Wsunęłam dłoń w jego rękę, a on uspokajającym gestem otoczył ją swoimi ciepłymi palcami. - Co teraz zrobimy? - szepnęłam. - Co się z nami stanie? Czy ześlą nas na Syberię?

Mienszykow potrząsnął głową. - Na Syberię? Nie, tam według nich mielibyśmy zbyt dużo wolności. Klasztor, jeśli okażą się łaskawi. I twierdza albo śmierć, jeśli nie... Mężczyźni zaczęli zsiadać z koni. Podbiegli do nich stajenni. Chwytali wodze spoconych rumaków. Gwardia podeszła do wejścia. Wydawało mi się, że niektórzy z nich odwracają głowy w kierunku okna pokoju, w którym leży martwy Piotr. Zawiał mroźny wiatr i poruszył płomieniście czerwoną flagą z po­ dwójnym orłem, która wisiała na bramie. Załopotała wysoko na masz­ cie. Dla wszystkich był to znak, że car wciąż jeszcze żyje. Wiatr bawił się naszym kłamstwem i naszą nadzieją. W szarzyźnie poranka jeden z mężczyzn oddzielił się od grupy i władczym gestem dal pozostałym znak, żeby ruszyli za nim. Czy to nie książę Dołgoruki? Zamknęłam oczy i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. W tym samym momencie moje uszy wypełniło ogłusza­ jące bicie własnego serca. Czy nadszedł właśnie decydujący moment? Razem z Mienszykowem odwróciliśmy się w milczeniu i usiedliśmy na fotelach przed kominkiem, w którym po nocy pozostał już tylko zimny popiół. - Przykro mi - powiedziałam w końcu. Mienszykow wykonał lekceważący gest. - Daj spokój. Zrobiłaś wszystko. A teraz jesteśmy w rękach Boga. To on za nas zdecyduje. Nic więcej nie możemy uczynić, najwyżej się pomodlić. W tym momencie rozległo się łomotanie pięścią do drzwi. A po­ tem kolejne i kolejne. W moich uszach brzmiało niczym wystrzały. Ktoś zawołał ostrym głosem: - Otwierać, w imieniu cara! Elżbieta obudziła się, potarła oczy i patrzyła pytająco to na mnie, to na Mienszykowa. - Co się stało? - zapytała w końcu. - Kto to jest? Nie otrzymała odpowiedzi na swoje pytanie. Mienszykow wstał, otrzepał sobie surdut, poprawił żabot i przygładził włosy. Uśmiechnął się niewyraźnie i oznajmił: - Nie chcę wyglądać jak lapserdak, kiedy będą mnie aresztować, nawet jeśli nim faktycznie jestem! Energicznym krokiem podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zam­ ku, żeby je otworzyć.

ROZDZIAŁ 7.

O

statni list, który otrzymałam od Aleksego, nadano w Kró­

lewcu. Piotr przeczytał słowa księcia, w których uniżenie relacjonował mi swoją podróż, a nawet owe spotkanie z ciot­

ką Marią Aleksiejewną pod Karlsbadem. Z pochmurną miną obrócił w palcach kopertę i uniósł ją pod światło. A potem potrząsnął głową i stwierdził cichym głosem: - Co za pies. Wodził mnie za nos. I to na oczach wszystkich! Jeśli ten list faktycznie został nadany w Królewcu dwa tygodnie temu, to wiesz, kto powinien tu już dawno być? - mówił coraz głośniej. - Carewicz! - sam odpowiedział sobie na to pytanie. - Ktoś nadał ten list za niego. Ale kto? I gdzie jest teraz Aleksy? - pytał

dalej. Delikatnie wyjęłam mu list z palców. Znów potrząsnął głową. - Mój syn uciekł! Robi ze mnie pośmiewisko całej Europy. Patrzcie, car jest taki straszny, że nawet jego własny syn obawia się o swoje ży­ cie! I ucieka j a k zając! Ależ się będą śmiać w Paryżu, Londynie i Ma­ drycie! Ten śmiech słychać j u ż tutaj, w Meklemburgii! - kontynuował gorzkim tonem. Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby go uspokoić, więc tylko w milczeniu pogładziłam go po głowie. On jednak minął mnie wzrokiem i wpatrując się w pustkę, zagryzł wargi. A potem zaczął mówić dalej: - Nikt nie może się o niczym do­ wiedzieć, Katerinuszko! Najwyższy stopień tajności! Co za okropność! - Skinęłam głową i mocno chwyciłam go za dłoń. - Gdzie on może być? Kto udzieliłby schronienia takiemu tchó­ rzowi j a k on? - pytał znowu.

- Nie wiem, mój carze - odpowiedziałam, choć pytanie skierował raczej do siebie. Popatrzyłam na niego i spróbowałam zgadnąć. - Ja­ cyś przyjaciele? Albo krewni? -

Przyjaciele? Księcia tylko w Rosji otaczają pochlebcy. Nikt

o zdrowych zmysłach nie nazwałby tego wyrzutka swoim przyjacielem. A krewni? Nie mamy w Europie żadnej rodziny, poza Katarzyną tutaj w Meklemburgii. - Zastanowił się i nagle uniósł głowę. - O co chodzi, batiuszko? - zapytałam, chwytając jego dłoń obie­ ma rękami. - M a m pomysł, gdzie on może być... Ale to tak oburzające, że na­ wet nie chcę o tym myśleć. Powiadasz: krewni, mateczko? Krewni? - Jego twarz pokryły niezdrowe plamy czerwieni. Nie byłam w stanie dotrzymać kroku j e g o kłębiącym się myślom. Piotr natomiast zerwał się, podszedł szybko do drzwi i gwałtownie je otworzył. Służący, który się o nie opierał, z trudem starał się odzy­ skać równowagę i stanąć na baczność na widok cara. Piotr klepnął go m o c n o w ramię i krzyknął: - Ruszaj się, człowieku, jeśli chcesz zachować swój durny łeb na karku! Sprowadź mi tutaj Piotra Andriejewicza Tołstoja i Rumiancewa! Przynieś pióro, papier i inkaust! I to biegiem! Służący pobiegł, potykając się, a Piotr znów zwrócił się do mnie. Jego twarz przybrała wyraz okrutnego zdecydowania. Nie śmiałam się poruszyć. Car niespokojnie krążył po moim pokoju, mrucząc jakieś niezrozumiałe, niepełne zdania. Jednocześnie wyrzucał ręce w powie­ trze i kopał delikatne meble zdobiące mój apartament. A potem zapad­ ło niepokojące milczenie. - Dlaczego kazałeś posłać po Tołstoja i Rumiancewa? - odważy­ łam się w końcu zapytać. Popatrzył na mnie. - Po tych dwóch nicponi? Ponieważ oni, Katerinuszko, są najlepszymi psami tropiącymi w całym imperium - ro­ ześmiał się gorzko. - Żadna zdobycz nie uszła im dotąd żywa! Na te słowa przeszedł mnie dreszcz. Car jednak odwrócił się do mnie plecami i w milczeniu wyglądał przez okno, aż ktoś zastukał do drzwi. Piotr osobiście poszedł je otworzyć. Rozpoznałam w przedpoko-

ju znajomą, potężną postać Piotra Andriejewicza Tołstoja. Rumiancew stał tuż za nim. - Tołstoj, każ siodłać swego konia. Musisz wytropić dla mnie ucie­ kiniera. Podyktuję ci pismo. Usłyszałam śmiech Tołstoja. - A w jakim kierunku uciekła zwie­ rzyna, mój carze? - Do Wiednia, Tołstoj, do Wiednia - odparł wprost Piotr i za­ mknął za sobą drzwi. Dostrzegłam jeszcze tylko, j a k wyraz zalęknione­ go zrozumienia pojawia się na twarzy Tołstoja, ustępując zaraz potem podszytemu okrucieństwem zdecydowaniu. Zostałam sama w swojej sypialni. Pierwsze ciężkie krople deszczu ude­ rzyły o szyby, a płomienie świec zaczęły chybotliwie migotać. Do Me­ klemburgii zawitała jesień. Wyjrzałam na zamkowy park, w którym nieliczni spacerowicze rozbiegli się w poszukiwaniu schronienia przed ulewą. Drzewa kłaniały się w porywistym wietrze. Błyskawica przecię­ ła niebo, oświetlając dachy miasta, jakby to było południe w środku lata. Do Wiednia. Tak powiedział Piotr. Odkąd znałam Piotra, nigdy nie lubił polowań. Nie trzymał sfory psów. Broni używał wyłącznie w walce. Dziczyznę cenił tylko na talerzu. Te­ raz jednak nagonka j e g o ludzi z zapałem i poświęceniem ścigała care­ wicza, jego własnego syna. Tołstoj i Rumiancew bez trudu podjęli trop. Carewicz nocował jako podpułkownik Kochanowski z żoną i służącym we Frankfurcie nad Odrą. W Nysie kupił Eufrozynie męskie ubranie z aksamitu w ko­ lorze kawy, pisał do nas do Meklemburgii Rumiancew. Tołstoj dowie­ dział się, że w Pradze podawał się za polskiego kupca o nazwisku Krze­ mieniecki. A potem, jak dowiedzieliśmy się od posła Piotra w Wiedniu, hrabiego Wiesiełowskiego, Aleksy faktycznie pojawił się w stolicy ce­ sarstwa austriackiego. Piotr rozłożył na swoim biurku mapę europej­ skich krajów. Wbite w nią małe igiełki pokazywały drogę, jaką przebył carewicz. Car przyłożył zbrązowiałe od tabaki palce do miejsca, w któ­ rym zaznaczono stolicę Austrii.

- Wiedeń! - powiedział z dumą w głosie. - Wiedziałem! Ależ dur­ nia spłodziłem! Co za wstyd! - Zastanawiam się, jak Tołstoj zdołał go tak szybko odnaleźć? - wykrzyknęłam zdumiona. Piotr roześmiał się. - To proste. Aleksy co wieczór upija się tak skandalicznie, że ludzie długo pamiętają i jego występki, i jego rachunki! Ślepiec w nocy wytropiłby tego ladaco, kie­ rując się wyłącznie nosem! Wiedeń! Zdumiało mnie, że Aleksy naprawdę odważył się tam pokazać. Musiał być bardziej zdesperowany, niż się domyślałam. Czy liczył na łaskę cesarzowej, siostry biednej Zofii Szarloty? Oczywiście, może ona nie wiedziała, co jej młodsza siostra musiała znosić na dwo­ rze w Sankt Petersburgu. Ja nigdy nie udzieliłabym schronienia czło­ wiekowi, który pobił moją siostrę na śmierć. Lecz inflanckie izby to nie to samo co wiedeński pałac. Piotr przeczytał mi ten fragment listu Wiesiełowskiego, który do­ tyczył przybycia carewicza nocą do Wiednia. - Kanclerza Schónborna o północy wyrwano ze snu. Carewicz wjechał j u ż na dziedziniec i prosił kanclerza o audiencję. Ponoć rzucił się przed nim na kolana i błagał o ochronę dla siebie i towarzyszących mu osób. - W tym miejscu Piotr przerwał, a ja musiałam mocno go objąć, żeby uspokoić jego gniew na tyle, żeby mógł czytać dalej. Następca rosyjskiego tronu rzucił się przed obcym kanclerzem na kolana! Dłoń Piotra wciąż drżała z wście­ kłości, gdy kontynuował czytanie. - Aleksy Piotrowicz Romanow prosi ponoć cesarza o ochronę swych praw do tronu, a także praw swoich dzieci. Z tego, co wiem, Karol VI waha się z decyzją. Zależy mu na po­ koju z Rosją i nie chce też mieszać się w sprawy mojego cara. Ponadto Wiedeń obawia się rosyjskiego ataku na swe włości na Śląsku i w Cze­ chach. Książę Aleksy i jego świta zatrzymali się w pobliżu miasta i cze­ kają tam na decyzję z Wiednia... - Na decyzję z Wiednia! - Piotr prychnął przez nos. Przewrócił oczami, a pięść tak mocno zacisnął na dubinie, że aż zbielały mu ko­ ści dłoni. - Decyzja, mój synu, nadejdzie z Sankt Petersburga! Tylko poczekaj! - krzyknął i z taką siłą trzasnął dubiną o krzesło, że złamał rzeźbione oparcie.

Nadeszła zima, a Piotr czekał. Miałam tylko nadzieję, że dziecko w moim łonie nie ucierpi od rozgoryczenia, które jego ojciec odczuwał wobec jego przyrodniego brata. Piotr pragnął nadal uchodzić w oczach wiedeńskiego cesarza za godnego władcę zachodniego mocarstwa i w mojej obecności napisał do Wiednia najlepsze życzenia świąteczne. Dodał tylko pod formalnymi zwrotami Makarowa krótki, własnoręcz­ ny dopisek: „Prosimy, byście naszego syna, jeśli znajduje się na W a ­ szym terytorium, odesłali do nas pod eskortą. Ukarzemy go z ojcowską miłością i własną ręką i naprowadzimy na właściwą drogę. Wasz ko­ chający kuzyn, Piotr". Jednak gdy Piotr otrzymał odpowiedź cesarza, nawet mnie zdu­ miała jej bezczelność. Cesarz Karol podczas noworocznej audiencji po­ patrzył hrabiemu Wiesiełowskiemu w oczy i powiedział: - O ile wiemy, rosyjski carewicz nigdy nie znajdował się na naszym terytorium. Hrabia Wiesiełowski nie miał innego wyjścia, jak przekazać tę odpowiedź do nas do Meklemburgii. Piotr przesłał mu dwie sakiewki złota. Na wiedeńskim dworze blask monet sprawiał, że wielu rozwiązy­ wały się języki. Carewicz w największej tajemnicy został przewieziony do Tyrolu. Rumiancew nie potrzebował wiele czasu, żeby w ramach swego śledztwa dowiedzieć się o trojgu więźniach przetrzymywanych w twierdzy Ehrenberg. Doniósł nam, że zamek ten tkwi pośród tyrol­ skich gór niczym orle gniazdo. Wydawało się, że jest nie do zdobycia. Kilka dni później, gdy Rumiancew wciąż jeszcze rozważał porwanie carewicza siłą, ten zniknął stamtąd pośród nocy i mgły razem z Eufro­ zyną i austriackim posłem Kiihlem. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nie chciał nic po­ wiedzieć. Rumiancew znów wskoczył w siodło. Na północ, w kierunku swe­ go ojca, carewicz raczej nie pojechał. Rumiancew skierował więc swo­ jego konia na południe, do Wioch. Byl gotów ścigać Aleksego, choćby mu krew tryskała porami skóry z wyczerpania. Czułam w kościach chłód i wilgoć Meklemburgii. Najmniejszy ruch sprawiał mi ból, a moje opuchnięte członki jakby podwoiły swą wiel-

kość. Brakowało mi suchej, pełnej tajemnic zimy Sankt Petersburga. Gdzie to bałtyckie powietrze, które więziło nas w swoim czystym chło­ dzie? Teraz po nocach w lasach i na bagnach nadbałtyckich krain wyły z głodu wilki. Chłopi jedli gotowaną kapustę, soloną kaszę i pili gorzki kwas. Zimą nie robili nic, tylko trwali. Ich krew była taka jak moja i zimą zbijała się w lepką, gęstą masę. Byliśmy j a k niedźwiedzie naszej zimy. A Sankt Petersburg! Moje miasto. Jak piękne było o tej porze roku. Zamknęłam oczy i spróbowałam wyobrazić sobie Newski Pro­ spekt. Wąchałam śnieg w błękitnym powietrzu i czułam grubość lodu na Newie. Widziałam, jak krótkie światło dnia odbija się od koloro­ wych ścian pałaców i zwykłych domów. Dostrzegłam owinięte futrami postaci, które śpieszyły po prospektach i po skutej lodem Newie, by wykorzystać nieliczne jasne godziny dnia na załatwienie swoich spraw. Mój wzrok zagubił się w ciemności, która niczym ochronny czar wie­ loma warstwami opadła na miasto. Pod każdą tajemniczą zasłoną tworzyły się małe, odrębne światy złożone z okrzyków sprzedawców kasztanów, dzwonków przy drzwiach do kabak, chrzęstu kroków po niesamowicie lśniącym śniegu oraz cichego syku, z którym płozy sań zostawiały swój ślad na lodzie. Spod ostrego metalu sypały się iskry, które zamarzały w powietrzu niczym gwiazdy.

Ja jednak miałam urodzić swoje dziecko na obczyźnie. W owych tygo­ dniach ta myśl zajmowała mnie bardziej niż poszukiwania Aleksego. W lustrze widziałam zmęczoną, bladą twarz i ciężką, nabrzmiałą po­ stać ubraną w szaty przypominające namiot. Kobiety w moim wieku j u ż od dawna żyły szczęśliwe pośród rodzinnego kręgu jako szacowne babuszki. A ja wciąż jeździłam z Piotrem na wojnę, bawiłam się z nim po nocach i w bólach rodziłam jedno dziecko po drugim, dając im ży­ cie, które często, o wiele za często, trwało jedynie kilka godzin. Byłam zmęczona. Pewnego wilgotnego styczniowego popołudnia w gospodzie w Wesel powiłam syna. Czekałam tam, żeby pojechać śladem Piotra do A m ­ sterdamu, gdzie się w międzyczasie zatrzymał. To był łatwy poród.

Po zaledwie dwóch godzinach skurczów na pokrytej prześcieradłem słomie mojego posłania leżał j u ż silny noworodek wierzgający nóżka­ mi. Skrzeczał z zadowolenia, gdy akuszerka obmywała go ciepłą wodą i miękką szmatką. Książę mocno ssał pierś pośpiesznie sprowadzonej mamki. Kazałam ochrzcić go jako Pawła Piotrowicza Romanowa. Po­ słaniec natychmiast wyruszył z Wesel do Holandii. Car odpowiedział, że jest dumny ze szczęśliwych narodzin kolejnego rekruta. Jednocześ­ nie rozesłał listy na dwory Londynu, Paryża i Madrytu, żeby przekazać radosną wiadomość. Zanim listy te dotarły do adresatów, Paweł umarł pośród zamieszania pełnego ludzi, bagaży, mokrych okryć, ciężkich ubrań, zimnych przeciągów i za mocno rozgrzanych kaflowych pieców. Widziałam delikatne rysy mojego malutkiego synka jeszcze długo po tym, jak przybito wieko jego trumienki. Trzy miesiące później car wrócił z Francji. Odwiedził Paryż i był też u wód w Spa. Dzielił się ze mną swoją radością i wspomnieniami, ta­ jemnicami, które wpłynęły mu do ucha wraz z gulgoczącym nurtem Sekwany i opowieściami paryskich kurtyzan. Wepchnął sobie do ust skrzydełko kurczaka wraz z pieczonym kartoflem i powiedział: - Wi­ działem nawet tę Maintenon, co za obłudna stara baba! Wszystko wskazuje na to, że wielki Ludwik ożenił się z nią, zanim umarł. Czego się w końcu miał jeszcze obawiać? Przecież już wcześniej zrobiła z nie­ go pobożną pierdołę. Przerażające! - Przyjęła cię? Jak wyglądała? Jak królowa? - dopytywałam się z ciekawością, popijając słodkie, lepkie reńskie wino. Intrygowała mnie historia wdowy Scarron, która została wychowawczynią królew­ skich dzieci, a potem także panią wersalskiego dworu. Piotr jednym haustem opróżnił kufel holenderskiego piwa i otarł sobie rękawem pianę z ust. Czknął, klasnął na podczaszego i roześmiał się: - Nie, to stare pudło udawało, że jest chore. Więc kazałem odsunąć pilnujące jej niewiasty i odwiedziłem ją niezapowiedziany. Faktycznie była jeszcze w łóżku! Ale na pewno nie była chora. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem, gdy kontynuował opo­ wieść. - I naprawdę jest tak, mówię ci, że gdzie diabeł nie może, tam

starą babę pośle! Gdy mnie zobaczyła, rozdarła się, jakby ją żywcem przypiekali. Jej ciało trzęsło się jak galareta, a skórę wszędzie miała sflaczałą, brr... - Otrząsnął się z obrzydzeniem i mocno uszczypnął mnie w udo. - I dlatego tak chwalę sobie moją jędrną Katerinuszkę! Wszystko ma takie jak trzeba. I do tego jeszcze mocne kości... Ale mały Ludwik jest słodkim malcem. Trochę za dużo szminki i pudru, lecz kie­ dy stanie się mężczyzną, będzie w sam raz dla naszej Elżbiety. Królowa Francji! Nasza córka! Co ty na to? Zanim zdążyłam odpowiedzieć, czknął wesoło jeszcze raz i stwier­ dził: - Wiesz, cieszę się, że niedługo będziemy z powrotem w domu. Obiecuję ci, że w Berlinie nie zabawimy długo. A potem do Sankt Pe­ tersburga! Piotr Piotrowicz pewnie umie j u ż chodzić! - Nagle zerwał się i zawołał do pijanego towarzystwa. - Napełnijcie puchary! Wznieś­ my toast za carewicza! Toast za Piotra Piotrowicza! Zauważyłam, że posłowie wymieniają ukradkowe spojrzenia. Wszyscy wiedzieli, że następca tronu, Aleksy, uciekł i ukrywa się gdzieś, drżąc o swe życie. M i m o to unieśli czary i wypili za zdrowie dziecka, które dopiero nauczyło się chodzić. Roześmiałam się z dumą. Piotr popatrzył wokół zadowolony i zaczął czyścić sobie paznokcie za­ rdzewiałym ubijakiem do fajki. Podczaszy napełnił mu kufel do pełna, a on znów opróżnił go za j e d n y m razem. Czy Aleksy wiedział, jakie posokowce wysłał w ślad za nim jego ojciec? Czy wyczuwał gorzki pot na czole Tołstoja? Czy czuł ból krwawiących od ciągłej jazdy członków Rumiancewa? Czy spokoju jego snu nie za­ kłócały pełne nienawiści myśli ich rozpalonych ambicją i brakiem snu umysłów? Gdy Aleksy stał na blankach twierdzy San Elmo pod Nea­ polem, to czy delikatny południowy wiatr nie niósł ze sobą ich zapału i nienawiści niczym morowego powietrza? - Ma go! Znalazł go! - Twarz Piotra pobladła od napięcia, a jego pięści zacisnęły się w triumfującym geście. - Cesarz myśli, że jest bezpieczny w tym przeklętym San Elmo! A przecież carewicz tak naprawdę jest w pułapce! Zupełnie jak jakiś brudny szczur!

Uniósł głowę. Jego oczy płonęły. - List! Muszę natychmiast wy­ słać list do Wiednia. Ten sklepikarz na cesarskim tronie wziął mnie za głupca. No to mu pokażemy! Ha! Zawsze chciałem wybrać się do Italii! Jeśli trzeba, wezmę ze sobą czterdzieści tysięcy wojska. Może Karol zrobi się bardziej rozmowny! - Gwałtownie otworzył drzwi i wrzas­ nął przez korytarz do położonego po drugiej stronie gabinetu, którego drzwi stały otwarte z powodu upału. - Makarów! Sekretarz aż się zatrząsł. Właśnie przeglądał ostatnie wieści o prze­ biegu wojny północnej, dzieląc je na tygodnie i miesiące. - Makarów! Rusz swój zgniły tyłek, bo trafisz na pal! - krzyknął Piotr ponownie. W jego głosie zabrakło żartobliwego tonu, który uczyniłby ostatnie sło­ wa znośnymi. Zebrałam suknię, chcąc wstać. - Nie, zostań - polecił Piotr. Posłuchałam go i z powrotem zagłębiłam się w fotelu. Makarów posłusznie wszedł do pokoju, niosąc w jednej ręce czysty zwój papieru, a w drugiej pióro i inkaust. Piotr wykonał niecierpliwy gest, wskazując mu pulpit. Makarów w milczeniu przygotował się do pisania i popa­ trzył uważnie na swojego pana. Po raz pierwszy dostrzegłam siwe wło­ sy na jego skroniach, a także worki pod jego ciemnymi oczami. Życie z carem dla kogoś, kto nie posiadał jego olbrzymiej siły, musiało być wyczerpujące. Piotr zamyślił się na chwilę. - Wasza Cesarska Wysokość, jestem pewien, że potraficie wyobrazić sobie mój ból, gdy dowiedziałem się, że mój ukochany syn, który opuścił Rosję bez mojego pozwolenia, znaj­ duje się na Waszym terytorium. Prosimy Waszą Wysokość o stosowne wyjaśnienie. Z tego powodu wysyłam do W a s mojego wiernego Pio­ tra Andriejewicza Tołstoja, w towarzystwie pułkownika Rumiancewa. Obaj znają miejsce pobytu carewicza i docenią każdą możliwość spot­ kania z nim. Mój powinowaty, wiedzcie, że zgodnie z prawem boskim i naturalnym ani Rosja, ani ja nie pozwolimy, by sprzeciwiono się nam w tej sprawie. Moje działanie zależeć będzie od Waszej decyzji. Do tej pory pozostaję miłującym powinowatym Waszej Wysokości - Piotr. Przerwał na chwilę i znów się zamyślił. Przez kolorowe szybki okien wpadało jasne, radosne światło słońca, w którym tańczyły dro­ binki kurzu. Słychać było tylko skrzypienie pióra Makarowa po papie-

rze. W końcu przerwał i powtórzył, żeby się upewnić: - Miłującym po­ winowatym Waszej Wysokości - Piotr. Makarów posypał list odrobiną piasku, zanim przystawił kawałek wosku do świecy. Piotr patrzył na niego niewidzącym wzrokiem. - Tak, tak jest dobrze. Ten wiedeński huncwot zrozumie... - wymruczał. - Kto? - zapytałam zdumiona, gdyż zatopiona byłam we włas­ nych myślach. Piotr zwrócił się do mnie zaskoczony. - Cesarz, oczywiście. I rzeczywiście austriacki cesarz zrozumiał. Rozważył dobro Alekse­ go wobec potencjalnego rosyjskiego ataku na jego lenna na Śląsku i w Czechach. Bez trudu podjął decyzję. Kilka dni po przybyciu do Wiednia Tołstoj i Rumiancew wyruszyli na południe, tym razem pod cesarską chorągwią. Wiedzieli, że cesarz poprosił wicekróla Neapolu, hrabiego Dauna, o przygotowanie Aleksego do rozmowy ze ścigający­ mi go myśliwymi. Nie mieli łatwego zadania. Cesarz kilkakrotnie po­ prosił ich o łagodne potraktowanie carewicza. Widać było, że uważa ich za niebezpiecznych i zdolnych do każdego występku. Sądząc po ich listach, podróż do Neapolu była gorsza niż jazda przez Rosję w czasie odwilży. Niebo otworzyło swe wrota i płakało nad carewiczem, który z drżącym sercem, lecz mężnym obliczem, wystąpił naprzeciw Tołstoja i Rumiancewa w Neapolu. A oni obaj mieli łagodność na ustach i zdradę w sercu. Oczywiście, że car kocha swojego syna i mu wybacza. Oczywiście, że Aleksy może swobodnie wrócić do Sankt Petersburga. Oczywiście, że może ożenić się ze swoją ukochaną, jak tylko przybędą do Rosji. Oczywiście, że może żyć z nią w spokoju, gdzie tylko będzie chciał. Tołstoj napisał do Piotra: - To zdumiewające, ile prawdziwej sympatii i szacunku carewicz okazuje tej dziewczynie. A my w sierpniowym upale dotarliśmy do Berlina. Pomimo palącego słońca otaczająca miasto ziemia była płodna i zielona. Setki jezior lśni­ ły pomiędzy soczystymi łąkami i zapewniającymi chłód i cień gęsty­ mi lasami. W wioskach panowały czystość i porządek, a wzdłuż dróg

płynęły kanały i rzeczki. W Rosji taka sytość i zadowolenie j u ż dawno doprowadziłyby do buntu. Aż niezręcznie się czułam pośród tej obfito­ ści. Piotr prowadził swojego konia powolnym kłusem obok mojego po­ wozu i uniósł zasłonę, która chroniła mnie przed słońcem. - Jak ci się podoba w Prusach, moja caryco? Spory tu porządek, co? - zapytał ze śmiechem i posłał mi całusa. Wysunęłam głowę przez okienko powozu i popatrzyłam na prościutką drogę przed nami. Wraz z innymi dro­ gami, ułożonymi gwiaździście wokół miasta, prowadziła do Berlina. Piotr pokazał mi to na mapie nocą w naszym obozowisku przy blasku ogniska. Roześmiałam się i potrząsnęłam głową. - Chyba zwariowała­ bym od takiego porządku! Chłopi zajęci żniwami przerywali swoją pracę i gapili się na nas. Sama też obejrzałam się do tyłu i wybuchłam śmiechem na ów zdumie­ wający widok. Ponad pięćset wozów i karet ciągnęło w chmurze kurzu, hałasu i odoru po małych, spokojnych dróżkach prowadzących do Ber­ lina. Woły zaprzęgnięte do wozów ryczały pod uderzeniami batów woź­ niców. Wyjeżdżone bruzdy dróg kruszyły się pod ich kopytami. Konie spinały się niespokojnie w popołudniowym upale, a dzieci i dziewczęta z wiosek biegły wraz z orszakiem, żeby mu się dobrze przyjrzeć. Naj­ większą atrakcję stanowiła przy tym niewielka grupa mężczyzn, którzy siedzieli wysoko na koniach. Byli tak wyrośnięci, że ich stopy ledwo mieściły się w strzemionach o przykrótkich puśliskach. Stanowili po­ darunek, który Piotr wiózł do Berlina. Car kazał wyszukać ich w całej Rosji, gdyż pruski król uwielbiał wysokich żołnierzy. Ziemia za naszym pochodem była ogołocona jak po ataku szarań­ czy. Nie sądzę, by to, co zostało, wystarczyło mieszkańcom na prze­ trwanie zimy. Piotr jeszcze w wieczór przed naszym przybyciem udzielił mi pośpiesznej lekcji o naszym gospodarzu, królu Fryderyku Wilhelmie i jego rodzinie. - Tak właściwie to nie jest królem, wiesz? Jego dzia­ dek sam sobie przyznał ten tytuł, ale nie czepiajmy się. Przecież i mój dziad był pierwszym carem z naszej rodziny! - opowiadał w blasku obozowego ogniska, które rozpalono przed myśliwskim pałacykiem, gdzie spędzaliśmy ostatnią noc przed przybyciem do Berlina. Piotr

wolał przespać ciepłą noc przy ognisku niż w jednej z małych kom­ nat. - Przynajmniej w Berlinie nie okazali się takimi tchórzami, jak ten tłusty August Sas, który przeszedł na katolicyzm. Nie, wielki elek­ tor wolał, żeby jego Prusy pozostały luterańskie i otwarte na świat... - Popatrzył w ogień i zamyślił się. - Obecny król jest ponoć bardzo oszczędny i skromny. Dobry z niego człowiek! Pisano mi, że jego dwór i otoczenie też są skromne, ma tylko dwóch szambelanów! To mi się podoba! - A ja pomyślałam o niezliczonej gromadzie ludzi, którzy nam towarzyszyli. Jeśli czegoś w Rosji było w nadmiarze, to właśnie ludzi. Miejmy nadzieję, że w Berlinie są na to przygotowani! Piotr mówił da­ lej: - Ale ten stary lis j u ż wtedy wiedział, co czyni. Wszyscy luteranie z głową na karku po edykcie nantejskim wielkiego Ludwika uciekli do niego do Prus. W Berlinie zgromadzili się nie tylko uciekinierzy z Palatynatu, Frankonii, Turyngii czy Austrii, lecz także mnóstwo hugenotów z Francji! Niezwykle wzbogacili Prusy! Nic dziwnego, że Berlin w międzyczasie stal się miastem, któremu trudno dorównać! - zakoń­ czył z ponurą miną. Gdy wjeżdżaliśmy do Berlina, przypomniałam sobie nagle bladego, pięknego Andreasa Schliitera, którego przed laty witałam na nabrzeżu Newy w Sankt Petersburgu. Wcześniej niestrudzenie budował dla kró­ la w Berlinie, aż popadł w niełaskę. Źle obliczono fundamenty wieży, która miała być tak wysoka, by sięgać chmur. A ile jeszcze Schluter mógł zbudować! Nowe miasto, które narodziło się z ówczesnej brudnej i cuchnącej wioski Berlin niczym motyl z poczwarki, zostało zaprojek­ towane wzdłuż linii prostych. Aleje ocieniały drzewa o gęstym listowiu, a spacerowicze korzystali z kawiarni i kramów obwoźnych handlarzy i sztukmistrzów. Wzdłuż szerokiej ulicy, prowadzącej w dół do Szprewy, wznosiły się dostojne pałace arystokracji. Zamek Miejski i Charlottenburg także imponowały swoją wielkością i wspaniałością. - Mój rosyjski przyjacielu! Piotrze! Nareszcie... - wykrzyknął król na powitanie. Przycisnął Piotra do siebie. Obaj na chwilę odsunęli się na wyciągnięcie ramion, a potem znów przypadli sobie do piersi. Królowa i ja pocałowałyśmy się i wymieniłyśmy po niemiecku komplementami. - Siostro! W końcu jesteście w Berlinie. Mój Boże,

widzieliście prawie całą Europę. Musicie mi tyle opowiedzieć! Jak podoba się waszej siostrzenicy w Meklemburgii? A czy przywieźliście portrety waszych córek? Wiecie, nasz Fryderyk jest już prawie w wieku do ożenku. Mówiła to z wdziękiem, który sprawiał, że jej mąż wydawał się bardziej prostolinijny. W duchu pomyślałam sobie jednak, że wygląda na wyczerpaną. Król żołnierz zmuszał ją do życia pozbawionego wygód i bezustannych podróży po rozproszonych lennach. Wizytował przy okazji swoje oddziały, gdyż nawet w czasach pokoju Prusy utrzymywa­ ły armię liczącą pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Królowa przyjrzała się moim d a m o m dworu, które podług rosyj­ skiej mody miały upudrowane na biało twarze i uszminkowane jaskra­ wym karminem policzki. Zauważyłam, że w ten sposób nie malowała się żadna z berlińskich dam. Piotr j u ż na wiele miesięcy przed wizytą w Berlinie kazał wymienić moje damy dworu i zaufane rosyjskie arystokratki. Już dawno dotarły do ojczyzny. Żeby z nich zadrwić, car roz­ kazał, żeby zastąpiły je proste dziewczyny bez pozycji i ogłady. Gdy Piotr pierwszy raz zobaczył je umalowane i odziane w bogate stroje, mało nie pękł ze śmiechu. Mała księżniczka Wilhelmina dygnęła grzecznie przede mną i za­ częła skubać ikony, którymi obszyta była moja suknia. - Dlaczego masz na sukience te kolorowe obrazki? Les images font beaucoup de bruit\ - stwierdziła ze zmarszczonym z ciekawości czołem. - Taka moda panuje w Sankt Petersburgu, Wilhelmino. W każ­ dym miejscu ludzie ubierają się inaczej - królowa pośpiesznie prze­ rwała córce. Ja jednak pogładziłam dziewczynkę po głowie. Miała chy­ ba tyle samo lat co Elżbieta. - Mają chronić mnie przed złem i nieszczęściem, księżniczko Wil­ helmino - odpowiedziałam przyjaźnie. Podobało mi się to dziecko. Wydawało się zdolne i bystre. Król pożegnał się z nami, zapraszając na następny wieczór. - Gdy zniesiemy jakoś oficjalne przyjęcie dziś wieczorem, jutro będziemy mogli spotkać się w moim apartamencie na skromnej kolacji. Żadnych

wymyślnych potraw, głównie żeby pobyć razem. Nie ma to j a k dobra grochówka i pieczona wieprzowina z grubą skórką! - Szturchnął cara w bok. - No i nasze piwo! Dobre, niemieckie piwo! Nie to, co ta mdła holenderska lura, która nie nadaje się nawet do podlewania kwiatów. Piotr skinął głową ucieszony, gdyż niekończące się, sztywne pary­ skie ceremonie znużyły go dogłębnie. Fryderyk Wilhelm popatrzył na mnie przyjaźnie. Mówił urywanym głosem, jakby brakowało mu odde­ chu i czasu: - Nie wiem, j a k caryca to znosi. Ja najchętniej skopałbym tyłki tym wszystkim łaszącym się dworzanom! I tak zresztą zwolniłem prawie wszystkich ulubieńców mojego pana ojca. Najbardziej pasuje mi zwykły, uczciwy junkier! Takiemu można zajrzeć w serce i zaufać! Królowa przerwała grzmiącą przemowę małżonka w niezwykle wdzięczny sposób: - Mój syn ślicznie gra na flecie. Jeśli będziecie mie­ li ochotę, da mały koncert. Król skrzywił się. - Babskie zajęcia! Lepiej, żeby książę Fryderyk ćwiczył musztrę, zamiast grać na flecie. Jeszcze wybiję mu z głowy te głupstwa. Przekonacie się! Nie uszło mej uwadze, że na te słowa Wilhelmina popatrzyła na swojego ojca ponurym wzrokiem. Piotr jednak wygiął usta w dzióbek, jakby chciał zagwizdać melodię i ściągnął z głowy krótką perukę, żeby wykonać za jej pomocą żartobliwy ukłon. - Na Boga, miejmy taką nadzieję, mój królewski bracie! Do wie­ czora! Gdy wychodziliśmy z pałacu, wysocy chłopcy z całej Rosji, poda­ runek od Piotra, rozbijali właśnie swoje obozowisko w wyznaczonym miejscu w cieniu kopuły Charlottenburga. Wielu z nich zawyło niczym psy, gdy zrozumieli, że będą musieli pożegnać się ze swymi przyjaciółmi. Gdy woźnica zatrzymywał karocę przed nami, Piotr powiedział jakby do siebie: - Wnukowie założycieli to najlepsze, co przytrafia się każdemu imperium. Wnukowie założycieli. Potem już wszystko stracone. Książę Fryderyk gra na flecie, a mój syn ucieka pijany przez całą Europę. Cóż, pewnie będzie jeszcze weselej. Dzięki Bogu, ja już tego nie dożyję. W powozie uderzył srebrną gałką laski w ściankę, żeby dać woź­ nicy znak do odjazdu. W drodze przez miasto do zameczku Mon Bijou

próbowałam rozweselić go żartami. Lecz patrzył tylko na mnie, jakby był myślami gdzieś daleko. W końcu otworzył butelkę reńskiego wina i opróżnił ją w milczeniu do ostatniej kropli. - Jeszcze nigdy w życiu, przysięgam na Boga, nie widziałem czegoś tak pięknego! Czy to w ogóle możliwe, że człowiek stworzył coś takiego? Głos Piotra aż zmiękł z poruszenia. Przesunął czubkami palców po lśniących złotą barwą ścianach przepięknej sali, w której się znaj­ dowaliśmy. - Jak można tak delikatny i trudny kamień jak bursztyn ukształtować w taką formę? Schliiter naprawdę był mistrzem! - mówił dalej, z namaszczeniem rozglądając się po komnacie. Calutka została wyłożona taflami bursztynu i nie widać było żadnych łączeń. Pośród tafli umieszczono obrazy o niewiarygodnej lekkości. W migoczącym blasku świec zdawały się ożywać. Bursztyn przechwytywał każdą dro­ binę światła z kandelabrów, rozbijał ją, tworząc wachlarz o setkach promieni i sprawiał, że przeplatały się we wszystkich odcieniach złota i miodu. Ja także podeszłam bliżej. Moja dłoń ostrożnie przesunęła się po gładkiej powierzchni ściany. Królowa roześmiała się z dumą. - Zawsze, gdy wchodzimy do tej komnaty, nie możemy się nadziwić. Bursztynowa Komnata Schliitera! Powinniśmy mu za to nadać szla­ chectwo. Nigdzie na świecie nie ma podobnego dzieła sztuki. - Och, doprawdy? Nigdzie? - zapytał Piotr z na nowo rozbudzoną ciekawością. - Nigdzie - potwierdziła królowa jeszcze raz. - Ta k o m ­ nata to moja wielka duma. Gdybym mogła, kazałabym ją przenieść do mojego pięknego zameczku Mon Bijou. T a m mam wszystko, na czym mi zależy. I dlatego też tam właśnie zaproponowałam w a m gościnę! Na stole postawiono zupę i chleb, a my zwiedzaliśmy poczdam­ ski zamek, czekając, aż przyniosą z kuchni gorącą i tłustą wieprzową pieczeń. Młody książę Fryderyk miał nam później zagrać na flecie. W jakimś pogrążonym w półmroku pomieszczeniu zatrzymaliśmy się przed okrytą zasłoną ścianą. Fryderyk Wilhelm roześmiał się nagle jak dziecko i chwycił Piotra za rękę. - A to moje ulubione dzieło sztu­ ki! - Pociągnął za sznureczek wiszący obok zasłony, która bezgłośnie się rozsunęła. - Czekajcie! - powiedział jeszcze i dał kamerdynero-

wi znak, żeby zapalił więcej świeczek w kandelabrze. Gdy zrobiło się jaśniej, dostrzegłam średniej wielkości posąg na cokole. Piotr roze­ śmiał się oczarowany i podszedł bliżej. To, co zobaczyłam, sprawiło, że moja twarz spłonęła rumieńcem. Odrażająco brzydki bożek wysta­ wiał w naszą stronę goły tyłek. Jednocześnie trzymał w dłoniach swój nabrzmiały i olbrzymi członek. Wokół niego wiły się kobiece postaci. Ku memu zdumieniu królowa także zachichotała, chowając twarz za wachlarzem. Piotr klasnął w dłonie i przyciągnął mnie do siebie. - To musi być bożek płodności! Pocałuj go, Katarzyno Aleksiejewna! - wy­ krzyknął ochrypłym głosem. - Co? - wyszeptałam zdumiona i zamarłam bez ruchu. - Pocałuj go! Żebyśmy mieli jeszcze dzieci! Jeszcze więcej synów! - powtórzył rozkaz. Królowa roześmiała się, jakby opowiedział dobry żart. - Carze Piotrze, doprawdy nie wiem, czy całowanie pogańskiego bożka coś pomoże... - stwierdziła. Wyraźnie nie podobała jej się ta sy­ tuacja. Fryderyk Wilhelm rzucił pośpiesznie: - Jak powiedziałem, to moje najlepsze dzieło sztuki. Wracamy do stołu? - I sięgnął ręką, by ponownie pociągnąć za sznurek. Piotr jednak położył mu na ramieniu dłoń ciężką jak z ołowiu. - Pocałuj go, Katarzyno - powiedział po raz trzeci spokojnym głosem. - Albo stracisz głowę! Rozumiemy się? - przeciągnął sobie dłonią po gardle, żeby nie było wątpliwości. Nasi gospodarze wymienili zaniepokojone spojrzenia i mamrotali coś, próbując załagodzić sytuację. A ja ku swemu zdumieniu nie do­ strzegłam w oczach Piotra szelmowskiego wyrazu, którego się spodzie­ wałam. Z ciemnego bezruchu jego źrenic wywnioskowałam jedynie, że nie zniesie najmniejszego sprzeciwu. Pochyliłam się więc do przodu, a moje usta dotknęły zimnego kamienia, z którego wyrzeźbiono bożka. Piotr roześmiał się wesoło. - No, a jednak się dało. - Zwrócił się do Fryderyka Wilhelma i klepnął go w ramię. - Mój berliński bracie, sko­ ro jest to najlepsze dzieło sztuki, jakie posiadasz, przyjmę je łaskawie w prezencie. Zmieszany król zamrugał oczami, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Bałam się tego, co może nastąpić. W Danii król Fryderyk nie chciał

podarować Piotrowi jakichś c u d o w n y c h z a b a l s a m o w a n y c h zwłok z Afryki. Piotr kopnął szybę, pod którą leżały, uniósł pokrywę i nie namyślając się długo, odłamał mumii nos. A potem odwrócił się z tym nosem w dłoni do Fryderyka Duńskiego i z p r o m i e n n y m u ś m i e c h e m na ustach powiedział: - Możesz sobie zatrzymać tę swoją m u m i ę ! Jednak tego wieczoru nakazy grzeczności nie pozwoliły pruskie­ mu królowi odmówić. Oczywiście, że Piotr może wziąć sobie bożka. Podaruje mu go z radością. - Czy jest jeszcze coś, co mój ukochany rosyjski powinowaty chciałby zabrać na pamiątkę z Berlina? - zapytał dla żartu Fryderyk Wilhelm. Ośmielony Piotr zwrócił się do królowej. - Skoro pytasz, bracie, to chciałbym jeszcze Bursztynową Komnatę. Powinna znaleźć się w Sankt Petersburgu na znak prusko-rosyjskiej przyjaźni! Trafi do mojego naj­ piękniejszego pałacu, obiecuję w a m to! Opuściliśmy zamek Mon Bijou dwa dni później. Ukochany zameczek królowej Prus był przy naszym wyjeździe nie do poznania. Szłam przez wspaniałe komnaty, do których światło słoneczne wpadało przez wysokie, szlifowane okna. Było mi naprawdę przykro. Niektóre szy­ by stłuczono. Miękkie perskie dywany z jedwabiu podeptano i wy­ palono w nich dziury. Zasłony ze lśniącego belgijskiego adamaszku zwisały w strzępach z karniszy. Pozłacany panel ścienny zerwano, a na ścianie za nim widniały ślady po kulach. Czeski kryształ żyrandoli i kość słoniową kandelabrów połamano. Kafelki z Delft roztrzaskano, a sadza z pieca wysypała się na elegancki parkiet. Boazerię zerwano ze ścian. Każdy mebel porysowała czyjaś brutalna dłoń, która pocięła też twarze na portretach brandenburskich i hanowerskich przodków. Gdy my zwiedzaliśmy zamki i miasto, ludzie Piotra świętowali na swój własny sposób. Nasz zmierzający w stronę Rosji orszak wzbogacił się o sześć wozów. W wielkim pośpiechu zdjęto ze ścian Bursztynową Komnatę i zapako­ wano ją do czterdziestu ciężkich skrzyń. Obrzydliwy bożek podróżował w moim powozie. Zasłoniłam go chustą, lecz mimo wszystko zadziałał.

Gdy wraz z pierwszymi jesiennymi burzami dotarliśmy do Sankt Pe­ tersburga, znów byłam przy nadziei. Aleksy wrócił do Moskwy w środku zimy. Ponoć gdziekolwiek się po drodze pojawiał, ludzie rzucali się przed nim na kolana i modlili się za niego. Historii jego ucieczki nie udało się rzecz jasna zatrzymać w pała­ cowych murach. Dla wielu carewicz był znakiem nadziei. Ktoś odważył się oprzeć wszechpotężnemu, gniewnemu i często niezrozumiałemu władcy. I to nie był byle kto, tylko jego własny syn. Piotr krążył niecierpliwie przy oknach Kremla. Stamtąd mial wi­ dok na plac Czerwony. A tam musiał pojawić się Aleksy. Lecz prze­ cież przysiągł, że okaże swemu synowi łaskę i wybaczy mu, jeśli wróci do Rosji. Przecież przysiągł! W imię Boga, Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego. Zastanawiałam się, czy biały moskiewski mróz od razu chwycił care­ wicza za serce. Gdyż kiedy zobaczyłam go tam po wielu miesiącach, wyglądał na odrętwiałego ze strachu i niezdolnego do jasnego myśle­ nia. Eufrozyna w tym czasie dotarła do Berlina i ze względu na swój zaawansowany stan nie śpieszyła się z dalszą podróżą. Żądała nato­ miast przesyłek z jedzeniem. Chciała ziarnistego i prasowanego kawio­ ru, wędzonego i marynowanego łososia, zwykłego dorsza i woreczków z mąką kukurydzianą na mamałygę. Aleksy był już w mieście od czterech dni, gdy Piotr kazał mu się stawić przed zwołaną przez siebie radą. Car zabronił mi w niej uczest­ niczyć. Czy obawiał się, że wpłynę łagodząco na jego gniew? Ja sama cieszyłam się, że nie muszę brać udziału w tym spotkaniu. M i m o to wiedziałam o wszystkim, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Moja wierna Anna Tołstoj przyszła do mnie w wieczór rozprawy na grzane wino i paszteciki. Powiedziała mi, że Piotr krzyczał na Aleksego całe popołudnie aż do zapadnięcia zmroku. Na dwa dni stracił przez to głos. Członkowie rady skarżyli się, że ogłuchli od potężnego głosu cara, grzmiącego w ich uszach. Aleksy rzucił się na kolana i z płaczem błagał o swoje życie.

- A co dokładnie zarzucił mu car? - zapytałam Annę Tołstoj, gdy Anna Kramer wprowadziła ją do mojego apartamentu. Na tacy z laki parowały miękkie, faszerowane gęsimi wątróbkami paszteciki oraz gorący czaj z wódką. Anna Kramer pomogła mojemu gościowi zdjąć płaszcz. Anna Tołstoj usiadła obok mnie przy kominku. Musiała ze­ brać się w sobie, zanim zaczęła mówić. - Wszystko. Zarzucił mu wszystko - powiedziała po chwili. Pa­ trzyłam na nią wyczekująco. Anna Kramer nalała jej czaju do płaskiej miseczki i dolała wódki. Anna Tołstoj wypiła napar duszkiem jak dzie­ cko. - Po prostu wszystko, caryco - powtórzyła potem. - Jego niedo­ bre wykształcenie, słabe zdrowie, tchórzostwo, śmierć Zofii Szarloty, rozpustę z tą Finką, matkę... - Matkę? - przerwałam jej zdumiona. Anna Tołstoj skinęła gło­ wą. - Tak. Nie słyszałaś? Ależ nie, wybacz. Wie o tym tylko mój brat, Piotr Andriejewicz Tołstoj. I teraz my.... - uśmiechnęła się smutno. - A tu akurat ściany nie mają uszu.... Dałam jej szturchańca. - Opowiadaj - zażądałam. Jej oczy napeł­ niły się łzami. - Polowanie się rozpoczęło, caryco. Każdy, kto kiedykolwiek miał coś wspólnego z carewiczem, lęka się teraz o swój majątek, a nawet 0 swoje życie... - Jej głos zagłuszyło delikatne łkanie. - A co ma z tym wspólnego Eudokia Łopuchina? - dopytywa­ łam się. Nie chciałam jej wierzyć. Anna Tołstoj westchnęła. - Mój brat mówi j u ż wręcz o suzdalskim spisku! Wiesz, w Suzdalu jest ten klasztor, w którym zamknięta jest caryca Eudokia. Ta biedaczka mia­ ła tam ponoć kochanka, niejakiego Stiepana Glebowa. A Aleksy pi­ sał do niej i odwiedził ją wraz ze swoją ciotką Marią Aleksiejewną. Ponoć był przy tym także Aleksander Kikin, żeby przygotować bunt przeciwko carowi. Piotr chce teraz wiedzieć wszystko i zdobyć każdy dowód. Jego zdaniem syn uciekł pod w p ł y w e m matki. M ó w i ę ci, ca­ ryco, Eudokia nie zdążyła jeszcze pożałować, że sprowadziła na ten świat Aleksego! Naraz zerwał się wiatr, który zastukał w zamknięte okiennice 1 wprawił płomienie świec w niespokojne migotanie. - Co jeszcze mu

zarzuca? - pytałam dalej. Anna Tołstoj popatrzyła na mnie swoimi płonącymi czarnymi oczami. - Zdradę stanu - odpowiedziała krótko. Zaschło mi w ustach. - Zdradę stanu? - powtórzyłam szeptem. - Ale to oznacza, że... Anna Tołstoj skinęła głową i nie potrafiła j u ż dłużej powstrzymać lez. - To jego własny syn! - zaszlochała, a Anna Kramer objęła ją, żeby ją pocieszyć. Zapytałam ją cicho: - Nie ma żadnej nadziei? Anna zatopiła wzrok w ogniu kominka, a cienie komnaty padły na szlachetne rysy jej twarzy, sprawiając, że wyglądała na starą i zmęczoną. - Car wybaczy mu pod j e d n y m warunkiem - mruknęła. - Jakim? - zapytałam cichym głosem. - Że wymieni wszystkich swoich sprzymierzeńców. Co do jedne­ go. A Piotr Andriejewicz mówi, że car chce zgładzić ich wszystkich. Wszystkich. Zaledwie kilka dni po powrocie Aleksego mój syn Piotr Piotrowicz, który walczył akurat z przeziębieniem i gorączką, został ogłoszony następcą tronu. Pomimo ostrego chłodu Piotr uparł się, że pokaże go przed nabożeństwem na placu Czerwonym obu swoim pułkom. Aleksy ucałował pulchną rączkę swojego przyrodniego brata i przysiągł mu wierność i oddanie. Nie uszło mej uwadze, że j e g o twarz miała bar­ wę popiołu. Kolana drżały mu podczas składania przysięgi. Mnie też ucałował trzykrotnie w policzki na znak pokoju. Jednak unikał mo­ jego wzroku. Dwór niczym morze twarzy przelał się kolorową falą przez plac Czerwony do soboru Zbawiciela. Teofan Prokopowicz, jako arcybiskup Pskowa, poprowadził nabożeństwo. Jednak zanim zaczę­ liśmy śpiewać, dostrzegłam, że Piotr szturchnął mocno siedzącego obok niego Aleksego. Ten wziął do ręki kartkę papieru, którą podał mu Szafirów. Wstał, a ja odniosłam wrażenie, że z trudem zachowuje wy­ prostowaną postawę. Aleksy zaczął czytać wysokim i cienkim głosem. Jednak każde słowo jego przemowy odbijało się od zdobionych złotem ścian i wysokiego sklepienia soboru i jasno i wyraźnie rozbrzmiewało w naszych uszach.

- Ja, Aleksy Piotrowicz Romanow... - rozpoczął. Przełknął ślinę, a Piotr popatrzył na niego groźnie. Aleksy pochylił głowę niczym owca idąca na rzeź i posłusznie kontynuował. - Przez swoje grzechy i uchy­ bienia wobec mego najłaskawszego ojca uznaję, że straciłem wszelkie prawa do rosyjskiego tronu. - Znów przerwał, a pomimo panującego w soborze chłodu jego czoło barwy wosku pokryła siateczka kropelek potu. Aleksy potarł brzegi ukazu i kontynuował beznamiętnym tonem: - Z powodu swych występków i mojej nieprzydatności oddaję się w ręce ojca. Nigdy więcej nie będę ubiegać się o rosyjski tron i uznaję mojego ukochanego brata Piotra Piotrowicza Romanowa za następcę tronu Carstwa Rosyjskiego. Mimo gorączki mój syn usłyszał swoje imię i uniósł głowę. Za­ wołał coś cicho i wyciągnął rączki do złotych żyrandoli, które zwisały z sufitu. Czarne oczy Aleksego na chwilę spoczęły na chłopcu. - Dla potwierdzenia tej przysięgi całuję Święty Krzyż Cerkwi i podpisuję się własnoręcznie - zakończył czytanie. Piotr skinął głową zadowolony. Teofan Prokopowicz podszedł z ciężkim krzyżem, a Aleksy przypieczętował swoją rezygnację, całując szlachetne kamienie umieszczone pośrodku krzyża. Pełen ulgi szmer przeszedł przez sobór. Lecz ja pomyślałam o ostatnich słowach Anny Tołstoj w moim apartamencie. - Caryco, wierz mi, to się jeszcze nawet nie zaczęło. Gdy przed soborem wsiadałam do sań, spostrzegłam, że na czterech rogach placu Czerwonego ustawiają się heroldzi. Wokół nich natych­ miast zgromadziła się gawiedź. W owym czasie każdy chciał koniecznie wiedzieć, co się dzieje. Nikt nie wiedział nic konkretnego, a na progach kabak, w korytarzach Gościnnego Dworu i przy niskich stolikach ka­ wiarni wymieniano najbardziej niewiarygodne plotki. Czekałam z za­ ciekawieniem, czując jak podeszwy moich butów nasiąkają mokrym lodem pokrywającym plac Czerwony. Heroldzi jednocześnie rozwinęli zwoje papieru i zaczęli głośno wołać: - Wysłuchajcie grzechów carewi­ cza Aleksego! Grzechów, które wziął na siebie, grzechów, do których

się przyznał! Grzechów, które nie pozwalają mu objąć tronu po jego najłaskawszym ojcu... Otuliłam się opończą i wsiadłam do sań. Jak tylko moje dwie damy dworu zajęły miejsca, rozkazałam krótko: - Zamknijcie okna i zasuńcie zasłony. - Tego dnia nie chciałam już niczego słyszeć. M i m o to strzępki słów wykrzykiwanych przez heroldów i tak przedostawały się do wnętrza sań. - Jeszcze za życia swojej cnotliwej i umiłowania godnej małżonki uprawiał nierząd z kreaturą najgorszego pochodzenia... Słysząc to, mało się nie roześmiałam. Moje damy dworu wbiły wzrok w futra, którymi nakryły otulone mufkami ręce. Czy one się mnie boją? - Ktokolwiek sprzeciwi się naszej decyzji, również zostanie uzna­ ny za zdrajcę i odpowiednio ukarany... Bramy Kremla zamknęły się za mną, a jego wysokie mury zatrzy­ mały dźwięki hałaśliwego tłumu. Kilka zimnych płatków śniegu opadło powoli na moją płonącą twarz. W łonie poczułam pierwsze ruchy no­ wego życia. Ruchy brata następcy tronu, mojego syna. Nigdy dotąd nie czułam się u boku Piotra tak bezpieczna, a jednocześnie tak zagrożona. Aleksy nie zastanawiał się długo nad tym, kogo poświęcić, żeby urato­ wać własną skórę. Nazwiska spływały spod jego zdradzieckiego pióra niczym woda z ciepłego, wiosennego źródła. Wymienił tak wiele osób! Większość z nich dobrze znałam. Aleksander Kikin. Carówna Maria Aleksiejewna. Siostra Helena, gdyż takie imię przyjęła jego matka Eudokia w suzdalskim klasztorze. Jego wuj, Abram Łopuchin. Ksią­ żęta Szczerbatow, Dołgoruki i Wiaziemski. Biskup Rostowa, Dosifej, który był przyjacielem carycy Praskowii. Biskupa przywleczono do Moskwy, gdzie od razu się przyznał. Tak, przepowiadał śmierć Piotra. Tak, widział w Aleksym prawowitego dziedzica z woli Boga. Jednak gdy stanął przed radą cerkwi prawosławnej, rzucił gniewnie w stronę swoich braci w wierze: - I? Może jestem j e d y n y m z was, który zwąt­ pił? Zajrzyjcie we własne serca! Czy dostrzegacie tam imię, które tak posłusznie czcicie ustami?

Zgromadzeni biskupi tylko pospuszczali głowy i jednogłośnie wy­ dali na niego wyrok. Lepiej on niż oni. Kolejne okrutne tygodnie i miesiące zamknęły się nad moją duszą i umysłem niczym czarne i zimne fale Newy wiosną. Moją obroną przed wszystkim, co działo się wokół mnie, jest zasłona zapomnienia. W pamięci pozostały mi tylko okruchy z tamtych miesięcy: śmierć Aleksandra Kikina, naszego dieduszki. Gdy kołem łamano mu kości, Piotr podszedł do niego i kazał katu przerwać. - Dlaczego właśnie ty pośród wszystkich mnie zdradziłeś, dieduszko? - zawołał car ze łzami w oczach. Udręczony Kikin uniósł głowę i splunął naszemu władcy pod nogi. - Despoto! Duch potrzebuje wolności, żeby się rozwijać. A ty du­ sisz go w niewoli i strachu! Widziałam, że twarz Piotra pobladła z gniewu. Kikin sprzeciwił mu się nawet w godzinie śmierci. Car zwrócił się do Antonia Deviera, który stał tuż za nim jako generał policmajster Sankt Petersburga. - Kontynuujcie tortury, aż ten pies zdechnie. Tylko powoli, ma cier­ pieć! - rozkazał. Kikin roześmiał się drwiąco z Piotra po raz ostatni, a pomocnik kata znów zamachnął się pałką. Księciu Szczerbatowowi wycięto skrzydełka nosa i wyrwano mu język. Innych skazano na chłostę lub najcięższe prace w kopalniach i przy budowie kanałów. Dosifej przed śmiercią na kole znalazł dość siły, by przekląć Piotra: - Pomiocie szatana! Jeśli podniesiesz rękę na swego syna, jego krew spadnie na ciebie i twoje potomstwo, aż do ostatniego cara! O mój Boże, zlituj się nad Rosją! Przeklnij Romano­ wów! - wypowiedziawszy te słowa, zmarł. Aleksy

musiał

przyglądać

się

najstraszniejszym

egzekucjom.

Mogę zaświadczyć, że widząc cierpienie swoich wiernych przyjaciół, drżał na całym ciele. W owych dniach nie mógł nic jeść. Zmuszał się, żeby przełknąć kilka łyżek zupy dziennie. A sen od dawna j u ż do niego nie przychodził. Piki na placu Czerwonym, na których przed laty zatknięto głowy strzelców, znów znalazły zastosowanie. Głowy innych nieszczęśników

patrzyły teraz na przechodniów pustym i przerażonym wzrokiem. Ciało Stiepana Glebowa, kochanka Eudokii, ułożono pośród nich na czterokątnym szafocie. Leżał na stosie martwych ciał. Wrony wydziobywały mu oczy, aż w końcu nocą dzikie psy powlokły gdzieś jego szczątki. Czar zła nie opanował mej duszy. Lecz bezradnie przyglądałam się, jak bierze w posiadanie serce Piotra. A ono kamienieje. Kilka dni po śmierci Glebowa na palu opuściłam swe apartamenty w ówczesnym tieremie Kremla. Nadal nie lubiłam ciemnych koryta­ rzy oświetlonych oliwnymi lampami. Cienie, które padały na twarze wiszących na ścianach ikon, wzbudzały we mnie lęk. Tego ranka to­ warzyszyły mi trzy damy i młody paź. Usłyszałam zbliżające się z na­ przeciwka kroki. Było bardzo wcześnie. Zaczęłam nasłuchiwać. Czyżby dobiegał mnie szczęk broni? Zatrzymałam się. Czy znowu kogoś aresz­ towano? Czy może Mienszykow, który mieszkał u nas na Kremlu za­ miast w swoim własnym pałacu, wybiera się polować na niedźwiedzie? A może to moja wyobraźnia piata mi figla? Może to po prostu wartow­ nicy? Ostrożnie stawiałam krok za krokiem. W tym momencie zza rogu wyszła niewielka grupka żołnierzy. Zdumiałam się, że prowadzi ich Antonio Devier. Na mój widok natychmiast się ukłonił. Żołnierze, których pistolety wisiały u bioder, a krzywe kindżały uderzały o metalowe nagolenniki, opadli na kolana. Dopiero teraz ujrzałam kobietę, którą wcześniej zasłaniali swoimi cia­ łami. Drobna, spowita w czerń osoba stała wyprostowana pośród nich. Jej włosy ukryto pod grubym welonem. To musiała być zakonnica. Szeroki habit, który opadał jej do stóp, wyglądał na utkany z surowej przędzy. M i m o to szlachetne, regularne rysy jej twarzy zrobiły na mnie wrażenie. Wysokie czoło było miękko zaokrąglone, a oczy ciemne ni­ czym węgiel. Długi, wąski nos kończył się tuż nad delikatnymi, blady­ mi wargami. Jej skóra miała barwę wosku, jak u kogoś, kto od dawna nie wychodził na słońce. Mój Boże, ona wygląda dokładnie jak Aleksy! Czy raczej, co dopie­ ro teraz pojęłam, to Aleksy wyglądał dokładnie j a k ona! Spokojne spoj-

rżenie Eudokii przesunęło się po mnie. Chłonęła mój widok: szare per­ ły w miękkich, lśniących włosach, błękitny aksamit opończy, kołnierz ze srebrzystego sobola i ocieplane buty z miękkiej haftowanej skóry. Zawstydziłam się. Przede mną stała kobieta, która powinna nosić moje ubrania. Kobieta, która powinna dawać Piotrowi dzieci. Kobieta, któ­ rej syn powinien wstąpić na tron. W korytarzu zapadła gęsta, przytłaczająca cisza. Devier niespo­ kojnie przestąpił z nogi na nogę. Bóg nie chciał, żeby tak się stało, przyszło mi na myśl. Mój wstyd zniknął. Została tylko litość dla niej. Dlatego pochyliłam głowę i powie­ działam cicho: - Bądź pozdrowiona i błogosławiona, siostro Heleno. Eudokia nie poruszyła się. Jednak jej spojrzenie ześlizgnęło się ze mnie i zagubiło pozbawione wyrazu w pustym korytarzu. Płonęło w nim szaleństwo. W jej sercu nie było j u ż życia, a w jej duszy ognia. Niewielka grupka ruszyła dalej. Lekkie kroki Eudokii ucichły w zatę­ chłym chłodzie Kremla. Ciemność pochłonęła jej postać. Piotr kazał znowu ogolić głowę Eudokii, czyli siostry Heleny, i wysłał ją do klasztoru nad jeziorem Ładoga. T a m miała dzielić celę z niemą karlicą. Nie wolno jej było nikogo innego widywać ani z ni­ kim rozmawiać. Nie mogła ani wysyłać, ani otrzymywać listów. Została skazana na trwanie w milczącym świecie pozbawionym życia. Karą, którą obmyślił dla niej Piotr, byl czas - niekończący się, pusty i mija­ jący powoli czas. W tych rzadkich momentach, gdy ją wspominałam, myślałam so­ bie, że przynajmniej kochała raz jeszcze. Pomimo całego rozlewu krwi Piotrowi wcale nie przeszła ochota na świętowanie. Pomimo mego stanu i żałoby uczestniczyłam w owych dniach w błazeńskim synodzie, który swoim rozmachem przyćmił wszystkie dotychczasowe. Papież pijaków Nikita Zotow umarł, a jego miejsce miał zająć książę Piotr Buturlin. Jego ksienią miała być moja błaźnica, stara księżna Anastazja Golicyna. Piotr poświęcił sporo czasu na przy­ gotowanie każdego szczegółu zabawy.

Piotr Buturlin zasiadł na swoim zbudowanym z beczek tronie. Mi­ tra była na niego trochę za duża i zsuwała mu się na oczy. Towarzystwo ryknęło śmiechem i zaczęło rzucać w ścianę obok Buturlina butelkami, które rozpryskiwały się z brzękiem. Wartownicy kulili się, by nie po­ cięły ich fruwające odłamki szkła. Piotr wzniósł w moją stronę toast pucharem pełnym winiaku. - Pij, mateczko, pij! Trzeba podlać carewicza! - powiedział i pogła­ skał mój zaokrąglony j u ż brzuch. Posłuchałam go i zaczęliśmy zawody w piciu, które Mienszykow zakończył strzałem z pistoletu. Wszyscy zaczęliśmy śpiewać sprośne piosenki na melodię cerkiewnych pieśni. Wszystko wirowało mi przed oczami. Buturlin błogosławił towarzy­ stwo, kropiąc je pieprzówką ze świńskiego pęcherza. Ludzie tłoczyli się wokół stołów, wpychając sobie do ust jedzenie: rybę w szafranie, jagnięcinę z czosnkiem i cebulą, jaja w kawiorze, jesiotra w soli, prosię zapiekane w piwie i flaki w galarecie. Piotr przytulił się do Mienszyko­ wa i zaczął w jego ramionach płakać po pijaku. Zobaczyłam też, że j e ­ den z paziów wnosi do sali sączek, przez który nieszczęśnikom wlewa się wódkę do gardeł. Mój k u m , admirał Apraksin, zatrzymał chłopca i sam wsunął sobie sączek do ust. A potem uniósł małą beczkę wód­ ki i wlał sobie jej zawartość do gardła. Piotr wyswobodził się z objęć Mienszykowa i wykrzyknął: - Apraksin, nie! Martwi mnie twoje pi­ jaństwo! Wystarczy, że przez picie straciłem j u ż Leforta i Gołowina! Zabawa zakończyła się dopiero następnego dnia. Całe towarzy­ stwo musiało oczyścić dróżki w parku wokół Kremla ze świeżego śnie­ gu, żebyśmy z Piotrem mogli sobie po regenerującej drzemce pospa­ cerować. Śmialiśmy się z zielonkawych twarzy naszych niewyspanych gości. Z trudem nadążali z odśnieżaniem. Carówna Elżbieta Piotrowna i carewicz zaczęli rzucać w nich śnieżkami i głośno ucieszyli się, gdy trafili starą Anastazję Golicynę prosto w twarz. - Trafiony, zatopiony! - zawołał także Piotr. Chwycił Piotra Piotrowicza pod ramiona i zaczął się z nim szybko obracać. - Mój syn! Następca tronu! No, dalej, la­ taj, Piotrze Piotrowiczu! - Wraz z moimi damami zaczęłam klaskać do taktu. Śpiewaliśmy, a oni obracali się coraz szybciej. W końcu Piotrowi zakręciło się w głowie i upadł na śnieg razem z Piotrem Piotrowiczem.

Tego roku spędziliśmy w Moskwie także Wielkanoc. Pomimo tych wszystkich nowych obyczajów, które wprowadził Piotr, wielkie świę­ ta prawosławnej cerkwi obchodziliśmy tak jak za dawnych dni. Na Kremlu długie stoły uginały się pod ciężarem wysokich, miękkich bab, zwanych kuliczem, które wypiekano, używając słodkiego mleka. Do tego jedliśmy pyszną paschę, wielkanocny deser z białego sera i kan­ dyzowanych owoców. Zauważyłam, że Aleksy wciąż prawie nic nie je, a jego skrojony na polską modę kaftan zwisa z kościstych ramion. Skąd zamierzał wziąć siłę, żeby przetrwać nadchodzące miesiące? Po nabo­ żeństwie wraz z Piotrem usiedliśmy na tronach. Piotr Piotrowicz miał na sobie mały mundur pułku preobrażeńskiego. Siedział u naszych stóp na złotym stołeczku. Anna i Elżbieta ubrane były w suknie z jas­ nego jedwabiu haftowane srebrnymi galonami i kolorową nicią. Byłam dumna z ich pełnych świeżości i wdzięku młodziutkich twarzy. Zaczę­ ła się Wielkanoc. Zanim pierwszy z dworzan podszedł do cara, Piotr powiedział do mnie jeszcze: - Moja łaskawa pani, gdy to się skończy, znowu będą mnie bolały plecy. Czy mogę przyjść do ciebie dziś wie­ czorem? Na chwilę wszystkie okropieństwa ostatnich tygodni zniknęły. Znów byliśmy parą kochanków, która się przekomarza. Skinęłam gło­ wą. W tym momencie podszedł do nas admirał Fiodor Matwiejew Apraksin. Ukłonił się przed carem i podał mu w darze pomalowane na kolorowo jajo. Piotr skłonił głowę i odwzajemnił podarunek, podając admirałowi swoje jajo. Apraksin powiedział głośno: - Chrystus zmartwychwstał! Piotr odpowiedział uroczystym głosem:

- Zaiste zmartwych­

wstał. Fiodor Matwiejew wszedł na schodki prowadzące do tronu, a Piotr pochylił głowę. Trzykrotnie pocałowali się na znak pokoju. Piotr odprawił ten sam rytuał ze wszystkimi obecnymi dworza­ nami. Kiedy wreszcie mogliśmy spróbować kulicza i paschy, nad pla­ cem Czerwonym zapadła już ciemność. W nocy Piotr spał mocno do mnie przytulony. Jego dłoń ochronnym gestem spoczywała na moim

brzuchu, a rankiem przystawił do niego ucho. Wydawało mi się, że jest spokojniejszy niż w ostatnich tygodniach. Miałam nadzieję, że może jednak wszystko dobrze się skończy. Tamtej nocy jego sny nie przy­ brały twarzy jego ofiar, a ciemność przespanych godzin uwolniła go od koszmarów. Rześki poranek nastał pośród strug deszczu, który oczyś­ cił powietrze z zapachu zgnilizny i wraz z resztkami śniegu zmył krew z bruku placu Czerwonego. Pamiętam, co myślałam owego poranka. Że może groza już minęła. Wielka wojna północna trwała blisko dwadzieścia lat. Wszyscy byli zmęczeni tą walką. Generałowie, którzy od lat ciągnęli tu i tam przez całą Rosję i Europę, w zależności od tego, gdzie akurat posłał ich roz­ kaz Piotra. Żołnierze, z których wielu nie pamiętało już twarzy człon­ ków najbliższej rodziny. Lud, który tracił synów, a ich powołanie do armii traktował jak pogrzeb ze łzami, krzykami i żałobą. Szlachta, która wysyłała synów na tułaczkę, byle tylko nie trafili na wieloletnią służbę w wojsku. Drobni posiadacze ziemscy, którzy płacili coraz więk­ sze podatki. Dusze, które ciężką pracą musiały podołać wyższej pańszczyźnie. W taki sposób nigdy nie staną się wolni! Sam Piotr, który chciał w końcu móc powiedzieć, patrząc z Peterhofu na Zatokę Fińską aż po Kronsztad: - To jest j u ż na zawsze Rosja! Szwecja, która nie mia­ ła w państwowej kasie ani grajcara, miała za to dosyć obłędnej żądzy wojny swego króla, którego oblicze ledwo pamiętała. Wszyscy oni mieli tylko j e d n o pragnienie. Chcieli pokoju i dobro­ bytu. W maju roku 1718 przedstawiciele Rosji i Szwecji spotkali się na Wyspach Alandzkich, by pertraktować pokój. Piotr wysłał na negocja­ cje na Wyspy Alandzkie Borysa Kurakina, Piotra Szafirowa, generała Jakuba Bruce'a i barona Andrzeja Iwanowicza Ostermanna. Lecz woj­ na trwała już zbyt długo, żeby się tak po prostu zakończyć. Czy wie­ dziano choć, o co tak naprawdę walczono? Trudno zawrzeć pokój, gdy nikt nie pamięta j u ż powodu wojny. Kurakin i jego towarzysze wrócili do Sankt Petersburga z pustymi rękoma. Wojna toczyła się dalej, lecz teraz już wyłącznie na szwedzkiej ziemi.

Życie nad Zatoką Fińską zaczyna się w maju. Ostatnie kry spłynęły, a stwardniałe resztki brudnego, zdeptane­ go śniegu stopniały. Delikatne powietrze łagodzi wspomnienie ostrego mrozu, który zimą wcinał się w płuca. Oczy otwierają się na piękno, które przesypia w naszych duszach ciemne miesiące i budzi się teraz w naszych sercach. Zgorzknienie i cierpienie ciemnej zimy zostają za­ pomniane. Dumny Piotr kazał w owym maju uruchomić studnie i fon­ tanny Peterhofu. Cudowna maszyneria złożona z rur, kanałów i dysz pompowała słoną wodę morską z Zatoki Kronsztadzkiej i kazała jej tańczyć w złotym słońcu ku naszej radości. Na wzgórzu nad Zatoką Fińską wznosił się niewysoki pałac z jasnożółtymi ścianami i białymi szpalerami. Młode drzewka, hodowane w oranżerii, zrodziły pierwsze owoce. Taras oferował daleki widok na lśniące morze. Schody z sza­ rego marmuru prowadziły w dół do parku, którego plany car stworzył własnoręcznie. Pomiędzy świeżym listowiem drzew dostrzec można było błyszczące kioski i pawilony, które razem z Piotrem kazaliśmy zbudować nad wodą. Pawilon Marły wzniesiony z lekko lśniącego marmuru w pełnej krasie rygoru prostych linii. Pawilon Mon Plaisir o skromnej architekturze, urządzony prosto, lecz z wdziękiem, który był naszym prawdziwym domem w Peterhofie. Jak często czekaliśmy tam na dwór, który płynął z Sankt Petersburga łodziami. Nad Zatoką Fińską często zdarzały się oberwania chmury, więc siedzący w łodziach przybywali do brzegu przemoknięci do suchej nitki. Damom rozmazy­ wał się makijaż, a muzykantom instrumenty wykrzywiały się od wilgo­ ci. Piotr i ja siedzieliśmy w suchym i ciepłym Mon Plaisir i na ich widok pękaliśmy ze śmiechu. Zdaje się, że te radosne chwile minęły już na zawsze. Gdyż tam właśnie, w Mon Plaisir, otoczeni j a s n y m światłem, które pada poprzez jaskrawą zieleń drzew, czekaliśmy pewnego ranka pod koniec maja na Aleksego. Jasne letnie słońce padało przez wysokie okna na parkiet. Rzeźbienia na ścianach lśniły w jego blasku. Piotr siedział w fotelu i niecierpliwie stukał stopą w marmurową posadzkę ułożoną we wzór szachownicy.

Ja odwróciłam się tyłem do wnętrza i wyglądałam na niespokojne mo­ rze. Dzięki temu nie musiałam patrzeć na kobietę, która razem z nami czekała na carewicza. Eufrozyna z obojętnym wyrazem twarzy siedzia­ ła na taborecie. Jej blada twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Rozpusz­ czone rude włosy płonęły wokół jej głowy niczym ogień piekielny. Jej ciało nie było już obrzmiałe, gdyż przed kilku dniami urodziła dziecko w Twierdzy Pietropawłowskiej. Piotr natychmiast kazał je zabić. Zdawało mi się, że przez okienne szyby czuję smak morskiej soli na ustach. Usłyszałam chrzęst żołnierskich kroków na j a s n y m żwirze dróżki pro­ wadzącej do Mon Plaisir. Trudno było stwierdzić, ilu dokładnie ich szło. Eufrozyna zaczerpnęła głośno powietrza, wysunęła usta do przo­ du i podparła podbródek pulchnymi dłońmi. Nie widziała Aleksego od ich rozstania w Bolonii przed kilku miesiącami. Piotr po naszym przybyciu do Sankt Petersburga kazał osadzić carewicza w Bastionie Trubeckiego w Twierdzy Pietropawłowskiej. Dreszcz mnie przeszedł, gdy się o tym dowiedziałam. Cele tego bastionu znane były z panują­ cej w nich wszechogarniającej ciemności, która kładła się cieniem na duszach więźniów, wpychając ich niezawodnie w otępienie spowodo­ wane strachem i obłędem. Sale tortur cieszyły się w mieście jeszcze smutniejszą sławą. Większość więźniów opuszczała je żywymi tylko po to, żeby trafić prosto na szafot. Zastukano do drzwi gabinetu. Piotr wstał z fotela. Stanął na sze­ roko rozstawionych nogach na środku pokoju, trzymając dłonie za ple­ cami. Eufrozyna podniosła się z taboretu. Odwróciłam głowę w stronę drzwi. Moje ciało pozostało jednak zwrócone do okna. Tak jakbym ze wszystkich sił starała się upewnić, że tam, na zewnątrz istnieje świat pełen świeżej zieleni i nowego życia. Gdybym się od niego całkiem od­ wróciła, straciłabym wszelkie oparcie. - Wprowadźcie tego zdrajcę! - zawołał Piotr. Drzwi otwarły się i do środka weszło dwóch żołnierzy, którzy usta­ wili się po obu stronach wejścia. Za nimi kroczyli potężni pachołkowie, wlokąc między sobą Aleksego. Z tyłu dostrzegłam jeszcze dwóch ko-

lejnych żołnierzy. Aleksy miał spuszczoną głowę. Był jeszcze chudszy i tak osłabiony, że ledwo trzymał się na nogach. Zdawało mi się, że wręcz zwisa z wielkich pięści swoich strażników. Światło w pawilonie jakby go oślepiło, gdyż powoli uniósł dłoń do oczu. Piotr z pogardą wy­ krzywił usta. Eufrozyną podjęła decyzję. Wyprostowała się i patrzyła na swojego kochanka zimnymi, błękitnymi oczami. - Czy mój syn jest tak niebezpieczny, że musi go pilnować sześciu ludzi? Popatrzcie na niego, trzęsie się j a k osika! Idźcie, zostawcie nas samych! - rozkazał Piotr donośnym głosem. Żołnierze wyszli. Aleksy, stojący samotnie i bezradnie, zaczął drżeć na całym ciele. Ukrył twarz w kościstych dłoniach o barwie wosku. - Światło! Nie znoszę światła! Ojcze, błagam was... - jęczał. Głos miał ochrypły i zmęczony. Jakby przez ostatnie dni krzyczał tępo i na­ daremnie. - Zamilcz! - rozkazał mu Piotr. - To ja tu decyduję, kiedy masz mówić! Aleksy zaczął cicho płakać. Szloch wstrząsał jego umęczonym ciałem. - Podnieś wzrok! - zagrzmiał Piotr. Aleksy posłuchał. I dopie­ ro wtedy dostrzegł Eufrozynę. Krzyknął i chciał podbiec do niej, by ją objąć. Lecz Piotr zagrodził mu drogę i odepchnął. Aleksy potknął się i oparł o ciężki stół, na którym Piotr rozkładał mapy. Car natychmiast chwycił go za ramię. Tak jakby się bał, że carewicz wymknie mu się przez jakiś głupi wypadek. Eufrozyną odrzuciła głowę do tylu i popa­ trzyła na Aleksego wyzywająco. Aleksy wyrwał się ze stalowego uścisku Piotra i wyrzucił z siebie: - Eufrozyno! Czy wszystko w porządku? Co się z tobą działo? Nasze dzie­ cko... - Jego wzrok prześlizgnął się zdumiony po jej zaokrąglonym, lecz wyraźnie już nieciężarnym ciele. - Co się stało z naszym dzieckiem? Ona wzruszyła tylko ramionami i zaczęła przyglądać się swoim paznokciom. Piotr przerwał pytania zadawane przez swojego syna. - Daruj sobie miłosne wyznania. Eufrozyną udowodniła, że jest uczci­ wą poddaną rosyjskiego państwa - warknął. - Nie rozumiem... - zaprotestował Aleksy. Bezradnie wpatrywał się w swoją ukochaną. Z bólem dostrzegłam zdumienie, które pojawiło

się w jego ciemnych oczach. Resztki płonącego w nich zaufania prze­ mieniły się w ostatni, okrutny domysł. - Nie - wyszeptał. - Nie ty, Eufrozyno. Nie ty pośród wszystkich innych... - Zaraz lepiej zrozumiesz. Eufrozyno, daj mi te listy! - przerwał mu Piotr, wyciągając rękę. Eufrozyna wsunęła dłoń w swój głęboko wycięty dekolt. Wyjęła stamtąd plik listów, obdarzając przy tym Piotra bezczelnym uśmiechem. Miałam ochotę uderzyć tę dziwkę. Lecz wciąż trzymałam ręce splecione na piersi. - Katarzyno Aleksiejewna, ukochana przybrana matko... - powie­ dział Aleksy. Odwróciłam się w jego stronę. Dopiero teraz ujrzałam całą jego postać w okrutnie j a s n y m świetle poranka. Wyglądał prze­ rażająco. Jego żółta i przezroczysta skóra opinała kości i stężałe rysy twarzy. Na jego głowie i szyi dostrzegłam ślady złego traktowania. Nic poważnego, lecz jednak pozostawić je mogły tylko uderzenia knutem. Podniesiono więc rękę na carewicza. Był tak chudy, że kości biodro­ we aż sterczały pod więziennym strojem. Zauważyłam, że skóra jego nagich stóp jest obtarta i poszarpana w wielu miejscach. Próbowałam uśmiechnąć się do niego pocieszająco, lecz moje oczy napełniły się łza­ mi. Piotr, który obserwował nas kątem oka, ponownie przerwał Alek­ semu. - Aleksy Piotrowiczu Romanowie. Dziewczyna o imieniu Eufro­ zyna spełniła swój obowiązek wobec ojczyzny i nie spaliła listów, które kazałeś jej spalić, tylko starannie je przechowała. Piotr zważył w dłoni plik listów i z wyrazem rozkoszy na twarzy przeciągnął go sobie przed nosem. - Dowód twej zdrady ukryła na własnej piersi... Na swym ciepłym, miękkim ciele! - zniżył głos do szeptu, wciągając w nozdrza zapach papieru. Aleksy krzyknął udręczony i opadł na kolana. - Nie! Dlaczego je­ steście tacy okrutni, ojcze, dlaczego? Cóż ja w a m takiego uczyniłem poza tym, że urodziłem się waszym synem?! - wołał ostrym, przecho­ dzącym w dyszkant głosem. - Zamilcz! - ofuknął go Piotr. - Osądzam cię w sposób uczciwy! I wydam sprawiedliwy wyrok! Nigdy nie waż się, pamiętaj, nigdy, za­ rzucać mi, że jest inaczej!

Aleksy ukrył twarz w dłoniach i słysząc słowa Piotra, opadł całkiem na podłogę. Jęczał cicho i kołysał się niczym dziecko do przodu i do tyłu. - Jestem zgubiony, jestem zgubiony... - szeptał sam do siebie. Musiałam się powstrzymać, żeby nie podejść i nie pomóc mu wstać. Zamiast tego położyłam dłonie na zasuwach okien. Słońce ogrzewało moje zaciśnięte na ołowiu palce. Światło, musiałam pozostać w krę­ gu światła. Piotr zaczął krążyć wokół swego syna. Rozłożył pierwszy list, przeczytał kilka linijek i pokręcił głową. - Mój synu, muszę ci po­ wiedzieć, że pomimo wszystkich naszych starań o twoje wykształcenie wciąż masz niemożliwy charakter pisma... Eufrozyną roześmiała się piskliwie na tę niespodziewaną drwinę. Aleksy znów zaczął płakać. Wyglądało na to, że jej widok i jej zdrada odebrały mu ostatnią nadzieję i ostatek sił. Piotr kontynuował nie­ wzruszony. - List do cesarza w Wiedniu... Przekonajmy się, co miałeś do powiedzenia temu durniowi... „Jak Wasza Wysokość słyszała, mło­ dy bękart mojego ojca i tej praczki jest złożony chorobą. Jak widzicie, mój ojciec czyni, co chce, lecz i Bóg czyni, co chce". Co myślisz o tych słowach, moja praczko? - Piotr zwrócił się do mnie. Z trudem zachowałam obojętny wyraz twarzy. Jednak w mym ser­ cu pojawiło się kłujące uczucie, które zapłonęło niczym obłęd w ogo­ lonych głowach żołnierzy Piotra, wtedy, tam, pod okrutnym słońcem nad Prutem. Aleksy nienawidził mojego syna. Życzył mojemu malcowi śmierci. Ta myśl stopiła się z moją krwią, popłynęła żyłami i wbiła się jadowi­ tymi hakami w moją duszę. Unikałam wzroku Aleksego, gdyż pojęłam, że Piotr wcale nie oczekuje ode mnie odpowiedzi. Car rozłożył kolejny list. - Ach, ten jest do twojej ukochanej kuzynki, Katarzyny Iwanowny, do Meklemburgii... „Katarzyno Iwanowna, nie możecie sobie wy­ obrazić, j a k bardzo liczę na bunt rosyjskich oddziałów w Meklembur­ gii... To może oznaczać koniec całego tego zła razem z moim ojcem... - Piotr przerwał na chwilę. Aleksy skulił się na zimnej posadzce i wył, nawet nie starając się powstrzymać. - Ojcze, błagam, ja nie m a m siły... - j ę c z a ł . Nieporuszony Piotr kontynuował.

- I jeszcze jeden... Zobaczmy, co tutaj napisałeś. Och, do sena­ tu Rosji! Posłuchaj uważnie: „Okrucieństwo i zaniedbania ze strony mego ojca zmusiły mnie do opuszczenia kraju. Dlaczego mój Ojciec nie kocha serdecznie mnie, tylko dzieci swojej drugiej żony, tego nie wiem. Piotr Piotrowicz jest słabym, chorowitym chłopcem, który w każdej chwili może umrzeć. A i sam car przy jego trybie życia w każ­ dym momencie może od nas odejść. Los wybrał mnie, bym władał Rosją, nie zapominajcie jeszcze o mnie. Będę dążył do tego, by ożywić dawne tradycje, a i W a m nie stanie się krzywda". - Piotr przerwał na chwilę. Głęboko zaczerpnął powietrza, zanim powoli i wyraźnie od­ czytał ostatnie zdania: - „Gdy będę carem, pozostawię Sankt Peters­ burg w niepamięci. Wrócę do Moskwy. Spalę flotę i rozwiążę armię. Każę wypędzić wszystkich obcych. Będę szanować Kościół i czcić na­ szego Boga...". Car przerwał czytanie. Teraz także Eufrozyna wtuliła głowę w ra­ miona. W gabinecie zapadła nieprzyjemna cisza. Napięcie między ca­ rem a jego synem zagłuszyło szum morza, głosy żołnierzy przed pa­ wilonem, śpiew ptaków na drzewach i tykanie zegarów. Byli tylko oni dwaj, zaciekli w bezsensownej walce, którą narzuciło im życie. Aleksy, który jak martwy leżał na podłodze, i Piotr, który się w niego wpatry­ wał. - Usiądź, Aleksy - usłyszałam spokojny głos Piotra. Carewicz posłuchał i poddał drżące członki swej woli. Piotr po­ wiedział ochrypłym głosem: - Jako władca Wszechrusi oskarżam cię o zdradę stanu wobec mojej osoby oraz państwa. Przyznajesz się? Wstrzymałam oddech. Aleksy powoli zwrócił głowę w stronę Eufrozyny. W jego oczach nie dostrzegałam ani nienawiści, ani gniewu. Widziałam w nich tylko ból i zagubienie. Łzy spływały jej po policzkach, lecz nie spuściła wzro­ ku. Aleksy znów popatrzył na ojca. Rysy spopielałej twarzy carewicza wykrzywiły się, rozdarte bólem i wstydem. - Przyznaję się, ojcze mój i carze - powiedział cicho. Tak cicho, że jego słowa niemal zaginęły pośród szmeru fal liżących kamyki na plaży przed pawilonem Mon Płaisir.

Owego popołudnia moja dusza została rozdarta. Jedna kobieta zosta­ ła posłusznie w Mon Plaisir przy tym nienawistnym spektaklu i jego uczestnikach. Na zawsze należała do Piotra. Kochała go długim, ra­ dosnym wspomnieniem. Oddychała tym samym powietrzem co on i dzieliła z nim łoże, gdy tego żądał. Promieniała w blasku j e g o światła tak, że nikt nie ważył się do niej podejść. Nikt nie słyszał więc pustego dźwięku, z którym biło serce w jej piersiach. Druga kobieta natomiast oderwała się od pozoru swego istnie­ nia i spokojnym krokiem wkroczyła do mego serca. Piotr nie mógł jej aresztować, gdyż ukryła się na chłodnym dnie mej duszy. Przez długi czas była tam niczym pozbawiona wioseł łódź, niesiona prądem mego życia. Aż do dnia, w którym spojrzenie innego człowieka przeniosło ją do ostatniego portu. Jeszcze dziś czuję na ustach smak słodkiej bryzy na brzegu przy M o n Plaisir. Gdy o tym myślę, słodycz zamienia się w sól i przypominam sobie szeptane przez niego słowa: kolor śniegu, smak łez, przestrzeń oceanu. Było bardzo wcześnie rano, gdy Borys Piotrowicz Szeremietiew po­ prosił o widzenie się ze mną. Był to pierwszy dzień sądu, który miał zdecydować o losie Aleksego. Potarłam oczy i usiadłam. Pokręciłam głową i poczułam, j a k dziecko w moim łonie oburzone broni się przed tak wczesną pobudką. - Kto to? - zapytałam zaskoczona Annę Kramer, która zameldo­ wała przybycie gościa. Anna odpowiedziała: - Książę Borys Piotrowicz Szeremietiew. Powiedziałam mu, że jest za wcześnie, żeby was widzieć. Nawet nie było tu jeszcze parikmacheral Roześmiałam się ochryple i sama odsunęłam jedną z zasłon łóżka. - Jeśli jest na tym świecie człowiek, który widział mnie w najbardziej kłopotliwym położeniu jako kobietę, to jest nim właśnie Szeremietiew. Może przychodzić w każdej chwili. A n n o ! Przekaż mu, że zaraz do nie­ go wyjdę! Przerzuciłam nogi przez skraj łoża i boso pobiegłam po ciepłym drewnie parkietu. Dotarłszy do okna, wyjrzałam na zewnątrz, na

przystań na rzece. Dostrzegłam pod murami Twierdzy Pietropawłow­ skiej kilka łodzi tańczących na zielonych falach przed Bramą Newską. Słońce lśniło j u ż na niebie. To będzie piękny czerwcowy dzień. W tym momencie ujrzałam, jak otwierają się żelazne kraty Bramy Newskiej. Przez bramę przeszedł cały orszak ludzi, którzy podzielili się na mniej­ sze grupki i wsiedli do łodzi. Zmarszczyłam czoło i zwróciłam się do Anny, która wciąż stała za mną w wyczekującej pozie. - Powiedz, czy Borys Piotrowicz nie powi­ nien j u ż zasiadać w trybunale? - zapytałam zdumiona. Anna w mil­ czeniu skinęła głową. Zastanowiłam się przez chwilę. - Daj mi mój peniuar. Nie ma czasu - poleciłam jej. Przeczesałam palcami włosy, żeby w miarę porządnie ułożyły mi się na ramionach. Borys Piotrowicz stał przy oknie mojej poczekalni. Był zwrócony do mnie plecami. Wyglądał na przygnębionego, bezradnie opuścił ra­ miona i głowę. Na dźwięk moich kroków odwrócił się i natychmiast przyklęknął. Zdawało mi się, że stęknął przy tym cicho z bólu. Szere­ mietiew cierpiał na artretyzm i puchlinę wodną. Wyciągnęłam dłoń, żeby ją pocałował, a jednocześnie pomogłam mu wstać. Jak wychu­ dzony i wycieńczony był ten mężczyzna, który przed laty jako zdo­ bywca Marienburga wrzucił mnie na swojego konia! Nie mogłam się powstrzymać i objęłam go na chwilę, żeby trzykrotnie pocałować go na znak pokoju. Zaczerwienił się, gdy wypuściłam go z objęć i ze spusz­ czonym wzrokiem poprawił sobie kaftan. - Caryco, dziękuję, że przyjmujecie mnie o tak wczesnej godzinie... Pomimo letniej pory roku w kominku palił się ogień, a Szeremie­ tiew trzymał się blisko źródła ciepła. Wiedziałam, że ciepło łagodzi jego dolegliwości. Usiadłam więc przy kominku i poklepałam dłonią stojący obok fotel. - Witajcie, mój kochany Borysie Piotrowiczu. Widuję was zbyt rzadko! Chodź, usiądź przy mnie przy kominku. To dziwne, ale ciągle marznę, nawet w czerwcu! Uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością. Przez chwilę żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Zabrałam głos pierwsza. - Obawiam się, że mój stary przyjaciel przychodzi do mnie tylko wtedy, gdy leży mu na sercu jakaś wielka, wielka prośba. W czym mogę ci pomóc? Czy twój

syn chce zostawić sobie brodę i zostać popem? A może twoja córka chce nosić spodnie? Czy też wpadł ci w oko jakiś majątek, który należy już do Mienszykowa? W takim przypadku niestety nie będę mogła ci pomóc. Celowo nadałam mojemu głosowi wesoły ton. Moja intuicja mnie nie zawiodła. Prośba Szeremietiewa była tak wielka i tak doniosła, że zanim w końcu przemówił, przez chwilę pokój wypełniało tylko tykanie zegara. Wiara i honor nie pozwalały księciu Szeremietiewowi sądzić ca­ rewicza. Wolał stracić majątek albo umrzeć razem z nim. Czekał, aż dotrze do mnie waga jego słów. - Caryco. Wiecie, że cale moje życie robiłem wszystko, naprawdę wszystko dla mego władcy. I dalej tak będzie, nawet jeśli pośle mnie na koniec świata. Aż do ostatniego tchu będę dla Piotra walczyć, jeździć, żeglować, uczyć się... - Roześmiał się krótko przy tym ostatnim słowie, a potem kontynuował już poważnym tonem: - I zabijać. - Wstrzymał oddech, a potem z lekkim jękiem uklęknął przede mną. - Lecz nie mogę patrzeć, jak ojciec skazuje swego syna. Gdyż wyrok, moja pani, jest dla mnie oczywisty. Tylko tobie mam odwagę to powiedzieć, bo poza tym miejscem mogliby mnie za to natychmiast obedrzeć z mojej starej skóry. Skinęłam głową i ujęłam jego drżącą dłoń. - Co mogę dla ciebie uczynić? - Poprosiłem j u ż o zwolnienie z trybunału. Piotr obił mojego po­ słańca dubiną i nie dał żadnej odpowiedzi. I dlatego przyszedłem do ciebie. Zastanawiałam się w milczeniu. Borys Piotrowicz ukrył twarz w moich dłoniach. - To wbrew wszelkim znanym prawom, boskim i ludzkim! Ojciec, który targa się na życie swojego syna. I który chce, żeby pomogły mu w tym Cerkiew i sąd! Nigdy nie umrę w spokoju, jeśli będę w tym uczestniczył! I na pewno nie dlatego, że cenię carewi­ cza. Wręcz przeciwnie, znam go przecież od małego. To nie jest dobry człowiek. Pośród wszystkich złych ludzi w Rosji on jest najbardziej ze­ psuty. M i m o to...

Wstałam i pomogłam mu podnieść się na obolałe nogi. - Każę moim tragarzom zanieść cię do twojego pałacu nad Mojką, ojcze. Zaj­ mę się tym, Borysie Piotrowiczu. Znajdę odpowiednie słowa, za pomo­ cą których będę się mogła za tobą wstawić. Przerwałam i zbliżyłam usta do jego starych, owłosionych uszu. Jego skóra pachniała starczym zgorzknieniem. - Borysie Piotrowiczu, czy jesteś pewien, że wyrok jest j u ż ustalony? - szepnęłam tuż przy jego małżowinie. W owych dniach wszystkie ściany miały uszy. Skinął głową i odpowiedział równie cicho. - Może nie przez Cer­ kiew i nie przez trybunał. Ale w sercu cara - tak. Gdy wyszedł, podeszłam znów do okna. W międzyczasie łodzie przy­ płynęły od strony twierdzy. Kołysały się na falach Newy pod budyn­ kiem Admiralicji. Woźnice opierali się o uliczne latarnie, żuli tabakę i oglądali się za dziewczętami. Dzieci zebrały się na nabrzeżu i wpa­ trywały w surowe twarze pachołków z twierdzy, którzy wciąż siedzieli w łodziach, grając w karty. Dopóki żyją ludzie tacy jak Borys Piotro­ wicz Szeremietiew, jest jeszcze nadzieja dla Rosji. W sercu cara - tak. Tak powiedział. „Lecz serce cara jest w rękach Boga, więc na swe pytanie może znaleźć jedynie słuszną odpowiedź..." - napisał sąd cerkiewny, do któ­ rego zwrócił się Piotr. Popi bali się wydać jednoznaczny wyrok w spra­ wie Aleksego. Podane przez nich przykłady ze Starego Testamentu, w których ojciec surowo karze zbłąkanego syna, stały w sprzeczności z cytatami z Nowego Testamentu. W nich ojciec okazywał łaskę i wy­ baczał. Piotr oczekiwał więc jasnej odpowiedzi od świeckiego trybunału złożonego z ponad stu państwowych dostojników. W dniach sądu wi­ działam cara tylko jeden jedyny raz. Przyszedł do pokoju zabaw nasze­ go syna i wydawał się zaskoczony, spotykając mnie tam o tak wczesnej porze. Na czworakach przesuwałam małą drewnianą łódkę po podło­ dze. Piotr Piotrowicz właśnie zatopił inną łódź i z d u m ą się do mnie przytulił. Wdychałam jego zapach. Pachniał czerwcowym słońcem i świeżymi jabłkami. Tak rzadko zdarzało się, bym miała go tylko dla

siebie. A na dodatek podróż po Europie ograbiła mnie z najważniej­ szych miesięcy jego rozwoju! Teraz jednak nagle oderwał się ode mnie i zawołał: - Tata! Batiuszkal W drzwiach stali Piotr i Aleksander Mienszykow. Dokąd wybierali się o tak wczesnej porze? Poczułam, że zaswędziała mnie skóra na ra­ mionach. Nie zdążyłam wstać, więc tylko skłoniłam głowę i powiedzia­ łam: - Dzień dobry, carze mój i małżonku. - Mienszykow zamarkowal ukłon. Piotr wziął małego carewicza na ramię. Jasnowłosy chłopczyk wyglądał tak drobniutko w rękach swego ojca. A co, przyszło mi nagle do głowy, jeśli Piotr pewnego dnia zwróci się przeciwko niemu tak, j a k teraz przeciwko Aleksemu? Odpowiedź, której sobie udzieliłam, wywołała we mnie taki lęk, że natychmiast wyrzuciłam ją z głowy. - Widzę, że wygrałeś bitwę morską, mój książę? - Piotr roześmiał się i z dumą przyjrzał Piotrowi Piotrowiczowi. Carewicz skinął gło­ wą z zarumienionymi policzkami i pełnym zaufania gestem przyłożył rączki do piersi ojca. - Jestem z ciebie bardzo dumny! Gdy skończą się wszystkie te przykre sprawy, zabiorę cię ze sobą do Kronsztadu. Będziesz mógł sobie tam wybrać łódź. Wstałam i podeszłam do nich. - Dokąd wybieracie się tak wczes­ nym rankiem? - zapytałam Piotra wprost. Zmarszczył czoło. - Do twierdzy. Sąd chce jeszcze więcej dowodów przekonujących o zdradzie Aleksego. - Jeszcze więcej dowodów? - zapytałam z wahaniem, przykłada­ jąc dłonie do brzucha. Miałam rodzić za kilka miesięcy. Piotr skinął głową z pochmurną miną. Mienszykow zwrócił się do nas ze śmiechem: - Trzydzieści batów każdemu rozwiąże język - powiedział i uszczypnął Piotra Piotrowicza w policzek. Poczułam mdłości i oparłam się o Pio­ tra. Ten podtrzymał mnie i pogładził po włosach. - Kobieta w twoim stanie w ogóle nie powinna się tym interesować - upomniał mnie. Ujęłam jego dłoń. Jego skóra była zimna. Stałam tuż przy nim i chciałam wykorzystać chwilę tak rzadkiej intymności. - Carze mój, błagam cię - szepnęłam. - Nie zabijaj go, Piotrze, proszę. Nie kalaj swej chwały krwią z twojej krwi. Nie męcz ciała z twego

ciała. Wygnaj go! Ześlij do jakiegoś tartaku albo zamknij w klasztorze. Lecz nie sprowadzaj na nas jego śmierci! - błagałam go. Piotr patrzył na mnie przez chwilę zdumiony. - Nie mam pojęcia, o czym i o kim ca­ ryca mówi - powiedział jakby od niechcenia. - Mienszykow, zawołaj jej damy. Caryca nie czuje się dobrze, potrzebuje odpoczynku - polecił. Wychodząc, widziałam, j a k Piotr ponownie przytula do siebie na­ szego syna i delikatnie go całuje. Nieokreślony lęk sprawił, że poczu­ łam skurcz serca. Po pierwszym przesłuchaniu przez cara, jak doniosła mi, zalewając się łzami, Anna Tołstoj, Aleksy musiał wypoczywać przez trzy dni. Dopie­ ro po trzech dniach odzyskał siły na tyle, żeby znów spotkać się z oj­ cem. Zły czar okrucieństwa zarzucił na Piotra swą czarną sieć. Odór potu, ognia i krwi z sal tortur otumanił jego umysł. Każde pozbawione sensu i wybełkotane przez dręczonego syna słowo wykorzystywał prze­ ciwko niemu. Miał zamiar przestać dopiero wtedy, gdy nie będzie już niczego, do czego mógłby się przyznać. Udało się to po kilku kolejnych dniach i długich godzinach tortur Aleksego. Car przekonał stu dwudziestu siedmiu ludzi o zdradzie sta­ nu przez carewicza. To nie on skazał go na śmierć, tylko ustanowiony przez niego trybunał. Ręce miał czyste. Książę koronny miał zostać stracony. Książę Aleksander Danilowicz Mienszykow był pierwszym, który podpisał wyrok krzyżykiem postawionym obok swego nazwiska. A może jednak można było się jeszcze czegoś dowiedzieć? Może Aleksy pomimo tortur nie powiedział jeszcze wszystkiego? Może w olbrzymim państwie Piotra tkwi jeszcze gdzieś grupka spiskowców, którzy czekają tylko na odpowiedni moment, żeby uwol­ nić następcę tronu? Wyrok zapadł w słoneczny czerwcowy poranek. Mewy krzyczały głośno pod oknami Bastionu Trubeckiego, by po chwili dać się po­ nieść przez powiew wiatru ku morzu. Po południu tego samego dnia zobaczyłam, że Piotr i jego ludzie wsiadają do lodzi na przystani przy Pałacu Letnim. Zmrużyłam oczy i zdołałam rozpoznać kilka znajo­ mych twarzy. Mój kum, Fiodor Matwiejewicz Apraksin, stal na dziobie

pierwszej łodzi. Minister Gołowkin pomagał właśnie dwóm książętom Dołgorukim dostać się na pokład, Piotr Szafirów siedział j u ż w łodzi, patrząc na wodę, a książę Trubecki coś do niego mówił. Piotr Andrie­ jewicz Tołstoj i Aleksander Mienszykow dzielili łódź z carem, który stał na szeroko rozstawionych nogach dla utrzymania równowagi. Patrzył ponad wodą w stronę twierdzy. Czy wybierali się znowu do Aleksego? Ku swemu zdumieniu uj­ rzałam, że łodzie odbijają od brzegu przy Pałacu Letnim i rzeczywiście płyną w kierunku twierdzy. Piotr i jego ludzie zlali się z ciemnością ułożonych w kształcie gwiazdy murów. Pomimo trudności z poruszaniem się natychmiast uklękłam przed niewielką ikoną Matki Bożej i pomodliłam się za duszę carewi­ cza Aleksego. A potem kazałam Annie Kramer przygotować dla mnie napar z dziurawca i laudanum, który zapewnił mi niespokojny sen. Śniłam o porodzie. Urodziłam carowi potworka, którego ten bez wa­ hania uznał za swoje dziecko. W środku tej samej nocy czyjeś pięści uderzyły w drzwi mojej sypialni. Przez chwilę zdawało mi się, że wciąż śnię. Lecz zaraz między zasłona­ mi łoża ukazała się zatroskana twarz Anny Kramer. Trzymała w dłoni lampkę, która rzucała na jej szczupłą twarz upiorne cienie. - Kto to może być, pani? - szepnęła z lękiem. Pięści znów załomotały w drzwi, a mój strach ustąpił miejsca potwornemu gniewowi. Czy przetrwałam tyle po to, żeby bać się stukania do drzwi? Choć­ by stał za nimi sam diabeł, to jeszcze zaproponuję mu kieliszek wódki, zanim mnie zabierze! - Zaraz się przekonamy! - wykrzyknęłam i otworzyłam drzwi. W poczekalni stał Aleksander Danilowicz Mienszykow. Za nim kuliła się drobna postać człowieka, który oświetlał mu drogę. Zauważyłam, że to kaleka, a zamiast ubrania ma na sobie przewiązane sznurkiem strzę­ py skóry. Jego twarzy nie widziałam, bo zasłaniał ją kaptur. Mienszy­ kow tak mocno chwycił mnie za nadgarstek, że aż cicho krzyknęłam. -

Katarzyno Aleksiejewna, musisz natychmiast ze mną pójść!

Liczy się każda minuta. On jest bliski obłędu! Szaleje coraz bardziej!

- wyjąkał. Uderzył mnie kwaśny odór potu i krwi. Mienszykow z wy­ czerpania miał głęboko zapadnięte oczy. Dostrzegłam na jego skórze kilka ciemnych plam. Wyrwałam rękę z jego uścisku i przesunęłam po nich palcem. Mienszykow nie oponował. Powąchałam palec. - To krew. Biłeś się? Czy coś się stało carowi? - zapytałam. Potrząsnął głową, a obszarpana i zgarbiona postać za nim uniosła światło wyżej. Stłumiłam krzyk. Całe odzienie Mienszykowa przesiąk­ nięte było krwią. - To krew carewicza. Chodź, błagam cię! - szepnął. - Chodź prędko. - Ale nie sama! - zdecydowałam w przypływie nieufności. - Anno, narzuć płaszcz - rozkazałam dworce, sama owijając się opończą z zie­ lonego aksamitu. Na stopy naciągnęłam buty. Anna nałożyła na koszu­ lę nocną lekką narzutkę i wyruszyłyśmy za Mienszykowem i kalekim wartownikiem z Twierdzy Pietropawłowskiej ciemnymi korytarzami Pałacu Letniego w kierunku rzeki. Nad jasnymi wodami Newy unosiły się pasma mgły, które zagęsz­ czały się po drugiej stronie rzeki. Gdy stałam w łodzi, opary kłębiły się wokół moich kostek. Chciwie wsiąkły w obrąbek koszuli nocnej, a ta przylgnęła zawilgocona do moich łydek. Dostrzegałam w nadbrzeż­ nych zaroślach pary kochanków, które wykorzystywały jasne noce do swoich celów. Tym razem widne nocne godziny straciły cały czar. Noc, podczas której nigdy nie jest ciemno, wydawała mi się parabolą panu­ jącego pośród nas szaleństwa. Ponury towarzysz Mienszykowa odepchnął naszą tratwę od brze­ gu długim kijem, a Anna Kramer przykucnęła na deskach. Choć przy­ garbiony, pchał naszą łódź w dół spokojnej rzeki silnymi i równomier­ nymi ruchami. Stałam blisko Mienszykowa. Spostrzegłam, że zaciska palce dłoni, żeby uspokoić ich drżenie. Przy Bramie Newskiej rozpoznałam kolejne osoby, które już na nas czekały. Apraksin podał mi ramię, żeby pomóc mi wysiąść z łodzi. Mienszykow osobiście przeniósł Annę Kramer na nabrzeże. W korytarzach Bastionu Trubeckiego woda spływała po grubo ciosanych ścianach, tworząc kałuże na nierównej kamiennej posadzce. Tam, gdzie nie docierał cuchnący, mdlący blask syczących pochodni,

dostrzegłam czmychające w cień szczury. Cuchnęło wilgocią, zepsutym jedzeniem i śmiercią. Po wszystkich kampaniach wojennych, które spędziłam u boku Piotra, ten jeden jedyny zapach na zawsze zachował się w mojej pamięci. W milczeniu szlam korytarzami za Mienszykow e m . Ujęłam dłoń Anny uspokajającym gestem. Jej palce zacisnęły się na moich ze zdumiewającą siłą. W końcu stanęliśmy przed drzwia­ mi z grubego dębowego drewna wzmocnionego żelaznymi sztabami. Malutkie okienko w drzwiach zaklejono smolą. Mimowolnie otuliłam się mocniej opończą. Mienszykow otworzył drzwi. Za nimi kryła się mała cela ze ścianami z zimnego, szarego kamienia. W ścianę wpusz­ czone było okno, lecz zostało zabite deskami. W kącie stała prycza, na której leżał ktoś przykryty po szyję. Cienie dwóch świec tańczyły po celi niczym duchy nieszczęśników, których pochłonęły te mury. Nie miałam czasu się dokładnie rozejrzeć, gdyż jakiś mężczyzna z impetem rzucił się przede mną na ziemię i tak mocno objął mnie za kolana, że mało się nie przewróciłam. Krzyknęłam i dopiero gdy z trudem odzyskałam równowagę, roz­ poznałam Piotra. Jego palce zacisnęły się na wilgotnym materiale mojej nocnej ko­ szuli. Uniósł głowę, a mnie przeraził wyraz jego twarzy. Widać było tylko białka oczu, na ustach miał sinawą pianę. - Katerinuszka! - jęk­ nął. - Bogu niech będą dzięki, że tu jesteś! Ja nic nie zrobiłem, nic, słyszysz? Zupełnie nie rozumiem, j a k to się stało... Katerinuszka, po­ móż mi! To nie jest moja wina! - krzyknął nagle, a jego krzyk odbił się echem od niskich ścian celi. - Pomóż mi, pomóż mi, pomóż mi! - powtarzał jak opętany. Wypowiadane przez niego słowa zaczęły się zlewać, a on wył j u ż jak zwierzę. Mienszykow pomógł mi podnieść Piotra na nogi. Razem posadzi­ liśmy go na jakimś stołku. Wciąż coś do siebie mamrotał. - No, j e ­ steś już, wszystko będzie dobrze. Ja nic nie zrobiłem. To nie była moja wina... Anna Kramer uklękła obok cara i wzięła jego ręce w swoje. Ja po­ deszłam do pryczy i leżącego na niej mężczyzny. Wydawało się, że śpi. Obok niego siedział ktoś inny, z głową ukrytą w ramionach. Gdy sta-

nęłam obok niego, rozpoznałam go. To był Piotr Andriejewicz Tołstoj. Pochyliłam się nad leżącym. Zorientowałam się już, że to martwe ciało. To był Aleksy, nawet jeśli z trudem potrafiłam rozpoznać jego udręczo­ ną twarz. Była poczerniała, a oczy wytrzeszczone. Usta miał szeroko otwarte, a opuchnięty język wystawał spomiędzy zębów. Przełknęłam ślinę, żeby zwalczyć narastające mdłości. Dotknęłam palcami jego po­ wiek, lecz nie dało się zamknąć mu oczu. Wpatrywały się z przeraźliwą skargą w pustkę. Chciałam odsunąć koc, którym przykryty był aż po podbródek. Piotr Andriejewicz Tołstoj chwycił mnie za rękę. - Na mi­ łość boską, nie rób tego, caryco - powiedział nalegającym tonem. - To nie jest widok dla niewiasty, a szczególnie w waszym stanie! - Strząsnęłam jego rękę i odsunęłam przetartą derkę. Widok, który mi się ukazał, sprawił, że pomimo ostrzeżenia aż za­ chwiałam się przerażona. Mienszykow podchwycił mnie i podtrzymał mi głowę, dopóki nie minęły mdłości. Odwróciłam się znów w stronę pryczy. Carewiczowi rozpalonymi obcęgami wyrwano kawałki ciała i połamano mu wszystkie kości. Ich końcówki sterczały z kolan, bioder i klatki piersiowej. Tam, gdzie na jego ciele pozostała jeszcze skóra, była czarna i pokrwawiona od uderzeń batów. - Wielki Boże, to care­ wicz! - wydyszałam. Na dźwięk mego głosu Piotr uniósł głowę i znów zaczął krzyczeć: - Ja nic nie zrobiłem, Katerinuszka, uwierz mi! - Anna Kramer objęła go, a on szlochał przy jej piersi niczym dziecko. Podeszłam znów do ciała Aleksego, z trudem powstrzymując mdłości. Gdy lekko dotknęłam jego ramienia, jego głowa odpadła od tułowia i potoczyła się na bok. Krzyknęłam z przerażenia. Aleksemu ścięto głowę! Mienszykow, który stał za mną, chwycił mnie za ramiona. - Car - szepnął stanowczo. - Car niezwykle się rozgniewał, gdy carewicz umarł mu dzisiaj podczas drugiej tortury. To, że tak długo przeżył, to i tak cud boski albo diabelski! Piotr tak się wściekł, że wziął moją szab­ lę i ściął głowę martwemu Aleksemu. A teraz jest bliski obłędu... Szczękałam zębami i czułam, że drętwieją mi czubki palców. Ściął głowę martwemu Aleksemu. - A najgorsze jest to - kontynuował Mienszykow nalegającym tonem - że ciało Aleksego musi zostać wy-

stawione na widok publiczny. Inaczej wszyscy od razu będą wiedzieć, że to car podniósł rękę na własnego syna. - Popatrzył na mnie błagal­ nym wzrokiem. Najwyraźniej sam nie potrafił udzielić odpowiedzi na swoją niemą prośbę. - Co chcesz podać jako przyczynę zgonu carewicza? - zapytałam go. Mienszykow wzruszył ramionami. - Apopleksja? Suchoty? Wszyst­ kim wiadomo, że był słabego zdrowia... - powiedział zrezygnowany. W jego głosie słychać było, że sam nie jest przekonany do tego pomy­ słu. Więc j a k zamierzali przekonać Rosję i całą Europę? Moje spojrzenie padło na Annę Kramer i wtedy powiedziałam zdecydowanym tonem: - Powiedz garnizonowemu medykowi, że go potrzebujemy. Niech przyjdzie i przyniesie swoje leki i narzędzia. Medyk zjawił się po kilku minutach. I jego wyciągnięto prosto z łóżka, gdyż spod płaszcza z grubego sukna wystawały nagie stopy odziane w buty z drewna i łyka. Skłonił się pobladły, rzucając niepew­ ne spojrzenia na leżące na pryczy zwłoki. - Zostaw nam wszystko, cze­ go możemy potrzebować do zszycia ran - poleciłam mu. - A poza tym potrzebujemy alkoholu do umycia ciała. Dał nam wszystko co niezbędne ze swojej sakwy, a potem stanął w celi z opuszczonymi rękami. - Możesz odejść - powiedział Mienszy­ kow. - Zapomnij o tym, co tu widziałeś, jeśli życie ci miłe - upomniał go jeszcze, a potem zaryglował za medykiem drzwi. Wzięłam butelkę z alkoholem, a także wielką igłę i nici. Gdy uklę­ kłam obok Anny Kramer, dworka uniosła głowę. Złapałam ją za ręce i popatrzyłam jej w oczy. - A n n o , chcę cię o coś poprosić. To olbrzymia prośba. Lecz my oboje, i car, i ja, nigdy nie zapomnimy, jeśli ją dla nas spełnisz. Z wahaniem skinęła głową. - O co chodzi, pani? - zapytała ci­ chym głosem. Głęboko zaczerpnęłam powietrza i zaczęłam mówić dalej: - Chcia­ łabym, żebyś umyła carewicza i naprostowała mu kości. Chciałabym, żebyś sprawiła, żeby znowu wyglądał jak człowiek. Skinęła głową. Ja jednak chwyciłam ją za nadgarstki i zmusiłam, żeby spojrzała mi w oczy. - A n n o , trzeba jeszcze przyszyć mu z po-

wrotem głowę. - Ostatnie zdanie wypowiedziałam bardzo cicho. Jak­ bym miała nadzieję sama go nie usłyszeć. Anna nic nie odpowiedziała. W ciemnościach nie potrafiłam odczytać wyrazu jej oczu. Podałam jej więc tylko w milczeniu potrzebne rzeczy. Zawahała się na chwilę, lecz potem wzięła ode mnie butelkę oraz narzędzia i wstała. Jej koszula nocna zaszeleściła, gdy podchodziła do pryczy Aleksego. Tołstoj wstał w milczeniu ze stołka, zwalniając dla niej miejsce. Razem z Mienszykowem odwrócili ciało tak, by ramiona carewicza spoczywały na ko­ lanach Anny. Głowę położyli jej na łonie. Aleksy wpatrywał się swymi martwymi oczami prosto w twarz biednej dziewczyny. Patrzyłam, jak Anna drżącymi palcami nawleka na igłę nić. W milczeniu przebiła po­ czerniałą skórę szyi i tułowia. Czubkami palców zrobiła węzełek i od­ cięła nić małym, ostrym nożykiem. Z każdym kolejnym ściegiem jej palce stawały się coraz spokojniejsze, choć wielkie, ciche łzy spływały jej po policzkach. Blask świec nadał jej twarzy miękki, dobrotliwy wy­ raz, który sprawił, że stojący wokół mężczyźni pospuszczali wzrok. Świt barwił już białe po nocy niebo, gdy wraz z Piotrem wsiadaliśmy na łódź, by popłynąć z powrotem do Pałacu Letniego. Podczas przepra­ wy nie powiedział ani słowa, tylko tak mocno ściskał moje dłonie, aż straciłam czucie w zbielałych palcach. Czułam tępą łapczywość, z któ­ rą woda połykała uderzenia wioseł. Dopiero gdy weszliśmy na mostek przed pałacem, uniósł głowę, a poranne słońce padło na jego zaczer­ wienione i zmęczone oczy. - Powiedz mi, Katerinuszko, że jestem człowiekiem. Powiedz mi to - szepnął. - Powiedz mi, że ze mną zostaniesz. Jego słowa pochłonęło chlupotanie fal o dziób łodzi, a ja patrzy­ łam, jak Newa unosi je ze sobą, aż giną w Zatoce Fińskiej. Blade światło poranka powoli nasiąkało siłą dnia. W milczeniu objęłam Piotra. Przy mostku czekało już na nas dwóch kamerdynerów. Kazałam im zaprowa­ dzić cara do łóżka i własnoręcznie przygotowałam mu nasenny napar. W wieczór tego samego dnia Piotr świętował dziewiątą rocznicę zwycię­ stwa pod Połtawą. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby tyle się śmiał,

żeby tyle pil i żeby zmuszał tylu ludzi, by swoją obecnością uwalniali go od snu i sennych koszmarów. Było mi duszno pod ciężką biżuterią i grubym pudrem, który nałożyłam na jego polecenie. Piotr pił jak koń u wodopoju. Ja wylewałam co drugi kielich tokaju na ziemię tak, żeby nie widział. Po rocznicowych obchodach były imieniny Piotra, a ja przez kolejne dni znosiłam długie nabożeństwa, kolacje, pokazy ogni sztucznych, parady i pijaństwo. Posłom ze wszystkich krajów Europy zakazano noszenia żałoby. Aleksy zmarł jako zdrajca stanu. Widzia­ łam, że Campredon pilnie notuje w swoim małym notatniku. Umyte i ubrane ciało Aleksego wystawiono w cerkwi św. Trójcy. W o ­ kół szyi zawiązano mu wspaniałą perską chustę, aby nikt nie mógł do­ strzec precyzyjnych ściegów Anny Kramer. Zdumiony, milczący tłum przesuwał się przed swoim martwym carewiczem. Jego ciało leżało na piedestale pod baldachimem z białego brokatu w otoczeniu gwardii honorowej. Jestem jednak pewna, że jej głównym zadaniem było nie­ dopuszczenie nikogo w pobliże zwłok. Członkowie dworu byli jeszcze pijani po uroczystościach ostatnich dni. Mienszykow pochylił się ku mnie pomiędzy dwoma pieśniami cerkiewnymi i szepnął: - Pijackie piosenki mieszają mi się w głowie z hymnami, więc lepiej będę siedzieć cicho. Pod koniec nabożeństwa Piotr podszedł do ciała swojego syna i pochylił się nad nim. Miał niepewny krok i chwycił się katafalku, by utrzymać równowagę. Campredon, francuski poseł, wykrzywił kąciki ust. Wargi Piotra musnęły usta martwego carewicza. Gdy car się wy­ prostował, mial zaróżowione policzki, a jego spojrzenie wydało mi się czyste i rześkie. Patrzył wysoko ponad tłumem. Patrzył w przyszłość. Piotr Andriejewicz Tołstoj w podziękowaniu za polowanie na Alekse­ go został hrabią. W ten sposób usunął resztki wątpliwości co do swej lojalności, które przetrwały od czasu buntu strzelców pod przewodni­ ctwem carówny Zofii przed wielu laty. Aleksander Iwanowicz Rumian­ cew natomiast został oficerem gwardii i otrzymał dwa tysiące dusz. Na dodatek ożenił się z córką malarza Andrzeja Matwiejewa. Była w ciąży

z Piotrem, a jej dziadek wychowywał matkę Piotra, Natalię Naryszkinę. Byl to więc dla niego doskonały ożenek. Jedyna osoba, której ży­ czyłabym chłosty i tortur, wyszła z tego cało. Eufrozyną wyszła za ofi­ cera z pułku preobrażeńskiego i prowadziła spokojne i dostatnie życie. Miałam nadzieję, że w piekle otrzyma karę za swoją zdradę. Dwa miesiące po śmierci Aleksego powiłam córkę. Piotr radował się, nie okazując rozczarowania, że nie urodziłam mu syna. - Następnym razem, Katerinuszko! Następnym razem! - powiedział lekkim tonem i roześmiał się oczarowany, gdy carówna Natalia Piotrowna mocno zacisnęła rączkę na jego palcu. - Jest silna jak niedźwiedzica! Ma to po tobie! - stwierdził car. Wyznaczyłam Annę Kramer na jej pierwszą damę dworu. Gdy pierwszy raz wzięła na ręce Natalię Piotrowna, do­ strzegłam siwe pasma w popielatych włosach Anny. Noc, gdy umarł Aleksy, zabrała jej młodość. W owym roku pierwszy śnieg spadł późno. Patrzyłam, j a k mięk­ kie płatki tańczą na tle nocnego nieba, gdy świętowaliśmy w pałacu Mienszykowa Dzień Świętego Andrzeja. Car obchodził to święto wraz z odznaczonymi najwyższym orderem rosyjskiego imperium. Nasze powozy przejechały mostem, który rozciągał się od Admiralicji do Wy­ spy Wasilewskiej. Zbudowano go, przybijając ciężkie deski do mocno zakotwiczonych łodzi, których kadłuby tworzyły filary mostu. Zdumia­ ło mnie, j a k szybko rozwijała się wyspa, którą Piotr podarował Aloszy Mienszykowowi przy zakładaniu miasta. Pałac Mienszykowa wciąż był tam najwspanialszym budynkiem. Blask jego złotej fasady widać było już z brzegu pod budynkiem Admiralicji. Na wyspie budować się mogli tylko bogaci. Im więcej dusz posiadał dany szlachcic, tym większy pa­ łac wolno mu było zbudować na Wyspie Wasilewskiej i nad Strelką. Wnoszono właśnie pierwsze dania, gdy otwarły się podwójne drzwi do pozłacanej sali i posłaniec kazał zameldować się dowódcy straży. Aleksander Mienszykow dostrzegł go w tym samym momencie co ja, gdyż wstał, by przyjąć go jako gospodarz domu. Piotr podziwiał akurat kolorowe gadające ptaki, które chciał mu podarować Murzyn

Abraham Piotrowicz Hannibal. Piotr przejął patronat nad czarnym chłopcem, którego Tołstoj przywiózł kiedyś z Konstantynopola. Abra­ ham Piotrowicz stał obok niego i kazał ptakom powtarzać swoje słowa: - Dajcie mi chlać! Dajcie mi chlać! - zaskrzeczała jedna z papug. Dru­ ga odpowiedziała: - Zapłacisz mi za to głową, ty huncwocie! Piotr mało nie pękł ze śmiechu, a potem nalał ptakom odrobinę wódki do miseczki. - To im rozwiąże języki! - powiedział, a stojący obok niego Abraham roześmiał się, pokazując swoje wielkie białe zęby. Odkąd Murzyn ukończył opłaconą przez Piotra edukację w Paryżu, stał się jeszcze bardziej ujmujący. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to prawda, że dzieli łoże z księżną Musin-Puszkin. Mienszykow podszedł do posła. Mężczyzna skłonił się. Pomimo słabego światła świec dostrzegłam znużenie na jego twarzy. Aleksander Danilowicz chwycił go za ramię i pochylił głowę w stronę ust posłańca, żeby lepiej słyszeć jego słowa. Widziałam, j a k zdumiony powoli przykłada dłoń do ust. Odwrócił się do cara, który przed chwilą posadził sobie ptaka na ramieniu i teraz skubał palcami czerwone i błękitne pióra jego ogona. Abraham pociąg­ nął za złoty kolczyk, sięgający mu niemal do ramienia, a ptak łapczy­ wie kłapnął dziobem w jego stronę. - Huncwot! Huncwot! - skrzeczał przy tym, a Piotr śmiał się, obejmując Murzyna. Pocałował jego pełne usta i zawołał: - Co za piękny prezent! Będę trzymać je w Mon Plaisir! - Abraham odwzajemnił pocałunek swego pana. Objął go swymi aksa­ mitnymi ramionami, a wyrzeźbione mięśnie zagrały pod jego ciemną skórą. Usłyszałam, jak niektóre damy cicho wzdychają i z trudem stłu­ miłam uśmiech. Mienszykow powoli torował sobie drogę przez tłum w kierunku Piotra. Zebrałam spódnicę i podeszłam do cara. Piotr oderwał wzrok od ptaków. - Co robisz taką zrzędliwą minę, Alosza? - zapytał na widok Mienszykowa, uśmiechając się. - Jesteś zazdrosny o moje ptaszki? Aleksander Danilowicz ukłonił się i obwieścił dobitnym głosem: - Mój carze. Król Szwecji, Karol Dwunasty, nie żyje. Dłoń Piotra wciąż gładziła ptasie pióra. Ptak skubał jego nara­ miennik. Car zamrugał zaskoczony. - Nie żyje? - powtórzył, jakby

nie pojmując usłyszanych słów. Mienszykow skinął głową. - Zabłąka­ na kula, tak przynajmniej mówią. Król oblegał twierdzę Frederiksten w Danii. Został postrzelony w stopę. Żołnierze nieśli go przez wiele dni. Lecz rana ropiała. Zabiła go jego własna, trująca krew. Widziałam, że wyczerpany posłaniec usiadł na krześle obok drzwi. Łapczywie wypił kufel piwa i wbił zęby w świński udziec. Biedak mu­ siał przez prawie cały tydzień nie zsiadać z konia, żeby przybyć tu tak prędko. Piotr zdjął ptaka ze swojego ramienia i podał go z powrotem Abrahamowi. Klasnął w dłonie. Muzyka umilkła i wokół nas zapadła cisza. - Właśnie dowiedziałem się, że brat mój, król szwedzki, zmarł od podstępnej rany - oznajmił powolnym głosem. - Karol Dwunasty nie żyje! - wykrzyknął zaraz potem. - Nie ma j u ż wroga Rosji! - Jego sło­ wa wpadały w tłum gości Mienszykowa niczym kamienie w głęboką wodę, wzbudzając nie fale, lecz kręgi pełnego zdumienia milczenia. Karol od tak dawna był częścią naszego życia, że nie wyobrażaliśmy sobie, że może go zabraknąć. Piotr jednak sięgnął już po swą czarę, która stała obok klatek z kolorowymi ptakami. - Ciemne chmury na niebie rozstąpiły się! Niech żyje światłość! - zawołał i uniósł swój puchar do ust. Zanim jednak goście zdążyli wznieść toast, usłyszeliśmy czyjś płacz. Piotr odwrócił głowę w stronę dobiegającego nas szlochu. Gdy powiodłam wzrokiem za jego spojrze­ niem, zaparło mi dech w piersiach. Przy stole obok ptaków siedziała najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałam. Wstrząsał nią niepohamowany płacz, lecz łzy wcale nie szkodziły blaskowi jej oczu. Otarła sobie jedwabną chustką różowe policzki i spróbowała schować za uszy pasemka gęstych złotych włosów. Tylko jej pełne piersi unosiły się jeszcze i opadały w tłumionym wzburzeniu. - Dziewczyno, dlaczego płaczesz, gdy umiera największy wróg twojej ojczyzny? - zdumiał się Piotr. Nie miałam pojęcia, czy zwró­ cił uwagę na jej wyjątkową urodę. Gdy był rozgniewany, zamykał się przed całym światem. Dziewczyna odpowiedziała mu zdumiewająco spokojnym i głębokim głosem: - Nie opłakuję śmierci naszego wroga. Wręcz przeciwnie.

- Co więc cię trapi? - zagrzmiał Piotr, podchodząc bliżej do jej stołu. Zaskoczyła mnie, wstając i kładąc białe dłonie płasko na stole. - Płaczę, Wasza Wysokość, dlatego, że pokój jest tak daleki, jak jeszcze nigdy dotąd. Skutkiem śmierci Karola będą zamęt i zwłoka. Piotr patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. Miał już spokoj­ ny wyraz twarzy. Jednak ku memu zdumieniu jego oczy napełniły się łzami. - Jak się nazywasz? - zapytał młodą kobietę, która spokojnie przyglądała się, jak ogarnia go smutek. - Jestem Maria Kantemir, księżniczka Mołdawii - odpowiedziała dźwięcznym głosem. Piotr ujął jej delikatną dłoń i pocałował ją. - Księżniczko, jesteś kobietą wyjątkowego rodzaju, gdyż nie wiem, czy twoja uroda prze­ wyższa twą mądrość, czy odwrotnie. Spuściła wzrok, a jej długie czarne rzęsy rzuciły cień na policzki. Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Piotr wciąż trzymał jej rękę, gdy powiedział: - Wypijmy za mądrość mołdawskiej księżniczki. I płaczmy nad utraconym pokojem! - rozkazał. Wszyscy unieśli puchary i posłusznie zaczęli pociągać nosami. Znad brzegu kielicha obserwowałam księżniczkę Marię Kantemir. Pierwszy raz spotkałam ją, gdy przed wielu laty gromadziliśmy w o j ­ sko nad Prutem. Już wówczas była zdumiewająco pięknym dzieckiem. Lecz tego rodzaju obietnice często niszczy choroba lub przedwczesna śmierć. Dziś wieczór patrzyłam jednak na młodą kobietę, która była tak piękna, że przy niej bladły pióra kolorowych papug. Spokojną ręką uniosła kielich do ust. Czy w kącikach jej ust czaił się uśmiech, czy też migoczące światło świec splatało mi figla? Kolorowe papugi zaskrzeczały, a ich głupie trajkotanie zabrzmiało w mych uszach jak burza. Jej grzmot pochłonął wesołą muzykę oraz toczące się wokół rozmowy i porwał ze sobą moje myśli. Widziałam, jak czerwone wino spływa do gardła Marii Kantemir. W ciepłym świet­ le jej skóra lśniła niczym miód dzikich pszczół. Gdy Piotr z uśmiechem po raz kolejny uniósł puchar w jej stronę, odbijający się w pokrytych lustrami ścianach blask świec sprawił, że wyglądała niczym posąg z czystego złota. - Boże, chroń nas i daj nam pokój! - powiedziała cicho.

Czy ja naprawdę kiedyś wierzyłam, że taka dziecina j a k Katarzy­ na Iwanowna może zagrozić mojej pozycji? Roześmiałabym się chyba, gdybym nie czuła się tak podle. Wiedziałam, że ta kobieta sprawi mi ból.

ROZDZIAŁ 8.

B

óg dal nam pokój, choć dopiero po zamęcie i zwłoce, które za­

powiedziała Maria Kantemir. Ulryka Eleonora, która wstąpi­

ła na szwedzki tron, zwróciła się najpierw o pomoc do Anglii

i Wiednia. Angielski admirał Norris posłusznie zaatakował rosyjskie

umocnienia na brzegach Skanii. Mienszykow, śmiejąc się do łez, opo­ wiadał o śmiertelnym postrzale błąkającego się psa i spaleniu jednej bani. A potem, na wiosnę po śmierci Aleksego, rozpoczął się drugi kongres pokojowy na Wyspach Alandzkich. W kwietniu, podczas odwilży, która topi także lód w naszych ser­ cach i napełnia nasze dusze ochotą na życie, mój mały synek dostał gorączki. Pewnego dnia po tym, jak na jego skórze za uszami i na ra­ mionach pojawiły się ciemnoczerwone plamy, stracił świadomość. Zrozpaczona zaproponowałam Bogu po cichu wymianę. Gotowa by­ łam oddać mu wszystko, dosłownie wszystko, co posiadałam i czego mógłby zażądać, byle tylko zostawił mi syna. Słyszałam swój własny szept: - Boże mój, odbierz mi Annę. Odbierz mi Elżbietę. Zabierz je obie, tylko zostaw mojego syna... Moje uszy nie spłonęły wstydem, słysząc te słowa. Zgorzkniała składałam tę propozycję zupełnie poważnie. Widok rozgorączkowane­ go ciała synka sprawiał, że traciłam zmysły z rozpaczy, choć z prze­ rażenia nie potrafiłam już płakać. Wiedziałam, że Piotr jest w drodze powrotnej z Kronsztadu do Sankt Petersburga. Oby przybył j a k naj­ szybciej! Oby był j u ż przy mnie! Minęła jednak jeszcze jedna długa noc, którą spędziłam, czuwa­ jąc przy łóżku syna, z dłońmi zaciśniętymi w modlitwie. Następnego

ranka carewicz już mnie nie słyszał. Patrzył na mnie tylko zamglonym wzrokiem i ani moje słowa, ani pieszczoty do niego nie docierały. Blu­ mentrost chciał upuścić mu krwi. Apraksin i Mienszykow musieli po­ wstrzymywać mnie ze wszystkich sil, żebym nie zbiła go na kwaśne jabłko. Wieczorem tego samego dnia mój mały synek wydał z siebie swe ostatnie, udręczone tchnienie. Gdy spostrzegłam, że jego delikatna pierś nie unosi się j u ż i nie opa­ da, usłyszałam czyjś krzyk. Brzmiał jak wycie zwierzęcia prowadzone­ go na rzeź. Dopiero później uświadomiłam sobie, że to byłam ja. Nic już nie czułam. Ani własnych paznokci, którymi rozdrapywałam sobie twarz. Ani szaleńczej siły, z którą wyrywałam sobie kępki włosów. Ani krwi, która ciekła mi po rękach, gdy uderzałam pięściami o ściany. Do opamiętania się przywiodła mnie dopiero zgryzota Piotra. Z płaczem rzuciłam się na ciało mojego synka, gdy gwałtownie otworzył drzwi do jego sypialni. Buty mial pokryte biotem i końskim łajnem, a twarz brudną po długiej jeździe w deszczu. - Pietuszka! - zawołał i rzucił się na nas oboje. Jego ramiona zacisnęły się na nas w przeszywającym go bólu tak mocno, że nie mogłam oddychać pośród własnych łez i spa­ zmów. Odsunęłam się na bok i zobaczyłam, jak Piotr podnosi drobne ciałko mojego martwego syna z łóżka i potrząsa nim, aż stukają jego ząbki. - Powiedz mi, że żyjesz, mój aniołku! Nie zostawiaj swojego tat­ ki tutaj samego! Pietuszka, carewiczu, powiedz coś! - Piotr popatrzył w zdumieniu na bladą twarz księcia, który nie mógł go j u ż posłuchać, a potem przycisnął go mocno do siebie. Krzyk, który wyrwał się z jego piersi, sprawił, że popi, którzy skupili się w kącie niczym czarne wrony na polu, przeżegnali się. Kołysał swego martwego syna, a jego potęż­ nymi ramionami pod grubą opończą wstrząsał szloch. - Wracaj, Pie­ tuszka, wracaj - płakał. Otarłam sobie krew i łzy z twarzy i podeszłam do niego. Jego płacz przycichł, gdy znalazłam się tuż obok. Objęłam go i na­ szego syna i tak trwaliśmy przez dłuższy czas. Nie miałam odwagi, by się poruszyć i chciwie chłonęłam zapach, który wciąż unosił się z wło-

sów małego Piotra. Jego delikatna skóra była jeszcze ciepła, a ja w roz­ paczy ściskałam jego dłoń. Może jednak odpowie na uścisk. To Mienszykow oderwał nasze ramiona od martwego syna. Fukałam na niego niczym dzika kotka i biłam rękami. Moje pa­ znokcie wbijały się w jego ciało i gryzłam go, gdzie tylko się dało. Krwa­ wił, lecz nie bronił się. To Piotr zmusił mnie w końcu, żebym wstała i kazał odprowadzić do pokoi. Aleksander Daniłowicz Mienszykow i Fiodor Matwiejew Apraksin mu­ sieli sami zatroszczyć się o pochówek carewicza. Do mego otępiałego z rozpaczy umysłu ledwo docierało, że Piotr na całe dnie zamyka się w swoim pokoju i odmawia przyjmowania posiłków. Korzystał jedy­ nie z butelek winiaku i wódki, które na jego rozkaz Paweł Jagużyński stawiał mu pod drzwiami. Ja spędziłam kolejne dni i tygodnie w za­ ciemnionej sypialni. Ptaki troski zagnieździły się swymi ostrymi szpo­ nami w każdym zakamarku mej duszy. Ich młode wykluwały się z gni­ jących skorup jaj, a ich skrzydła zamiast piór porastały zimne kolce. Wielokrotnie zastanawiałam się, j a k mam dalej żyć. Bóg zabrał mi j u ż tyle dzieci, dlaczego nie mógł mi zostawić tylko tego jednego? Tylko mego syna, od którego przeżycia zależało tak wiele dla tak wielu ludzi. Wraz z nim umarło także moje bezpieczeństwo. Wszystko było tak j a k wcześniej, tylko o wiele gorzej. Byłam stara. Kilka tygodni później usłyszałam w południe jakiś dźwięk dobiegający z mojego gabinetu. Wstałam i na bosaka w nocnej koszuli przeszłam do sąsiadującego pomieszczenia. Od tygodni nie otwierano w nim okien, więc powietrze w środku było tak gorące i duszne, że aż trudno było od­ dychać. Zaskoczona ujrzałam stojącego przy oknie Piotra. Powiedzia­ łam cicho: - Mój carze? - On odwrócił się, a mnie przeraził jego wygląd. Miał opuchniętą twarz i nabiegłe krwią oczy. Jego źrenice były malutkie niczym główki szpilek. Musiał sporo wypić. Roześmiał się gorzko. - Nie bój się, Katerinuszka. Wcale nie wyglądasz lepiej. Oboje je­ steśmy brzydcy jak noc. Chodź tutaj. - Z powrotem odwrócił głowę do okna.

Wiedziałam, że ma rację. Ptaki troski dały się przepędzić tyl­ ko wódką. Musiałam wypić dużo, bardzo dużo, żeby głośno kracząc, wycofały się do swoich gniazd. Piotr znów z pozornie obojętną miną wyglądał przez okno. Stanęłam obok niego. A tam, pośród różanych krzewów, bawił się Piotr Aleksiejewicz ze swoją starszą siostrą, Nata­ lią Aleksiejewna. Sprytnie przywiązał linę do dwóch posągów i teraz przeskakiwali przez nią niczym kucyki. Nie mogłam nie zauważyć, jak zdrowo oboje wyglądają. Śmiali się, a ich policzki zaczerwieniły się od świeżego powietrza. A naszego syna zżerały teraz czerwy. - Dlaczego on jest taki silny, syn mojego syna? - usłyszałam słowa cara. Przeraziłam się, słysząc, że wspomina Aleksego. Od jego śmierci ani razu nie wypowiedział jego imienia. - A jego siostra, popatrz na nią! Jest piękna jak na córkę tej niemieckiej tyczki. Jej włosy lśnią i jest całkiem zgrabna - powiedział gorzkim tonem. Podeszłam bliżej i objęłam go ramieniem. Zesztywniał, a ja poczu­ łam gorzkawy zapach jego potu. Od wielu dni nie był w łaźni. - Nie nienawidź ich tylko dlatego, że są jego dziećmi - powie­ działam cicho, przykładając głowę do jego ramienia. - Powinieneś zro­ bić wszystko, by wychować je na dobrych potomków twego rodu. Nie mogą przecież odpowiadać za swego ojca. W ciszy, w której słychać było tylko bicie naszych serc, rozległy się pokrzykiwania obojga dzieci. Piotr powoli potrząsnął głową. - On nie dostanie tytułu carewicza. A jeśli chodzi o jego wykształcenie, wystar­ czy, że nauczy się pisać i czytać. Więcej nie potrzeba. Nigdy nie będzie panować - postanowił. Jego głos zaszeleścił niczym popiół. Już miał wyjść, lecz zatrzymał się w drzwiach. - Bóg zbyt mocno mnie pokarał, bym pragnął pójść z nim na kolejny układ - powiedział, jakby chciał się wytłumaczyć. Odsunął potargane włosy z twarzy. - Jadę do Peterhofu. Znajdziesz mnie tam, jeśli będziesz mnie potrzebować. Smutek, który brzmiał w jego głosie, jeszcze długo po jego odej­ ściu tkwił w moim sercu. Zasłoniłam okno, żeby do pokoju nie wpadało jasne wiosenne światło. Jednak zasłony nie mogły zdusić śmiechu obojga dzieci ba­ wiących się w ogrodzie. Rozpuściłam kilka łyżek laudanum w winie

i położyłam się z powrotem do łóżka. W każdym z mych przytłacza­ jących snów rozbrzmiewał przypominający dziecięcy śmiech skrzek ptaków troski. Piotr przemilczał śmierć naszego syna w cotygodniowych listach wy­ syłanych do Europy. Wiadomość rozniosła się mimo to z prędkoś­ cią wiatru. Oczywiście i on, i ja, i wszyscy inni wiedzieliśmy, co tam mówią. Oko za oko, ząb za ząb, syn za syna. W Rosji też po kryjomu uważano, że śmierć małego Piotra to kara za śmierć Aleksego. Nikt nie ważył się powiedzieć tego głośno. Słowa te wypowiedział jednak ponoć jakiś mnich. Jego klasztor był własnością Aleksandra Daniłowicza Mienszykowa. Mienszykow kazał wsadzić Bożego sługę do kotła na dziedzińcu monastyru i ugotować. Okrutna kara wcale nie zaszko­ dziła gorzkiej prawdzie. Po tylu latach car Wszechrusi wciąż nie miał dziedzica. W okresie po śmierci carewicza Piotr rzucił się w wir gorączkowej dzia­ łalności, która sprawiała, iż jeszcze dotkliwiej odczuwałam tępą pust­ kę wokół mnie i we mnie. Zakładał nowe szkoły, osobiście sprawdzał jakość druku w wojskowych pismach, otwierał nowe stocznie, rekru­ tował tysiące kadetów, układał kolejne ustawy o sprzedaży dusz, zde­ cydował o podziale Rosji na pięćdziesiąt nowych prowincji i powołał nowy trybunał, który miał tworzyć ustawodawstwo dla budowanego imperium. Oprócz tego podzielił swój lud na dwadzieścia dwa nowe stany. Uciekał ze swojego miasta, Sankt Petersburga, i jeździł samot­ nie po całym kraju. Wiedziałam, że tych wszystkich nocy nie spędzał sam. Kto ogrzewał więc jego ciało, jeśli nie serce? Czyje ciało przyjmo­ wało jego nasienie? Bałam się. Jesienią po raz drugi niepowodzeniem zakończył się kongres poko­ j o w y na Wyspach Alandzkich. Według Pawła Jagużyńskiego, Jakuba Bruce'a i Ostermanna powodem był trudny charakter szwedzkiej kró­ lowej Ulryki Eleonory. - Ona nie chce pokoju! Ta wiedźma jest jeszcze gorsza niż jej brat! Jest uparta j a k prosta chłopka! - narzekał Jagu-

żyński po powrocie podczas kolacji w niewielkim gronie. - Kobieta na tronie, co to za pomysł! Powinna kazać koronować swojego męża... Stuknęłam go wachlarzem w ramię i powiedziałam żartobliwie: - Nie widzę powodu, dla którego kobieta miałaby rządzić gorzej niż mężczyzna. Jagużyński roześmiał się i potrząsnął głową. - Niewiasty, za w a ­ szym pozwoleniem, caryco, nie potrafią skupić swych umysłów. Ich myśli są wszędzie jednocześnie. Tysiące spraw trzeba załatwić rów­ nocześnie. Niczym kury, które nie wiedzą, które ziarno dziobnąć naj­ pierw i kręcą się wszędzie dokoła. Piotr popatrzył na mnie ironicznie znad łyżki gulaszu z jagnięciny i wsunął ją do ust. Mlasnął kilkakrotnie z zadowolenia, po czym kazał napełnić sobie kufel piwem. A potem powiedział: - A co ty o tym my­ ślisz, Ostermann? Ten natychmiast odrzekł: - To samo. Z całym szacunkiem, moja pani. Kobiety nie potrafią odróżnić tego, co ważne od tego, co nieważ­ ne. Mężczyzna potrafi skoncentrować się na jednej rzeczy. I dlatego carem jest car. Nie miałam ochoty na kłótnię, lecz wiedziałam, że w tym m o m e n ­ cie wszyscy myślą o tym samym. To prawda, że carem jest car. Lecz ma trzy zdrowe córki i ani jednego syna. Z Meklemburgii docierały do nas błagalne listy od księżnej Katarzy­ ny Iwanowny. Rosyjskie oddziały wycofały się z małego księstwa, a na ich miejsce wkroczyły wojska brytyjskie. Kilka miesięcy później młoda księżna zmuszona była uciec do nas ze swoją córeczką, Anną Leopoldowną. Katarzyna ulokowała się w domu swojej matki, cary­ cy Praskowii, i była całkiem zadowolona. - Karol Leopold ma takie lepkie dłonie, obrzydliwość! - usłyszałam, jak mówi do swojej siostry Anny, owdowiałej księżnej Kurlandii. Jej córka Anna Leopoldowną była okrąglutka i zdrowa, a ja kazałam wychowywać ją razem z moją córką Natalią Piotrowną. W maju następnego roku mąż Ulryki Eleonory został koronowany na króla Szwecji. Anglia wycofała się z Bałtyku. Kilka szwedzkich miast

spłonęło jeszcze, zanim w Nystad w Finlandii rozpoczęto na nowo ne­ gocjacje w sprawie od dawna upragnionego pokoju. Nie było wątpliwości. Już trzeci miesiąc nie miałam krwawienia. Czyżby pośpieszne uściski, na które Piotr ledwo znajdował czas, sprawiły, że znów byłam w stanie błogosławionym? Leżałam w łóżku i przeciągałam się z rozkoszą. Miałam wrażenie, że czasami wystarczy, by Piotr na mnie popatrzył, a zaraz nosiłam pod sercem kolejne dziecko. Z ciekawości wyliczyłam, że powinno przyjść na świat jesienią. Musiałam natych­ miast powiadomić o tym Piotra! Sięgnęłam po dzwoneczek, który stał obok łóżka i głośno zadzwoniłam. Drzwi otwarły się i do środka weszła Ulryka Villebois z zaczerwienionymi policzkami i błyszczącymi oczami. Przerzuciłam nogi przez brzeg łóżka i powiedziałam: - Ulryko, ro­ bisz się leniwa. Gdyby widziała to twoja świętej pamięci matka, kaza­ łaby ci powymiatać piece! - Ulryka roześmiała się i dygnęła, próbując jednocześnie ukryć coś w fałdach sukni. - Co tam masz? - zapytałam z ciekawością. Jeszcze bardziej się zaczerwieniła. - Och, nic, caryco. Tylko taką małą książeczkę. Roześmiałam się i wyciągnęłam dłoń. - Sądząc po tym, jaka jesteś czerwona, to nie może być takie niewinne. Daj mi ją! - Ulryka też się roześmiała i podała mi oprawioną w ciemny j e d w a b książeczkę. - Nie trzeba umieć czytać. Jest tam mnóstwo kolorowych obrazków - po­ wiedziała. Gdy wzięłam ją do ręki, poczułam delikatną woń kwiatów jaśminu. Oprawę najwyraźniej nasączono ich zapachem. Otworzy­ łam na przypadkowej stronie i wydałam z siebie zdumione gruchnię­ cie. Była to chińska książeczka z bardzo jednoznacznymi obrazkami. - Och! Ta pozycja wygląda na trudną. Przy takich wygibasach można sobie coś złamać. Skąd ją masz? - Pochodzi z Chin - zaśmiała się Ulryka, podchodząc bliżej. - W Gościnnym Dworze jest na wagę złota. Popatrz tutaj, caryco! Otworzyła książeczkę na stronie, na której jakiś mężczyzna zabawiał się z dwojgiem dziewcząt. Obracałyśmy książeczkę na wszystkie stro­ ny, żeby przyjrzeć się temu obrazkowi.

-

Robisz to ze swoim admirałem, Ulryczko? - zażartowałam

z niej. Ulryka spuściła tylko wzrok. - Muszę pokazać to carowi! Będzie zachwycony. Zaraz ci ją oddam! - postanowiłam, żeby wybawić ją z za­ kłopotania. Dygnęła i powiedziała: - Czy m a m kazać was ubrać? Pokręciłam głową. - Daj mi tylko narzutkę. I tak mam mu coś do powiedzenia. - Zauważyłam, że najpierw na jej twarzy pojawił się pytający wyraz, a potem promienne zrozumienie. Dygnęła jeszcze raz z radości, a ja w milczeniu i z uśmiechem skinęłam głową. Wąski korytarz, który prowadził do pokojów Piotra, pokonałam z szybkością błyskawicy. Ulryka kazała zapalić w nim kinkiety, więc po drodze obejrzałam jeszcze kiika obrazków w grzesznej książeczce. Niewiarygodne! Muszę to z nim wypróbować! Popchnęłam niewielkie drzwi prowadzące do jego przedpokoju. Był wczesny ranek. Kamer­ dyner, który spał skulony pod drzwiami sypialni cara, przeraził się na mój widok. - Caryca! Tak wcześnie! Nie sądzę, żeby car był już ubra­ ny... - zaczął się jąkać, szukając odpowiednich słów. Roześmiałam się i klepnęłam go w ramię. - Chłopcze, widywałam już cara nieubranego, więc zbieraj się i poproś w kuchni o czaj i kaszę. Będziesz miał zajęcie. Ja m a m coś do omówienia z carem. Ku m e m u zdumieniu nie ruszył się z miejsca. - Caryco, błagam was, przyjdźcie za godzinę! - poprosił, a jego twarz spłonęła rumień­ cem wstydu. W chwili pełnego zdumienia milczenia, która nastąpiła, usłyszałam jakiś dźwięk dobiegający z sypialni Piotra. Brzmiał j a k śmiech. Car się śmiał. A może był tam ktoś jeszcze? Teraz byłam już całkowicie zdecydowana, żeby wejść do jego sypialni. Wzruszyłam ra­ mionami. - Odsuń się. Przecież słyszę, że nie śpi - rozkazałam krótko. Młody człowiek zwiesił ramiona i zrobił to, co mu kazano. Otworzyłam drzwi do sypialni cara. Pokój wciąż wypełniał pół­ mrok sennego poranka. Haftowane złotem ciemnozielone zasłony przepuszczały niewiele światła. Chwilę trwało, zanim mój wzrok przy­ zwyczaił się do ciemności. I wtedy usłyszałam cichy głos cara. Czyżby

pisał list, mówiąc sam do siebie, j a k to było w jego zwyczaju? Pode­ szłam bliżej łoża. Pierwszym, co ujrzałam, była para ud, które owinęły się wokół pleców cara i para rąk, które obejmowały jego kark. Widziałam, jak całe jego ciało pożądliwie unosi się i opada. Usłyszałam jego jęki i cichy śmiech kobiety, w którą wchodził. - Batiuszka! - zawołałam zdumiona. Przecież wczorajszego wie­ czora był w moim łożu! Jego roztargnienie przypisałam nadmiarowi pracy i ogólnemu zatroskaniu. A tak naprawdę oszczędzał siły dla ko­ goś innego! Poczułam gniew. - Piotrze! - krzyknęłam głośno. Prze­ straszył się i zerwał gwałtownie. Spostrzegłam, że na mój widok jego męskość natychmiast oklapła. I dobrze tak j e m u i tej jego dziwce. - Katerinuszka! Kto cię tu wpuścił? - zapytał bezradnym tonem. Dopiero teraz popatrzyłam na towarzyszącą mu młodą kobietę. Już dawno przyzwyczaiłam się do zdrad Piotra z setkami bezimiennych kobiet: pokojówek, dam dworu, hrabin i księżnych. Spał z nimi tak, jak jadł poranną kaszę albo obsikiwał drzewo, nie poświęcając uwagi ich uczuciom i nie zapamiętując ich twarzy. Nigdy nawet nie pomyślałam, żeby robić mu z tego powodu wyrzuty. Tak po prostu było i nie mogło być inaczej. Ta tutaj to było coś innego. Od razu to wiedziałam. Gdy zmieszany Piotr siadał, ta dziewczyna wciąż wyzywająco trzymała swe jędrne uda na jego plecach. Jej szczupłe palce bawiły się jego siwiejącymi, kręco­ nymi włosami na piersiach. Uśmiechnęła się do mnie swoimi pełnymi ustami, a jej osobliwe, rozświetlone drobinkami złota błękitne oczy zwęziły się jak u kotki. Włosy barwy miodu ułożyły się na poduszkach niczym wieniec ze słonecznych promieni. Nawet nie próbowała się przykryć. Była to Maria Kantemir. - Katerinuszka, co ty tak wcześnie tutaj robisz... - powtórzył sła­ bym głosem Piotr. Maria natomiast uśmiechnęła się do mnie, wyciąg­ nęła swe szczupłe ramiona i podparła na łokciach. Wdzięcznie skłoniła głowę i powiedziała z bezczelną czołobitnością: - Caryco, służę nie­ ustannie wiernością i oddaniem! - Miała pełne, krągłe piersi, które ani trochę nie zwisały. Poczułam ukłucie zazdrości. Jakże była pięk-

na! Moje własne ciało po jedenastu porodach i nadmiernych ilościach śmietany, blińczyków i wódki przypominało mokry wór pełen ciężkich kamieni. - Batiuszka, olbrzymie, ale ty jesteś ciężki! Nie mogę się pod tobą ruszyć! - zagruchała. Piotr zaczerwienił się. - Oczywiście, moja księż­ niczko... - wyjąkał. Nie wierzyłam własnym uszom! Przeciągnęła się i założyła jed­ ną długą nogę na drugą. Piotr zszedł z łoża i narzucił na siebie starą zieloną bonżurkę. - Mateczko, dlaczego wchodzisz sobie tutaj tak po prostu... - powtórzył bezradnie, dostrzegając zbierające się w mych oczach łzy. - Chciałam ci coś powiedzieć, mój carze - zdołałam tylko cicho odpowiedzieć. Położył rękę na moich ramionach i podprowadził mnie do okna. - Coś mi powiedzieć? A co takiego? - zapytał, rzucając niespo­ kojne spojrzenie na swoje łoże. Maria Kantemir obróciła się na brzuch i oparła głowę na dłoniach. Obserwowała nas z uniesionymi brwiami. Zmusiłam się do uśmiechu i pochyliłam ku Piotrowi. Cicho, tuż przy jego uchu powiedziałam: - Znów jestem przy nadziei, mój carze. Ca­ rewicz dla imperium! Na to on roześmiał się i powiedział: - To wspaniale, Katerinuszko! Uczcimy to dziś wieczorem! - Patrzył na mnie wyczekująco. - Czy jest jeszcze coś, co chciałaś mi powiedzieć? Zdumiona potrząsnęłam głową. Piotr popatrzył na Marię Kante­ mir, która rozchyliła uda i kołysała swoimi złotymi łydkami. - W takim razie... - powiedział, wzruszając ramionami. Nie zrozu­ miałam od razu. - Do zobaczenia wieczorem na kolacji - stwierdził zde­ cydowanym tonem, prowadząc mnie do drzwi. Zostałam wyproszona. Jeszcze w drzwiach sypialni cara widziałam, jak Piotr podchodzi do łoża i szybkim ruchem podciąga do góry biodra Marii Kantemir. - Powinienem kazać cię wychłostać za to, jaka jesteś bezczelna! Gdyby to nie zaszkodziło twojej delikatnej skórze... - zamruczał. Roześmiała się perliście i przekręciła na plecy. Jej szczupłe ramio­ na wyciągnęły się do cara. A za mną zamknęły się drzwi.

Młody kamerdyner patrzył na mnie z zakłopotanym wyrazem twarzy. Pośpieszył, by otworzyć mi ukryte w boazerii drzwi. Zanim odeszłam, zapytałam go jeszcze: - Kto wydał ci rozkaz, żeby mnie nie wpuszczać? Car czy księżniczka Kantemir? Wahał się z odpowiedzią, lecz potem wymamrotał: - Księżniczka Kantemir. -1 ty jej posłuchałeś? - zapytałam zdumiona. Spuścił tylko głowę, nie mając odwagi na mnie spojrzeć. Dopiero gdy stanęłam sama w wąskim korytarzu, poczułam ból palców, które cały czas trzymałam kurczowo zaciśnięte na chińskiej książecz­ ce. Nie mogłam już podziwiać sprośnych obrazków, bo oczy zaszły mi łzami. Kolana ugięły się pode mną i opadłam na podłogę. Otarłam łzy z policzków. W takim stanie nie mogłam pokazać się Ulryce. Owszem, miałam na sobie koszulę z jedwabiu, a nie surowej wełny, a moje sto­ py opierały się o podłogę ze szlachetnego drewna, a nie ubitą ziemię. Mimo to czułam się tak, jakby przez ostatnie dwadzieścia lat niewiele się zmieniło. Byłam bezradna w obliczu własnego losu. Mój syn nie żył, a w łożu mego męża leżała inna, młoda kobieta. Cienie ożywiły kolorowe obrazki w moich dłoniach. Kobieta, która sprawiała na nim rozkosz jakiemuś mężczyźnie, wyglądała w blasku świec jak wykuta w zlocie. Zaczęłam powoli rwać na strzępki stronę po stronie z chińskiej książeczki. Bardzo zimna wiosna przeszła w lato pełne gradu, lodu i niszczyciel­ skich burz. Ze wschodu, od Samarkandy, nadciągnęła na kraj plaga szarańczy. Bestie zżerały zebrane kłosy i stojące jeszcze w polu zboża, gdzie tylko mogły. Pożary lasów pojawiały się ni stąd, ni zowąd, wże­ rały się w głąb kraju, pozostawiając głębokie szramy w rosyjskiej zie­ mi. Nawet zwierzęta nie miały się j a k wyżywić. Do wiosek podchodzi­ ły wilki i niedźwiedzie. Piotr kazał się zebrać wojewodom. Wioskowi starostowie mieli przygotować się na jesień i zimę wypełnione ścisłym planowaniem i dokładnym rozdzielaniem.

Z różnych części kraju docierały na dwór wieści, że widziano tam carewicza Aleksego. Tam, gdzie przechodził, rozkwitały kolorowe kwiaty i wyrastało nowe zboże. Piotr kazał karać chłostą tych, którzy rozpowiadali takie brednie. Szalał z wściekłości, gdy przechwycił list posła z Hanoweru. „Car działa sam i jest sam. Owszem, stworzył w Ro­ sji rzeczy niesamowite, lecz wszystko, co wydobył z tej ziemi swoimi pełnymi chwały rządami, utrzymywane jest przy życiu tylko poprzez okrutny przymus i ponure posłuszeństwo. Lud troszczy się tylko o jed­ no. Jak przetrwać kolejny dzień. Lud ma tylko jedną nadzieję. Że dni cara są policzone, a państwo z powrotem zacznie funkcjonować po sta­ remu. Nowe obyczaje, zwyczaje, tak, nawet szkoły i dobrobyt osiąga­ ny dzięki nowemu handlowi, to dla większości Rosjan senny koszmar, z którego mają nadzieję j u ż wkrótce się obudzić...". Dziecko rozwijające się pod moim sercem mogło być dzieckiem poko­ ju w Nystad. Pomiędzy końcem sierpnia a połową września roku 1721 posłom pod przewodnictwem barona Ostermanna udało się wynego­ cjować pokój na ziemi i morzu pomiędzy Rosją i Szwecją. Szwecja re­ zygnowała przy tym z wszelkich roszczeń wobec Inflant, Estonii, Ingrii i okolic Wyborga. Gdy po zakończeniu negocjacji Piotr wczesnym rankiem dotarł do Sankt Petersburga, przybiegł prosto do mojej sypialni. Obudził mnie, rzucając się na mnie pełen radości. - Katerinuszka, obudź się! Obudź się! Wiesz, co się stało? - wykrzyknął, podskakując na łóżku. Usiad­ łam, przecierając zaspane oczy. Noce były już znowu ciemne i raczej słyszałam Piotra niż go widziałam. Czułam unoszący się spomiędzy jego włosów zapach podniecenia, morza i wiatru, a także słodką woń potu ciała po długiej, pełnej smagnięć batem jeździe. - Co się stało, mój ukochany? - zapytałam czule. Byłam tak szczęśliwa, że znów na­ tychmiast chce się podzielić ze mną jakąś wiadomością. Chwycił mnie za ramiona i podciągnął na kolana, żebym usiadła obok niego w po­ miętej pościeli. - Posłuchaj tylko... - powiedział.

Wsłuchałam się w nocną ciszę. A potem nagle rozbrzmiały pierw­ sze dzwony miasta. Ich dudnienie rozdarło ciemne niebo nad Sankt Petersburgiem i rozbrzmiało echem w mym sercu. Piotr uścisnął mnie tak mocno, że omal nie krzyknęłam. - To dzwony pokoju, staruszko! Tak brzmi pokój z Nystad! Rozpłakałam się mimo woli, gdyż ta wiadomość wydawała mi się niewiarygodna po tylu latach wojny, która towarzyszyła mi przez całe życie. - Pokój! - zawołał Piotr, wyskakując raptownie z łóżka. Podbiegł do drzwi i otworzył je na oścież. Młody żołnierz, który trzymał przed nimi wartę, popatrzył na niego nieprzytomnym wzrokiem. Gdy rozpo­ znał Piotra, zaskoczony chciał rzucić się na podłogę w ukłonie. - Ty! Daj mi swoją broń, a potem możesz sobie klękać! I tak nie będziesz jej j u ż potrzebować, bo mamy pokój! - zawołał Piotr, wyry­ wając żołnierzowi broń z dłoni. Zostawił drzwi otwarte i podbiegł do okna. Przez chwilę wydawało się, że nie przebrnie przez ciężkie zasło­ ny. Roześmiałam się, widząc, jak jego wielkie ciało bezradnie miota się między fałdami materiału, i podeszłam, żeby mu pomóc. Razem otworzyliśmy ołowiany zamek i wypchnęliśmy okno. Piotr sprawdził broń, odciągnął kurek i wystrzelił w aksamitny błękit nieba nad swoim miastem. Wystrzał zagłuszył brzmienie dzwonów, a na nabrzeżu przed Pałacem Zimowym natychmiast zaczęli gromadzić się ludzie. Prze­ rażeni patrzyli do góry. Piotr krzyknął przez ramię, że potrzebuje kul i prochu. Załadował broń ponownie i drugi raz wystrzelił w powietrze. Objęłam go w pasie i mocno się przytuliłam, żeby złagodzić odrzut bro­ ni przy wystrzale. - Nie bójcie się, osły! - krzyknął na dół. - Pokój! Mir\ M a m y pokój! Mir, mir\ Wielka wojna północna skończona! A ta kraina na zawsze należy j u ż do nas! - wiwatował. Jego słowa mieszały się z sal­ wami, którymi odpowiadano na j e g o strzały. Dzwony roznosiły wieść po mieście, a ludzie wybiegali w koszulach nocnych na ulice. Uderzali we wszystko, co tylko znaleźli i co nadawało się do robienia hałasu! Bębny dudniły głucho pośród grzechotania garnków, patelni i brzęku mieczy, sierpów i kos. Już po kilku chwilach fajerwerki nad pałacem

Mienszykowa rozjaśniły niebo. Piotr patrzył na nie z wilgotnymi ocza­ mi i szepnął: - Mój Alosza. Biegnijmy tam! Teraz, od razu! Na dole na nabrzeżu ludzie obejmowali się i całowali. Grać zaczęli pierwsi muzykanci, a ci, którzy rozpoznawali Piotra, rzucali się przed nim na kolana. I tak pośród hałasów i krzyków, wrzawy i szumu prze­ płynęliśmy tratwą na Wyspę Wasilewską. W o d y Newy wyglądały ni­ czym jeden potężny płomień, gdy na jej brzegach rozpalono ognie. Bez zdziwienia skojarzyłam, że Rosjanie j e d n y m słowem nazywają świat i pokój: mir. Radość z pokoju z Nystad huczała tej nocy głośniej niż jakiekolwiek bitewne wycie, lecz w naszych uszach brzmiała niczym najsłodsza pieśń. Trzeba było ponad trzech dni, żeby Piotr wytrzeźwiał na tyle, by pomy­ śleć o prawdziwym uczczeniu pokoju z Nystad w Sankt Petersburgu i w Moskwie. Gdy w końcu spotkaliśmy się, żeby omówić uroczystości, wyraźnie widziałam, że ostatnie dni go wykończyły. Palce miał poczer­ niałe od prochu, z którego robił fajerwerki, a ramiona z pewnością bo­ lały go od bębnów, w które osobiście bił z wielkim zapałem. Lecz nawet jeśli w głowie wciąż kręciło mu się od wódki, a podbiegnięte krwią oczy paliły ze zmęczenia, to i tak sam sięgnął po pióro i inkaust, żeby zapla­ nować właściwe uroczystości. - No, dalej! Tylko chcę słyszeć same wspaniałe i wyjątkowe po­ mysły! To przecież koniec wielkiej wojny północnej! - zaordynował. Uroczystości związane z pokojem w Nystad musiały przebić wszystko. W tym momencie do pokoju weszła Maria Kantemir i dosiadła się do nas jakby nigdy nic. Ubrana była zgodnie z obyczajem swojego kraju. Musiałam przyznać, że wąskie haftowane tuniki na obcisłych spodniach i ciężka srebrna biżuteria doskonale jej pasowały. Poczułam jej oszała­ miająco mocne perfumy. Pachniały piżmem i paczulą. Moje damy plot­ kowały, że dodaje do nich także kilka kropel swojej własnej wilgoci. Piotr położył dłoń na jej kolanie i ze śmiechem odczytał jej listę obejmującą kilka propozycji. Gdy skończył, zadarła wysoko głowę. - To wszystko są dobre pomysły. Tyle że władca taki j a k ty musi ta­ kie święto odpowiednio rozpocząć. Potrzebujesz silnej, niemal boskiej

nuty... - przerwała, a spojrzenie jej usianych drobinami złota oczu za­ topiło się w dali. Piotr słuchał jej uważnie i kiwał głową przy każdym słowie, jakby z jej ust spływały perły mądrości. Westchnęłam, udając, że się nudzę i przy okazji niepostrzeżenie przyjrzałam się ludziom, którzy siedzieli wokół nas w milczeniu. Alo­ sza Mienszykow. Mój kum Fiodor Apraksin, Wasyl Dołgoruki i książę Trubecki, którego imię na zawsze wiązać się będzie z okrutnym ba­ stionem Twierdzy Pietropawłowskiej. Siwy hrabia Piotr Andriejewicz Tołstoj, z którym przed wielu laty przebrana za mężczyznę wyruszyłam naprzeciw swojemu losowi. Jak zachowają się oni wobec Marii Kantemir? Wszyscy przez wiele lat wspólnie świętowaliśmy, ale też wspól­ nie cierpieliśmy. Wiele razy ratowałam ich głowy przed niepropor­ cjonalnymi karami, które Piotr z taką łatwością wymierzał w gniewie. Uchronili więc swe majątki przed konfiskatą, zdrowie przed zesłaniem na Syberię, a życie przed marszem na szafot. Okazywali mi za to swą wdzięczność i wierność. Lecz nie mogłam opierać swej obrony na ich wdzięczności i wier­ ności. Byli niczym wał z piasku, który zmiecie pierwsza fala niełaski. Jak więc jest? Czy przeszli do obozu kobiety, która najwyraźniej trzyma umysł cara między swoimi udami? Wzrok trzymali spuszczony. Przy­ takiwali jednak słowom Kantemir. Robili to ze strachu, z grzeczności czy też ze względów dyplomatycznych? - Co m a m więc zrobić, Mario? - zapytał ją właśnie zaciekawiony Piotr. Ponownie uniósł jej dłoń do ust i pocałował jej palce. Milcza­ ła przez chwilę, wydymając usta. - Przybądź niczym bóg morza, na statkach, które zbudowałeś, po wodach, które j u ż na zawsze należą do ciebie, do miasta, które założyłeś. O Moskwie pomyślimy później - stwierdziła od niechcenia. Oczy Piotra rozbłysły. Głośno powiedział: - Moja Maria! Taka mądra! - Złapał ją za głowę i pocałował w usta. Zauważyłam, że dla zabawy ugryzła go w wargę. Jego dłoń przesunęła się po jej piersiach, lecz ona odsunęła go z delikatnym uśmiechem. - Później, mój carze! - szepnęła, spuszczając powieki o ciemnych rzęsach.

Wbiłam paznokcie we wnętrze dłoni, lecz udało mi się uśmiech­ nąć przytakująco. Ta kobieta była bardziej niebezpieczna niż jakikolwiek grad, pożar czy plaga. Próbowałam zapanować nad swym niepokojem, kładąc dło­ nie na zaokrąglonym brzuchu. Dziecko odpowiedziało mi dodającym otuchy uderzeniem piąstki. Cokolwiek planowała Maria Kantemir, to ja nosiłam pod sercem carewicza. Newa, którą płynęliśmy, wyglądała niczym obraz ze snu. Jesienne niebo było tak błękitne i szerokie, j a k zwykle tylko w trakcie odwilży. Zielono-szare fale pieniły się przy dziobie łodzi. Zupełnie jakby chciały przyłączyć się do naszego świętowania. W o d y Newy ginęły niemal pod lśniącą bielą żagli setek statków, fregat i lodzi. Bryza powiewała kolorowymi chorągiewkami i banderami, zwisającymi z masztów i burt. Trąbki grały, a ich dźwięk odbijał się z powrotem ku nam od fasad d o m ó w i mieszał z dudnieniem bęb­ nów. Rozbrzmiewała jedna salwa armatnia za drugą, a gorzki zapach prochu wypełniał powietrze, utrudniając nam chwilami oddychanie i przesłaniając widok. Piotr stał na dziobie statku. Nabrzeże jego miasta aż poczerniało od tłumów, a on jakby miał dosyć statecznego świętowania. Wyciągnął brudną chusteczkę z kurtki i zaczął dziko nią wymachiwać. - Mir! Mir! - krzyczał na całe gardło. Ja również sięgnęłam po koronkową chustkę i wraz z nim głośno obwieszczałam światu pokój, aż zabolało mnie gar­ dło i paliło w płucach. Bezlitosne słońce wbijało mi się pod skórę i kości czaszki, lecz nie odstępowałam boku mego męża ani na placu Świętej Trójcy, ani w cerkwi, w której na cale gardło odśpiewaliśmy Te deum. Moi krawcy pracowali całe noce i wiedziałam, że w sukni z lśniącego, niebiesko-zielonego jedwabiu i z błyszczącymi, ozdobionymi biżuterią włosami wyglądam jak prawdziwa caryca. Pod piersiami mistrz kra­ wiecki przyszył pas ze szmaragdów i szafirów, który odwracał uwagę od mojego sporego już brzucha. - Tak lśnisz, Katerinuszko, że nic dziwnego, że nawet sroki na dachu cieszą się razem z nami! - stwierdził Piotr po nabożeństwie

i na chwilę wziął mnie za rękę. Potem wszedł na scenę przed świąty­ nią Janusa, którą wzniesiono na placu pomiędzy flagami i kolorowymi budami kramarzy, i zawołał w stronę tłumu: - Dzieci moje! Wasz ba­ tiuszka car dziękuje Bogu Wszechmogącemu, który obdarował nas ła­ skawie wiecznym pokojem! Pije za zdrowie was wszystkich i za chwałę i dobrobyt Rosji! - Pośród ryku tłumu wypił j e d n y m haustem kufel winiaku, po czym otarł sobie usta z piany rękawem haftowanej złoty­ mi galonami kurtki. Krople potu na jego czole zalśniły niczym barwne perły, gdy wystrzelił w powietrze. Ubrani na biało posłańcy ze świeży­ mi gałązkami we włosach pobiegli ulicami, na których ludzie upijali się darmowym piwem i wódką, aż zapominali, co właściwie świętują. Cały wieczór szaleliśmy na ulicach, zanim wróciliśmy do pałacu na bal ko­ stiumowy. Przebrałam się za holenderską chłopkę. Miałam kwiaty we włosach i suknię w biało-niebieski wzór, a Piotr wyglądał jak fryzyjski żeglarz. Wtopiliśmy się w tłum błaznów, wróżek, pasterzy i perskich książąt, którzy razem z nami tańczyli i bawili się aż do świtu. Nad ra­ nem ujrzałam, jak Piotr kładzie Marię Kantemir na sofie obok moje­ go krzesła. Zręcznie przesunął jej pogniecioną szatę powyżej nagich bioder i rozsunął uda. Malutkie dzwoneczki i łańcuszki, które zdobiły jej kostki i nadgarstki, cicho zabrzęczały. Objęła dłońmi jego głowę. Jej długie palce wiły się w jego gęstych, przetykanych pasmami siwi­ zny włosach niczym jadowite węże pośród wysokiej trawy. Ku m e m u zdumieniu Piotr nie położył się na niej, tylko pokornie pochylił głowę i zaczął ją lizać. Delikatne włosy między jej udami wyglądały niczym puch świeżo wyklutych piskląt. Odrzuciła głowę do tyłu i z zamknięty­ mi oczami oddała się odczuwaniu rozkoszy. A potem wygięła się i za­ drżała. Piotr rozpiął sobie spodnie i chciał w nią wejść. Ona jednak ro­ ześmiała się i zacisnęła uda. Popatrzył na nią zdumiony, lecz ona tylko objęła go za głowę i pocałowała. Roześmiał się i wziął do ręki butelkę wódki. Drugą ręką podniósł ją i zarzucił sobie na ramię. Zwisała z nie­ go niczym wiotkie, młode kocię. Patrzyłam, j a k znikają w korytarzach pałacu. Kazałam napełnić sobie czarę do pełna winiakiem, którego roz­ grzewająca cierpkość przyniosła mi zapomnienie.

-

Masz

katar,

Katerinuszko?

Masz

takie

zaczerwienione

oczy!

- stwierdził następnego ranka zdumiony Piotr, gdy zajmowaliśmy nasze miejsca pod baldachimem rozstawionym z okazji błazeńskiego ślubu Patriarchy Bachusa Piotra Iwanowicza Buturlina i wdowy po księciu Nikicie Zotowie. Zaślubiny te Maria Kantemir i Piotr zapla­ nowali jako punkt kulminacyjny obchodów oraz symbol rozpoczęcia błazeńskiego synodu. Zarówno Buturlin, jak i księżna Zotowa dopie­ ro przed kilkoma dniami dowiedzieli się, że z okazji uzyskania pokoju w Nystad mają zawrzeć związek małżeński. Oboje zwrócili się do mnie 0 pomoc, lecz ja wiedziałam, że nic nie mogę dla nich zrobić. Jednak gdy ujrzałam stojących obok siebie państwa młodych, nie potrafiłam powstrzymać śmiechu. Księżna Zotowa miała j u ż prawie sześćdziesiąt lat, była starą kobietą. Świeże kwiaty w jej siwych włosach i jaskrawo pomalowana pomarszczona twarz wyglądały komicznie. Roześmiałam się więc, a Piotr uszczypnął mnie w ramię. - Lubię, kiedy się śmiejesz, Katerinuszko! Za dużo ostatnio płakałaś, a to źle wpływa na carewicza. - Pogładził mnie po brzuchu, a potem pomógł Piotrowi Buturlinowi usiąść na tronie obok siebie. Klepnął go w ramię. - No i jak, panie młody, denerwujesz się? Buturlin posłał mu wymuszony uśmiech. W d o w a po księciu Zo­ towie usiadła obok mnie. Piotr klasnął, zagrała muzyka i otworzyły się drzwi do sali balowej. Do środka wbiegli służący z dzieżami z wódką 1 winiakiem. Były tak ciężkie, że dźwigać je musiało po czterech ludzi. Za nimi szli służący ze srebrnymi wiaderkami na wino na ramionach. Naczynia były tak duże, że Anna i Elżbieta mogłyby się w nich wy­ godnie wykąpać. Służba zaczęła napełniać czary gości wielkimi cho­ chlami. Do jedzenia nie było prawie nic, a żołnierze pilnowali, żeby każdy szybko opróżnił swoją czarę. Spostrzegłam, że Francuz Cam­ predon przeżegnał się z pobladłą twarzą. Dopiero co doszedł do siebie po chrzcie fregaty „Friedmacher" z osiemdziesięcioma sześcioma ar­ matami. Owego dnia musiał wypić tyle samo kielichów wina. Tamte obchody były tak szalone, że Apraksin, Jakub Bruce i nawet admirał Cruys woleli zapłacić pięćdziesiąt rubli kary za swoją nieobecność, niż wziąć w nich udział. I tak mieli szczęście. Przypomniałam sobie, że

stary książę Prozorowski zosta! ukarany dziesięcioma batami za nie­ obecność w stoczni. Muzyka grała, a pijany Piotr Iwanowicz Buturlin zaczął w jej takt nieporadnie obracać świeżo poślubioną żonę. Goście dołączyli do nich, lecz ponieważ wszyscy byli pijani, tylko wpadaliśmy na siebie. Im bar­ dziej się popychaliśmy i ślizgaliśmy, tym więcej było śmiechu. W koń­ cu Piotr chwycił bęben jednego z wartowników i zaczął w niego walić. - Noc poślubna! Już pora na noc poślubną! Do łóżka! Do łóżka, pań­ stwo młodzi! - wołał niczym herold na placu targowym. Mienszykow, Apraksin i Paweł Jagużyński chwycili księcia Buturlina za ręce i stopy, zarzucili go sobie na ramiona i potykając się, ruszyli pałacowymi scho­ dami w dół na zewnątrz. Świeże jesienne powietrze otrzeźwiło nas na tyle, że znaleźliśmy drogę do sypialni młodej pary. Piotr kazał przygotować dla nich na parterze kabaku „Pod Czterema Fregatami" łoże z beczek pełnych wódki. Księżna Zotowa ledwo trzymała się na nogach, więc Piotr oso­ biście pomógł jej wejść do łóżka. Piotrowi Iwanowiczowi Buturlinowi pomysł nocy poślubnej nie wydawał się już tak wstrętny. Właśnie za­ czął pociągać za tasiemki sukni żony. Wypiliśmy za ich zdrowie jesz­ cze po kielichu ciężkiego francuskiego likieru i wycofaliśmy się do są­ siedniego pomieszczenia. T a m przypadliśmy zaraz do ścian, w których Piotr kazał wywiercić dziurki do podglądania. Widać było przez nie łoże z beczek, a my padaliśmy sobie w ramiona ze śmiechu, obserwując zwiędły biust Zotowej i daremne starania Patriarchy Bachusa Buturli­ na, żeby pobudzić swą zwiotczałą męskość. I tak świętowaliśmy pokój z Nystad przez cały tydzień, a każde­ go dnia Piotr wymyślał coś jeszcze bardziej śmiesznego i szalonego. Pamiętam, j a k biedny Buturlin musiał uczyć się pływać w wielkiej ka­ dzi z piwem, podczas gdy przebrany za boga mórz marynarz próbował utopić go, kłując swoim trójzębem. Przez wiele tygodni potem Piotr Iwanowicz Buturlin wciąż cuchnął słodem i drożdżami. Każdy dostoj­ nik państwowy, którego w tym tygodniu spostrzeżono na ulicy bez bła­ zeńskiego przebrania, otrzymywał za karę chłostę, musiał zapłacić sto rubli i wypić dwie czary alkoholu.

O świcie tydzień po obchodach pokoju z Nystad zaczęłam krwawić. Poród zaczął się o wiele tygodni za wcześnie. Mój mały synek urodził się martwy na początku października. Piotr odwiedził mnie w moim apartamencie. Twarz miał poszarzałą z rozpaczy, a ja poczułam boles­ ny skurcz i w łonie, i w sercu. Car unikał mego wzroku. - Blumentrost, co się stało? - zapytał cicho, siedząc przy moim łóżku. Medyk bezradnie wzruszył ramionami. - Nie wiem, mój carze. Zrobiłem, co tylko mogłem. To był zdrowy i silny chłopiec. Lecz pę­ powina owinęła mu się wokół szyi. Udusił się w łonie matki. I dlatego poród rozpoczął się przedwcześnie. Więcej nie potrafię stwierdzić. Piotr skinął głową. Usłyszał wystarczająco dużo. Blumentrost jed­ nak zawahał się, a potem zaczął mówić dalej. -1 nawet jeśli to drażliwa sprawa... - Tak, o co chodzi? - zapytał car. W jego głosie zabrzmiała bez­ radność. Miałam wrażenie, że chciałby stamtąd wyjść. Blumentrost głęboko zaczerpnął powietrza, żeby j a k najszybciej wydobyć z siebie to, co musiał powiedzieć. - To był ciężki poród, mój carze. Nawet bardzo ciężki. Caryca straciła wiele krwi. Nie wiem jesz­ cze, w jakim jest stanie. - Zamknęłam oczy przed tym, co miało nastą­ pić, lecz moje ręce były zbyt słabe, bym mogła zakryć nimi uszy. Blu­ mentrost kontynuował. - Moim zdaniem byłoby lepiej, gdyby caryca nie miała j u ż dzieci. Ogrom jego słów wyrósł między nami niczym góra, wysoki mur nie do pokonania. Dwanaście razy Bóg dał mi szansę, bym obdarzyła imperium dziedzicem. Dwanaście razy zawiodłam. A teraz było już za późno. Dowiedziałam się, że Piotr jeszcze tego samego wieczoru udał się wraz z Marią Kantemir na uroczystą kolację do pałacu Mienszykowa. Piła z jego kielicha, a on karmił ją kąskami ze swojego talerza. Kilka dni później poznaliśmy dokładne brzmienie traktatu pokojowe­ go zawartego w Nystad. Ubierałam się właśnie do soboru św. Trójcy na odśpiewanie Te Deum, gdy do moich komnat wszedł Piotr. Wciąż by-

łam osłabiona i nawet przy najprostszych czynnościach potrzebowa­ łam pomocy dam dworu. Ulryka Villebois i jej pomocnice natychmiast wykonały głęboki ukłon, co Piotr zbył machnięciem ręki. - Kontynuuj­ cie, moje panie! Chcę tylko upewnić się, że uczynicie carycę tak piękną, jak wymaga tego dzisiejsza okazja - stwierdził tajemniczo. Uniosłam głowę, na której parikmacher właśnie upinał moje splecione w gru­ be warkocze włosy. - Nie jestem wystarczająco piękna na odczytanie traktatu pokojowego? - zapytałam. Nadałam swemu głosowi ton we­ sołości. Nic nie odpycha mężczyzny bardziej niż smak octu w słowach kobiety. Pocałował mnie delikatnie w szyję, a młodsze damy dworu zachichotały zmieszane. - Och, z pewnością, lecz nigdy nie wiadomo, co jeszcze przyniesie dzień - powiedział. - Ulryko... - zwrócił się do admirałowej Villebois. - Przynieś carycy naszyjnik, który podarowałem jej w dniu ślubu. Ulryka posłusznie przyniosła z sąsiedniego pokoju płaską szkatu­ łę, a Piotr założył mi ciężki naszyjnik. Perły chłodziły mi skórę, a kolo­ rowe kamienie szlachetne na skrzydłach rosyjskiego dwugłowego orła lśniły wyzywająco. Piotr przyglądał mi się, nad czymś się zastanawia­ jąc. - Fryzura jest odpowiednia. Ulryko, suknia z czerwonego aksa­ mitu, ze srebrnymi haftami - rozkazał. Chciałam zaprotestować, bo zamierzałam włożyć j e d w a b w kolorze carskiej zieleni. Lecz on uniósł tylko dłoń. - Wiem, co robię, mateczko. Nie sprzeciwiaj mi się w obec­ ności swych dam, bo będę musiał kazać cię wychlostać - powiedział żartobliwym tonem. Gdy byłam j u ż ubrana, obszedł mnie wokoło, uważnie lustrując. - Dobrze - stwierdził z zadowoleniem. - Pójdźmy już. - Podał mi ra­ mię i razem zeszliśmy po schodach na dziedziniec, gdzie czekały j u ż ozdobne sanie, a woźnice przestępowali z zimna z nogi na nogę. Zanim wsiadł, odwrócił się jeszcze raz do mnie. - Myślisz, że powinienem mieć tę perukę? - Przyjrzałam mu się. Jego własne, poprzetykane si­ wizną włosy wystawały tu i tam spod sztucznych, bo zdążył j u ż perukę kilka razy zdjąć i z powrotem założyć. Ze śmiechem pokiwałam głową. Wzruszył ramionami. - Skoro muszę. Ale czuję się w tym jak małpa - burknął, poprawiając sobie przekrzywioną perukę.

Widziałam, że podczas długiego nabożeństwa dziękczynnego do Piotra nie dociera ani j e d n o doskonale dobrane słowo padające z ust Teofana Prokopowicza. Kilka razy przyłapałam go na tym, że niecierpliwie stuka stopami o podłogę. Jego wzrok przemknął pobieżnie po rzędach przyjaciół i dostojników. Ja napotkałam spojrzeniem wzrok Aleksan­ dra Mienszykowa. Uniosłam pytająco brwi, lecz on tylko wzruszył lekko ramionami na znak, że nic nie wie. Skupiłam swoją uwagę na nabożeństwie. Słowa Teofana Prokopowicza toczyły się j e d n o za dru­ gim niczym drogocenne perły. Wypowiadane przez niego zdania two­ rzyły idealne łańcuchy sensu i piękna. Ależ ten człowiek miał talent! Zamknęłam oczy, odcinając się od świata. Jego glos odbijał się od po­ złacanej kopuły soboru Świętej Trójcy: - Pragnę, by nasz błogosławiony lud wiedział, co Pan Bóg dla nas uczynił! Pan Bóg i z jego woli nasz car! Musimy obu im dziękować, z całego serca i z całych sił. Pokój jest jednak kruchym dobrem. Nie wolno nam ustawać w staraniach o niego. Bo czyż chcemy, by Rosję spotkał ten sam los co Grecję i greckich królów? Jego słowa zagrzmiały mi w uszach i pośpiesznie potrząsnęłam głową, nie mając pojęcia, jaki też był ich los. Widząc, że Aleksander Danilowicz czyni to samo, zagryzłam wargi, żeby stłumić uśmiech. Oboje byliśmy tacy nieoświeceni! Teraz wszyscy mieli uklęknąć do modlitwy. Teofan Prokopowicz dał jednak Piotrowi Szafirowowi znak. Dotknął ciężkiego krzyża na piersiach, panagii, i pochylił głowę. Szafirów wstał ze swojej ławki. Zauważyłam, że bardzo przytył. Z chudego niczym wrzeciono drobnego człowieczka, który spodobał się Piotrowi, gdyż przeszedł z wiary żydowskiej na prawosławie, stał się tłustym i zadowolonym z siebie księciem. Jego wyszywana złotem i diamentami błękitna kurtka z jedwabiu podkreślała tę przemianę. Jasne, wąskie spodnie obciskały trapione puchliną wodną nogi, a ko­ kardki na butach sprawiały, że wyglądał jak jakiś błazen. M i m o to Piotr Szafirów był niebezpiecznym i potężnym człowiekiem. Wżenił swe pięć córek w najlepsze rodziny Rosji. Prowadził wiele wspólnych interesów z Mienszykowem, choć obaj byli jednocześnie zazdrosnymi o siebie

rywalami. W o b e c mnie zawsze zachowywał się przyjaźnie. Niedawno jednak doszły mnie słuchy, że podarował Marii Kantemir naszyjnik z szafirami. Szafirów wyciągnął jakieś dokumenty z rękawa i podszedł do na­ szej galerii. Piotr chwycił mnie za rękę i ku memu zdumieniu podciąg­ nął, żebym wstała. Szafirów, stękając z bólu, ukląkł przed nami i zaczął czytać. - Dzięki sławnym czynom cara, jego odwadze w polityce i na woj­ nie możemy dziś świętować w Domu Bożym pokój z Nystad. Dzięki jego niestrudzonemu działaniu pożegnaliśmy się z ciemnością i nie­ pewnością. Rosja wkroczyła na scenę chwały i na zawsze znalazła na niej swoje miejsce. Mój car stworzył cały świat z niczego. Wilgotne od potu palce Piotra kleiły się do moich. Popatrzyłam na tłum i moje spojrzenie znów trafiło na twarz Aleksandra Danilowicza. Zrozumiał, że dzieje się coś bardzo ważnego. Zrozumiał też, że jego przyjacielowi Piotrowi Szafirowowi udało się odebrać mu rolę po­ słańca. Wbił wzrok w plecy Szafirowa. Tuż za nim spostrzegłam Marię Kantemir. Wyglądała przepięknie w płaszczu z soboli i sukni z ciemno­ niebieskiego jedwabiu. Wpatrywała się w twarz Piotra. Wokół jej szyi lśnił delikatnie rząd szafirów. Każdy z kamieni był wielkości gołębie­ go jaja. Wyprostowałam plecy, które wciąż bolały mnie po porodzie, i przesunęłam wzrok dalej po zgromadzonym w cerkwi tłumie. Szafirów odchrząknął i kontynuował. - Z tego względu senat po­ zwala sobie poprosić cara o przyjęcie tytułu cesarskiego. Car Piotr zo­ staje Piotrem Pierwszym, cesarzem Rosji! Car Piotr zostaje Piotrem Wielkim, ojcem swego kraju, imperatorem Wszechrusi! Jego ostatnie słowa zagłuszyły rozlegające się w cerkwi wiwaty, zabrzmiała muzyka, a Teofan pobłogosławił znakiem krzyża Piotra, który pocałował Szafirowa na znak pokoju. Widziałam, że Piotr potrzą­ sa głową. Był wyraźnie dumny i szczęśliwy. M i m o to starał się sprawiać wrażenie jednocześnie zaskoczonego i niemal zawstydzonego. W koń­ cu uniósł dłoń. W cerkwi na powrót zapanowała cisza. - Nie mogę inaczej, jak przyjąć zaszczyt, którym obdarzają mnie kraj i senat. Do wszystkich moich poddanych: dziękuję w a m za wasz nieustanny trud

we wspieraniu mnie we wszystkich mych dziełach i planach! - powie­ dział. Szafirów uniósł rękę i głośno wykrzyknął: - Cesarz i cesarzowa Rosji, niech żyją! Tłum zerwał się z ławek, a wiwaty wypełniły całą cerkiew, wylały się przez otwarte bramy, potoczyły przez plac aż do fal Newy, gdzie zginęły pośród wystrzałów moździerzy z Twierdzy Pietropawłowskiej i salw setek armat na statkach. Zostałam cesarzową Rosji. Imperatorową. Kobieta w lustrze jakby tego nie rozumiała. Wyglądała na taką udręczoną! Naprawdę, niczym zbiegła więźniarka, która przemyka j e ­ dynie w cieniu nocy, a całymi dniami kryje się po leśnych zaroślach. Jej skóra jest blada, jakby nigdy nie widywała słońca. Jej włosy są poprzetykane pasmami siwizny, które nie dają się już ubarwić ani henną, ani dębowym wywarem. Jej oczy są zaczerwienione i niemal niewi­ doczne spod opuchniętych od płaczu powiek. W jej umyśle szczęście i najgłębsza rozpacz następują po sobie tak szybko i niespodziewanie, jak burzowe chmury zasłaniają rozsłonecznione kwietniowe niebo nad Sankt Petersburgiem. Raz jest jej tak zimno, że ma ochotę owinąć się wszystkimi swoimi futrami. Jakby z głębi jej serca wiał lodowaty prze­ ciąg sprawiający, że zamarza krew w żyłach. Innym razem opanowuje ją fala gorąca, która swą gwałtownością pozbawiają oddechu i zdolno­ ści jasnego myślenia. Podczas tygodni, które nastąpiły po uroczystościach z okazji zawarcia pokoju w Nystad, Newa zaczęła niepostrzeżenie przybierać. Najpierw jej wody sięgnęły stopni przystani. Potem zalały pierwsze kamienie nabrzeża. Następnego ranka karety, konie i wozy nie mogły już prze­ jechać nadbrzeżnymi traktami. W nocy dziedziniec i parter Pałacu Zi­ mowego stały j u ż pod wodą. Woźnice i służący chodzili po budynku w przemoczonych skarpetach, a zapach zgnilizny czuło się już po kilku godzinach. Ciemne chmury kłębiły się na niebie i padało, jakby mial nastąpić drugi potop. Rozgniewana rzeka wezbrała gwałtownym przy-

pływem. Jej fale rozbijały drzwi domów i porywały ze sobą kamienie z murów. W o d a tryskała oknami i kominami. Na zalanych wodą uli­ cach unosiły się wzdęte ciała martwych zwierząt, a nawet ludzi. Newa porwała świątynię Janusa, którą wzniesiono z okazji obchodów pokoju w Nystad, i rozbiła ją na kawałki niczym spróchniałą gałąź. Utonęło ponad sto osób, a choroby i zaraza rozprzestrzeniały się po mieście. Piotr kazał usypywać wały, a ludzie ustawiali się w długich rzędach, by wszelkimi dostępnymi naczyniami wydobywać ze swoich domów wodę. W swym nieszczęściu czepiali się swoich przyzwyczajeń i zanu­ rzonej w chaosie codzienności. Grali w karty na dachach domów i po uda w wodzie przedzierali się do zalanych kabak. Mimo to Piotr w dniu, w którym owego roku spadł pierwszy śnieg, jak zawsze świętował w pełnym blasku Dzień Świętego Andrzeja. Pod­ czas kolacji Maria Kantemir pochylała się do niego i szeptała mu do ucha wesołe opowiastki o nieszczęściach spotykających ofiary powo­ dzi. Śmiał się tak, że aż zakrztusił się jedzeniem. Mołdawska księżnicz­ ka wzięła bat i uderzyła nim błaznów Piotra, D A c o s t ę i Bałakiriewa, po nogach. - Nie widzicie, że car chce pośmiać się z powodzi? No już, wskakiwać do łódki albo każę was przeciągnąć pod stępką! - rozkazała donośnym głosem. Piotr, który ledwo skończył kasłać, roześmiał się tak, że aż oczy zaszły mu łzami. Patrzyłam, j a k D A c o s t a i Bałakiriew pośpiesznie odwracają mały stolik i wskakują do środka prowizorycz­ nej łodzi. Naprawdę wyglądali jak dwaj rozbitkowie na Newie! Zaczęli się siłować w rytm granej muzyki, lecz śmiech utknął mi w gardle, gdy patrzyłam, j a k Maria Kantemir krąży wokół nich z batem w dłoni. Wy­ glądała przy tym groźnie niczym dziki kot z jej górzystej ojczyzny. Za każdym razem, gdy zbliżała się do łodzi, obaj błaźni robili się bladzi ze strachu i coraz bardziej nerwowo okładali się pięściami. Zostawiła ich dopiero wtedy, gdy Piotr uniósł w końcu dłoń i ledwo dysząc ze śmiechu, powiedział: - Dosyć, dosyć, już nie mogę! - Zanim wróciła na swoje miejsce, Mienszykow ucałował jej dłoń. Obaj błaźni wygramolili się z prowizorycznej łódki i natychmiast zostali otoczeni przez karłów moich i Piotra. Widziałam, jak trzęsły im się ręce, gdy przyjmowali czary z winiakiem.

Gdy wieczorem wróciłam do swoich komnat, czekała tam na mnie Ulryka Villebois. Pomogła mi zdjąć ciężką suknię, halkę i bieliznę. Nie chciałam się w nic przebrać. Gdy zdjęła jeszcze ze mnie biżu­ terię, westchnęłam z ulgą. Usiadłam nago przed lustrem. Kaflowy piec przyjemnie ogrzewał pokój. Ulryka otworzyła neseser, w którym schowane były grzebienie i szczotki z kości słoniowej, srebra i koń­ skiego włosia. Sięgnęła do lustra, odsunęła srebrną pokrywę i ob­ myła mi twarz w o d ą różaną. Potem rozpuściła mi włosy na ramiona i piersi i natarła delikatnie skronie indyjską maścią z mięty i olejku orzechowego. W lustrze widziałam swoje łoże, choć ogień w k o m i n k u otulał pokój pełnym cieni półmrokiem. Piotr nie zbliżał się do mnie od ostatniego porodu. Na dworze szeptano o sztuczkach miłosnych Marii Kantemir. Opowiadano o wywarach, które przygotowywała dla Piotra. Ponoć posypywała mu także potrawy jakimiś proszkami. Da­ ria Mienszykowa mówiła, że chodzi albo o zmielony róg afrykańskie­ go nosorożca, albo wysuszony i utłuczony penis indyjskiego tygrysa. Podobno po spożyciu takiego proszku jednej nocy mógł wziąć ją trzy albo cztery razy. Zamknęłam oczy. Światło listopadowego księżyca spłynęło mi do serca. Ulryka Villebois zbliżyła usta do mego ucha. Jej słowa niemal zaginęły w szumie wiatru za okiennicami. - Moja cesarzowo - szepnę­ ła. - Lud mówi, że to wszystko wina tej wiedźmy. Ulryka położyła mi dłonie na ramionach i zaczęła delikatnie ma­ sować moje mięśnie. Wciągnęłam zapach olejku, którego do tego uży­ wała. Pachniał oszałamiająco jaśminem. Roześmiała się cicho i wyjaś­ niła. - Ta wiedźma Kantemir. To ona miała spowodować powódź. Gdy kazała przewieźć się barką do Pałacu Zimowego, ludzie ponoć obrzu­ cili ją końskim łajnem. Roześmiałam się, wyobrażając sobie tę sytuację, a Ulryka przyłą­ czyła się do mojej radości. Jej palce gładziły mój kark. Świece migota­ ły w mych na wpół otwartych oczach. Pochyliła się bliżej i przesunęła swe delikatne dłonie po mojej szyi i obojczykach. Westchnęłam. Jak przyjemnie być tak dotykanym! Poczułam, że twardnieją mi brodawki piersi i bałam się głębiej odetchnąć. Ulryka przycisnęła do mnie swe

szczupłe ciało, a wnętrza jej dłoni niczym skrzydła motyla przylgnęły do moich piersi. Jej delikatne, pokryte olejkiem palce przesuwały się po mojej skórze. Zapomniałam już, jak to jest. Delikatnie przyciągnę­ łam ją do siebie. Gdy stanęła na tle świec, wyraźnie widziałam zarysy jej ciała pod koronkową narzutką. Rozwiązałam tasiemki i pogładzi­ łam jej brzuch. Zsunęła narzutkę z ramion, dając mi czas, by podziwiać jej nagie piękno. Zręcznym ruchem usiadła na mnie z rozsuniętymi nogami. Miękkie usta przylgnęły do moich, a jej słodki język wsunął się między moje zęby, sięgając podniebienia. Jej oddech pachniał cy­ namonem i różanymi pastylkami, które miała zwyczaj ssać. Moje palce nie należały j u ż do mnie, lecz mimowolnie przesuwały się po jej ple­ cach i pupie. Ssała moje brodawki, a ja dyszałam, gdy jej palce wędro­ wały po moim brzuchu. Wsunęła w moje wilgotne wnętrze najpierw jeden palec, a potem dwa. Oczy miała zamknięte, gdy mnie badała, a ja całkiem się na nią otworzyłam. Szepnęła: - Pozwól, że zaprowadzę cię do loża, moja cesarzowo. - Nie mogłam zrobić nic innego, jak jej posłuchać. To była pierwsza z wielu nocy tej długiej, mroźnej zimy, podczas których należałam do Ulryki Villebois. Po każdej spędzonej z nią nocy czułam się taka speł­ niona i zadowolona, j a k kot po wylizaniu miski śmietany. Po każdej spędzonej z nią nocy czułam się znowu silna. Cesarski tytuł cara Rosji uznały bezzwłocznie wszystkie europejskie kraje poza Austrią. Życie na dworze toczyło się jak zwykle, a i Piotr wrócił do swych codziennych obowiązków. Siedziałam obok niego podczas porannych obrad senatu, gdy głosu udzielono jego posłowi w Isfahanie, księciu Artemiuszowi Piotrowiczowi Wołyńskiemu. Od wielu lat na polecenie Piotra mieszkał w Persji, na wschodzie znane­ go nam świata. Przyglądałam mu się z ciekawością. Jego ciemne wło­ sy były natarte olejkiem i opadały starannie ułożonymi falami aż do ramion. Miał gładko ogoloną twarz, a paznokcie czyste i opilowane. Członkowie senatu wyglądali przy nim jak dzikusy. Piotr uniósł dłoń i powiedział: - Witajcie w domu, Artemiuszu Wołyński. Wygląda na to, że jesteś j u ż w połowie Persem. Pamiętaj tylko, żeby jeść wieprzo-

winę, bo naprawdę mogę się na ciebie pogniewać. - Ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że wcale nie mówi tego żartem. Wołyński roześmiał się w odpowiedzi i ukłonił po raz drugi. - Rzeczywiście upłynęło sporo czasu. Lecz jednocześnie wiele udało się osiągnąć, mój cesarzu - powiedział dźwięcznym głosem. Piotr przeciął dłonią powietrze, przerywając mu. - Nie marnuj czasu na puste słowa! Jak sytuacja w Persji? Opowiadaj o Isfahanie! Poseł ukłonił się i zaczął mówić z lekkim wahaniem. - M a m kilka dobrych wiadomości. Przez Rosję płynie coraz więcej towarów i uda­ ło nam się stłumić ataki kozackich plemion na brzegach rzek. Dzięki temu zapewniono połowy jesiotra i bezpieczeństwo dostaw kawioru. Piotr skinął głową i znów mu przerwał. - A złe wiadomości, W o ­ łyński? Czy też masz zamiar jeszcze długo paplać o rybołówstwie? Przecież cię znam. Zawsze owijasz w bawełnę, prawdziwy dyplomata! Twarz Wołyńskiego spoważniała. - To prawda, że rosyjskie fak­ torie są napadane i podpalane. Zamieszki wybuchają w całym kraju. Cieszę się, że udało mi się cało przedostać przez granicę. Perski szach został obalony... - Co takiego? - Piotr zerwał się z miejsca. - I dlaczego od razu tego nie mówisz? - wykrzyknął i dwa razy uderzył posła nahajką w ra­ mię. Jedwab perskiego płaszcza rozdarł się, a z rany na białej skórze posła popłynęła krew. - Kto go obalił? I kiedy? Co wiesz? Mów! - do­ magał się car. Wołyński nawet nie drgnął pod razami. - Afgańscy bun­ townicy, mój cesarzu, zajęli Isfahan i zaprowadzili tam rządy strachu. Palą, grabią, gwałcą i mordują. Ich obyczaje rozprzestrzeniają się po całym kraju i nikt nie pamięta już, co jest słuszne, a co nie... Zrobił małą, lecz znaczącą pauzę. Widziałam, że Piotr intensyw­ nie myśli. Przez Persję wiodła droga do Indii, czyli do nieograniczo­ nych bogactw, jak mi to kiedyś objaśnił. Na długie barki ładowano tam złoto, srebro, miedź, ołów, oleje, barwniki, kaszmirską wełnę, jedwab, owoce i przyprawy i wysyłano na Zachód, gdzie płacono za nie ogrom­ ne kwoty. Wołyński też czekał, aż Piotr przemyśli sprawę do końca. Wiedziałam, tak samo jak Piotr i sam Wołyński, że nie jest posłem złym czy leniwym. Wręcz przeciwnie. Czy można było wyobrazić so-

bie lepszy moment na zaatakowanie potężnego sąsiada na Wschodzie? Tego domyśliłam się nawet ja. Piotr pogładził się po wąsach i znów zaczął się śmiać. - Faktycznie nie zasłużyłeś na razy, mój wierny Wołyński. Potraktuj je jako znak mojej miłości. Następnym razem, gdy zrobisz jakieś głupstwo, a ja będę chciał cię ukarać chłostą, powiedz po prostu, że już ją wcześniej otrzymałeś! - zamilkł na chwilę. - Jak duże panuje tam zamieszanie? Gdzie znajdują się rebelianci? Czy tylko w Isfahanie, czy rozsiani po całym kraju? Chcę mieć pewność, że nie przytrafi nam się znowu taka porażka, jak z tym przeklętym chanem Chiwy. Wołyński przeżegnał się trzema palcami na wspomnienie nie­ szczęsnej wyprawy księcia Aleksandra Bekowicza-Czerkaskiego sprzed kilku lat. Z pomocą chana chiwańskiego nad Morzem Kaspijskim wzniesiona miała zostać rosyjska twierdza. Najpierw jednak Czerkaski miał skierować wpływającą do morza rzekę do nowego koryta i wydo­ być tony złota. Chan Chiwy zdradził nas. Czerkaski i jego ludzie zostali zmasakrowani wewnątrz murów miasta. Jego głowę przesłano w pre­ zencie emirowi Buchary. Jego ciało wisiało na murach Chiwy, a gorący wiatr ze stepów i palące słońce powoli je wysuszały. Księżna Czerkaska płakała od tamtej pory niemal bez przerwy i wciąż nosiła się na czarno. Żadne groźby ze strony cara nie były w stanie zmusić tej pełnej god­ ności kobiety do zakończenia żałoby. Ponownie skupiłam swoją uwagę na obradach senatu. Pod wysokim, wypukłym sklepieniem sali obrad słychać było brzęczenie much. Od wielu dni nad miastem nie powiał najmniejszy wiaterek. Wczoraj podczas manewrów morskich Piotr kazał ciągnąć statki na linach. W o d y Newy przybrały mulistą, ponurą barwę. Upał na początku lata po silnych deszczach na wiosnę groził całemu krajo­ wi kolejnym nieurodzajem. Słońce wysuszało stawy i rzeczki, wypala­ ło mech z kamieni w ogołoconych z liści lasach. Rosja stała w obliczu klęski głodu. Członkowie senatu pocili się w żarze czerwcowego słońca, które wpadało do sali przez kolorowe szyby. Woleliby leżeć w ramionach swych kochanek lub przechadzać się po ogrodach swoich dacz. Jednak

zdaniem Piotra służba państwu wykluczała letnią przerwę. Miesiąc po wystąpieniu Wołyńskiego przed senatem Rosja wypowiedziała Persji wojnę. Poczułam ulgę. Kampania wojenna pozwoli mi uciec od tajemnic i in­ tryg zatrutej atmosfery Sankt Petersburga. A poza tym zawsze dobrze odnajdywaliśmy się z Piotrem pod gołym niebem i na twardych pry­ czach namiotów. Co tam Blumentrost. Zamierzałam spróbować po raz trzynasty zajść w ciążę. Z radością w sercu kazałam pakować skrzynie i już czułam we włosach suchy wiatr. Z pokładu statku płynącego aż do Morza Kaspijskiego zobaczę tyle nowych rzeczy! Na brzegach Newy stały przycumowane statki gotowe do odpły­ nięcia następnego ranka. Na nabrzeżach gromadziły się wozy i tra­ garze, którzy mieli wyruszyć wraz z nami. Na dodatek tym razem nie zostawiałam w domu niemowlęcia, od którego przeżycia zależała przy­ szłość imperium. Moje córki były j u ż prawie dorosłymi kobietami. Po południu, dzień przed wypłynięciem, złożyłam Annie i Elżbiecie Piotrownym niezapowiedzianą wizytę w ich komnatach. Towarzyszyła mi Ulryka Villebois, a milczące porozumienie między nami doskonale na mnie wpływało. Zaskoczył mnie pełen spokoju obraz, który ukazał się mym oczom. Natalia Piotrowna ssała pełną pierś swej mamki, a ja z radością pa­ trzyłam na jej różowe policzki i gęste, brązowe włosy. Wkrótce mia­ ła skończyć trzy lata. Obok niej bawiła się mała Anna Leopoldowna, córka księżnej Meklemburgii. Była jednak tak niepodobna do swojego ojca, że zastanawiałam się, z kim tak naprawdę spłodziła ją Katarzyna Iwanowna. Anna Piotrowna siedziała wraz z kilkoma damami w ką­ cie obok otwartego kominka. Trzymała na kolanach robótkę i porów­ nywała własny haft z wytrawnymi ściegami jednej z dam dworu. Gdy mnie zobaczyła, wstała i podbiegła do mnie. - Matko! Jak pięknie cię widzieć! Już się martwiłam. Odkąd wszyscy mówią o wyprawie wojen­ nej do Persji, nie wiedziałam, czy jeszcze cię zobaczę! - Uśmiechnęła się do mnie promiennie i leciutko się zaczerwieniła. - A przecież jest tyle spraw do omówienia!

Objęłam ją, a potem odsunęłam na odległość ramienia. Dlaczego dzieci tak szybko dorastają? Przecież dopiero co, na rok przed bitwą pod Połtawą, dałam Annie życie. A teraz miała czternaście lat. Cieszy­ łam się z jej jasnej, promiennej cery i wyrazistego spojrzenia, które odziedziczyła po ojcu. - Pozwól, że ci się przyjrzę! - powiedziałam przyjaźnie i obróciłam ją. Wiedziałam, co tak pilnie chciała omówić. Młody książę Holsztynu starał się o rękę jednej z córek Piotra. Anna jako najstarsza zakłada­ ła oczywiście, że konkury dotyczą właśnie jej. Ja jednak wiedziałam, że młody książę choruje z miłości do Elżbiety. Podczas swojej wizyty w zeszłym roku żeglował Newą pod pałacem tam i z powrotem, mając nadzieję ujrzeć moją młodszą córkę choćby przez chwilę. Ja jednak zawsze wysyłałam na balkon Annę. Miody książę odjechał nadąsany. Podtrzymał jednak swoją ofertę matrymonialną. Anna wyciągnęła ramiona i zaczęła ze śmiechem obracać się w miejscu niczym tańcząca laleczka. Miała na sobie suknię z różowego jedwabnego muślinu, który doskonale podkreślał jej matową cerę i j a s nobrązowe loki. Moja córka bez wątpienia stała się j u ż młodą kobietą. Damy A n n y zaczęły klaskać w dłonie i nucić jakąś pieśń. Niektóre też obracały się do taktu. W tym momencie usłyszałyśmy ostry jak nóż głos Elżbiety. - Na­ prawdę, Anno, zachowujesz się tak głupio, że żaden chłop nie chciałby wziąć cię za żonę do swojej izby, a co dopiero mówić o księciu! Odwróciłam się w jej stronę. Siedziała przy małym stoliku, grając w domino z Wilhelmem Monsem, który siedział naprzeciwko. Kilka kostek leżało rozrzuconych na stoliku z kości słoniowej i hebanu. Za­ nim zdążyłam zrugać ją za brzydką uwagę, przemówił Wilhelm Mons: - Doprawdy, carówno Elżbieto! Co za brzydka uwaga. Cóż może być radośniejszego dla młodej damy niż przygotowania do małżeństwa z młodym człowiekiem z dobrego domu? - Zdawało mi się, że popa­ trzył na nią z błyskiem przekory w oku. Ku memu zdumieniu przyjęła jego naganę bez słowa sprzeciwu, wydymając tylko usta. Minęło sporo czasu, odkąd widziałam Wilhel­ ma Monsa po raz ostatni. Promieniował siłą i zdrowiem. Na dworze

żartowano z przywiązania mojej córki do młodego Monsa. Do tej pory nie zwracałam na te plotki uwagi. Jednak nie ma dymu bez ognia. Ja sama nie mogłam od niego oderwać wzroku. Elżbieta parsknęła ni­ czym młody koń i z pochmurną miną stuknęła kostką domina w blat stolika. Oczy miała spuszczone. Jej krągłe policzki zalała nagle purpu­ ra, a śliczna i słodka twarzyczka wykrzywiła się. - Nie powitasz mnie, zanim wyruszę z twym ojcem do Persji? - zapytałam ją przyjaznym tonem. Elżbieta wstała i wykonała połowiczny ukłon. - Chętnie cię powi­ tam, matko. Ale dziwię się, że m a m cię pożegnać. Na dworze mówią, że zostajesz w Sankt Petersburgu. Jej słowa trafiły mnie niespodziewanie i boleśnie niczym strzała z kozackiej zasadzki. - Kto tak mówi? - zapytałam zdumiona. Cieszy­ łam się, czując, że tuż za mną stoi Ulryka Villebois. Elżbieta wzruszyła ramionami. - Dwór. W tym momencie z przestrachem spojrzała na drzwi. Zauważyłam to i odwróciłam się. W progu stał Piotr ze swoimi d w o m a nowymi karłami i Marią Kantemir. Najwyraźniej dopiero co wrócił z Peterhofu, gdzie spędzał ostatnie dni z nią i W o ł y ń s k i m . Maria Kantemir zamarkowała cywi­ lizowany ukłon, który zdumiewająco kontrastował z jej wyglądem. T u , w k o m n a t a c h moich córek, wyglądała j a k piękna dzikuska. Mia­ ła na sobie wąskie spodnie z haftowanego j e d w a b i u , a na nich dopa­ sowaną tunikę. Od talii w dół tunika była rozcięta, ukazując srebr­ ny pasek, który zapięła na swojej nagiej, szczupłej talii. We włosy o barwie miodu wplotła srebrne sznury, a nadgarstki w y d a w a ł y się uginać pod ciężarem grubych bransolet. Na ramieniu siedziała jej mała małpka, którą przez cały czas karmiła orzechami i płatkami kwiatów. Zamiast upudrować twarz na biało zgodnie z modą, miała cerę lekko opaloną od słońca w Peterhofie. Daria Mienszykowa o p o ­ wiadała mi, że kąpie się nago w Zatoce Fińskiej, a p o t e m kładzie się, żeby wyschnąć, na kamykach przed M o n Bijou. W o d a , to lustro sza­ rego, dzikiego nieba, uspokaja się w jej obecności, a fale posłusznie liżą palce jej stóp.

- Moja caryco - powiedział Piotr lekkim tonem. - Jak dobrze, że i ty tutaj jesteś. Będę się mógł od razu z tobą pożegnać! Elżbieta spuściła tylko wzrok. Poczułam, że Wilhelm Mons na mnie patrzy. Miałam wrażenie, że oddziela mnie od niego tylko bicie serca. Anna wycofała się do swojego kącika. Dygnęłam przed Piotrem. - Nie rozumiem... - zaczęłam. Piotr jednak uniósł dłoń, żeby mi przerwać. - Podjąłem już decyzję. Taka wyprawa nie jest odpowiednia dla kobiety w twoim wieku. Zostaniesz tutaj i zadbasz o zamążpójście jednej z naszych córek. W końcu potrzebuję tu godnego namiestnika - powiedział to zdecydowanym tonem i pochylił się ku mnie. Jego wąsy musnęły obojętnie moje czoło. Podszedł do swoich córek i każdą z nich objął na pożegnanie. Elżbieta Piotrowna przytuliła się do niego. Poczułam się taka bezradna. Piotr nachyli! się do Natalii i uniósł ją do góry. Przy okazji z zadowoleniem pogładził pełne, białe piersi jej młodej mamki, nie patrząc nawet na jej twarz. - Długo mnie nie będzie. Zachowaj mnie w swym sercu, moja ce­ sarzowo - powiedział do mnie od niechcenia, całując na pożegnanie najmłodszą córkę. W tym momencie małpka zeskoczyła z ramienia Marii Kantemir i chwyciła kilka kostek domina z małego stolika. Mała bestia najwidoczniej myślała, że to orzechy, bo zaskrzeczała rozcza­ rowana i rozrzuciła je wokół siebie. Zastukotały po parkiecie, a damy dworu natychmiast rzuciły się na kolana, żeby je pozbierać. Maria Kan­ temir trzasnęła w powietrzu małym batem, który zawsze przy sobie nosiła. - Do mnie! - rozbrzmiał jej donośny głos. Małpka skuliła się i posłuchała. Piotr roześmiał się i na naszych oczach pocałował Marię Kantemir w usta. - Prawdziwie po cesarsku, moja pani! - stwierdził z podziwem. Jej oczy zalśniły niczym oczy leśnego zwierza nocą w świetle obo­ zowego ogniska. Odszukała mnie wzrokiem. Groźba w jej spojrzeniu była jednoznaczna. Wiedziałam, że pod koniec wyprawy Piotr nie bę­ dzie j u ż moim mężem. Roześmiała się krótko, a jej śmiech zabrzmiał jak zatrzaskiwane wschodnim wiatrem drzwi. Ukłoniłam się o wie­ le niżej niż pozostali, gdy Piotr i Maria Kantemir razem wychodzili z komnaty.

Podjęłam decyzję. W końcu do tej pory kształtowałam swoje życie tak samo, jak ono mnie. Kobieta zrozumiała. Kazałam, żeby przyszła do moich komnat o bar­ dzo późnej godzinie. Nikt nie powinien wiedzieć o jej wizycie u mnie. Włosy miała rozczochrane po dręczonym koszmarami starości snem, z którego kazałam ją wyrwać. Jej skóra lśniła jednak delikatną bielą w tej nocnej godzinie. Stare dziedzictwo czerkieskich córek, za które na istambulskim dworze płacono krocie. Ich ojcowie nacinali niemow­ lętom płci żeńskiej skórę i wpuszczali do ciał córek kilka kropel krwi zarażonej ospą krowy. Choroba, która rozwijała się potem u dziewczy­ nek, była o wiele łagodniejsza od ludzkiej ospy i na całe życie chroniła je przed zakażeniem oszpecającą lub śmiertelną odmianą tej choro­ by. Postarzała się, odkąd ostatni raz widziałam ją w trzewiach pałacu, w królestwie kuchmistrza Johanna Feltena. Nie chciała nic więcej, jak tylko pracować u niego w kuchni, choć hojnie nagradzałam ją za jej usługi przez te wszystkie lata. Kazałam wybudować dla niej domek z kamienia przy trzeciej przecznicy za Mojką. Jej córce Jelenie zapew­ niłam wykształcenie i szczodry posag. Obaj jej synowie byli dziś ofice­ rami pułku preobrażeńskiego. Persja, powiedziała. Dobrze, jeszcze tej nocy spakuje swój skromny dobytek. Dobrze, moja pani. T a m jeszcze nie byłam. A potem wymknęła się pośród lśniącej nocy naszego miasta niczym blady cień, który z łatwością porusza się między światami.

Piotr nie wierzył własnym oczom, gdy ujrzał mój orszak zbliżający się do przystani. Stąpałam po ziemi niczyjej pomiędzy dziś a wczoraj, która miała wy­ znaczyć nasz los. Gdy masztalerz przytrzymał mi strzemię, a dwaj chłopcy stajenni podnieśli mnie na siodło, poczu